Wszystkie koty Prezesa: Rozdział V – Capo di tutti capi - AlexPretnicki
Proza » Groteska » Wszystkie koty Prezesa: Rozdział V – Capo di tutti capi
A A A
Od autora: Opowiadanie o pewnym znanym człowieku i jego kocie. Satyra polityczna. Całość dostępna na: aleksanderpretnicki.blogspot.com

Biuro poselskie w Legionowie tonęło w półmroku. Zapach stęchłej kawy i kurzu z papierów, których nikt od dawna nie czytał, wisiał w powietrzu jak wspomnienie dawnych obrad. Zegar na ścianie tykał z melancholijną precyzją, jakby sam już wątpił w sens odmierzania czasu dla tego miejsca. Mariusz wszedł niepewnie, z teczką przyciśniętą do piersi. Miał na sobie płaszcz, który od lat czekał na lepsze czasy – tak jak jego kariera. Drzwi zamknęły się za nim z cichym kliknięciem.

– Mariuszu… – rozległ się głos z głębi pokoju, niski, znajomy, przesycony czymś pomiędzy wyrzutem a majestatem. – Zawiodłem się.

Mariusz zamarł, oczy rozszerzyły mu się jak u dziecka przyłapanego na kłamstwie. 

– P–Panie Prezesie?! – wydusił w końcu. – To niemożliwe… Ja… ja myślałem, że…

– Że uciekłem? Że zostawiłem ojczyznę? – Głos był spokojny, ale w tej spokojności brzmiało coś niebezpiecznego. – Czyżbyś naprawdę uwierzył w tę liberalną propagandę?

– Nigdy! – krzyknął Mariusz i natychmiast padł na kolana. – Nigdy, Panie Prezesie! To wszystko kłamstwa wrogich mediów! Ja… ja zawsze wierzyłem, że Pan wróci! Że Pan jest! Że Pan czuwa!

– Hm… – Głos wydał z siebie coś pomiędzy westchnieniem a pomrukiem zadowolenia. – A jednak cię nie było, gdy Polska mnie potrzebowała.

– Ale ja działałem! – Mariusz podniósł się niezdarnie. – Wynająłem najlepszego detektywa w Polsce, Krótkowskiego! Szukał Pana nawet w klasztorach w Argentynie! I jeszcze… jeszcze zaangażowałem jasnowidza Piątkowskiego! On mówił, że Prezes jest blisko, że widzi aurę biało-czerwoną, ale że otaczają ją siły genderu! Tak podpowiedziało mu jego trzecie oko!

Zapadła cisza, tak gęsta, że słychać było tylko nerwowe pochrząkiwanie Mariusza. Potem znów ten głos: spokojny, ostry jak skalpel. – Mariuszu, jesteś lojalny, ale naiwny. Wróciłem, by ci to wynagrodzić. Wróciłem… dla Polski.

Nagle zapaliło się światło. Mariusz zamrugał, oślepiony. Spojrzał w stronę biurka i... zamarł. Za biurkiem, na skórzanym fotelu, siedział kot. Mały, czarno-biały, z przenikliwym spojrzeniem i aurą, która kazała Mariuszowi odruchowo schylić głowę.

– P–Panie… Prezesie? – wyszeptał z trudem. – To… to jakiś… żart?

Na biurku, obok kota, siedział drugi – szary, z miną akademika po trzech semestrach nieudanych reform. 

– Nie żart, tylko nowa epoka, obywatelu – powiedział Filemon, poprawiając wąs.

Kot na fotelu uniósł łapę. 

– Spokojnie, profesorze. Mariusz jest jednym z nas. Prawda, Mariuszu?

Mariusz, choć drżał jak liść, natychmiast się wyprostował. 

– Oczywiście! Zawsze byłem z Panem! Do końca! Ale… Panie Prezesie… Pan… Pan jest…

– Kotem. Tak, Mariuszu, to prawda – powiedział Prezes, tonem wyważonym, jakby ogłaszał wyniki wyborów. – Ale nie jest to przypadek. To strategiczny zabieg.

– Strategic... – powtórzył Mariusz, jakby próbował to słowo zrozumieć na nowo. 

– Czyli… Pan sam to zaplanował?

– Oczywiście. – Kot skinął łbem z majestatem. – Trzeba było zejść ze sceny, by przygotować nowy akt. Ludzie nie rozumieją symboli. Myślą, że ucieczka to słabość. Tymczasem to… przemiana. Ewolucja przywództwa. Polska musi mieć lidera, który potrafi obserwować świat z wysokości parapetu i skoczyć wtedy, gdy wróg się nie spodziewa.

Mariusz chłonął każde słowo z rosnącym zachwytem. 

– To… to genialne, Panie Prezesie! Nikt inny by na to nie wpadł! Ale… – zawahał się – …czy społeczeństwo… zrozumie tę… hm… metaforę?

W pokoju zrobiło się lodowato.

– Mariuszu – powiedział cicho Prezes. – Czy właśnie zasugerowałeś, że naród może nie być gotowy na moją mądrość?

– Nie, nie! – zawołał Mariusz, śmiertelnie blady. – Chciałem tylko powiedzieć, że… że nie każdy ma oczy, by dostrzec geniusz!

– Dobrze się wybroniłeś – syknął Filemon, nie kryjąc ironii. – To prawie zabrzmiało jak refleksja, nie jak lizanie.

Prezes odwrócił się do niego z majestatyczną obojętnością. 

– Profesorze, nie bądź złośliwy. Mariusz jest żołnierzem sprawy. Potrzebujemy takich ludzi. Prawych. Posłusznych. Nie myślących zbyt głęboko.

Mariusz pochylił głowę. 

– Jestem do dyspozycji, Panie Prezesie. Zrobię wszystko.

– Dobrze. – Kot–Prezes wstał, stanął na biurku, jego cień wydłużył się na ścianie jak posąg. – Jutro zaczniemy nowy rozdział. Ale najpierw… musisz sprowadzić tutaj naszych ludzi. Najbardziej zaufanych. Starych towarzyszy walki. Powiem im, co mają robić.

– Oczywiście! – Mariusz błysnął zębami w gorliwym uśmiechu. – Natychmiast ich wezwę. A potem… Pan znów poprowadzi nas do zwycięstwa!

– O tak – mruknął Filemon. – Kocie pospolite ruszenie. Będzie śmiesznie.

Prezes zignorował go. Zeskoczył z biurka i przeszedł przez pokój z dumą lwa, choć jego łapy cicho stukały o parkiet. Zatrzymał się przy drzwiach i odwrócił do Mariusza.

– Pamiętaj, Mariuszu. Nikt nie może się dowiedzieć, że żyję. Na razie to tajemnica państwowa. Ale gdy przyjdzie czas… naród usłyszy mój głos znowu.

– Tak jest, Panie Prezesie. – Mariusz skinął głową, niemal ze łzami wzruszenia. 

– Polska na Pana czeka.

– Polska zawsze czekała. – Kot uniósł głowę, a jego oczy błysnęły. – Tylko nie zawsze wiedziała, na kogo.

W pokoju znów zapadła cisza, tylko zegar tykał, a w jego rytmie było coś niepokojąco podobnego do pomruku śmiechu.

***

W Legionowie zapadł zmierzch, ten ciężki, brunatny zmierzch przed burzą — jakby niebo samo wiedziało, że szykuje się coś, co zapisze się w annałach groteski. Biuro poselskie Mariusza zostało przystrojone niczym prowizoryczna ambasada dawnej potęgi: na ścianach zawisły pożółkłe portrety, w kątach paliły się świece z cmentarnej wyprzedaży, a na biurku, przykrytym czerwonym obrusem, leżała figurka orła z urwanym skrzydłem. W powietrzu unosił się zapach mocnej herbaty i taniego patriotyzmu. Na środku biura, w półcieniu lampki biurkowej, siedział Mruczuś, prezes–kot. Spoglądał z powagą, której nie powstydziłby się żaden kardynał, a obok niego, z notatnikiem i okularami na czubku nosa, zasiadał profesor Filemon. Oboje wyglądali jak duet z kociej wersji Ojca Chrzestnego — Don Mruczuś i jego consigliere od spraw futrzastych. Filemon machnął łapą i nacisnął guzik na pilocie od stereo. Z głośników rozległ się znany motyw muzyczny, z przewodnią rolą trąbki.

Pierwszy wszedł Zbigniew, czujny i spięty jak prokurator, który sam sobie nie ufa. Miał przy sobie grubą teczkę, którą postawił przed biurkiem z przesadnym namaszczeniem.

– Panie Prezesie – zaczął miękko, pochylając się nisko – partia i ojczyzna zadrżały z radości, gdy usłyszeliśmy, że Pan powrócił. Ja… ja zawsze wierzyłem, że Pan żyje. Wróciłem po kryjomu, prosto z Węgier, mimo niebezpieczeństwa czyhającego na mnie, gdy tylko usłyszałem o Pana powrocie.

Mruczuś przeciągnął się leniwie. 

– Wierzyłeś, Zbigniewie, a jednak już chciałeś przejąć strukturę. Przecież po to tu wróciłeś.

Zbigniew spocił się natychmiast. 

– Nigdy, Panie Prezesie! To tylko zabezpieczenie. Tymczasowe. Dla dobra państwa!

– Dla dobra państwa, które wciąż traktujesz jak akta w prokuraturze. – Mruczuś spojrzał mu w oczy. – Zostaw teczkę.

Zbigniew skinął głową, położył teczkę na biurku i wycofał się o krok, jakby właśnie oddał własną duszę w depozyt. 

Drugi wszedł Mateusz. Wypachniony, wyprasowany, błyskotliwy jak ulotka kredytowa. Uśmiechał się szeroko, choć w oczach widać było zmęczenie człowieka, który od lat próbuje pogodzić wierność i spryt.

– Panie Prezesie – zaczął tonem bankowca na spowiedzi – tyle razy mówiłem ludziom, że Pan wróci. I miałem rację! Naród potrzebuje znów silnego przywództwa, silnej ręki… no, może łapy.

– Łapy, Mateuszu, łapy. – Mruczuś zmrużył oczy. – Twoje kredyty zaufania już się dawno przedawniły. Ale dobrze, że jesteś.

Za nim wszedł Antoni. W płaszczu, w ciemnych okularach, mimo nocy. Rozejrzał się paranoicznie po pokoju.

– Panie Prezesie – szepnął – ja wiedziałem! Wiedziałem od początku! Oni próbowali mnie uciszyć, ale ja słyszałem głosy. Głosy mówiły, że Pan jest wśród nas!

– Głosy, Antoni, są czasem pożyteczne – mruknął Filemon. – Zwłaszcza jak reszta milczy.

Antoni nachylił się do Mruczusia. 

– Panie Prezesie, ja mam dowody. To wszystko był spisek. Wrogowie, służby, siły nieczyste. Ale nie martw się Pan… ja ich wszystkich obserwuję.

– Wiem, Antoni. – Kot skinął głową powoli. – Wiem, że obserwujesz nawet siebie.

Wreszcie wszedł były prezydent Andrzej. Uśmiech miał rozpromieniony, spojrzenie nieco zagubione, jakby znów czekał na sygnał, kiedy może usiąść.

– Panie Prezesie! Jakże się cieszę! – powiedział z zapałem. – Polska bez Pana była jak długopis bez tuszu!

– Siedź, Andrzeju. I nie mów, dopóki nie musisz. – Mruczuś westchnął, a Filemon zanotował coś w notesie, zapewne w rubryce „elementy dekoracyjne”.

Zebrali się więc wszyscy — a raczej to, co z nich zostało. Cienie dawnych ministrów, przetasowanych władców resortów, ludzie o spojrzeniach niegdyś dumnych, teraz drżących przed jednym spojrzeniem kota. Mruczuś siedział nieruchomo jak posąg, przez chwilę w pokoju słychać było tylko ciche mruczenie, które zdawało się wypełniać przestrzeń niczym modlitwa.

– Brakuje jednego – powiedział w końcu Prezes. – Wielkiego K. Gdzie on jest?

Zapanowała niezręczna cisza. Zbigniew chrząknął, Mateusz spojrzał w sufit, Antoni coś wymamrotał o prowokacji, a Andrzej zaczął udawać, że zawiązuje but.

– Zdrada – powiedział Mruczuś cicho, ale z takim ciężarem, że powietrze w pokoju zgęstniało. – Wielki K. zapomniał, komu zawdzięcza swój tron. Będzie musiał sobie przypomnieć.

– Oczywiście, Panie Prezesie – wtrącił się szybko Mateusz. – My wszyscy jesteśmy lojalni. Oddani. Gotowi!

– Gotowi, tak… – mruknął Filemon. – Ale do czego?

Mruczuś spojrzał po nich z wyniosłą łagodnością papieża w kociej wersji. 

– Moi wierni przyjaciele. Polska wpadła w ręce Donaldinia. Mówią, że to demokracja, że wolne media, że Zachód nas kocha. Ale ja wam mówię: to chaos. Rozwiązłość. Tęcza na każdym rogu!

– Sodoma! – dodał Antoni. – I Bruksela!

– Dokładnie. – Mruczuś uniósł łapę. – Dlatego musimy działać.

Wszyscy pochylili się ku niemu. Mateusz z wyuczonym zainteresowaniem, Zbigniew z niepokojem, Andrzej z nabożnością, Antoni z przekonaniem, że zaraz pozna plan z innego wymiaru.

– Musimy wrócić. Odzyskać władzę. Przywrócić porządek. Ale żeby to zrobić – mówił Prezes, spacerując po biurku jak generał po mapie Europy – trzeba uderzyć tam, gdzie nikt się nie spodziewa. W samym sercu zdrady. W Sejmie.

Mateusz uniósł brwi. 

– Panie Prezesie… ale… jak?

– Wejdę tam – powiedział kot. – Osobiście.

Zbigniew zakaszlał. 

– To bardzo… śmiałe. Ale… jeśli Pan wejdzie na mównicę, jeśli Panu w ogóle udzielą głosu… media to wykorzystają. Liberałowie… feminazistki… unijni komisarze… zrobią z tego kabaret!

Mruczuś zmrużył oczy. 

– Kabaret? Mój drogi, oni nie wiedzą, co to znaczy teatr polityczny. Ja wymyśliłem ten gatunek!

Filemon uśmiechnął się pod wąsem. 

– Trzeba przyznać, że ma rację.

Prezes odwrócił się do nich, ogonem rysując w powietrzu kształt orła. 

– Wiem, co robię. W Sejmie wygłoszę przemówienie, które wstrząśnie Polską. Donaldinio zostanie obnażony, jego śmiech zamarznie na ustach, a Sprawiedliwi Ponad Wszystko powstaną jak feniks z popiołów. Nikt nie odbierze nam tego kraju.

Zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na niego z mieszaniną strachu i podziwu.

– A wtedy… – dodał Mruczuś, patrząc prosto na Mariusza – nagrodzę lojalnych. Spółki skarbu państwa będą ponownie nasze. Nasi ludzie znajdą się w resortach, na czele stanie prawy i sprawiedliwy premier, a telewizja znów będzie nadawać jedyną słuszną prawdę.

Mateusz zesztywniał. Zbigniew przełknął ślinę. Antoni przeżegnał się, a Andrzej szepnął: 

– To wielki dzień dla Polski.

Mruczuś zeskoczył z biurka i spojrzał w stronę okna, za którym wiatr poruszał flagą z godłem. 

– Niech wiedzą. Nadchodzi nowa era. Era kota, który nie zapomniał, jak się drapie.

W pokoju rozległo się ciche mruczenie, które przerodziło się w pomruk jak z nabrzmiewającej burzy. Filemon spojrzał na niego z niepokojem. – Panie Prezesie… a jeśli tym razem to oni mają pazury?

Mruczuś uśmiechnął się cienko. 

– Wtedy zobaczą, że ja mam dziewięć żyć.

I cisza, która po tych słowach zapadła, miała w sobie coś z obietnicy — i coś z groźby.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
AlexPretnicki · dnia 18.01.2026 20:26 · Czytań: 113 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
spawngamer
10/02/2026 08:48
Dziękuję za komentarz Jolu. Też pozdrawiam. »
JOLA S.
09/02/2026 23:11
Tekst, jego forma przykuwa uwagę. Jak dla mnie niezwykła.… »
Zbigniew Szczypek
09/02/2026 22:02
Valerio Smakowanie owocu jest jak smakowanie miłości, można… »
spawngamer
09/02/2026 19:20
Dziękuję Berele, tak, dlatego ten obraz nasunął mi sam… »
Afrodyta
09/02/2026 19:17
Zbyszku, Anatomio, bardzo dziękuję za obecność i… »
Berele
09/02/2026 18:51
Tekst nie jest zaangażowany światopoglądowo i jest ciekawą,… »
Berele
09/02/2026 17:30
Bardzo ładny tekst. Podoba mi się, jak „podpaliłeś” to… »
japoneczka
08/02/2026 22:50
Jestem wdzięczna Zbyszku za Twoje komentarze.Dużo się można… »
Zbigniew Szczypek
08/02/2026 18:19
Tetu Ja sobie żartuję ale skoro grożą dziennikarzom, to… »
tetu
08/02/2026 16:33
Nikogo nie zamierzam mordować :) Miło widzieć Zbysia ;)»
Anatomia
08/02/2026 14:31
Dziękuję za refleksję nad moim wierszem Zbyszku. To zawsze… »
Berele
08/02/2026 13:40
»
Berele
08/02/2026 13:00
Spodobałop mi się twoje pisanie, a obraz zaintrygował. W… »
Zbigniew Szczypek
08/02/2026 02:21
"Przedwiośnie" jak nic, kolejne w Twoim życiu? Bo… »
Zbigniew Szczypek
08/02/2026 00:30
Tetu Możesz mnie zabić narodzę się nowy... Tak, najgorzej… »
ShoutBox
  • Zbigniew Szczypek
  • 09/02/2026 22:07
  • Wiktorze - mam jakąś "kotarę" na dole głównej strony, towarzyszącą mi na każdej stronie, Tak samo jakaś ikonka "kurs kreatywnego pisania"-te dwie rzeczy blokują. Ile razy chcę coś napisać, odświerzam.
  • Wiktor Orzel
  • 09/02/2026 15:02
  • Zbyszku, o jakie nakładki chodzi? Podeślesz na maila redakcyjnego screeny?
  • gertruda burgund
  • 06/02/2026 18:48
  • szkoda że MALOWANIE SŁOWEM to tylko pięć tekstów... :( może jeszcze do 7.02 ktoś się zmobilizuje?
  • Zbigniew Szczypek
  • 04/02/2026 16:19
  • Czy te nowe nakładki/skórki na stronie są konieczne? przeszkadzają w normalnym korzystaniu ze strony PP? Może na stałe z boku, dla zainteresowanych? A nie nachalnie
  • Zbigniew Szczypek
  • 04/02/2026 16:16
  • Trochę mnie z Wami nie było - serdecznie pozdrawiam!
  • Darcon
  • 04/02/2026 15:20
  • Dla zainteresowanych edytowałem swój wpis w wątku UTWORY konkursu Malowanie słowem.
  • Darcon
  • 09/01/2026 08:00
  • Mamy to. :) Pierwszy utwór konkursu "Malowania słowem" dostępny na stronie głównej. EDIT. Mamy już dwa utwory :)
  • Redakcja
  • 07/01/2026 13:49
  • Wszystkiego dobrego Wszystkim Portalowiczom!
  • Kushi
  • 04/01/2026 21:22
  • Wszystkiego najlepszego w Nowym 2026 roku dla całego Portalu Pisarskiego <3 :)
Ostatnio widziani
Gości online:106
Najnowszy:frybezowski