(z czegoś nowo pisanego)
(...)
W gorącą, lipcową sobotę wybraliśmy się do Brodnicy, odprowadzając jadącego tam kolegę. Takie dni wolałem spędzać w wodzie jeziora, rozkoszując się kilkugodzinnym pływaniem, słuchając poszumu sitowia i głosów krążących nad głową ptaków.
Czasem łączyłem jednak przyjemne z przyjemnym – wyprawę rowerową połączoną z przerwami na wspólne kąpiele w mijanych po drodze jeziorkach. Pływanie było wtedy zdecydowanie krótsze, najwyżej pół godziny, ale zmniejszenie tej przyjemności rekompensowała wspólna jazda na rowerach.
Tak było i z wycieczką do Brodnicy. Z powrotem miałem wracać tylko z koleżanką Anetą; z góry umówiliśmy się na dłuższe plażowanie nad jeziorem w Łasinie. W ostatnim momencie dołączył do nas kolega Benek, rzadko jednak z nami jeżdżący.
Słońce aż przypiekało, nie było najmniejszego powiewu wiatru, który by choć trochę łagodził ten gorąc. Wczesnym popołudniem, spoceni, dojechaliśmy do Łasina. Wreszcie jezioro!
Skręciliśmy z Anetą w kierunku plaży miejskiej. Benek zatrzymał się, zdziwiony:
– A gdzie wy jedziecie?
– Jak to, gdzie? – Zatrzymałem się też. – Nad jezioro, schłodzić się.
– A po co? Jedźmy do domu.
Jego odpowiedź dosłownie mnie zatkała. „Słońce mu głowę zbyt przysmażyło? – przemknęło mi przez głowę. – On się pyta, po co nad jezioro?!” – Spojrzałem na kolegę, ale wyglądało, że mówił poważnie. Niezbyt znałem jego upodobania, ale „jak można nie lubić jeziora w gorące lato?!”. To było poza moim obszarem pojęciowym.
– Jaja sobie robisz? – Wolałem się upewnić, aby czasem nie wyjść na człeka, który nie zna się na żartach. – Dobra, nie wstrzymuj, bo pływam w ukropie. Dawaj.
Aneta nie marnowała czasu na niemądre pogaduszki w tym gorącu i już wjeżdżała na plażę. Podążyłem za nią, rzuciłem rower na piasek i po kilku sekundach miałem na sobie tylko kąpielówki.
– Na długo wchodzisz? – Aneta rozkładała już kocyk.
– Na kwadransik. Potem trochę opalanka i jeszcze raz wejdę. – Wyciągnąłem swój ręcznik. – Mamy spokojnie godzinkę, półtorej.
Po zanurzeniu w toń jeziora od razu poczułem ulgę z ochłodzenia ciała a następnie radość z kąpieli. Pływanie - to jest to! Jedna z kilku najulubieńszych moich przyjemności, w okresie gorącego lata mająca u mnie najwyższy priorytet. Chłodniejsze dni też nie były przeszkodą, gdyż ciepła woda rekompensowała tę niedogodność. Od czasu, kiedy, lata temu, wypłynąłem daleko na dużym jeziorze i nagle zerwała się burza, zmuszając mnie do jej przeczekania w przybrzeżnej wodzie, w trzcinach i mulistym dnie, zanurzonym do pasa i ze złączonymi nogami – pływałem już tylko ostrożnie; długo, ale niezbyt daleko od dostępnego brzegu.
Po kwadransie wyszedłem z wody. Aneta leżała na kocyku, korzystając z promieni słońca. Benek siedział w kucki i wpatrywał się w nią, jakby jakowe dziwo oglądał.
– A ty co? – Zażartowałem, wyciągając się na swoim ręczniku. – Zakochałeś się w Anecie, to jej to powiedz, a nie patrz jak sroka w gnat.
Wzruszył ramionami i, nie odbierając mojego żartu, poważnie odpowiedział:
– Nie. Czekam, kiedy ruszymy.
– Byłam się wypluskać, ale Benek nie chciał. – Aneta włączyła się do rozmowy, nie otwierając oczu. – Powiedział, że poczeka na brzegu.
– Nie lubisz kąpieli? – Przyjrzałem się jemu uważniej. W dzieciństwie miałem za sąsiadów dwójkę dzieci i ich rodziców, którzy nigdy nie korzystali z plażowania; chodzili wyłącznie do pobliskiego parku i tam się opalali. Wszyscy uważali ich za wyjątek, a nawet lekko zdziwaczałych, gdyż mówili, że chodzą na „kąpiele słoneczne”. Kąpiele w słońcu?! Czy ktoś normalny może tak powiedzieć?! W słońcu można się opalać, ale kąpać tylko w wodzie!
Teraz, po bardzo wielu latach, zobaczyłem przed sobą podobnego osobnika. Życie nauczyło mnie przez minione dekady, że są różni ludzie, o różnych przyzwyczajeniach, więc i są unikający wody. Nadal ich nie rozumiałem, ale przyjmowałem, że są. To ich sprawa.
Natomiast moją decyzją było korzystanie z przyjemności, jakie oferowało gorące lato, tak często, jak było można. Wyciągnąłem się na ręczniku, nie czekając na odpowiedź Benka. Nie odezwał się i nadal siedział w kucki, więc zamknąłem oczy, aby korzystać z ciepła promieni słonecznych. Nawet nie poczułem, kiedy przydrzemałem…
– Jedziemy już? – Gderliwy głos Benka momentalnie mnie wybudził. Anetę też, która aż gwałtownie usiadła.
– Z choinki się urwałeś? – Przewróciłem się na brzuch. – Teraz nie gwiazdka. Zaplanowaliśmy przy powrocie jezioro i korzystamy.
– Nic nie mówiliście. – Pociągnął nosem.
– A pytałeś? Dołączyłeś do nas w ostatniej chwili.
Zamilkł. Zamknąłem oczy i znowu zapadłem w drzemkę.
– To co, jedziemy?
Kurde! Teraz już mnie lekko wnerwił. Nie można się nawet spokojnie poopalać! Usiadłem.
– Tak. Jedziemy… – zawiesiłem głos.
Od razu się podniósł i chwycił za swój rower. Jak on tak długo wytrzymał w kucki?! Szybko sprowadziłem go do parteru:
– …ale po jeszcze jednej kąpieli i opalanku. Mamy czas, dzień jest długi.
Znieruchomiał, zaskoczony. Otworzył usta, zamknął je i wreszcie wydusił:
– Powiedziałeś, że już jedziemy.
– Nie że już, tylko jedziemy. Po następnej kąpieli i słoneczku. Słuchaj do końca. – Z jednej strony mnie śmieszył, ale z drugiej zaczął wkurzać. Aneta cicho się zaśmiała i też przewróciła na brzuch. – Mieliśmy zaplanowane jezioro i korzystamy. Jeśli się śpieszysz lub nudzisz, to jedź. Nikt nikogo nie trzyma. – Wstałem i poszedłem do jeziora. Nawet nie oglądnąłem się, czy zdecydował pojechać samopas.
Po drugim pływaniu zastałem to samo, co po pierwszym, jakby czas się zatrzymał – Aneta leżała na kocyku, a Benek siedział w kucki i wpatrywał się w nią. „Kurde, wytrzymały i… nie pojechał – przemknęło mi przez głowę. – Chce, niech czeka, tylko niech więcej nie marudzi.”.
Niestety. Ledwie doszedłem, od razu zaczął:
– To je…
– Nie. – Bezceremonialnie wszedłem mu w słowo. – Już mówiłem. Muszę wyschnąć, poopalać się.
Aneta stłumiła śmiech, zasłaniając dłonią usta. Usiadłem na swoim ręczniku:
– Aneta, chyba że się śpieszysz? – zagadnąłem, przymrużając oko.
– A co ty, przecież umawialiśmy się na plażę. Jeszcze trochę.
– No widzisz. – To już powiedziałem do towarzysza naszej podróży. – I ściągnij wreszcie ten łach z grzbietu. Korzystaj ze słońca, póki świeci.
Poleżałem na ręczniku dość długo, dłużej niż wcześniej zamierzałem. Kiedy wreszcie zdecydowaliśmy z Anetą, że „czas już w drogę”, mijała druga godzina plażowania. Nigdzie jednak się nie śpieszyliśmy, a marudzenie Benka puszczaliśmy mimo uszu. To on się do nas przyłączył, a nie my do niego. Chciał siedzieć dwie godziny w kucki, nierozebrany, to jego sprawa.
Ledwie wyjechaliśmy z Łasina, a nasz współtowarzysz, bez jednego słowa, gwałtownie przyspieszył. jak koń czujący już siano w stajni.
– A co mu się stało? – Aneta się roześmiała.
– Nie wiem. Nawet się nie pożegnał. Śpieszysz się też?
– A co ty.
– To jedziemy swoim tempem. Ale że siedział i siedział. Przecież mógł pojechać wcześniej, jak się śpieszył.
Benek szybko zniknął nam z widzenia za wzgórzem. Przejechaliśmy dwa pagórki i po kwadransie jazdy minęliśmy ostry zakręt szosy. Tu nas czekało małe zaskoczenie – stał tam Benek, oparty o rower. Minęliśmy go bez słowa; w lusterku wstecznym zobaczyłem, że dołączył do nas. Nie odezwał się, więc i my o nic nie pytaliśmy. Nadal pedałowaliśmy w spokojnym tempie, rozmawiając w dwójkę o wszystkim i o niczym.
Po następnym kwadransie jazdy Benek nagle znowu nas wyprzedził i zaczął się oddalać w szybkim tempie. Spojrzałem na Anetę:
– Co mu odbiło? – Nie wytrzymałem i dosłownie parsknąłem głośnym śmiechem. – Nie może się zdecydować, jedzie z nami, czy nie?
– Może mu słońce naprawdę za bardzo przygrzało? – Aneta też się roześmiała. – Nie wlazł ani razu do jeziora, to się przegrzał. Dziwny jakiś.
Naprawdę tak się zachowywał. Po półgodzinie jazdy znowu go zobaczyliśmy; czekał za jednym z zakrętów. Scenka się powtórzyła, jakby taśma filmowa zaczęła kręcić się w kółko – poczekał, aż go minęliśmy i znowu dołączył do dwuosobowego peletoniku, nie odzywając się słowem. Tym razem nie zakłócaliśmy mu ciszy niepotrzebną rozmową. „Może kontempluje? Może w ten sposób osiąga na rowerze stan nirwany? – Półżartem przemknęła mi myśl. – Różni są ludzie, a jego prawie nie znamy”.
Po chwili znowu przyspieszył, ale zatrzymał się już po kilku minutach, tak że nie straciliśmy go z oczu. Ten sam manewr powtórzył jeszcze dwukrotnie, prawie do rogatek Grudziądza. Tu się z nim rozstaliśmy, nie komentując jego dziwnego zachowania. Wystarczyło krótkie „cześć” na pożegnanie.
Pojechaliśmy, już tylko we dwójkę, w kierunku naszych domów. Przy rozstaniu Aneta zapytała:
– Rozumiesz coś?
– A co ja, psycholog kliniczny? – Wzruszyłem ramionami i cicho się zaśmiałem. – Nie wiem. W pracy obserwuję różne zachowania młodzieży, ale takiego czegoś nie przeżywałem. Chciał z nami jechać, potem nie chciał, znowu chciał. I ten jego wstręt do wody. A tam, jego sprawa. Nic nie mówił, to nie pytajmy. Na razie.
…Benek w następnych miesiącach jeszcze wybrał się z naszą dobraną grupą cyklistów dwa czy trzy razy. Zachowywał się w miarę normalnie. Może dlatego, że nie robiliśmy przerw nad jeziorem?
Potem już się nie pojawił. O tym powrocie z Brodnicy nie nagabywałem go, ale faktycznie był jakiś dziwny – łatwo się obruszał, a z żartów nie potrafił się pośmiać.
Różni są ludzie… także wśród cyklistów.

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.





Pozdrawiam.
może jeszcze do 7.02 ktoś się zmobilizuje?Ważne: Regulamin | Polityka Prywatności | FAQ
Polecane: Przeglądaj promocje na książki i komiksy | montaż anten Warszawa | Komercyjne Sesje Rpg - Zielonka k/Warszawy - Mistrz z Gralnią | montaż anten Sulejówek | montaż anten Marki | montaż anten Wołomin | montaż anten Warszawa Wawer | montaż anten Radzymin | Hodowla kotów Ragdoll | ragdoll kocięta | ragdoll hodowla kontakt