Nieszczęśliwy ciąg zdarzeń - Janusz Rosek
Proza » Miniatura » Nieszczęśliwy ciąg zdarzeń
A A A

Nieszczęśliwy ciąg zdarzeń

          Zmęczony ciężką pracą w Zakładach Tytoniowych Eugeniusz oczekiwał na przystanku PKS, niedaleko pętli tramwajowej Salwator, na spóźniający się autobus. Był zdenerwowany. Spieszył się do domu, w którym czekało na niego jeszcze kilka zadań do wykonania. Zastanawiał się, czy uda mu się je wszystkie zrealizować. Pracę w mieście łączył z gospodarowaniem na roli i budową nowego domu. Każda minuta była cenna, zwłaszcza że w tym okresie roku dzień był krótki, a niesprzyjająca pogoda uniemożliwiała wykonywanie niektórych czynności. Planował zatem każdy swój dzień i wykorzystywał czas do maksimum. Zdarzało się, że kładł się spać już po północy. W domu i dookoła domu roboty nie brakowało. Mieli z Marianną duże gospodarstwo. Hodowali bydło, trzodę chlewną i drób. Mieli też konia. Większość tych prac wykonywała małżonka Eugeniusza, ale były i takie czynności, którym nie była w stanie sprostać. One zostawały dla męża.

— Jedzie dziad — mruczał Gienek sam do siebie, spoglądając na zegarek.

Autobus na tym przystanku był już prawie pełny. Mężczyzna z trudem wcisnął się do środka. Ruszyli. Do przejechania mieli jakieś piętnaście kilometrów. Mijając kolejne miejscowości, pasażerów ubywało. Zrobiło się całkiem luźno. W tylnej części autobusu Eugeniusz dostrzegł wolne miejsce. Nie było jednak sensu siadać, bo za kilka minut miał być docelowy przystanek mężczyzny. Postanowił, że postoi. Było już ciemno. Autobus zatrzymał się. Gienek szybko wysiadł i ruszył w kierunku domu. Przystanek znajdował się dokładnie na wprost drogi prowadzącej do jego zabudowań. Autobus jeszcze stał na przystanku, kiedy Eugeniusz postanowił przejść na drugą stronę drogi. Wyszedł zza autobusu wprost pod koła nadjeżdżającego z przeciwka samochodu. Kierowca osobówki nie miał szans, potrącił przechodzącego mężczyznę. Gienek przeleciał kilka metrów w powietrzu i upadł obok drogi. Nie dawał oznak życia.

Był rok 1980- ty. Na wsiach nie było telefonów. Jeden z sąsiadów pojechał na motorze do sołtysa, aby wezwać pogotowie ratunkowe. Inna sąsiadka pobiegła do ich domu, aby powiadomić jego żonę. Marianna wybiegła z domu w tym, co miała w tamtej chwili na sobie i popędziła na miejsce wypadku. Eugeniusz leżał na trawie z zamkniętymi oczami, chyba nieprzytomny.

— Gienek, rany boskie, coś ty najlepszego uczynił! — lamentowała kobieta — Gienek, obudź się człowieku! Ty nie możesz umrzeć! Nie zostawiaj mnie z tym wszystkim samej! Panie Boże, dopomóż!

Mężczyzna jednak nie odpowiadał, nic też nie wskazywało na to, że ją słyszał, bo nie zauważono u niego żadnej reakcji na przejmujące słowa. Mniej więcej po godzinie przyjechała karetka i zabrała Eugeniusza do szpitala. Marianna nie mogła z nimi pojechać, bo w domu została dwójka małych dzieci, Agatka i Jacek. W tamtym momencie nie miał się kto nimi zaopiekować.

Do szpitala dotarła następnego dnia przed południem. Jej mąż był już po operacjach, ale nie mogli ze sobą porozmawiać, ponieważ lekarze wprowadzili Eugeniusza w śpiączkę farmakologiczną ze względu na ilość obrażeń. Tak miało być bezpieczniej.

— Co z nim panie doktorze — dopytywała kobieta — Będzie żył?

— Stan jest ciężki, ale stabilny — odpowiedział lekarz — Proszę być dobrej myśli.

Mijały dni i tygodnie, a Gienek się nie budził. Marianna zaczynała się niepokoić.

— Panie doktorze, dlaczego on się jeszcze nie wybudził? Kiedy wróci do domu?

— Musi się pani uzbroić w cierpliwość — odpowiadał lekarz — My tutaj niczego nie przyspieszymy. To może jeszcze potrwać.

— Ile panie doktorze, ile? Tydzień, miesiąc, rok? Jak długo mam na niego czekać?

Lekarze nie potrafili odpowiedzieć Mariannie, jak długo, ani co jest powodem jego nieprzytomności. Wybudzenie nie powiodło się, Chyba sami nie wiedzieli. Kazali jej czekać. Czekała więc cierpliwie, starając się pod nieobecność męża sprostać wszystkim obowiązkom domowym i w gospodarstwie. Pracowała za dwóch. Z każdym dniem jednak czuła się coraz słabsza i coraz bardziej zmęczona. Dobijała ją myśl, że Eugeniusz może się nigdy nie wybudzić, albo wkrótce umrze.

Minęła mroźna zima i pierwsze miesiące wiosny. Łąki pokryły się soczystą zielenią traw i kwiatami. Drzewa otuliły obfitością liści. Słońce świeciło wysoko na niebie, było ciepło. Marianna postanowiła zaprzęgnąć konia do wozu i pojechać do sąsiedniej miejscowości, do swojej siostry Adeli. Potrzebowała pomocy przy pracach polowych. Dzieci głośno nawoływały matkę, aby nie podchodziła do konia.

— Mamo, nie podchodź do kasztana! Tylko tata może go zaprzęgać! On nie toleruje nikogo innego, zrobi ci krzywdę!

Nie posłuchała. Była zdesperowana. Zapasy się pokończyły, podobnie jak pieniądze. Pola zarastały ugorem, a Eugeniusz do domu nie wracał. Podeszła do konia i próbowała go wyprowadzić ze stajni. Nagle coś w konia wstąpiło, stał się narowisty. Zaczął wierzgać po całej stajni. Maria, bo tak mówili do niej znajomi i sąsiedzi trzymała go z całych sił, ale nie dała rady. Najpierw kasztan docisnął ją swoim cielskiem do ściany, a potem jeszcze kopnął kobietę w brzuch. Upadła. Koń wybiegł ze stajni i zatrzymał się na pobliskiej łące. Marianna leżała w stajni. Nie mogła się podnieść. Przerażone dzieci pobiegły do sąsiada po pomoc.

— Mama, kasztan, tam leży! — krzyczał ośmioletni Jacek.

— Nic nie rozumiem Jacuś, o co chodzi? — dopytywał zaskoczony Łukasz Gruca.

— Kasztan kopnął mamę w brzuch. Ona leży w stajni — powiedziała cicho zapłakanym głosem dziesięcioletnia Agatka. Pomóżcie jej!

Sąsiad pobiegł do domu przestraszonych dzieci. W stajni  siedziała Marianna. Nie mogła samodzielnie wstać. Łukasz podniósł ją ostrożnie i zaprowadził do izby. Kobieta wiła się z bólu. Nie tracąc ani chwili dłużej sąsiad pobiegł do domu po samochód. Poprosił swoją żonę, aby tymczasem zaopiekowała się dziećmi Marysi, a sam wsadził ranną Mariannę do Żuka i pojechali do szpitala, do Krakowa. Już, w samochodzie kobieta straciła przytomność, ale jakoś szczęśliwie dojechali na miejsce. Lekarze zaopiekowali się nią, wykonali niezbędne badania i przygotowali do operacji. Niestety było już za późno. Marianna odeszła, nie doczekała interwencji lekarskiej. Wewnętrzne obrażenia były tak duże, że lekarze nie wiedzieli, od czego zacząć. Miała małe szanse na przeżycie.

Kilka dni później odbył się jej pogrzeb. Dziećmi tymczasowo zaopiekowała się jej rodzona siostra Adela, ubiegając się o przyznanie jej pieczy zastępczej. Podjęła się opieki nad dziećmi w zamian za gospodarstwo rolne ich rodziców. Była przekonana, że Gienek już się nie wybudzi, a dzieci trafią do Domu Dziecka. Chciała im pomóc.

Z końcem czerwca 1981 roku, kilka tygodni po pogrzebie Marianny i prawie siedmiu miesiącach od wypadku przytomność odzyskał Eugeniusz. Wybudził się sam. Niespodziewanie, bez niczyjej pomocy, w środku nocy. Lekarze byli zdumieni, że po tak długim okresie braku przytomności jego mózg pracuje normalnie. Słyszał, rozumiał, co do niego mówili, potakiwał, albo przecząco kręcił głową. Nie mówił jeszcze. Był wycieńczony. Jego organizm był bardzo słaby i podatny na różne choroby. Nie męczyli go.

Informacja o wybudzeniu szwagra dotarła do Adeli. Kobieta postanowiła odwiedzić Gienka w szpitalu. Zabrała ze sobą jego dzieci. W szpitalu jednak lekarz dyżurny nie zezwolił dzieciom wejść do ojca, aby ograniczyć ilość emocji z tym związanych. Obawiał się o stan zdrowia pacjenta. Dzieci widziały ojca tylko przez szybę w drzwiach do Sali, na której leżał. Weszła sama Adela. Nieświadoma zagrożeń zaczęła opowiadać szwagrowi o śmierci Marianny, o pogrzebie, o dzieciach, które zostały bez matki.

— Nie martw się Gieniu — powiedziała siostra Marianny — Ja się wszystkim zajmę, konia już sprzedaliśmy. Drań tak mocno ją kopnął.

Oczy pacjenta stawały się coraz większe ze zdziwienia, a serce biło coraz mocniej. Adela kontynuowała swoją wypowiedź.

— Pogrzeb Marysia miała piękny, dużo ludzi przyszło. Pogoda dopisała. Szkoda, z ciebie tam nie było…

Nie zdążyła skończyć swojej wypowiedzi, kiedy z piersi szwagra wydobył się przeraźliwy dźwięk, niczym pisk albo głośne chrapanie. Wystraszyła się nie na żarty. Pobiegła po lekarza. Kiedy wrócili na salę, Eugeniusz już nie żył. Serce nie wytrzymało tych wiadomości. Kolejny raz dzieci z przerażeniem patrzyły na śmierć rodzica. Teraz naprawdę zostały sierotami. Ciotka być może przekaże im kiedyś dom po rodzicach, o ile nie sprzeda go, podobnie jak konia na pokrycie swoich wydatków. Mają tylko siebie. Jacek Agatkę i Agatka Jacka. Muszą się wspierać i czekać pełnoletniości. Na ciotkę nie mają co liczyć. Zawsze na pierwszym miejscu stawiała dobro własne i dobro własnych dzieci. Siostrzeńcy byli mniej doceniani. Opiekowała się nimi, ale nie bezinteresownie.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Janusz Rosek · dnia 24.02.2026 19:35 · Czytań: 122 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
lens
13/03/2026 23:02
A mnie zastanawia skąd wiesz, że w gabinecie... Dzięki że… »
retro
11/03/2026 23:39
Przepraszam, że tak późno wrzucam komentarz, ale musiałam… »
retro
06/03/2026 21:23
Mógłby to być amstaff »
spawngamer
06/03/2026 19:39
Początek brzmi jak wstęp do horroru o psychopacie do słowa -… »
Florian Konrad
05/03/2026 19:32
Dziękuję za super komentarz! »
valeria
04/03/2026 13:33
Myślę, że każdy po swojemu interpretuje:) spoko, moja wiosna… »
Mahen
04/03/2026 09:19
Bo z krytykowaniem jest jak z pisaniem wierszy. Trzeba to… »
retro
03/03/2026 15:36
Gertrudo, wybrałaś trudny obraz, do którego stworzyłaś… »
spawngamer
02/03/2026 20:15
Przeraża mnie trochę Twoja wizja bowiem obraz nasuwa… »
Marian
02/03/2026 18:02
Manuelu, bardzo dziękuję za przeczytanie i komentarz. »
Zbigniew Szczypek
01/03/2026 13:45
Valerio Może mi się wydaje ale gdzieś to już u Ciebie… »
Zbigniew Szczypek
01/03/2026 13:21
Lens Bardzo podoba mi się ta gra słów. Nie mam zamiaru… »
Zbigniew Szczypek
01/03/2026 13:02
Pulsarze Ni to wiersz, ni krytyka ale dotarło do mnie, jak… »
x.jdx
26/02/2026 09:34
Bardzo mnie wciągnął ten świat. Ta mieszanka czułości,… »
retro
24/02/2026 21:29
Obraz przedstawia bawiące się dziewczynki. W pierwszej… »
ShoutBox
  • Redakcja
  • 03/03/2026 11:35
  • Gratulacje! Wrzuciliśmy newsa!
  • Zbigniew Szczypek
  • 01/03/2026 13:50
  • Janusz - serdecznie Ci gratuluję sukcesu wydawniczego i gorąco pozdrawiam - Zbyszek ;-}
  • Janusz Rosek
  • 01/03/2026 09:15
  • Witam wszystkich bardzo gorąco. Chciałbym przekazać Wam, że od dnia 18 marca 2026 roku na rynku wydawniczym dostępna będzie moja książka "Cień nad Wieliczką" w wersji drukowanej. Pozdrawiam.
  • Darcon
  • 15/02/2026 18:12
  • Hej, Wszystkim w ten zimowy wieczór! Właśnie zamieściłem wyniki konkursu "Malowanie słowem"! Czytajcie, gratulujcie i przyjmujcie gratulacje od innych. :) Pozdrawiam.
  • Wiktor Orzel
  • 11/02/2026 11:56
  • Niestety, z tych reklam Portal się utrzymuje, ale spróbujemy je wykluczyć tak, żeby nie utrudniały nawigacji, tylko potrzebujemy skrinów
  • Wiktor Orzel
  • 11/02/2026 11:53
  • Zbyszku, podeślij skrina na maila redakcyjnego. Polecamy bloker reklam dla Firefoxa, wtedy portal jest wyczyszczony: [link]
  • Zbigniew Szczypek
  • 09/02/2026 22:07
  • Wiktorze - mam jakąś "kotarę" na dole głównej strony, towarzyszącą mi na każdej stronie, Tak samo jakaś ikonka "kurs kreatywnego pisania"-te dwie rzeczy blokują. Ile razy chcę coś napisać, odświerzam.
  • Wiktor Orzel
  • 09/02/2026 15:02
  • Zbyszku, o jakie nakładki chodzi? Podeślesz na maila redakcyjnego screeny?
  • gertruda burgund
  • 06/02/2026 18:48
  • szkoda że MALOWANIE SŁOWEM to tylko pięć tekstów... :( może jeszcze do 7.02 ktoś się zmobilizuje?
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty