Wszystkie Koty Prezesa: Rozdział VII – Koalicja - AlexPretnicki
Proza » Groteska » Wszystkie Koty Prezesa: Rozdział VII – Koalicja
A A A
Od autora: Opowiadanie o pewnym znanym człowieku i jego kocie. Satyra polityczna. Całość dostępna na: aleksanderpretnicki.blogspot.com

W kuluarach sejmowych wrzało jak w ulu, jak po zrzuceniu granatu. Kamery już dawno przestały transmitować obrady, ale napięcie wciąż wibrowało w powietrzu, jakby marmurowe ściany same śledziły historię, która właśnie skręciła w nieoczekiwanym kierunku. Wniosek Mruczusia przeszedł większością głosów.. Część posłów koalicji rządzącej wyłamała się i ci bardziej wrażliwi na prawą zwierząt zagłosowali za wotum nieufności.

W biurze klubu Sprawiedliwych Ponad Wszystko panowały chaos i euforia pomieszane z niedowierzaniem. Flagi z logo partii, które przez ostatni rok zwisały smętnie, teraz dumnie powiewały w przeciągu, a Zbigniew otworzył szafkę, z której wyjął butelkę czegoś, co wyglądało na nalewkę z czasów rządów Beaty Pierwszej.

– Mamy to! – krzyknął Mateusz, aż spadły dwa segregatory z napisem „Strategia 2015–2027 (nigdy nie ujawniać)”. – To cud! Cud narodowy! Kot obalił rząd!

Antoni, siedzący w rogu i trzymający na kolanach stary model samolotu, spojrzał z powagą. 

– Ja to mówiłem, że koty mają moc. Widziałem, jak jeden kiedyś zeskoczył z dachu i przeżył. To nie jest przypadek, to system.

Filemon przewrócił oczami, poprawiając okulary zrobione z drutu i szkła po koniaku.

– To nie cud, to konsekwencja logicznego ciągu przyczyn i skutków, panie Antoni. Czasem w historii wystarczy odpowiednio zamruczeć we właściwym momencie.

Mruczuś siedział na biurku, otoczony przez swoich wiernych ludzi, niczym pomnik własnej nieśmiertelności. W jego oczach błyszczało coś pomiędzy satysfakcją a czystą polityczną furią. Mariusz klęczał niemal przy jego łapie, trzymając notatnik. 

– Prezesie, to wielki dzień. Rząd upadł! Sejm w szoku, media w ekstazie! Nasz powrót jest tylko kwestią godzin!

– Nie „nasz”, Mariuszu. Mój – poprawił Mruczuś, przeciągając się z królewską gracją. – To ja przemówiłem, to moje słowa obudziły w ludziach sumienie, wrażliwość, empatię… i elementarny strach przed byciem uznanym za wroga kotów.

Mateusz pokiwał głową z zachwytem. 

– Gdybyśmy wiedzieli, że wystarczy kot, to byśmy dawno zrobili z prezesa symbol kampanii.

– Miałeś kiedyá podobny pomysł, Mateuszu – przypomniał Filemon z przekąsem. 

– Tylko że wtedy chciałeś, żebym był pluszowy i przemawiał po angielsku do inwestorów.

Śmiech rozlał się po sali jak tanie wino, ale Mruczuś nie uśmiechnął się nawet o milimetr. W jego spojrzeniu tlił się ogień planu.

– Nie czas na żarty. Rząd upadł, ale to dopiero początek. Musimy zbudować nową większość. Sprawiedliwi Ponad Wszystko mają za mało głosów, żeby sami przejąć władzę. Potrzebujemy sojuszu.

Zbigniew uniósł brwi, nalewając sobie nalewki do kubka z napisem „Prawo to ja”. 

– Konsternacja?

– Nie – mruknął Antoni, nie odrywając wzroku od swojego modelu samolotu. – Oni się boją kotów. Uważają, że to agenci zachodnich wartości.

– A Partia Cesarz-Król Grzegorza Bruma? – podsunął Mateusz, jakby mówił o egzotycznym towarze na giełdzie politycznej. – Z nimi zawsze można się dogadać, jeśli użyje się odpowiedniej formy… banknotu.

Filemon prychnął. 

– Oni mają alergię na zwierzęta i jeszcze większą na rozum. Prędzej przyjmą papugę z Rzymu niż kota z planem. Zresztą są jeszcze bardziej radykalni niż Konsternacja.

– Droga Centrum? – zaproponował były prezydent Andrzej, który do tej pory siedział w milczeniu, przeglądając swoje zdjęcia z podpisywania ustaw. – Kotłownia niby z Donaldiniem, ale może…

Mruczuś spojrzał na niego z litością, która bolała bardziej niż obelga. 

– Andrzeju, Droga Centrum jest jak termofor: ogrzeje, ale nie poruszy. Nie mają siły. Poza tym Kotłownia głaskał mnie po grzbiecie w złych intencjach. Czułem jego liberalizm w palcach.

Zapadła chwila ciszy. Na stole leżała mapa Polski z lat 90., na której ktoś dorysował długopisem koty w miejscach, gdzie partia miała największe poparcie.

– Więc zostaje tylko jeden człowiek – powiedział cicho Filemon, patrząc na prezesa z powagą profesora etyki w świecie bez sumienia. – Wielki K.

W sali zapadło napięcie. Nawet Zbigniew przestał siorbać nalewkę.

– Tak – przyznał Mruczuś, spuszczając wzrok. – Wielki K. To on był naszą gwarancją. Naszym łącznikiem ze skrajną prawicą, z tymi, którzy wciąż wierzą, że Polska zaczyna się od hymnu i kończy na granicy z własnym ego.

Mateusz drapał się po głowie. 

– Ale, prezesie, Wielki K. nie przyszedł. Nie odpowiedział na wezwanie.

– Wiem – mruknął Mruczuś. – I to mnie niepokoi. Bo kto się nie stawił przed kotem, ten już zdradził.

Andrzej zaczął coś mówić o konstytucji, ale nikt go nie słuchał. Wszyscy czuli, że zapach zdrady wisi w powietrzu, jak kurz po upadłym rządzie.

– Trzeba się z nim zobaczyć – powiedział Mruczuś. – Osobiście. Jeśli ktoś może przekonać Konsternację i Partię Cesarz-Król, to tylko on. Ale jeśli odwrócił się od nas… – tu jego głos przybrał lodowaty ton – to znaczy, że czas powołać nowego przywódcę narodu.

Zapanowała cisza. Wtedy drzwi otworzyły się gwałtownie. Do pokoju wbiegł młody poseł z teczką pod pachą i oczami jak spodki. 

– Panowie! Panowie, to niemożliwe!

– Co znowu? – warknął Zbigniew.

– Wielki K.! – wykrztusił chłopak. – On… on jest tutaj! W Sejmie! Właśnie przybył osobiście!

Wszystkie głowy zwróciły się w stronę drzwi. Mruczuś powoli zeskoczył z biurka, jego ogon zadrżał jak sztandar przed bitwą. W jego oczach błysnęło coś między triumfem a czystym instynktem drapieżcy.

– No to, moi drodzy – powiedział z kocią elegancją, poprawiając futro na karku

– sprawdźmy, czy nasz Wielki K. wciąż jest wielki.

Za drzwiami słychać było gwar, błyski fleszy i odgłos ciężkich kroków. Powietrze zgęstniało jak przed burzą. Ktoś przyniósł zapach władzy.

***

Drzwi do pokoju otworzyły się z przesadnym rozmachem, jakby wchodził nie człowiek, a cała mitologia o „nowym porządku”. Wielki K. wkroczył do środka w ciemnym garniturze, który bardziej przypominał uniform zawodowego boksera na bankiecie niż strój prezydenta. Uśmiechał się szeroko — ten uśmiech był jego orężem i maską zarazem. W dłoni trzymał małą torebkę papierową, jakby przyniósł gospodarzowi prezent na imieniny.

– Panowie, – powiedział z tą przesadną grzecznością, której nie sposób było odróżnić od kpiny. – Słyszałem, że Polska znów kwitnie. Gratuluję sukcesu. Kot obalił rząd, a ja, proszę ja was, jestem znów potrzebny. Los bywa figlarny.

Mruczuś siedział na biurku, łapki złożone, ogon zawinięty z godnością. 

– Wielki K. – mruknął, przeciągając każde słowo jak dyrygent ton ostatniego akordu. – Nie przyszliśmy tu rozmawiać o losie. Przyszliśmy go kształtować.

Prezydent przystanął, obejrzał się po zebranych i ruszył w stronę biurka. Postawił papierową torbę tuż przed Mruczusiem. 

– Świeże mleko, prezesie. Specjalnie z ekologicznej mleczarni w Piasecznie. Tylko dla najważniejszych.

Zbigniew zachichotał pod nosem, ale zamilkł, gdy kot spojrzał na niego z lodowatą dezaprobatą.

– To ma być żart? – zapytał Mruczuś.

– Nie, – odpowiedział Wielki K., rozsiadając się naprzeciwko jak człowiek, który czuje się panem miejsca. – To gest sympatii. A może przypomnienie, że władza, nawet w kocim wydaniu, ma swoje obowiązki. I swoje uzależnienia. – Uśmiechnął się i z torebki wyjął drugi prezent: mały, czerwony kłębek wełny. – A to, żeby pan prezes się nie nudził między posiedzeniami.

Cisza w sali zgęstniała. Antoni mruknął coś o „prowokacji agenturalnej”, Mateusz wyciągnął chusteczkę, jakby chciał nią zasłonić wstyd, a Mariusz przestąpił z nogi na nogę, gotowy do służalczej interwencji.

Mruczuś zeskoczył z biurka i podszedł bliżej prezydenta, jego futro uniosło się lekko, jakby łapało elektryczność z powietrza. 

– Skończmy z teatrem. Wiesz, po co cię tu sprowadziłem.

– Wiem, – odpowiedział Wielki K., nie zmieniając tonu. – Chcesz, żebym zrobił to, czego nie udało się tobie. Żebym poszedł do tych z Konsternacji i do Bruma. Żebym pogłaskał ich po głowie, pogadał o tradycji, honorze i konserwie w puszce. I żeby potem wrócili do ciebie jak grzeczne pieski.

– Koty – poprawił Mruczuś chłodno. – Nie pieski.

– Nie bądźmy drobiazgowi – odparł Wielki K., splatając dłonie na stole. – Dobrze, pogadam z nimi. Heinz, Borsuk, Brum… stare chłopaki. Wszyscy lubią ciepłe światło kamer i wizję wielkiego powrotu. Ale powiedzmy sobie szczerze, prezesie: w tej Polsce, która wstaje z kolan, coraz mniej miejsca dla tych, co chodzą na czterech łapach.

Mruczuś syknął, jakby ktoś nadepnął mu na ogon. 

– Nie radzę igrać z cierpliwością kota, Wielki K. Twoja kariera… twoja prezydentura… nawet twój paszport, wszystko to zawdzięczasz mnie.

– Wiem. – Prezydent oparł łokcie o stół, patrząc mu prosto w oczy. – Wszystko dzięki tobie, prezesie. Tyś mnie wybrał. Tyś mnie namaścił. A potem zostawiłeś samemu sobie.

– Bo wierzyłem, że rozumiesz hierarchię. – Głos Mruczusia przybrał ton nauczyciela, który karci nieposłusznego ucznia. – Ale widzę, że zbyt długo przebywałeś w towarzystwie kamer i pochlebców. Przypomnę więc, że wiem o tobie więcej, niż chciałbyś, by wiedziała Polska. Wiesz, o czym mówię. O tych papierach z lat dziewięćdziesiątych. O twoich nocnych kursach po Oliwie. O tym, jak pewne konta wciąż się nie zgadzają. 

Wielki K. zamarł, choć jego twarz zachowała uprzejmy uśmiech. 

– Prezes grozi?

– Prezes przypomina. – Mruczuś uniósł łapę i przeciągnął ją po wąsach z teatralną precyzją. – Bo pamięć to obowiązek patrioty.

Prezydent milczał przez chwilę, jakby ważył słowa. Potem westchnął i wstał. 

– Nie ma potrzeby się unosić. Oczywiście, że załatwię spotkanie. Porozmawiam z Heinzem, z Borsukiem, może nawet z Brumem… jeśli jeszcze panuje nad sobą i nie potraktuje mnie gaśnicą, przy próbie powiedzenia dzień dobry. – Odwrócił się i ruszył do drzwi, ale zatrzymał na progu. 

– Wszystko będzie, jak pan prezes sobie życzy.

Zanim wyszedł, sięgnąl jeszcze po kłębek na biurku, a następnie rzucił go dokładnie w miejsce, gdzie leżały dokumenty z podpisem „Wielki K.”. 

– Na szczęście każdy ma coś, co lubi najbardziej – powiedział cicho.

Mruczuś patrzył, jak drzwi się zamykają. Cisza, jaka zapadła, była gęsta jak śmietanka w jego mleku. Kłębek leżał na biurku, czerwony, kuszący, absurdalnie niewinny. Filemon próbował coś powiedzieć, ale nie zdążył – bo Mruczuś, nie mogąc się powstrzymać, dotknął go łapą. Raz, drugi. Kłębek potoczył się po blacie, a potem na podłogę. Kot skoczył za nim, ślizgając się po parkiecie jak wciągnięty w spiralę instynktu. Zbigniew próbował zachować powagę, ale jego usta drgnęły. Mateusz odwrócił się do ściany. Antoni zasalutował do kłębka, jakby to był emblemat narodowy.A wielki K., stojąc już w korytarzu, poprawił krawat i cicho powiedział do siebie: 

– Polska będzie miała porządek. Mój porządek.

Drzwi zamknęły się bezgłośnie, a w biurze pozostał tylko dźwięk przewracającego się kłębka i ciche mruczenie kota, który na chwilę zapomniał, że był kiedyś człowiekiem.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
AlexPretnicki · dnia 14.02.2026 18:06 · Czytań: 133 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
lens
13/03/2026 23:02
A mnie zastanawia skąd wiesz, że w gabinecie... Dzięki że… »
retro
11/03/2026 23:39
Przepraszam, że tak późno wrzucam komentarz, ale musiałam… »
retro
06/03/2026 21:23
Mógłby to być amstaff »
spawngamer
06/03/2026 19:39
Początek brzmi jak wstęp do horroru o psychopacie do słowa -… »
Florian Konrad
05/03/2026 19:32
Dziękuję za super komentarz! »
valeria
04/03/2026 13:33
Myślę, że każdy po swojemu interpretuje:) spoko, moja wiosna… »
Mahen
04/03/2026 09:19
Bo z krytykowaniem jest jak z pisaniem wierszy. Trzeba to… »
retro
03/03/2026 15:36
Gertrudo, wybrałaś trudny obraz, do którego stworzyłaś… »
spawngamer
02/03/2026 20:15
Przeraża mnie trochę Twoja wizja bowiem obraz nasuwa… »
Marian
02/03/2026 18:02
Manuelu, bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz. »
Zbigniew Szczypek
01/03/2026 13:45
Valerio Może mi się wydaje ale gdzieś to już u Ciebie… »
Zbigniew Szczypek
01/03/2026 13:21
Lens Bardzo podoba mi się ta gra słów. Nie mam zamiaru… »
Zbigniew Szczypek
01/03/2026 13:02
Pulsarze Ni to wiersz, ni krytyka ale dotarło do mnie, jak… »
x.jdx
26/02/2026 09:34
Bardzo mnie wciągnął ten świat. Ta mieszanka czułości,… »
retro
24/02/2026 21:29
Obraz przedstawia bawiące się dziewczynki. W pierwszej… »
ShoutBox
  • Redakcja
  • 03/03/2026 11:35
  • Gratulacje! Wrzuciliśmy newsa!
  • Zbigniew Szczypek
  • 01/03/2026 13:50
  • Janusz - serdecznie Ci gratuluję sukcesu wydawniczego i gorąco pozdrawiam - Zbyszek ;-}
  • Janusz Rosek
  • 01/03/2026 09:15
  • Witam wszystkich bardzo gorąco. Chciałbym przekazać Wam, że od dnia 18 marca 2026 roku na rynku wydawniczym dostępna będzie moja książka "Cień nad Wieliczką" w wersji drukowanej. Pozdrawiam.
  • Darcon
  • 15/02/2026 18:12
  • Hej, Wszystkim w ten zimowy wieczór! Właśnie zamieściłem wyniki konkursu "Malowanie słowem"! Czytajcie, gratulujcie i przyjmujcie gratulacje od innych. :) Pozdrawiam.
  • Wiktor Orzel
  • 11/02/2026 11:56
  • Niestety, z tych reklam Portal się utrzymuje, ale spróbujemy je wykluczyć tak, żeby nie utrudniały nawigacji, tylko potrzebujemy skrinów
  • Wiktor Orzel
  • 11/02/2026 11:53
  • Zbyszku, podeślij skrina na maila redakcyjnego. Polecamy bloker reklam dla Firefoxa, wtedy portal jest wyczyszczony: [link]
  • Zbigniew Szczypek
  • 09/02/2026 22:07
  • Wiktorze - mam jakąś "kotarę" na dole głównej strony, towarzyszącą mi na każdej stronie, Tak samo jakaś ikonka "kurs kreatywnego pisania"-te dwie rzeczy blokują. Ile razy chcę coś napisać, odświerzam.
  • Wiktor Orzel
  • 09/02/2026 15:02
  • Zbyszku, o jakie nakładki chodzi? Podeślesz na maila redakcyjnego screeny?
  • gertruda burgund
  • 06/02/2026 18:48
  • szkoda że MALOWANIE SŁOWEM to tylko pięć tekstów... :( może jeszcze do 7.02 ktoś się zmobilizuje?
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty