Szpiedzy w Sompolnie: Rozdział IX – Prezydencka rozgrywka - AlexPretnicki
Proza » Inne » Szpiedzy w Sompolnie: Rozdział IX – Prezydencka rozgrywka
A A A
Od autora: Połączenie thrillera, groteski, fikcji politycznej i dramy. Całość dostępne w formie eBooka na: aleksanderpretnicki.blogspot.com

Niebo nad Sompolnem było ciężkie od chmur, ale wiatr niósł w sobie coś podniosłego, jakby nawet pogoda rozumiała, że dziś to maleńkie miasteczko staje się centrum świata. Na prowizorycznym lądowisku, wytyczonym na boisku przy urzędzie miejskim, wznosiły się chmury kurzu i trawy, gdy prezydencki helikopter zbliżał się do ziemi. Silniki zawyły, kurz zatańczył w powietrzu, a mieszkańcy zgromadzeni za barierkami zasłonili oczy, próbując dostrzec sylwetkę prezydenta Grega Newmana w oślepiającym świetle reflektorów. Z głośników popłynęły pierwsze takty „Glory, Glory, Hallelujah”, grane przez lokalną orkiestrę dętą, która dała z siebie wszystko — trąbki błyszczały w słońcu, bębny niosły rytm z dumą, 

a melodia, choć nieidealna, miała w sobie szczerość i serce małego miasteczka witającego wielki świat. Przez mikrofon rozległ się głos lokalnego konferansjera:

— Szanowni państwo! Witamy serdecznie prezydenta Stanów Zjednoczonych, pana Grega Newmana, w naszym pięknym Sompolnie, sercu pokoju i… — zawahał się, spoglądając na zgromadzonych — współpracy międzynarodowej!

Whitaker i Dupont stali nieco z boku, wśród ochroniarzy i żołnierzy NATO. Whitaker miał dłonie w kieszeniach, ale jego spojrzenie ślizgało się po tłumie 

z nerwową czujnością. Charlotte, jak zwykle spokojna, przyglądała się całej scenie 

z lekkim uśmiechem.

— Widziałeś gdzieś McLagena? — spytał major, nie odrywając wzroku 

od helikoptera.

Charlotte pokręciła głową. 

— Pewnie ma powody, żeby się spóźnić. On zawsze ma powody.

Whitaker prychnął. 

— Świetnie. Czyli mamy witać prezydenta Stanów Zjednoczonych bez człowieka 

z NSA. Fantastycznie. Co mu powiem, że kapitan utknął w kolejce po pierogi?

Helikopter wreszcie dotknął ziemi. Z wnętrza wyszedł Greg Newman — wysoki, pewny siebie mężczyzna o włosach przyprószonych siwizną. Miał na sobie płaszcz 

w kolorze granatu i uśmiech, który wyglądał jakby został wcześniej przećwiczony przed lustrem, ale mimo to wydawał się szczery. Za nim wysypała się fala ochroniarzy, agentów Secret Service i tłumaczy.

— Panie prezydencie — Whitaker wystąpił krok naprzód, lekko skłonił głowę. — Major Charles Whitaker, MI6. Odpowiadam za koordynację bezpieczeństwa.

— Porucznik Charlotte Dupont, DGSE — dodała Francuzka z uśmiechem, 

który rozjaśnił nawet ponure niebo.

Newman uścisnął ich dłonie. 

— Cieszę się, że was widzę. Mam nadzieję, że wkrótce pokażecie mi, 

na co przeznaczyliśmy połowę rocznego budżetu Stanów Zjednoczonych. 

Lepiej, żeby było warto — bo inaczej Kongres i opinia publiczna wykończą mnie szybciej niż Władimir Władimirowicz.

Whitaker uniósł brew.

 — Postaramy się pana nie rozczarować, sir.

W tle konferansjer mówił do mikrofonu po polsku z entuzjazmem, który potrafił udzielić się wszystkim wokół — jego głos, nieco drżący, ale pełen dumy, brzmiał jak echo dawnych festynów, gdzie każde słowo wypowiadano z sercem. 

Newman odwrócił się w jego stronę i spytał cicho:

— Kto to, do diabła, jest?

Charlotte uśmiechnęła się serdecznie. 

— To miejscowy konferansjer, pan Andrzej... — zawahała się, wypowiadając polskie imię i nazwisko z wielką trudnością — …icki.

— Andrzejicki? — powtórzył prezydent z trudem.

— Mniej więcej.

Whitaker poprawił rękaw kurtki i rzucił z śmiertelną powagą:

— Czy mam go zlikwidować?

Prezydent spojrzał na niego z rozbawieniem. 

— Majorze, nie byłoby chyba najlepszym pomysłem rozpoczynać konferencję pokojową od likwidacji lokalnych osobistości.

Agent Secret Service w słuchawce przekazał, że teren jest czysty. 

Newman skinął głową i ruszył ku tłumowi. Ludzie wiwatowali, kobiety machały chorągiewkami, a dzieci z entuzjazmem przyjmowały cukierki, które chojnie rozdawał prezydent. Starsze kobiety wręczały kwiaty, a prezydent pozował do selfie 

z uśmiechem, który błyszczał w błyskach fleszy.

Charlotte obserwowała to z dystansem, trzymając ręce splecione z tyłu. 

— On wie, jak grać dla kamer.

— Każdy polityk to aktor — mruknął Whitaker. — Tylko stawki są inne.

Prezydent wszedł na scenę, gdzie czekał na niego pan Andrzej, widocznie poruszony 

i przejęty chwilą. Newman uścisnął mu dłoń i nachylił się do mikrofonu.

— To wielki honor być dziś tutaj z państwem — powiedział, a tłum natychmiast ucichł. — Mam nadzieję, że mieszkańcy Sompolna pomogą mi w najbliższym czasie doprowadzić do trwałego pokoju na świecie. To historyczna misja, której cele nie są łatwe, ale wierzę, że z waszą serdecznością i zaangażowaniem uda nam się przezwyciężyć wszelkie trudności.

Jego głos niósł się przez boisko, aż po ściany pobliskich bloków. 

Dzieci przestały biegać, dorośli słuchali z uwagą. W tle kamery światowych mediów rejestrowały każdy gest, każdy uśmiech, każdy podmuch wiatru poruszający flagi NATO i USA. CNN, BBC, Al- Jazeera transmitowaly na żywo historyczne wystąpienia prezydena Stanów Zjednoczonych w Sompolnie. Charlotte spojrzała 

w niebo. Na horyzoncie majaczyły helikoptery obserwacyjne, a w oddali błyskały czerwone punkty dronów zwiadowczych. W słuchawce w uchu usłyszała cichy głos technika z dowództwa:

— Wszystkie sektory czyste. Brak anomalii. Ale radar zarejestrował krótkotrwały sygnał z nieznanego urządzenia w północnej części miasta.

— Trzymać pod obserwacją — odpowiedziała spokojnie.

Whitaker spojrzał na nią kątem oka. 

— Coś się dzieje?

— Jeszcze nie. Ale mam wrażenie, że dziś wszystko może się wydarzyć.

Prezydent zakończył przemówienie. Orkiestra znów zagrała, tym razem Odę do radości, a tłum wiwatował. Charlotte czuła jednak pod skórą coś chłodnego, 

ledwie uchwytnego — napięcie, które wieszczyło, że pod błyskiem kamer czai się cień. Whitaker poprawił krawat, mruknął:

— Witaj w Sompolnie. Stolicy świata, choćby na jeden dzień.

Natomiast Charlotte pomyślała, że ten dzień może być dłuższy, niż ktokolwiek przypuszczał.

***

Ratusz w Sompolnie, zwykle wypełniony gwarem dzieci i młodzieży uczęszczajacych na zajęcia artystyczne, teraz tętnił cichą, precyzyjną nerwowością. Kable przeciągnięte przez korytarze oplatały ściany jak stalowe żyły, a nad biurkami migotały monitory, na których przesuwały się kody dostępu i mapy termowizyjne. 

W jednym z pokojów na piętrze, opatrzonym prowizoryczną tabliczką Security Coordination Room, siedziała porucznik Charlotte Dupont. 

Przygarbiona nad laptopem, z włosami wymykającymi się z ciasnego koka, wyglądała bardziej jak studentka w bibliotece niż agentka wywiadu. Jej twarz, rozświetlona blaskiem ekranu, była skupiona i spokojna. Na monitorze migały dane z satelitów, pliki przesyłane z paryskiego serwera DGSE i raporty z lokalnych źródeł. 

Jej dłoń poruszała się po gładziku z chirurgiczną precyzją. Czasem unosiła wzrok, słuchając brzęczenia transformatora, stukotu kroków na korytarzu — rytmu, 

który przypominał jej, że nad światem zawisł czas oczekiwania. 

Drzwi uchyliły się bez pukania. Do środka wszedł Aleksiej Karpow. Garnitur leżał na nim nienagannie dopasowany, choć na ramieniu pozostał ślad po deszczu. 

W dłoni trzymał teczkę 

ze starym, zdartym emblematem rosyjskiego MSZ. Uśmiechnął się lekko, niemal figlarnie.

— Pani porucznik — powiedział z wyraźnym akcentem. — Pracuje pani nawet wtedy, gdy świat się zatrzymuje?

Charlotte uniosła wzrok znad klawiatury, jej spojrzenie było chłodne, 

ale nie nieprzyjazne.

— Kiedy świat się zatrzymuje, to właśnie wtedy trzeba pracować.

Karpow zaśmiał się krótko.

— W Moskwie powiedzieliby, że piękna kobieta nie powinna się tak zamartwiać sprawami wojny.

— A we Francji powiedzieliby, że mężczyzna, który próbuje komplementem przykryć pytanie, pewnie ma coś do ukrycia.

Ich spojrzenia przecięły się jak klingi. W tym napięciu była gra — inteligencji, doświadczenia i instynktu.

Karpow zbliżył się, opierając teczkę o biurko.

— Chciałem tylko porozmawiać. O sprawach służbowych, rzecz jasna — 

dodał z uśmiechem, który nie zdradzał, czy mówi poważnie.

Charlotte uniosła brwi.

— Służbowych? Doprawdy?

Odpowiedział gestem dłoni, który mógł oznaczać „może jedno i drugie”. 

Zanim zdążyła odpowiedzieć, drzwi otworzyły się gwałtownie. 

Major Charles Whitaker wpadł do środka, jego kroki były twarde, a spojrzenie jak ostrze.

— Co tu się, do diabła, dzieje? — zapytał, zatrzymując się między nimi.

Karpow odwrócił się spokojnie, rozluźniając mankiety.

— Rozmowa dyplomatyczna, majorze. Wymiana poglądów.

— A tak to się teraz nazywa? — Whitaker skrzywił się. — Ruscy sabotują konferencję, a przy okazji podrywają nasze dziewczyny? Świetna robota, Aleksiej. Naprawdę na poziomie Kremla.

Charlotte wstała gwałtownie, ale Karpow był szybszy.

— Pańska bezczelność jest… imponująca — powiedział chłodno. — Gdy prezydent waszego kraju w tej chwili ląduje w Sompolnie, ja ciężko pracuje i kontaktuje się 

z moimi przełożonymi. Być może po to, by ta konferencja w ogóle się odbyła!

Whitaker nachylił się nad nim.

— Kontakt, powiadasz? Ciekawie. Bo my właśnie zarejestrowaliśmy obcy sygnał 

w Sompolnie. Niezidentyfikowany, krótkotrwały, tak jakby ktoś bardzo nie chciał zostać przyłapany..

Między nimi narastało napięcie — gęste, elektryczne, gotowe eksplodować. 

Charlotte ruszyła w ich stronę, ale obaj stali jak dwaj bokserzy, którzy czekają tylko na sygnał rozpoczynający walkę. Karpow warknął:

— Insynuacje to specjalność Zachodu.

— A sabotaż to specjalność Moskwy — odparł Whitaker.

I wtedy drzwi otworzyły się po raz trzeci. Kapitan John McLagen wszedł bez słowa, jego sylwetka rzuciła długi cień na podłogę.

— Wystarczy — powiedział tonem, który nie znosił sprzeciwu. — Jeśli chcecie się pozabijać, zróbcie to po konferencji. Teraz mamy wspólnego wroga.

Obaj mężczyźni zamarli. Whitaker cofnął się o krok, odwracając wzrok, 

a Karpow westchnął ciężko i odsunął się od biurka. McLagen podszedł powoli.

— Przyszedł pan współpracować. Tak, Aleksiej?

Karpow skinął głową. W jego oczach tliła się duma, ale głos miał rzeczowy.

— Moskwa zgodziła się na wymianę informacji. Wspólna sprawa, jak to się mówi.

Charlotte, która do tej pory stała z boku, przysunęła się bliżej.

— Czy to znaczy, że macie coś konkretnego? Dane, nazwiska, może tropy?

Rosjanin otworzył teczkę, z której wysunęły się dokumenty opatrzone czerwonymi pieczęciami.

— Mamy coś więcej niż tropy. Mamy potwierdzenie, że w Europie działa agent północnokoreański o pseudonimie Hwaryong. — Uniósł wzrok, obserwując ich reakcje. — Specjalny agent Wydziału Zjednoczonego Frontu. Wysłany tutaj, 

do Sompolna, by zakłócić konferencję.

Charlotte wstrzymała oddech.

— Zakłócić? W jaki sposób?

Karpow wzruszył ramionami.

— Nie wiemy. Ale Rosja podejrzewa, że jego misja nie ogranicza się do sabotażu medialnego. Może dojść do czegoś spektakularnego.

Whitaker przeszedł się po pokoju, jego krok dudnił po podłodze.

— To brzmi jak scenariusz do katastrofy.

— I taki może się spełnić — odparł Karpow. — Korea Północna odmawia jakiejkolwiek współpracy. Zaprzeczają, że ich agent w ogóle istnieje.

Charlotte pochyliła się nad stołem, opierając dłonie o blat.

— To wszystko?

Rosjanin spojrzał na nią z powagą, po czym odłożył kolejne papiery.

— Nie. Według naszych źródeł Hwaryong nie działa sam. W Sompolnie jest ktoś jeszcze. Ktoś, kto ma z nim kontakt, nadzoruje go, a jeśli zajdzie taka potrzeba — dokończy jego misję.

Cisza. Charlotte podniosła głowę, jej głos był ledwie szeptem.

— Chce pan powiedzieć, że ktoś już tu jest? Że przeniknął nasze zabezpieczenia… 

i chce doprowadzić do wybuchu wojny?

Odpowiedział jej nie Karpow, lecz McLagen.

— Tak. — Spojrzał na nią twardo. — I jeśli tego kogoś nie znajdziemy, zanim on znajdzie nas… świat pogrąży się w chaosie.

Za oknem wciąż słychać było echo orkiestry, która kończyła hymn USA.

Ale tutaj, w tym pokoju, dźwięk niósł się jak złowroga nuta — preludium do czegoś, czego nikt jeszcze nie potrafił nazwać.

***

Mobilny apartament prezydencki, złożony z połączonych stalowych kontenerów, wyglądał jak połączenie bunkra i luksusowego biura. W powietrzu unosił się zapach świeżej farby i smaru, a na ścianach połyskiwały monitory z podglądem kamer, 

dane satelitarne i komunikaty wywiadowcze. Na stole leżał kubek z nietkniętą kawą, obok sterta dokumentów i mapa Sompolna, pokryta czerwonymi znacznikami. 

Za oknami kontenera widać było miasteczko amerykańskie — rzędy namiotów, anteny satelitarne, żołnierzy patrolujących błotniste alejki między kontenerami. Prezydent Greg Newman chodził tam i z powrotem, ręce splecione za plecami. 

Twarz miał napiętą, a ruchy szybkie, jakby próbował w ten sposób zagłuszyć własne myśli. Czasem zatrzymywał się przy mapie i spoglądał na maleńki punkt oznaczający centrum Sompolna — miejsce, które na kilka dni stało się osią świata.

— Czyli — powiedział powoli, nie odrywając wzroku od mapy — chcecie mi powiedzieć, że w tej chwili nie możemy zagwarantować bezpieczeństwa konferencji. Ani mojego.

Kapitan John McLagen wyprostował się jak struna.

— Panie Prezydencie, zrobiliśmy wszystko, co możliwe. Ale pojawiły się przesłanki, że na teren konferencji przeniknęli ludzie z misją sabotażu. Wiemy tylko, 

że są powiązani z Koreą Północną.

Major Whitaker, stojący po jego lewej stronie, dodał z gniewnym grymasem:

— I że ktoś tu, w Europie, im pomaga. Ktoś, kto zna nasze protokoły.

Charlotte Dupont, stojąca nieco z tyłu, w cieniu reflektora, ścisnęła dłonie na tablecie.

— Mamy zidentyfikowanych kilku podejrzanych, ale brak dowodów. Wciąż nie wiemy, kto jest Hwaryongiem.

Newman zatrzymał się i spojrzał na nich po kolei. W świetle monitora jego twarz wydawała się starsza niż zwykle.

— To trochę zmienia postać rzeczy — powiedział cicho. — Ale skoro ktoś chce wysadzić w powietrze naszą ostatnią szansę na pokój… to znaczy, że pokój naprawdę ma wartość.

Odwrócił się ku McLagenowi.

— Proszę przygotować bezpieczny kanał komunikacyjny. Skontaktuję się z Moskwą osobiście.

Whitaker uniósł brwi.

— Panie Prezydencie, chce pan… rozmawiać z Władimirem Władimirowiczem? Osobiście?

— Dokładnie tak. — Newman mówił z chłodnym spokojem. — Musimy mieć pewność, że to nie on stoi za tym wszystkim. Jeśli Rosja gra podwójną grę, lepiej wiedzieć to teraz, zanim znajdziemy się wszyscy w jednym budynku i ktoś naciśnie guzik.

Charlotte wzięła głęboki oddech.

— To ogromne ryzyko, sir. Taka rozmowa może zostać przechwycona. Może zostać źle zinterpretowana.

Newman uśmiechnął się blado.

— Porucznik Dupont, w moim zawodzie każda rozmowa może zostać źle zinterpretowana. Ale jeśli milczenie doprowadzi do katastrofy, wolę mówić.

Przeszedł do okna. Za szybą widać było rzędy świateł i sylwetki żołnierzy, z daleka przypominających figury na szachownicy. Deszcz zaczął cicho stukać o dach kontenera.

— Zrobimy to po mojemu — powiedział w końcu. — Jeśli Władimir Władimirowicz jest człowiekiem, który naprawdę pragnie pokoju, pojawi się tutaj, w Sompolnie. Osobiście.

McLagen spojrzał z niedowierzaniem.

— Pan chce, żeby on przyjechał tutaj?

— Tak. — Prezydent skinął głową. — Chcę, żeby stanął ze mną twarzą w twarz. 

I żeby świat zobaczył, że ten pokój nie jest farsą.

Charlotte zamilkła. Jej wzrok przez chwilę zatrzymał się na twarzy prezydenta — twardej, ale przeoranej zmęczeniem, jakby dźwigał ciężar większy niż ktokolwiek na świecie.

— Panie Prezydencie… jeśli się mylimy, jeśli to prowokacja… — zaczęła cicho.

— Wtedy — przerwał jej Newman — musimy być gotowi zapłacić za pokój najwyższą cenę.

Zapadła cisza. Przez chwilę słychać było tylko jednostajne brzęczenie agregatu zasilającego i dalekie odgłosy helikoptera patrolowego.

Prezydent obrócił się do swoich doradców.

— Zróbcie wszystko, żeby znaleźć ludzi, którzy chcą zniszczyć tę konferencję. 

Niech to będzie wasz jedyny cel. Od tego zależą losy świata.

Spojrzał na nich, po kolei, na każdego z osobna — Whitakera, McLagena, Dupont — a w jego oczach błysnął cień, który nie był ani strachem, ani gniewem. 

Raczej świadomością, że historia właśnie wstrzymuje oddech. Za oknem błysnęło światło. Gdzieś daleko, w Sompolnie, rozległ się krótki, metaliczny trzask — jak echo przyszłości, która jeszcze nie nadeszła.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
AlexPretnicki · dnia 26.01.2026 07:25 · Czytań: 93 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
spawngamer
10/02/2026 08:48
Dziękuję za komentarz Jolu. Też pozdrawiam. »
JOLA S.
09/02/2026 23:11
Tekst, jego forma przykuwa uwagę. Jak dla mnie niezwykła.… »
Zbigniew Szczypek
09/02/2026 22:02
Valerio Smakowanie owocu jest jak smakowanie miłości, można… »
spawngamer
09/02/2026 19:20
Dziękuję Berele, tak, dlatego ten obraz nasunął mi sam… »
Afrodyta
09/02/2026 19:17
Zbyszku, Anatomio, bardzo dziękuję za obecność i… »
Berele
09/02/2026 18:51
Tekst nie jest zaangażowany światopoglądowo i jest ciekawą,… »
Berele
09/02/2026 17:30
Bardzo ładny tekst. Podoba mi się, jak „podpaliłeś” to… »
japoneczka
08/02/2026 22:50
Jestem wdzięczna Zbyszku za Twoje komentarze.Dużo się można… »
Zbigniew Szczypek
08/02/2026 18:19
Tetu Ja sobie żartuję ale skoro grożą dziennikarzom, to… »
tetu
08/02/2026 16:33
Nikogo nie zamierzam mordować :) Miło widzieć Zbysia ;)»
Anatomia
08/02/2026 14:31
Dziękuję za refleksję nad moim wierszem Zbyszku. To zawsze… »
Berele
08/02/2026 13:40
»
Berele
08/02/2026 13:00
Spodobałop mi się twoje pisanie, a obraz zaintrygował. W… »
Zbigniew Szczypek
08/02/2026 02:21
"Przedwiośnie" jak nic, kolejne w Twoim życiu? Bo… »
Zbigniew Szczypek
08/02/2026 00:30
Tetu Możesz mnie zabić narodzę się nowy... Tak, najgorzej… »
ShoutBox
  • Zbigniew Szczypek
  • 09/02/2026 22:07
  • Wiktorze - mam jakąś "kotarę" na dole głównej strony, towarzyszącą mi na każdej stronie, Tak samo jakaś ikonka "kurs kreatywnego pisania"-te dwie rzeczy blokują. Ile razy chcę coś napisać, odświerzam.
  • Wiktor Orzel
  • 09/02/2026 15:02
  • Zbyszku, o jakie nakładki chodzi? Podeślesz na maila redakcyjnego screeny?
  • gertruda burgund
  • 06/02/2026 18:48
  • szkoda że MALOWANIE SŁOWEM to tylko pięć tekstów... :( może jeszcze do 7.02 ktoś się zmobilizuje?
  • Zbigniew Szczypek
  • 04/02/2026 16:19
  • Czy te nowe nakładki/skórki na stronie są konieczne? przeszkadzają w normalnym korzystaniu ze strony PP? Może na stałe z boku, dla zainteresowanych? A nie nachalnie
  • Zbigniew Szczypek
  • 04/02/2026 16:16
  • Trochę mnie z Wami nie było - serdecznie pozdrawiam!
  • Darcon
  • 04/02/2026 15:20
  • Dla zainteresowanych edytowałem swój wpis w wątku UTWORY konkursu Malowanie słowem.
  • Darcon
  • 09/01/2026 08:00
  • Mamy to. :) Pierwszy utwór konkursu "Malowania słowem" dostępny na stronie głównej. EDIT. Mamy już dwa utwory :)
  • Redakcja
  • 07/01/2026 13:49
  • Wszystkiego dobrego Wszystkim Portalowiczom!
  • Kushi
  • 04/01/2026 21:22
  • Wszystkiego najlepszego w Nowym 2026 roku dla całego Portalu Pisarskiego <3 :)
Ostatnio widziani
Gości online:113
Najnowszy:frybezowski