Silnik wyje, gubi rytm pracy. Na desce rozdzielczej miga pomarańczowy check engine.
- Mówiłam ci, żebyś to wcześniej sprawdził - mówi.
Nie odpowiadam. Szyba od mojej strony zaparowała. Rozmazuję ją dłonią, zostaje tłusty ślad.
- Zawsze na ostatnią chwilę. Jak z ojcem. Będzie dobrze, Justyśka. Gówno nie dobrze. tobą jest tak samo. Ogólnie macie wiele wspólnych cech.
- Chodzi ci o twojego czy mojego? - pytam.
- Że co? – odpowiada pytaniem na pytanie.
- To, co mówisz, jest interesujące. Pytam, czy masz na myśli swojego, czy mojego ojca?
- Bezczelnie kpisz, jesteś w tym mistrzem - marszczy czoło.
- Nie musiałaś ze mną wracać. Trzeba było zostać z nimi.
- Z kim? Z ciotką Wandą, co śmierdzi kocią sierścią? Czy z wujkiem, który wali wzrokiem po cyckach mojej siostry? Teatr absurdu.
Teatr absurdu - powtarzam w myślach. To, co powiedziała, jest na swój sposób zabawne i prawdziwe. Przez chwilę obracam w wyobraźni obydwa słowa, przyglądam się im.
- W przypadku Agi pewne rzeczy rzucają się w oczy. Nie możesz mieć pretensji do wuja, że patrzy na twoją siostrę w ten sposób.
- Skończ pierdolić – rzuca - Ona ma siedemnaście lat.
Odpala papierosa, nie pytając, nie patrząc nawet w moją stronę. Wie, że tego nie znoszę - palenia w samochodzie, robi to celowo. Silnik dusi się znowu, błyska kontrolka. Tym razem czerwony check engine.
- Zgaś to - mówię.
Ona milczy. Dym skręca w kierunku nawiewu. Zwalniam. Szosa zwęża się, znikają białe linie biegnące przez środek. Droga przestaje być drogą, teraz to trup asfaltu.
- Pięknie, muszę przyznać cudownie - mówi.
Zjeżdżam na pobocze, żwir podskakuje pod nadkolami. Zatrzymuję się, gaszę silnik. Wysiadam. Powietrze jest jak mokra szmata. Wilgotne, ciepłe i ciężkie. Ona siedzi w aucie. Patrzy przed siebie. Światło z wnętrza wydobywa cień na jej twarzy. Jedna połowa to dziewczyna, którą znam, druga to cień. Zanim stała się nią, była Justyną. Uśmiechającą się w bardzo fajny sposób dziewczyną. Delikatnie w kącikach ust, jakby się tego wstydziła. Uśmiechania.
Wracam do auta. Gdzieś w oddali słychać trzask gałęzi, jakby ktoś lub coś na nią nadepnęło. Dźwięk powtarza się dwukrotnie w bardzo krótkich odstępach czasu.
- Zajebiście. Spędźmy tu najlepiej noc. Brakuje tylko tabliczki Witamy w Chujowie Górnym albo Dolnym.
- Dlaczego Chujowie, a nie Cipowie? - pytam.
Jej twarz tężeje, zaciska usta.
- Ty ogólnie wszystko wiesz, tylko nie potrafisz zrobić z tego użytku. Na imprezę pojechaliśmy, aby zrobić przyjemność twojej mamie. Cieszyła się, uśmiechała. Urodziny Agi były dla mnie drogą przez męki, zmusiłem się, aby zrobić ci przyjemność. Nie mam wpływu na to, że się samochód popsuł. Zapomniałaś, jak rok temu twój trzeba było holować z drugiego końca Polski?
- Skończyłeś? Niesamowite. To może zadzwoń po pomoc drogową.
- Nie ma zasięgu. Nigdzie się nie dodzwonię. Google Maps pokazuje za trzysta metrów stację benzynową, jakieś zabudowania. Może jest tam motel.
- Dobrze, że przynajmniej o tym pomyślałeś - rzuca.
- O czym? - pytam.
- O mapach offline - odpowiada.
Wciskam sprzęgło, przekręcam kluczyk, chwila prawdy. Auto zapala. Na desce rozdzielczej cały czas świeci czerwony check engine. Powoli z wyczuciem ruszam.
Stoimy naprzeciw stacji benzynowej w zatoczce. Dwa dystrybutory, firma krzak. Na górze baner na nim nic niemówiącą nazwą „Tamta”. Oświetlona na tyle, by ją zauważyć, lecz nie na tyle, by dojrzeć szczegóły, jak chociażby nazwa koncernu. Wnętrze małego budyneczku rozświetla blade, żółte światło. Zostawiamy auto, idziemy w stronę budynku. Justyna pierwsza, ja za nią.
Asfaltowa droga przypomina ranę bez opatrunku. Wyboje, dziury, pęknięcia. Zrównujemy się, idziemy ramię w ramię. Nerwowo spogląda w każdą ze stron. Jej włosy sklejają się od wilgoci, lśnią jak smoła.
Drzwi są zamknięte, za szybą jest kartka. Pierwsza w oczy rzuca się skierowana w górę strzałka. Napis „MOTEL” znajduje się na dole, jest znacznie mniejszy. To miejsce pachnie gnijącymi liśćmi i czymś jeszcze. Gdzieś czułem ten zapach, znam go skądś.
Motel jest z tyłu, kilkanaście metrów od stacji obok sklepu spożywczego. Piętrowy budynek z obdrapaną elewacją. Nad wejściem neon, napis MOTE, który mruga w nierównym rytmie. „L” się nie świeci wcale.
- Nie skomentuję tego - burczy pod nosem ni to do mnie, ni do siebie.
Przed wejściem, na parkingu, stoi kilka aut. Wśród Japończyków i Niemców, stoi jedno amerykańskie. Nie ma szyb, nie ma kół, wymontowane reflektory, szare zakurzone siedzenia. Rdzewiejący pomnik amerykańskiej motoryzacji.
Światło w recepcji jest blade i męczące. Temperatura odpowiada tej na zewnątrz. Osiemnaście stopni Celsjusza. Za ladą stoi kobieta dobrze po czterdziestce. Jakiś czas temu przestała zwracać uwagę na wygląd, o ile kiedykolwiek w ogóle zawracała sobie głowę taką błahostką. Aseksualna, zdeformowana kilogramami sylwetka.
- Pokój? - pyta.
- Tak - rzucam i wyjmuję pieniądze.
- Oddzielne łóżka poproszę. Najlepiej pokoje – mówi Justyna.
- Pokój numer cztery. Nie mamy pojedynczych. Tam są oddzielne łóżka, w przeciwległych końcach. Ustawione nieinwazyjnie - mówi - Okno z widokiem na ciszę.
- Słucham? - pytam.
- Okno z widokiem na ciszę. Tak się nazywa pokój.
- Aha - odpowiadam.
Drzwi się zacinają. Cofam je, dopycham kolanem, słyszę chrzęst, jakby coś w środku pękło.
Wchodzę pierwszy ona za mną. Pokój jest obskurnym dusznym miejscem. Żarówka wisi na kablu, ściany są żółte nieodnawiane zapewne dekadami. Na suficie krzywe zacieki układają się w coś przypominającego mapę miejsc, do których lepiej nie wracać.
- Co to za miejsce? - pyta.
Spoglądam na sufit, na pęknięcie. Krzywe. Przypomina uśmiech.
- Naprawdę tak ciężko było sprawdzić? - pyta. Stoi przy stole, opiera o niego dłonie.
- Jutro się to ogarnie – odpowiadam i pocieram rzemyk - bransoletkę okalającą prawy nadgarstek.
- Naprawdę myślisz, że jutro coś się ogarnie? - pyta już ciszej.
- Myślę, że teraz nic się nie ogarnie, a jutro zobaczymy.
- Zawsze to samo. Zobaczymy. Ty nawet kłócisz się w trybie oszczędnym. Na pół gwizdka jak z wszystkim.
- Czy z wszystkim to bym się tak na twoim miejscu nie zapędzał, a już na pewno nie zakładał o to. Czasami nie ma sensu podkręcać obrotów. Sztuka walki bez walki. Bruce Lee tego uczył - odpowiadam.
Patrzy na mnie chwilę, jakby liczyła do dziesięciu, ale zgubiła po drodze rachubę. Odwraca się, bierze kosmetyczkę. Drzwi do łazienki zamykają się za nią bez trzasku. Ciche klik. Zaraz potem włącza się światło. Wentylator zaczyna swoje cienkie, jednostajne wycie. Woda leci krótko, potem dłużej.
Słyszę, jak stawia coś na umywalce, jak przesuwa plastik po ceramice. Znam ten rytm i sekwencje uderzeń. Siadam na łóżku, zdejmuję buty. Materac reaguje z opóźnieniem. Kładę się. Światło z korytarza wciska się przez szczelinę pod drzwiami do pokoju. Rysuje mały prostokąt na podłodze.
Z łazienki dobiega szum wody, potem cisza, potem znów szum. Wentylator mieli powietrze. Próbuję znaleźć pozycję, w której nie będę czuł nieprzyjemnych zapachów. Wilgoci, wykrochmalonej pościeli i starej farby. Zamykam oczy, odliczam oddechy. Woda cichnie, światło gaśnie. Ciemność pod powiekami gęstnieje. Wyszła z łazienki i przechodzi obok mojego łóżka. Materac po drugiej stronie pokoju ugina się na moment. Słyszę ciche skrzypnięcie sprężyn. Próbuję zasnąć. Sen nie przychodzi. Wsłuchuję się i wpatruję w noc. Sufit jest ciemniejszy niż ściany. Słyszę ją po drugiej stronie pokoju. Jej oddech ma inny rytm niż mój. Płytszy, urwany. Zapach pokoju miesza się z jej zapachem. Wilgoć z mydłem. Przechodząc po pokoju, przechadzając się, zostawiła za sobą zapach. Ledwo wyczuwalną, wiszącą w powietrzu mgiełkę. Zamykam oczy. Przez chwilę nic się nie dzieje, świat zamarł, zatrzymał się w stop-klatce. Ciało traci kontrolę szybciej niż głowa. Myśli rozsuwają się powoli jak meble dotykane po omacku, zostawiają ślady. Przestaję odróżniać dźwięki z zewnątrz od własnego pulsu. Zasypiam.
Coś się zmienia. Ruch powietrza najpierw. Jakby ktoś bardzo ostrożnie zmieniał pozycję. Materac odpowiada z opóźnieniem - minimalnym, prawie niezauważalnym. Wystarczającym jednak, żeby ciało to zarejestrowało. Skóra reaguje szybciej niż myśl. Pojawia się napięcie, ale nie strach. Raczej ciche oczekiwanie. Ciepło. Najpierw przy ramieniu. Jakby obecność zbliżyła się na tyle, by zaznaczyć swoje istnienie, ale jeszcze bez ciężaru. Ciepło jest ludzkie. Zbyt precyzyjne, by było snem. Oddech. Inny, ale nie obcy. Zapach przesuwa się bliżej. Na kark i włosy. Podobny, ale z obcą nutą. Pojawia się dotyk. W końcu. Niepewny, sprawdzający. Palce muskają materiał koszulki, zatrzymują się, potem powoli odnajdują skórę pod nim. Reakcja jest natychmiastowa. Odruchowa i zbyt prawdziwa, by ją ukryć. Nie poruszam się. Oddycham równo. Udaję sen. Czuję ciężar ciała obok. Udo, biodro. Delikatny nacisk, który nie chce przygniatać, tylko zaznaczyć obecność. Nie ma w tym pośpiechu. Ktoś oddycha przy mojej szyi. Zapach staje się cieplejszy, głębszy, bardziej osobisty. Dłoń porusza się wolno, jakby zapamiętywała kształt. Ciało odpowiada drobnym napięciem, niemal niedostrzegalnym skrętem mięśni. Nie otwieram oczu. Pozwalam, by to trwało. Jej dłoń wraca. Tym razem pewniejsza. Nie śpieszy się. Przesuwa się po linii żeber, jakby liczyła je pod skórą i chciała zapamiętać, gdzie ciało ustępuje, a gdzie stawia opór. Materiał koszulki fałduje się i cofa, odsłaniając fragment po fragmencie. Skóra styka się z powietrzem i zaraz potem z ciepłem dłoni. Czuję jej ciężar wyraźniej. Biodra znajdują swoje miejsce. Nacisk nie jest brutalny, raczej stanowczy. Oddech przy mojej szyi pogłębia się, dotyka mnie nie tylko ciepłem, ale rytmem. Oddechy powoli się synchronizują. Nie wiem już, który jest mój. Jest tylko powtarzalność gestu, zsynchronizowane oddechy i ciężar jej ciała, który nie pozwala się odsunąć ani na centymetr. Każdy kolejny ruch pogłębia to, co już się stało.
Budzę się powoli. Mam wrażenie, jakby coś mnie odrywało od powierzchni snu warstwa po warstwie. Najpierw dźwięk, potem zimno, na końcu ciało. Ciało, które wraca do siebie przez ból karku i dziwne łaskotanie pod skórą, jakby coś tam jeszcze było. Justyna.
Oddycham głęboko. Po raz pierwszy od wielu godzin bez napięcia. Kołdra wciąż pachnie jej skórą, choć ten zapach jest słodszy i cięższy niż wtedy w nocy, gdy przyszła. Jakby dojrzewał w ciemności i teraz rozkwitał w świetle dnia o poranku. To był dziwny wieczór, a potem jeszcze dziwniejsza noc, ale przynajmniej... coś się naprawiło. Może dzięki ciszy, dzięki dotykowi. Może dzięki temu, że nie trzeba było nic mówić. A może dzięki temu, że po raz pierwszy od dawna nie próbowaliśmy zrozumieć, tylko być. Czyste ciało obok ciała, jakbyśmy znowu byli prostsi.
Wstaję. Podłoga jest zimna i nieprzyjemna. Justyna siedzi przy stole. Piękna twarz. Makijaż nienaruszony, taki jak wczoraj, zważywszy na okoliczności, idealny.
- Możemy porozmawiać? - pytam.
Podnosi wzrok znad kubka kawy, której nie pije. Palce oplatają ceramikę tak mocno, że knykcie bieleją.
- Teraz? - pyta.
- Teraz - odpowiadam.
Milczy chwilę, jakby ważyła sens pytania, a nie jego treść.
- No mów - rzuca, z lekkim drżeniem, które próbuje zamaskować obojętnością.
Stoję. Ona siedzi. Różnica poziomów, której nie da się nie zauważyć.
- Ta noc… - zaczynam.
- Co ta noc? - przerywa.
- To wszystko, co się wydarzyło między nami…
Patrzy się na mnie, coraz szerzej rozwiera oczy. Jakby nie dowierzała. Jest szczera w tym geście.
- Byłaś…
- Byłam, co? - znów przerywa - Byłam z tobą w twoich chorych snach?
Oczy ma zmęczone, ale ostre. Podchodzę krok bliżej. Wstaje, natychmiast odsuwa się, odgradza krzesłem. Nie rozumiem jej zachowania.
Pukanie do drzwi. Kilkukrotne, nerwowe pojawia się w odpowiednim momencie. Rozładowuje atmosferę. Otwieram. W progu stoi dwóch mężczyzn. Światło zza nich nie wpada do środka. Zostaje za plecami.
- Komisarz Grot Policja Kryminalna – mówi ten z prawej.
- Możemy wejść? - pyta.
Ten obok się nie odzywa. Patrzy, jakby przeze mnie, jakby sprawdzał, co się dzieje w pokoju, czy ktoś jest. Nie odpowiadam. Robię krok w bok, wykonuję zapraszający gest ręką. Wchodzą.
- Coś się stało? - pyta Justyna z głębi pokoju.
Grot na nią patrzy. Długo. Ocenia jej stan emocjonalny. Diagnozuje, czy może coś ukrywa, czegoś jest niepewna lub się waha. Następnie zerka na swego kolegę. Wymieniają porozumiewawcze spojrzenia. Będą wdrażać któryś z wyćwiczonych scenariuszy rozmowy. Będą oficjalni, uprzejmi, może nawet mili. Nie mają nakazu.
- Czy cokolwiek w nocy zwróciło państwa uwagę? Czy coś słyszeliście, może kogoś widzieliście?
- Spałem, nic nie słyszałem - odpowiadam.
- Czy coś się stało? - Justyna pyta ponownie.
- Zabójstwo. W pokoju obok i w recepcji. Kobieta i mężczyzna, prokuratorzy. Recepcjonistka prawdopodobnie coś słyszała, dlatego zginęła. Ustalamy.
Justyna unosi brwi. Spogląda to na mnie, to na policjanta. Jakby w tych spojrzeniach próbowała znaleźć sekwencję logiczną, odpowiadającą na rodzące się w jej głowie pytania.
- Można prosić dowody osobiste? - pyta ten drugi.
Idę po portfel, Justyna po torebkę.
- Może jakaś osoba lub auto wydało wam się dziwne, lub zwróciło waszą uwagę.
Kręcimy głowami. Ruch zsynchronizowany, jakbyśmy ćwiczyli to wcześniej.
Drugi w tym czasie podaje numery dowodów osobistych do słuchawki umieszczonej w uchu. Słucha odpowiedzi z centrali. Wyjmuje notes i coś zapisuje.
Justyna staje za mną. Patrzy na komisarza. Funkcjonariusz odwzajemnia spojrzenie.
Znów pukanie do drzwi. Otwieram. W drzwiach kolejny pies. Niższy stopniem. Rozbiegany wzrok, pociągła chłopięca twarz. Na dłoniach niebieskie lateksowe rękawiczki, trzyma w nich przezroczystą torbę.
- Jednak coś mamy - mówi Grot.
- Mamy - odpowiada nowo przybyły. Podchodzi, kładzie torebkę na stole. W środku jest rzemyk.
- Zabezpieczony z korytarza - mówi.
Nagle czuję pustkę na nadgarstku. Momentalnie robi mi się słabo, widzę mnóstwo błysków, jakby mini wyładowań elektrycznych. Kątem oka zerkam na Justynę. Analizuje sytuację, zastanawia się.
W torbie jest bransoletka - rzemyk, który nosiłem od dwóch lat, nieustannie. Justyna potrząsa głową i mówi:
- W razie, gdyby coś się nam przypomniało, damy znać. Nie chcemy zajmować panom czasu. Sami się trochę spieszymy. Panowie rozumieją? - udaje niezręczność.
Policjanci patrzą po sobie, wzruszają ramionami. Jeden prosi, aby jeszcze przez pięć minut nie wychodzić na korytarz. Drugi zabiera ze stołu dowód w sprawie i wychodzą.
W drzwiach ten w niebieskich lateksowych rękawiczkach odwraca się i uśmiecha. Uśmiech nie dochodzi do oczu. Usta się rozciągają, ale źrenice stoją w miejscu. Zamykam za nimi drzwi, dwukrotnie przekręcam zamek. Odwracam się do Justyny. Patrzy na mnie, ma rozchylone usta. Ostre rysy twarzy i brązowe oczy nadają jej demoniczny creepy wygląd. Nigdy jej takiej nie widziałem.
- Nie dotykaj mnie - mówi cicho, widząc, że skracam dzielący nas dystans.
- Mieliśmy umowę - jest wściekła - Mieliśmy pieprzoną umowę, że żadne z nas już tego nie zrobi. Żadnych zleceń miał być koniec.
- Przysięgam. To nie ja.
- Jakim cudem? - pyta i patrzy na jaśniejszy prążek skóry okalający mój nadgarstek.
- Nie mam pojęcia - odpowiadam.






może jeszcze do 7.02 ktoś się zmobilizuje?
Pierwszy utwór konkursu "Malowania słowem" dostępny na stronie głównej. EDIT. Mamy już dwa utwory 

Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt