Pociąg Intercity Kościuszko mknął przez wczesnojesienną Polskę, przecinając krajobrazy złotych pól i mglistych lasów. Wnętrze wagonu rozbrzmiewało cichym szmerem rozmów, stukotem filiżanek i jednostajnym rytmem kół.
W przedziale numer siedem, przy oknie, siedzieli naprzeciw siebie Park i Eun-ji. Eun-ji miała na sobie jasny płaszcz, jej włosy delikatnie falowały przy każdym ruchu pociągu. Siedziała bokiem, z kolanami lekko podciągniętymi, trzymając kubek
z herbatą. Park wyglądał przez okno, milczący, z twarzą zamyśloną — jakby widział coś więcej niż tylko przesuwające się krajobrazy.
— Myślałam, że agenci są… mniej ludzcy — powiedziała po chwili, z lekkim uśmiechem. — Że żyją wyłącznie misją, bronią, analizami. A ty... wyglądasz, jakbyś potrafił zrozumieć poezję.
Park odwrócił się ku niej. Przez chwilę milczał, jakby zastanawiał się,
czy odpowiedzieć.
— Poezję można zrozumieć tylko wtedy, gdy człowiek widział wystarczająco dużo cierpienia — powiedział cicho. — Wtedy każde słowo nabiera ciężaru.
Eun-ji uniosła brwi.
— Czytasz poezję?
Park skinął lekko głową.
— Tak. Nie tylko poezję. Lubię literaturę klasyczną. Dostojewski, Camus, Kawabata... choć większość tych nazwisk w moim kraju byłaby... problematyczna.
— Problematyczna? — powtórzyła z lekkim uśmiechem.
— Myślałam, że w Korei Południowej cenzura to już przeszłość.
Park zawahał się. Jego spojrzenie na moment stwardniało, potem znów zmiękło.
— Powiedzmy, że... pewne książki nie pasują do oficjalnego obrazu rzeczywistości.
Eun-ji oparła się o siedzenie.
— A więc jesteś romantykiem. Nie spodziewałabym się tego po kimś z wywiadu.
Park pozwolił sobie na cień uśmiechu.
— Nie jestem tym, kim się wydaję.
Jej spojrzenie zatrzymało się na nim na dłużej, jakby próbowała rozgryźć znaczenie tych słów.
— Wiesz, że to brzmi jak z filmu szpiegowskiego?
— Czasem życie ma lepszy scenariusz niż kino — odparł, sięgając po swoją kawę.
Na chwilę zapadło milczenie. Za oknem mignął las, potem małe miasteczko.
Eun-ji westchnęła, jakby zebrała w sobie odwagę, by powiedzieć coś trudnego.
— W moim życiu też był... scenariusz, którego nigdy nie chciałam — zaczęła cicho. — Mój brat, Kang Dae-hyun. Starszy o sześć lat. Najlepszy z nas wszystkich. Studiował w Seulu, działał w organizacjach humanitarnych. Pomagał uciekinierom
z Północy, tym, którzy próbowali dostać się przez Chiny.
Park zamarł. Nie poruszył się ani o centymetr.
— Pewnego dnia... zniknął — kontynuowała. — Ostatni raz kontaktował się z nami z Dandong, przy granicy. Mówił, że spotkał kogoś, kto potrzebuje pilnej pomocy. Potem ślad się urwał.
Jej głos lekko drżał, ale mówiła spokojnie.
— Rodzice szukali go przez miesiące. Zapłacili fortunę, błagali o pomoc kogo się dało. Bez skutku. Oficjalnie uznano go za zaginionego. Nieoficjalnie — mówi się,
że zginął z rąk służb z Północy.
Park poczuł, jak coś ściska mu gardło. Z trudem utrzymał obojętną minę.
— To dlatego jesteś tu? — spytał cicho.
— To dlatego robię to, co robię — odparła. — Nie wierzę, że pokój jest możliwy bez prawdy. Nawet między Północą a Południem, między Wschodem a Zachodem... wszędzie to samo — ludzie cierpią, bo ktoś inny decyduje, co jest „słuszne”.
Park odwrócił wzrok.
— Czasem ludzie, którzy decydują, też są więźniami.
Eun-ji spojrzała na niego, zaskoczona tą nutą w jego głosie.
— To brzmi... jakbyś mówił o sobie.
Park nie odpowiedział. Tylko uśmiechnął się krótko, z tym melancholijnym wyrazem twarzy, który u niego był bardziej maską niż gestem.
— A ty? — zapytała po chwili. — Dlaczego jesteś w wywiadzie?
Zamiast odpowiedzieć, spojrzał przez okno. Za szybą przesuwały się rzędy drzew
i smugi deszczu.
— Każdy ma swoje powody — powiedział w końcu. — Niektórych nie da się opowiedzieć bez... złamania samego siebie.
Rozmowa urwała się. Eun-ji odchyliła głowę, jakby chciała dać mu przestrzeń.
Ich cisza nie była już obca — była spokojna, jak coś, co zaczyna nabierać sensu. Pociąg kołysał się lekko. W przedziale obok ktoś słuchał cicho muzyki klasycznej — Vivaldi, „Zima”. Wtedy telefon Parka zawibrował. Nieznany numer.
Spojrzał na ekran. Serce zabiło szybciej.
— Przepraszam — powiedział, wstając. — To może być coś ważnego, z Seulu.
Eun-ji skinęła głową, nie podejrzewając niczego. Park wyszedł na korytarz.
Szedł powoli, aż dotarł do końca wagonu, gdzie znajdowała się toaleta.
Zamknął drzwi, wyjął telefon i oddzwonił. Po kilku sygnałach odezwał się głos. Zimny. Mechaniczny. Bez emocji.
— Hwaryong. Wiesz, kim jestem.
Park zamarł. W jego dłoni telefon wydawał się ciężki jak ołów.
— Nie wykonałeś rozkazu. Jesteś w Polsce. Masz dwa dni. Jeśli tego nie zrobisz... twoi rodzice — Kim Seong-won i Chae Mi-yeon, ulica Changseong 3, Pjongjang — zginą.
Park zamknął oczy.
— Zastanów się dobrze. Dwa dni. Nie więcej.
Połączenie się urwało. Przez dłuższą chwilę Park stał w bezruchu, patrząc w swoje odbicie w lustrze. Widział tam mężczyznę, którego nie poznawał. W oczach miał cień strachu, gniewu i czegoś, co przypominało rozpacz. Spojrzał na swoje dłonie.
Dłonie, które miały ocalić — i zabić.
Park przez chwilę stał jeszcze w bezruchu, aż w końcu schował telefon do kieszeni
i przemył twarz zimną wodą. Gdy spojrzał w lustro, jego spojrzenie znów było spokojne, chłodne — jakby w ciągu kilku sekund zdążył zabetonować wszystkie emocje głęboko w sobie. Wyszedł z toalety i ruszył w stronę przedziału.
Korytarz był pusty, tylko zza drzwi sąsiednich wagonów dobiegał stukot kół i szum rozmów. Gdy otworzył drzwi do swojego przedziału, Eun-ji właśnie spoglądała
przez okno, z zamyśloną miną. Odwróciła się natychmiast, gdy usłyszała jego kroki.
— Joon-ho... długo cię nie było. Wszystko w porządku? — zapytała z lekkim niepokojem w głosie.
Park skinął głową, siadając naprzeciw niej.
— Tak. Małe problemy z połączeniem. Nic ważnego.
Eun-ji przyjrzała mu się uważnie, jakby wyczuwała, że coś jest nie tak.
Ale Park już zdążył nałożyć maskę obojętności.
Na jego twarzy zagościł uśmiech — ten sam, który ukrywał prawdę.
— Napijesz się jeszcze herbaty? — zapytała cicho.
— Tak — odparł, nie odrywając wzroku od okna, gdzie w mroku przesuwały się blade światła mijanych stacji.
Za szybą, w odbiciu szkła, zobaczył jej sylwetkę — ciepłą, żywą, nieświadomą.
A w jego oczach odbił się cień człowieka, który wiedział, że każda chwila spędzona obok niej zbliża go do granicy, z której nie będzie już powrotu.
***
Dworzec w Koninie był niemal pusty. Zimny wiatr znad Warty niósł zapach spalin
i wilgoci, rozrzucając po peronie gazety i złoto- żółtawe liście. Kang Eun-ji poprawiła płaszcz, zmarzniętymi dłońmi przyciskając torbę do boku. Park Ji-hoon stał obok niej, oparty o metalową barierkę, z nieodłącznym spokojem człowieka, który widział już zbyt wiele, by się denerwować.
– Więc... nie ma żadnego połączenia? – zapytała po chwili, gdy z zamkniętego okienka informacji odbiło się echo jej własnego głosu.
– PKS do Sompolna jutro rano. O szóstej czterdzieści – odpowiedział, trzymając
w dłoni wydrukowany rozkład jazdy. – Pociąg nie jeździ, a taksówki… cóż, próbowałem zadzwonić.
– I?
– Kierowca nie mówił po angielsku. – Park wzruszył ramionami z lekkim, ironicznym uśmiechem.
Eun-ji westchnęła, zerkając na rozświetlony napis „Hotel Konin” widoczny na końcu ulicy. W tej części miasta światła neonów miały melancholijny urok, jakby ktoś próbował na siłę nadać blask miejscu, które dawno zapomniało, czym jest ruch.
– Chodźmy tam. Może mają wolne pokoje – zaproponowała, idąc pierwsza przez przejście.
W hotelowej recepcji pachniało starym dywanem i perfumami z lat dziewięćdziesiątych. Starsza recepcjonistka spojrzała na nich z lekkim zdziwieniem, kiedy poprosili o dwa pokoje.
– Niestety, proszę państwa... został tylko jeden – odparła łagodnym tonem.
– Pokój małżeński.
Park przez chwilę milczał. Eun-ji spojrzała na niego, unosząc brwi.
– To tylko jedna noc. Nie mamy wyboru – stwierdziła stanowczo.
– Jeśli pani nalega – odparł chłodno. – Ale to ja śpię na podłodze.
Pokój okazał się zaskakująco przytulny: ciepłe światło lamp, ciężkie zasłony, zapach drewna. Na stoliku czekała butelka czerwonego wina i dwa kieliszki.
– Chyba ktoś przewidział nasze nastroje – zażartowała Eun-ji, nalewając trunek.
Park uniósł kieliszek, przez chwilę obracając go w dłoni, jakby analizował kolor.
– Nie pamiętam, kiedy ostatnio mogłem się tak po prostu napić w spokoju – powiedział cicho.
– Bo nigdy sobie na to nie pozwalasz – odpowiedziała z uśmiechem.
– Nawet w Seulu wyglądałeś, jakbyś na barkach nosił kłopoty całego świata.
Zamilkli. W tle grało coś cicho z telewizora, jakaś polska ballada o jesieni.
Zza okna dochodził szum ulicy. Wino rozgrzewało policzki, rozluźniało gesty, topiło granice między formalnością a czymś delikatniejszym, nieuchwytnym.
– Dziękuję, Ji-hoon – powiedziała po chwili. – Za tamto w Seulu i Warszawie.
Wciąż trudno mi uwierzyć, że…
– Nie dziękuj mi. To była moja praca.
– Czasem robisz coś więcej niż pracę. Czasem… ratujesz komuś życie.
Na moment ich spojrzenia spotkały się. Park odwrócił wzrok pierwszy.
– Skończyło się wino – zauważyła Eun-ji, zaglądając do butelki.
– Zejdę po drugą – zaproponował Park, już sięgając po klucz.
– Nie, tym razem ja coś zrobię. – Uśmiechnęła się lekko. – Ty napracowałeś się już dziś wystarczająco dużo.
Zeszła na dół po cichu. Restauracja była prawie pusta, oświetlona ciepłym światłem lamp, które odbijały się w butelkach wina za barem. Eun-ji już miała podejść do kelnerki, gdy jej wzrok zatrzymał się na sylwetce siedzącej samotnie przy jednym
ze stolików. Mężczyzna, ubrany w ciemny garnitur, odwrócił się, jakby wyczuwając jej obecność.
Ich spojrzenia spotkały się.
– Eun-ji? – głos zabrzmiał miękko, z niedowierzaniem. – Nie wierzę. To naprawdę ty?
Kobieta na chwilę zamarła, po czym jej usta rozciągnęły się w lekkim, zaskoczonym uśmiechu.
– Han Min-jun…? – wyszeptała. – Co ty tu robisz?
Mężczyzna wstał, a jego ruchy miały tę samą pewność, którą pamiętała sprzed lat.
W Seulu był jednym z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy telewizyjnych — prezenter, komentator polityczny, człowiek, którego twarz codziennie pojawiała się
w wieczornych wiadomościach. Inteligentny, błyskotliwy, a przy tym niebezpiecznie czarujący.
– Relacjonuję konferencję pokojową NATO–Rosja w Sompolnie dla KBS – odpowiedział, uśmiechając się półgębkiem. – Największe wydarzenie dekady,
a pewnie i stulecia. Ale szczerze? Nie spodziewałem się spotkać tu ciebie, w hotelu
w środku Polski.
– Moje życie ostatnio lubi niespodzianki – odparła, siadając naprzeciwko niego.
Min-jun skinął kelnerce i zamówił dwa kieliszki czerwonego wina.
Przez chwilę przyglądał jej się z tą samą mieszaniną ciekawości i podziwu, którą miała w pamięci.
– Nadal taka sama – powiedział po chwili. – Tylko chyba bardziej zmęczona.
– Praca w dyplomacji to nie wakacje – odparła z lekkim uśmiechem.
– A ty? Wciąż w świetle kamer?
– Zawsze. To mój żywioł. – Zaśmiał się cicho. – Ale wiesz… czasem tęsknię
za tamtymi dniami. Za tą dziewczyną, która w ministerstwie w Seulu próbowała mnie uciszyć, gdy zadawałem zbyt wiele pytań o tajne negocjacje.
– To była moja pierwsza misja – przypomniała mu. – I twój pierwszy skandal.
– Skandal, który był wart każdego tytułu w gazecie – mruknął z uśmiechem.
– Bo poznałem ciebie.
Eun-ji parsknęła cicho śmiechem, ale w jej oczach błysnęło coś miękkiego, może sentymentalnego. Min-jun miał w sobie tę zdolność – sprawiał, że świat na chwilę stawał się mniej ciężki.
– Nadal wiesz, jak mówić to, co ludzie chcą usłyszeć – zauważyła, unosząc kieliszek.
– Nie wszyscy – powiedział Min-jun, patrząc na nią z powagą. – Niektórzy chcą, żebym przestał mówić. Zwłaszcza teraz, gdy wojna i pokój znów wiszą na włosku.
Zamilkli na moment. Wino w kieliszkach zadrżało od cichego dźwięku fortepianu płynącego z głośników. I właśnie wtedy drzwi restauracji otworzyły się cicho.
Park Ji-hoon stanął w progu, jego sylwetka odbiła się w lustrze za barem.
W jego oczach błysnęło coś między zaskoczeniem a nieufnością, gdy zobaczył Eun-ji siedzącą przy stoliku z mężczyzną o perfekcyjnie przystrzyżonych włosach,
w eleganckim garniturze, z tym rodzajem pewności siebie, jaką mają tylko ludzie, którzy przyzwyczaili się do kamer.
– Ji-hoon! – zawołała Eun-ji, prostując się gwałtownie. – Chodź tutaj. Pozwól,
że ci kogoś przedstawię.
Park podszedł bliżej, jego krok był spokojny, ale spojrzenie – chłodne.
– To Han Min-jun – powiedziała z lekkim uśmiechem.
– Znany dziennikarz koreańskiej telewizji, obecnie w Polsce. Relacjonuje konferencję w Sompolnie.
– Miło mi – odezwał się Min-jun, wstając i podając dłoń. – Nie sądziłem, że spotkam tu panią Kang. A już na pewno nie w takim towarzystwie.
– Park Joon-ho – przedstawiła go Eun-ji, może odrobinę zbyt formalnie.
– Mój… współpracownik z MSZ. Park uścisnął dłoń Min-juna. Uścisk był krótki, zbyt mocny, by był przyjazny.
– Również miło.
– Więc – Min-jun uniósł brew, siadając z powrotem – pani współpracownik pilnuje pani nawet po godzinach?
– W mojej pracy bezpieczeństwo nie ma godzin – odparł Park chłodno.
Eun-ji westchnęła, próbując rozładować napięcie.
– Panowie, błagam. To nie przesłuchanie, tylko kieliszek wina po długiej podróży.
– W takim razie – Min-jun sięgnął po karafkę – za to, żeby nasze drogi częściej przecinały się w takich miejscach.
– I za to, żeby kończyły się spokojnie – dodał Park, z pozornym spokojem, lecz wzrok miał ostry.
Eun-ji uśmiechnęła się niepewnie, czując, jak między nimi narasta subtelne,
ale gęste napięcie – to, którego nikt nie nazwie, ale wszyscy wyczują.
– Musimy już iść – powiedział Park po chwili. – Jutro czeka nas wczesny wyjazd.
– Ji-hoon… – zaczęła, lecz on tylko skinął głową.
– Rozmowa była miła – rzucił chłodno w stronę Min-juna. – Ale w takich czasach nawet miłe rozmowy potrafią być niebezpieczne.
Odszedł pierwszy. Eun-ji spojrzała jeszcze na Min-juna, który obserwował ich
z cieniem smutku i ciekawości. Wiedziała, że to spotkanie nie zakończyło się tutaj. Ji-hoon i Eun-ji wrócili do pokoju bez słowa. Park rozłożył koc na podłodze, trochę dalej od łóżka. Eun-ji długo jeszcze leżała, wpatrując się w sufit, czując dziwny ciężar między nimi – mieszaninę ciepła i chłodu, której nie umiała nazwać.
Tymczasem w restauracji Han Min-jun dopił swoje wino, po czym sięgnął po telefon. Wybrał numer swojego stałego, zaufanego informatora mającego dostęp
do rządowych danych i akt służb specjalnych.
– Tu Han. Potrzebuję informacji – powiedział cicho, gdy po drugiej stronie odezwał się głos.
– Park Ji-hoon. Odpowiedzialny za ochronę delegacji południowokoreańskiej na szczycie Sompolno 2029. Najprawdopodobniej… agent Narodowej Służby Wywiadu. Sprawdź mi go, proszę. I szybko.
Odłożył słuchawkę, wpatrując się w odbicie w lustrze za barem. Przesunął palcem po krawędzi kieliszka, aż wydał cichy, dźwięczny ton. Uśmiechnął się lekko, niemal zbyt spokojnie.
– Eun-ji… – szepnął do własnego odbicia. – Nie pozwolę ci tak po prostu odejść. Nie tym razem.

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.





może jeszcze do 7.02 ktoś się zmobilizuje?
Pierwszy utwór konkursu "Malowania słowem" dostępny na stronie głównej. EDIT. Mamy już dwa utwory 

Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt