Julia / pd - lina_91
Proza » Obyczajowe » Julia / pd
A A A
W czwartek Tim kazał jej zostać po treningu. Była zdziwiona tym poleceniem, bo wyjątkowo wypełniała wszystkie polecenia trenera bez marudzenia, szybko i dokładnie. O co mu chodzi?
-No, więc, Julia, czemu mówiłaś, że nie masz pieniędzy na obóz? - spytał, kierując się do biura. Julka znieruchomiała z ręką przy ustach.
-Bo nie mam... - powiedziała wolno, jeszcze nie wiedząc, do czego zmierza.
-Więc kto zapłacił za ciebie, możesz mi powiedzieć? - z twarzy Julii odpłynęła wszystka krew. Trener spojrzał na dziewczynę ze zdumieniem. -O co chodzi? Co ci jest? -ponieważ nie odpowiedziała, złapał ją za ramiona i potrząsnął: -Julia!
Dziewczyna wysunęła się z objęć Tima i popędziła do szatni. Trener wzruszył ramionami. Kiedy jakieś pięć minut później Julka wybiegła na korytarz, zatrzymał ją.
-Co ci jest?
-Wpłacił już pan te pieniądze?! - wydyszała, blada jak ściana.
-Oczywiście, od razu.
-Ja na ten obóz nie pojadę! - krzyknęła, a Tim spojrzał na nią krzywo, ale z dziwnym uśmiechem.
-Zmarnujesz tyle pieniędzy? - spytał, nie rozumiejąc.
-Nie pojadę!
-Julia, o co ci chodzi? - zirytował się już na dobre.
-Kto przyniósł te pieniądze?
-Ktoś, kto wyglądał jak kopia Marka r11; torba wypadła ze zmartwiałych dłoni Julii. -Nie wiedziałem, że znasz kogoś takiego... Ciekawe, jak gra... - w tym momencie Julka pomyślała, że go nienawidzi. Była półprzytomna, w uszach jej szumiało, skronie pulsowały.
rAdam... Adam przyniósł kasę... Ciekawe tylko, czyją... Nie, jak oni mogli... - jęknęła, wyrywając się Timowi, porywając torbę i galopując na dwór. Tim, patrząc za dziewczyną, parsknął śmiechem.
-Oj, wariatka z ciebie...

Julia niczym ogłuszona, wbiegła do domu i popędziła do salonu. Brown, siedzący przed telewizorem, uśmiechnął się kpiąco, bo znał słowa, które wypadną z jej ust jeszcze zanim ona je otworzyła.
-Jak pan mógł... I to on! Co... Jak... - zmęczona biegiem, wściekła, zdenerwowana, musiała zaczerpnąć głęboko tchu.
-Julia, uspokój się. On je tylko zaniósł. To wszystko. No, uśmiechnij się, przecież chcesz jechać na ten obóz. Dzwoniłem do twojej mamy...
-Jeszcze lepiej - mruknęła.
-...i nie miała nic przeciwko temu. Julia... - zaczął cicho, jakby prosząc ją o wybaczenie. A Julia bez wahania, nie planując tego, bez zastanowienia, przyklękła przy nim i drżącymi dłońmi pochwyciła jego rękę, szybko przywierając do niej ustami.
-Julia! - wyrwał się, zszokowany i jakby zdenerwowany. Szarpnął się tak mocno, że uderzył ją w twarz. Nie chciał tego, oczywiście, ale stało się, gdyż nie wymierzył dokładnie odległości, która dzieliła go od pochylonej dziewczyny. I znieruchomiał, przerażony tym, co właśnie zrobił. Julka, teraz odchylona do tyłu, również była zastygła, ale w jej osłupiałej twarzy nie dostrzegł ani gniewu, ani strachu, ani nawet żalu, tylko jakieś bezradne zdziwienie. To zdziwienie jednak, widoczne również w błyszczących oczach, było dla niego tak bolesne, że zsunął się z fotela i uklęknął przy niej.
-Julia, przepraszam, nie chciałem, ja...
Dziewczyna siedziała na podkulonych nogach, z rękoma grzecznie złożonymi na kolanach, czerwonym policzkiem i torbą, nieuważnie rzuconą tuż obok.
-Dlaczego on? - szepnęła, a Brown znieruchomiał jeszcze bardziej.
-Uspokój się wreszcie! Nic poza tym się nie liczy? Nikt inny nie mógł, wszyscy byli zajęci, a ty... - Julka zerwała się na równe nogi, przerażona gwałtownością w jego głosie.
Matax, który właśnie przygalopował na powitanie swojej pani, wyczuł jej zdenerwowanie i warknął ostrzegawczo, cichutko, ucząc się dopiero, ale już przekonany, że jego pani nie wolno irytować.
-Matax! - jęknęła zszokowana Julia i porwała psiaka na ręce. Spojrzała na nauczyciela. Klęczał obok niej, patrząc w milczeniu na jej ręce. Po raz pierwszy zwrócił uwagę na blizny.
-Spójrz - wziął ją za rękę i przesunął po niej dłonią. -To wszystko przeze mnie.
-Nie - zaczęła, ale tym razem nie dał jej dokończyć.
-Julia, wiem, co mi powiesz, cicho. Nie jestem aż taki głupi, wiem, że się cięłaś. Boże, ile razy sobie przypomnę, co ci wtedy zrobiłem... - głos mu drgnął, więc wstał i się odwrócił, patrząc za okno.
-Nic mi pan nie zrobił!
-Nie? Spójrz na swoje ręce. Spójrz na swoje ramię.
-Ile jeszcze mamy do tego wracać? To był mój wybór!
-Zawsze chciałem cię zapytać... Żałowałaś tego?
-Co? - zabrakło jej tchu. -Jak pan może tak...
-Odpowiedz.
-Nie! Rany... Nigdy! Nigdy tego nie żałowałam i zrobiłabym to samo nie raz, a pięć razy, gdyby to mogło panu czy komukolwiek pomóc!
-A postaw się w mojej sytuacji. Nie strawiłabyś faktu, że ktoś się dla ciebie naraził, co?
-Tak, ale tylko ze względu na to, że nie mogłabym znieść, że ktoś mógł przeze mnie zginąć, wszystko jedno, kto!
-Więc uważasz, że przeszkadza mi jedynie fakt, że to ty? Julia, na Boga!
-Nie! To nie tak. Tylko myślałam... Że sam fakt, że uczennica... I ja... To brzmi tak głupio...
-A jaka jest różnica pomiędzy inną uczennicą, a tobą?
-Ja jestem Polką.
-Więc?!
-Nie wiem... - matematyk spojrzał z uznaniem i żalem jednocześnie na klęczącą dziewczynę. Policzki miała zaczerwienione, oczy żarzyły się blaskiem, ale oburzenie już ostygło.
-A co byś zrobiła, gdybym to ja... - Julka pobladła na samą myśl.
-Niech mi pan tego nie mówi. To nawet... - nauczyciel stwierdził, że Julka uspokoiła się już na tyle, że można wrócić do pierwszego tematu.
-Ok. Więc wróćmy do początku. Julia, nieważne, kto zaniósł te głupie pieniądze, ważne, że chcesz tam pojechać i pojedziesz. Mark na pewno chciałby, żebyś to zrobiła.
-Wiem, ale...
-Julia! Wiem, że chcesz jechać. To teraz jedyne, co możesz zrobić. W szkole jeszcze egzaminy i wakacje.
-Czy pan... - zaczęła, ale i tym razem jej przerwał.
-Mam na imię Derek.
-Wiem, ale co...
-Odpuść sobie już tego pana. Chciałem ci to powiedzieć już dwa lata temu, ale chodziłaś jeszcze do szkoły i jakoś nie tak. Ale teraz szkołę już kończysz...
-Nie mogłabym... - poczerwieniała. Zawsze, choć do wszystkich dookoła mówiła po imieniu, on był Mr Brownem. I tak jej pasowało. Dystans niejaki pozostawał, ale to jej nie przeszkadzało.
-A to dlaczego? Do Alice mówisz po imieniu, do Seana i...
-Niby tak, ale...
-Ale co? - czuła, że zaraz znowu się pokłócą.
-Nie wiem, czy mogę tak...
-Julia. Do licha, bardzo dużo już dla mnie zrobiłaś, nieprawda? To teraz zrób jeszcze to. Nie chcę, żebyś ciągle mi rpanowałar1;, po tym wszystkim i w ogóle... A już za parę tygodni nie będę wcale twoim nauczycielem.
-Niestety - mruknęła. Uśmiechnął się kpiąco.
-A ja myślałem, że się ucieszysz. Dobra, nic nie mówiłem - dodał szybko, widząc, że twarz dziewczyny pochmurnieje. -To jak będzie?
-Dobrze będzie - uśmiechnęła się.

Pierwszy dzień sierpnia był prześliczny. Słoneczko koncertowało już od rana, lekki wiaterek nie chłodził, a jedynie lekko orzeźwiał grupkę sportowców, stojących na stacji w Birmingham. Julka, oparta o mur, w dżinsach i króciutkiej koszulce, z rozbawieniem obserwowała kolegów. Do odjazdu pozostało tylko parę minut, więc wszyscy na gwałt żegnali się z rodzinami i koleżankami, względnie kolegami, bo oprócz Julki, na obóz jechała także Michelle, specjalistka od piłki ręcznej i Patricia, najlepsza koszykarka w klubie.
-Julia? - Brown, który przywiózł ją na stację, stał jeszcze obok niej.
-Tak? - podszedł do niej i wsadził jej coś do kieszeni.
-Nie! - jęknęła Julka, nie wiedząc, czy ma protestować, czy krzyczeć, czy może płakać.
-Nie wrzeszcz. Przywieziesz nam coś z USA. Ok?
-Ok... - mruknęła niechętnie, ale Brown się roześmiał.
-Nie dąsaj się teraz. Masz wszystko?
-Co najmniej dwie tony za dużo r11; uśmiechnęła się. W autokarze spoczywała już jej duża walizka i jedna mniejsza, z prowiantem na drogę, oczywiście dzieło Alice.
-Baw się dobrze i trzymaj się, ok? Napiszesz?
-Napiszę. Słowo.
Brown uścisnął rękę Julii, a potem przygarnął ją do siebie szorstkim ruchem.
-Nie wariuj - dodał już z uśmiechem. Chciała coś odpowiedzieć, ale kierowca już zaczął się awanturować, że są spóźnieni, więc szybko wskoczyła na schodki.
-Do widzenia!

W autokarze Julka siedziała sama... Na pozór. Cały czas bowiem asystował jej uparty Matt. W samolocie również. Tak samo było, kiedy wysiedli już w Californi. Nie protestowała. Nie mogła po prostu odepchnąć chłopaka, więc pozostawiła sprawy ich własnemu biegowi.
Wieczorem grupa miała iść na dyskotekę do pobliskiego klubu. Gdyby ktoś powiedział Julii, że w ciągu kolejnych dni jej życie przewróci się do góry nogami, popukałaby się w czoło: no bo czy czyjekolwiek życie mogło być jeszcze bardziej zwariowane?

Tego dnia Jack obudził się późno. Kiedy otworzył oczy, jego sześcioletnia siostrzyczka już biegała po kuchni. Zdążyła wylać mleko i nakarmić ich psa płatkami śniadaniowymi. Cóż, zawsze mogło być gorzej. Domu jeszcze nie wysadziła. Z tą myślą zagonił Mary Jane do jej pokoju i zabrał się do sprzątania. Dzisiaj miała przyjechać grupa na obóz sportowy. Jack, który miesiąc temu skończył dziewiętnaście lat, pełnił rolę asystenta trenera. W tym samym momencie, kiedy wyganiał Huxa, bo tak Mary nazwała ich labradora, na dwór, rozdzwoniła się jego komórka. Rozwścieczony, trzasnął drzwiami i popędził do salonu.
-Tak?! - warknął do słuchawki.
-O osiemnastej przyjdź do Inferno, jest już grupa, trzeba ich trochę rozruszać przed obozem. Jasne? - Nick wcale nie przejął się warknięciem swojego asystenta, bo znał go zbyt dobrze.
-Jasne, Nick. Jest coś specjalnego?
-Sam zobaczysz - Nick odłożył słuchawkę bez pożegnania, co - jak na gust Jacka r11; zdarzało mu się zbyt często.
-Mary Jane! - zawołał, patrząc jednocześnie na zegarek: piętnasta.
-Co? - obrażona blondyneczka, z wydętymi ustami, spojrzała na brata spod zmarszczonych brwi.
-Weź Huxa na spacer, ja przygotuję obiad i będę musiał uciekać. Martika powinna przyjść za godzinę.
Martika, ich osiemnastoletnia siostra, pracowała na cały etat w sklepie spożywczym w miasteczku. Zdaniem Jacka, od pewnego czasu niemożliwie zadzierała nosa, co wcale nie przyczyniło się do poprawienia stosunków między rodzeństwem.
-Jasne r11; mruknęła z przekąsem dziewczynka i bez słowa wyszła z domu; oboje doskonale wiedzieli, ile warte są powroty Martiki na czas do domu.
-Jak słońce o północy - mruknął Jack i już bez słowa zawrócił do kuchni.

Julia nie miała najmniejszej ochoty iść na dyskotekę, wolałaby zostać w domku i się rozpakować, ale Michelle, która już w samolocie pokłóciła się z Patricią, wyciągnęła dziewczynę na siłę. Efekt prosty do przewidzenia: Julka, w czarnych dżinsach i zielonej bluzce, siedziała przy barze i kiwała się lekko w rytm muzyki. Michelle poszła na parkiet się wyszaleć z jakimś Londonem, a Patricii w ogóle nie było widać. Julka, która już powoli zaczęła żałować, że dała się wyciągnąć, zamówiła colę z lodem i, oparta wygodnie, bez zainteresowania śledziła tańczące pary.
Kiedy Jack wpadł do Inferno, dyskoteka już się zaczęła. Przywitał się z Nickim i wmieszał się w tłum. Nie było na czym oka zawiesić, przeważali chłopcy, którzy oblegali pojedyncze dziewczyny. Wzrok Jacka prześlizgnął się po rozchichotanym towarzystwie i już miał wyjść na zewnątrz, kiedy dojrzał jakąś postać przy barze. Dziewczyna, apatycznie popijając colę i skubiąc czarnego warkocza, stanowiła niezły kontrast wśród rozbawionych kolegów i koleżanek. Kiedy zaczął torować sobie drogę do niej, akurat zaczęła się wolna piosenka: pomyślał, że to dobrze. Stanął przy dziewczynie i jeszcze przez chwilę obserwował smutną twarz i ciemne oczy.
-Zatańczysz?
Dopiero to pytanie wyrwało Julię z zamyślenia. Nie zauważyła zbliżającego się chłopaka, zaskoczenie błysnęło w jej oczach. Przed nią stał niewiele od niej wyższy blondyn o dziwnie zimnych, szarych jak jesienne niebo, oczach. Miał na sobie dżinsy i skórzaną kurtkę, co od razu wzbudziło podejrzenia Julii.
-Nie tańczę.
Jack błysnął uśmiechem: lubił rniezdobyter1;. Wyciągnął rękę.
-Mówiłem poważnie.
-Ja też - dziewczyna odwróciła wzrok. Nadal była spokojna, ale odniósł wrażenie, że jeszcze bardziej zmizerniała.
-Jesteś w żałobie czy co?
-Coś w tym stylu - spojrzała na niego tak zimno, że zrezygnował. Zły na cały świat, odwrócił się i wpadł na Nicka.
-Chodź na chwilę - trener pociągnął go za ramię na dwór. -Nawet o tym nie myśl - powiedział, wystawiając twarz na nocny wiaterek.
-Co? Dlaczego nagle...
-Zostaw tą dziewczynę w spokoju. Ona jest tutaj żeby ćwiczyć, a nie uprawiać amory.
-Ale...
-A poza tym i tak nic ci by z tego nie wyszło.
-Jak to? - zmarszczył brwi Jack.
-Jest w żałobie po chłopcu, Marku. Powtarzam, Jack, zostaw ją w spokoju. Jasne?
-Tak jest - mruknął z przekąsem i zawrócił. Stanął przy drzwiach i stamtąd lustrował Julkę uważnym wzrokiem. Po pewnym czasie podszedł do niej jakiś wysoki blondyn i o coś zapytał. Dziewczyna potrząsnęła głową, chłopak złapał ją za rękę, ale ona wyzwoliła się delikatnie z jego uścisku i coś powiedziała, pokazując głową w jego stronę. Chłopak obejrzał się, wzruszył ramionami i poszedł w kierunku Jacka.
-Prosiłeś Julię do tańca? - Jack wzruszył ciężko ramionami.
-Nie wiem, jak ma na imię, ale prosiłem. Bo co? Twoja dziewczyna? - Matt westchnął ciężko i skrzywił się.
-Chciałbym. Była dziewczyna mojego byłego kumpla.
-Że co? - Jack nie zrozumiał i trudno mu się dziwić.
-Nieważne. Chciałem z nią zatańczyć, ale powiedziała, że miałbyś prawo czuć się obrażony, bo pytałeś ją o to pierwszy. Jeśli chcesz... - Jack nie czekał. Podbiegł do Julki i wziął ją za rękę. Tym razem się nie odsunęła, ale nadal zadawał sobie pytanie, w co oni do licha grają. Bo że dziewczyna nie chciała tańczyć, to było jasne jak słońce. Zmuszała się do drwiącego uśmiechu, ale kiedy wyszli na parkiet i znowu zaczęła lecieć wolna piosenka, zobaczył, że Julia blednie, a w jej oczach pojawia się strach.
-Co ci?
-Nic, nic - nie pozwoliła mu się przytulić. Tańczyli lekko, ale w pewnej odległości od siebie, co nie pasowało do muzyki. Jack zobaczył nagle rozwścieczoną twarz Nicka za plecami Julii i wzruszył ramionami: trudno.
-Dobrze tańczysz.
-Dzięki.
-Może to później powtórzymy? - spytał, kiedy muzyka ucichła, zanim jeszcze do Julii podszedł Matt. Odpowiedzią było wzruszenie ramionami.

-Julia, gniewasz się na mnie? - spytał Matt, pilnując się bacznie, żeby nie zbliżyć się za bardzo w tańcu do dziewczyny.
-Dlaczego? - spytała obojętnie.
-Julia... - ze współczuciem w oczach popatrzył na udręczoną twarz koleżanki. Pierwszy raz tańczyli ze sobą. To znaczy, pierwszy raz po śmierci Marka. Nawet na imprezie po finałowym meczu sezonu nie wyszli razem na parkiet. Wiedział, że nie chciała tańczyć, ale zdawał sobie też sprawę, że musi znaleźć sposób, by rozbawić dziewczynę.
-Chciałabym, żeby Mark był tutaj ze mną... - szepnęła, a Matt zdrętwiał z wrażenia. Nie rozmawiali o Marku, bo to było jak rozgrzebywanie ran, które i tak się nie zabliźnią r11; a potem posypywanie ich solą. Ona zaczęła, po raz pierwszy. Dlaczego?
-Ja też - powiedział odruchowo i szczerze, ale nie miał czasu, by dodać cokolwiek innego. W oczach Julii, co zauważył z przerażeniem, błysnęły łzy. Odczekała jeszcze do końca piosenki i na oślep wyleciała z klubu.
-Dupek - usłyszał za sobą syknięcie Michelle, która pobiegła za koleżanką. Westchnął ciężko. Wydawało mu się, że to najprawdziwsza rzecz, jaką kiedykolwiek ktoś o nim powiedział. Jack, stojący za Mattem, uśmiechnął się drwiąco, co zauważyła Patricia.
-A ty drugi - warknęła wściekle i pobiegła za Michelle.
Matt miał popsuty nastrój do końca dyskoteki, Jack zresztą też. Po ucieczce Julii ostentacyjnie się omijali, ale żaden z nich nie poszedł za dziewczyną. Matt - bo wiedział, że to nie ma sensu, a Jack - bo zwyczajnie mu się nie chciało.

Julia, bezpieczna w swoim pokoju, uspokoiła koleżanki, które po chwili wahania wróciły na dyskotekę i zabrała się do rozpakowywania.

-To co, budzimy ją?
-Niby jak? - Michelle zachichotała i pochyliła się z Julią nad śpiącą koleżanką. Patricia spała jak zabita i za nic nie mogły ją obudzić, a już były spóźnione na trening, nie mówiąc o śniadaniu.
-Lejemy wodą?
Julia spojrzała na zegarek i westchnęła.
-Nie mamy wyboru...
Parę sekund później Patricia zerwała się ze snu z przerażającym wrzaskiem. Julka parsknęła śmiechem.
-Bardzo śmieszne - warknęła Patricia, wycierając twarz i patrząc z ukosa na koleżanki. -Która godzina?
-Dochodzi dziewiąta.
-Co?! Przecież trening zaczął się piętnaście minut temu!
-O to chodzi - powiedziała cierpliwie Julia i pogalopowała na miejsce zbiórki za koleżankami. Przywitał ich naburmuszony Jack, Nicka nie było nigdzie widać.
-Witam spóźnialskie.
-Witam - odparła równie zgryźliwie Julia.
-Jesteśmy niewyspane i głodne, więc odpuść sobie - mruknęła wściekła Michelle. Jack spojrzał na błyszczące oczy Julki i nagle spuścił z tonu.
-Okej. Dołączyć do grupy.
Pokonując biegiem kolejne metry, Julka poczuła nagły strach. Nie lubiła Jacka, ale ten dziwnie ją fascynował, a to zły objaw. Nie chciała żadnej fascynacji chłopakami. Zapomniała jednak, że ma tylko siedemnaście lat, a jej serce wcale nie jest pod ziemią, jak kiedy mogło jej się zdawać. Kiedy Mark umarł, poczuła, że jej serce i zdolność miłości również zginęły. Ale to nie działało w ten sposób. Ona wciąż żyła. A wraz z nią serce i uczucia.

Tego samego dnia wieczorem, Julia poszła nad jezioro, wdrapała się na skały i tam wyjęła z kieszeni drugi z listów, jakie dostała wtedy od Browna. Do tej pory przeczytała tylko jeden: teraz stwierdziła, że nadeszła pora na kolejny. Dookoła panowała cisza, wszyscy poszli na ostatnią na jakiś czas dyskotekę. Powoli zachodziło słońce, długie cienie drzew kładły się leniwie na skałach. Wolno rozwinęła kartkę.

"Cześć, Julia. Właśnie wróciłem ze spaceru z obą. Byliśmy aż za centrum, ale nie pozwoliłaś mi złapać autobusu, więc wróciliśmy pieszo. Zaciągnęłaś mnie jeszcze na boisko i pokopaliśmy piłkę. Odprowadziłem Cię do domu, było już ciemno. Bałaś się reakcji rodziców, prawda? Jak mnie zobaczyli, zaczęli się śmiać. Mam nadzieję, że nie mają o mnie aż tak złego zdania, mimo iż zabieram im najwspanialszą córkę na świecie. Wiem, co byś teraz powiedziała. Do tej pory słyszę Twój śmiech. Zacząłem się bać. Śmierci. Twojej. Wiem, to głupie, w ciągu ostatnich miesięcy miałem wiele okazji, by umierać ze strachu, ale teraz jest inaczej. Wtedy to wszystko było realne, a teraz boję się nieznanego. Nie chcę Cię stracić. Pamiętasz jeszcze, w szpitalu, zaraz jak się obudziłaś, zapytałaś o mnie. Byłaś ledwo przytomna, prawie wykrwawiona, obolała, ale o mnie pamiętałaś. Był środek nocy, kiedy zadzwonili gliniarze, a jednak pobiegłem natychmiast. Jasna sprawa, z mamą, ale co tam. Poszedłem do Ciebie. Przez cały czas zdawałem sobie sprawę, co Ci grozi, ale kiedy Cię zobaczyłem... Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, nie mógłbym, ale dopiero wtedy do mnie dotarło, jak blisko byłem utracenia Ciebie. Dopiero następnego dnia dowiedziałem się, jak to się stało. Osłupiałem, nie wierzyłem. Nie dlatego, że wątpiłem w Ciebie, ale... Tata mi o tym powiedział, a ja po raz pierwszy w życiu nie mogłem uwierzyć w jego słowa. Uratowałaś mu życie, za co do końca swojego będę Ci dziękował, ale naraziłaś siebie. Dlaczego? Nie, to złe pytanie. O czym myślałaś? Dla kogo to zrobiłaś?Jeszcze wtedy nie wiedziałaś, że to mój ojciec. Powinienem Ci to powiedzieć od razu, al nie potrafiłem. I wciąż nie mogę uwierzyć, że tak bez wahania oddałaś swoje życie. Ale teraz zaczynam już ględzić jak rozwydrzona panienka. Mimo to wciąż czekam na chwilę, która nigdy nie nadejdzie, kiedy mógłbym zapytać Cię o to wszystko. Mówisz, że powiesz mi wszystko, ale nie mógłbym Cię o to zapytać. To jest obszar, na który nie mogę wejść od czasu, gdy powiedziałem Ci, kim naprawdę jest Twój nauczyciel. Masz do mnie żal? Ja wiedziałem już wcześniej. Ale nie mogłem Ci powiedzieć. Zbyt dobrze Cię znam. Długo nie mogłaś się do tego ustosunkować, bałaś się, nie r11; umierałaś ze strachu. Dlaczego? Jesteś jedyną uczennicą, którą mój ojciec naprawdę ceni, a teraz na dodatek ma dla Ciebie dług wdzięczności i coś więcej. Jak go znam, będzie Ci przypominał o Twoim bohaterstwie zbyt często jak na Twój gust, ale nie martw się tym. On Cię podziwia jak mało kogo. Wiem wszystko, co się w tym czasie wydarzyło. Owszem, czuję również podziw, ale paraliżuje mnie dziwny ból. Dziewczyno, wiesz, co Ci się mogło stać?! Tak, wiesz. Jesteś twarda jak kamień i nieugięta jak woda, która go drąży. Tego Ci zazdroszczę. Ja bym tam zginął z pięć razy, bo najpierw bym się wkurzył, potem powrzeszczał, na koniec jeszcze pewnie kogoś pobił... Dość już tego, bo plotę jak potłuczony, a to przecież Ty będziesz miała blizny do końca życia. Miłych snów, Julia."

Nagle, gdzieś zza pleców, usłyszała cichy głos:
-Hej.
Omal nie zleciała ze skały. Odwróciła się w tempie błyskawicy i spojrzała ze zgrozą na wysokiego blondyna.
-Jack... Co ty tu robisz?!
-Sory, nie chciałem cię wystraszyć.
-Nie wystraszyłeś - powiedziała już spokojnie. Wstała. Ostrożnie złożyła list i schowała go z powrotem do kieszeni.
-Poczekaj, nie uciekaj. Nic ci przecież nie zrobię.
-Czemu nie jesteś na dyskotece? - wypaliła ostro.
-A ty? - odbił piłeczkę.
-Nie tańczę, więc po co miałabym tam iść?
-Może koniec już z tą żałobą, co? - spytał Jack drwiąco, a Julii wściekłość przysłoniła wzrok.
-Zamknij mordę. Skoro gówno o mnie wiesz, to się nie odzywaj, bo nie jesteś wart nawet odpowiedzi.
-Ale tańca byłem wart.
-To był błąd - wyminęła go i chciała zejść ze skał, ale Jack złapał ją za rękę i szarpnął. Ta dziewczyna go irytowała, wkurzała r11; i przyciągała do siebie.
-Chciałbym ten błąd jeszcze powtórzyć.
-A ja nie - warknęła i gwałtownie wyrwała się z jego uścisku. Zagwizdał pod nosem.
-Twarda jesteś.
-A ty tępy jak nie ociosany kołek. Daj mi przejść.
-Poczekaj! Przecież ci nic nie zrobię.
-Chciałbyś.
-O, tak. To na pewno.
-Zabieraj tyłek i spadaj stąd!

To był już ostatni zryw Julii. Dwa dni później zgodziła się pójść z Jackiem na spacer. Potem dała mu się zaciągnąć na dyskotekę. Zaczęli razem trenować. Matt, obserwując to wszystko z boku, zaciskał zęby, wściekał się, ale milczał. Jego nerwy, poszarpane długotrwałym odrzucaniem przez Julię jego względów, sprawiały, że czuł dziwną radość na myśl o zakończeniu tej sielanki. Nie przewidział jednak jednego - że Julka szczerze polubi Jacka. Albo inaczej - wiedział, że go polubiła, ale nie myślał, że jej serce się obudzi. I to akurat do tego wrednego chłopaka, z którego wad doskonale zdawała sobie sprawę, który ją ranił, często nieświadomie, kpił z tego, co ważne... A jednak, już po pierwszym spacerze, nie mogła go odepchnąć. Wpadła.
Nie obiecywał jej niczego, nie próbował jej dotknąć, raz tylko chciał pocałować, nie nalegał na zachowanie kontaktu po jej powrocie do Anglii. Ona nigdy nie pytała. A jednak zakochała się w nim całą siłą serca nastolatki, bez odrobiny prawdziwszej miłości, bez próby analizowania własnych uczuć. Nie była to miłość nawet tak egzaltowana i naiwna jak do Marka, nie byli przyjaciółmi, ale kiedy nadeszła pora rozstania, nie potrafiła dać sobie z tym rady. Cierpiała długo.
Ukrywała przed wszystkimi twarz i rozmarzone oczy, ale bez skutku. Brown już na dworcu, skąd ją odebrał, zauważył dziwną apatię i zobojętnienie dziewczyny, ale milczał. Alice, kobiecą intuicją, domyślała się w tym jakiegoś chłopaka, ale nie zdobyła się na głośne pytania. Mimo to dla niej akurat pytanie w oczach Julii, częste sprawdzanie poczty i nie rozstawanie się z telefonem wkrótce stało się jasne. Jack odurzył ją pierwszym tak naprawdę młodzieńczą miłostką, bo do Julii teraz dopiero dotarło, że w jej stosunku do Marka tych uczuć, które teraz w niej buzowały, nie było. Traktowała Marka jak starszego brata i tak też po nim płakała. Byli parą, ale nie zakochanymi.
Matt ze złośliwą radością obserwował spowolnione ruchy Julii, nieudane treningi. Wiedział, że cierpi, ale w tej chwili go to nie obchodziło. Z każdym spojrzeniem w ciemne oczy dziewczyny powracało wspomnienie, że to jego rywal był tego powodem. I jednocześnie jej współczuł całym sercem zakochanego osiemnastolatka. Chłopcy z drużyny, nie przejmując się Julką, nie zauważyli jej kolejnego dramatu. Jedyną osobą z Klubu, poza Mattem, był Tim. Od Nicka wiedział, co się stało i żałował wkrótce, że razem z Brownem rzmówili sięr1;, by wysłać Julkę na obóz. Chciał, żeby Julia grała tak, jak umie, bo miała talent, a on akurat potrzebował jej w drużynie. Zdając sobie sprawę ze swojego egoizmu, któregoś czwartku poprosił Julię, by została po treningu w biurze.
Stanęła przed nim w koszulce z zajęć, w końskim ogonie, zaczerwieniona jeszcze po wysiłku w czasie gry - na pozór taka, jakich wiele w Klubie Sportowym. Ale kiedy spojrzał na nią z bliska, pomyślał, że jeszcze nigdy jej oczy nie były tak puste i wyprane z jakichkolwiek uczuć czy emocji.
-Tak, trenerze? O co chodzi? - spytała rzeczowo.
-O jakość twojej gry w ostatnim czasie. Julia, masz talent. Wiesz o tym. Ale nie grasz tak, jak byś mogła. Masz jakieś problemy? - już w tej chwili karcił się za swą głupotę. Oczywiście, że miała, wiedział przecież, jakie. Ale tylko mu się tak zdawało.
Nikt bowiem nie pomyślał, że Julia cierpi nie tylko z powodu rozstania z Jackiem, ale również przez myśl, że zhańbiła pamięć Marka, zadając się z tym chłopakiem. To wszystko zamieniało ją w kłębek nerwów.
-Nie, trenerze - odpowiedziała automatycznie, ale nawet w jej uszach zabrzmiało to idiotycznie. I przecież takie było.
-Julia... Potrzebujemy cię w drużynie. Postaraj się.
-Bzdura. YBS było sobą na długo przede mną i będzie długo po mnie - mruknęła. Tim sapnął niecierpliwie.
-Racja. Ale liczy się to, co jest teraz. Jasne?
-Tak, trenerze.
-Idź już - machnął zniechęcony ręką.
Kiedy wyszła z Klubu, na ulicach zapadał już zmrok. Zaczęła pokonywać dystans dzielący ją od domu szybkim krokiem.
-Julia! Julia! - usłyszała wołanie za plecami. Poznała głos Matta. Stanęła, poczekała, aż chłopak ją dogoni.
-Hej. Poszłabyś ze mną pojutrze na dyskotekę do "Kareen"?
-Matt, ja...
-No, chodź. Proszę.
-Nie chcę. Naprawdę. Ja...
-A z tym gnojkiem poszłaś, nie? I lizałaś się z nim...
-Z nikim się, do cholery, nie lizałam! Mógłbyś już sobie darować, co? Cieszy się ranienie mnie? - była ogłuszona z wściekłości.
-Nie, Julia. Nie chcę cię ranić. Ale... Sama się o to prosiłaś, włócząc się z tym dupkiem...
Nagle urwał. Julia patrzyła na niego jak zdumione dziecko, zranione po raz pierwszy w życiu. Złapał ją za ramiona i pochylił się. Nie od razu się wyrwała. Pozwalała mu się całować, ale kiedy przycisnął ją do siebie mocnej, odsunęła się. Spojrzała na niego wzrokiem człowieka, który odkrył w sobie coś, czego do tej pory nawet nie podejrzewał.
-Pójdę - powiedziała i odeszła szybkim krokiem. Matt spojrzał za nią triumfująco. Pokiwał głową i zawrócił. Wiedział, że teraz nadszedł jego czas. Chodzili do tej samej szkoły, choć na różne kierunki, więc miał coraz więcej możliwości, żeby zacząć działać. Wiedział, że mu na niej zależy. I tylko to było ważne, nic więcej.

Tego samego dnia, kiedy wróciła do domu, zawołał ją Brown. Siedział w salonie, dziwnie zmieszany, gryząc wargi. Gdyby miała więcej energii, przestraszyłaby się, ale teraz brakło jej na to siły.
-Julia, musimy porozmawiać.
-O co chodzi? - spytała obojętnie. Brown spojrzał na nią z dziwnym bólem w oczach. Stała w progu, z torbą na ramieniu, nawet nie drgnęła. Jej twarz jeszcze nigdy nie była tak obojętna. Nie obojętna, właściwie zimna.
-Za trzy tygodnie Jack wychodzi warunkowo z więzienia - wypalił, byle tylko mieć to już za sobą.
Julia drgnęła. Powracająca fala bólu, spokojnych oczu Jacka i brutalnych dłoni Richiego sprawiły, że na moment zamknęła oczy. Odczekała chwilę, aż pojawił się pierwszy strach.
-Jak to? - usłyszała swój głos.
-Jack dostał najkrótszy wyrok, wiesz przecież. Minęło już trochę czasu... - mówił, byle tylko mówić, wiedział, że jego słowa i tak nie przyniosą jej ulgi.
Ta wiadomość, choć przecież mogła się jej spodziewać, przepełniła czarę goryczy. Julia usiadła w fotelu, skuliła się - i wybuchnęła płaczem. Po raz pierwszy od dwóch lat na oczach nauczyciela tak naprawdę płakała.
-Julia! - zakrzyknął zszokowany. Tego się nie spodziewał. Nie po niej. Podszedł do dziewczyny i szorstko pogładził ją po ramieniu. -Proszę cię... - zaczął błagalnie. Jej płacz sprawiał mu ból. Tak łatwo było powiedzieć, że już dobrze, że to nic, że nic się nie stanie - i tego akurat nie mógł zrobić. Zdawał sobie sprawę, że to i tak nic nie da. A przy tym miał niejasne wrażenie, że ona bynajmniej nie płakała z powodu Jacka.
-Przepraszam - wykrztusiła. To już było bardziej do niej podobne, więc uśmiechnął się smutno.
-Julia, co się dzieje? Zrozum, ja...
Spojrzał jej w twarz. Chyba po raz pierwszy świadomie. Choć do tej pory widywał ją codziennie, pierwszy raz zobaczył piękne, głębokie oczy, ładnie wykrojone usta, regularne rysy. Przypomniał sobie swój kpiący uśmiech, kiedy Markowi wyrwało się z głębi serca: "Ona jest taka piękna..." I natychmiast żal i palący wstyd zalał mu serce. Wstyd najboleśniejszy, za siebie samego, bo przecież zranił najbliższą sobie osobę.

Kiedy następnego dnia Julia, rozstrojona do granic możliwości, poszła na trening, dotarło do niej, że zostawiła koszulkę w domu, a akurat dzisiaj trener uparł się, żeby każdy ćwiczył w klubowych strojach. Usiadła bezradnie na ławce.
-Co z tobą? - zainteresował się Matt.
-Zapomniałam koszulki - burknęła.
-Też masz problemy - wzruszył ramionami i odszedł na chwilę. Wrócił, trzymając jakąś koszulkę w ręku.
-A ty?
-To nie moja - rzucił wyzywająco. Julia jeszcze nie zrozumiała, rozwinęła materiał i nagle ją zamroziło. Trzymała w ręku zapasową koszulkę Marka, która została w klubowej szatni.
-Zwariowałeś?! - wrzasnęła, odrzucając ją na siedzenie, jakby się oparzyła.
-Julia, daj spokój.
-Nie. To ty daj spokój.
-Przecież Mark wiele razy pożyczał ci swoje rzeczy!
-Teraz mi nie pożycza - syknęła przez zaciśnięte aż do bólu zęby.
-Czy ty nie rozumiesz...
-Daj jej może spokój, co?! - wmieszał się nagle Jack. Julia spojrzała na blondynka z wdzięcznością.
-Bo co?!
-Bo gówno! Nie dociera do ciebie, że on nie żyje? Daj dziewczynie spokój, niech żyje po swojemu, Tim jej nie zje. Chcesz ją mieć dla siebie, jakby Mark...
Dopiero w chwili, gdy pięć Matta wylądowała na podbródku Jacka, dotarło do Julii, że blondynek przesadził. Złapała Matta za rękę, bo szykował się do kolejnego ciosu. Jack bezwładnie opadł na ławkę.
-Odbiło ci?
-Ty gnoju, myślisz, że możesz mi wmówić dziewczynę mojego przyjaciela tylko dlatego, że...
-A co, nie jest tak? Stary, ja nie jestem ślepy! To ty...
-Chłopaki, dajcie spokój - zawołała błagalnie Julia. Bójki w klubie były niedozwolone. Nie, żeby ona aż tak przestrzegała reguł, ale teraz nie mieli o co się bić.
Matt wolno opuścił rękę i zawrócił. Pomogła wstać Jackowi i dopiero wtedy zobaczyła, że chłopak jest już przy drzwiach.
-Matt! - krzyknęła, podbiegając. Nie odwrócił się. Złapała go za koszulkę na ramieniu i szarpnęła, zraniona, rozwścieczona. Spojrzał na nią.
Do tej pory Julia, nawet patrząc na swoje odbicie w lustrze, myślała, że nie można zobaczyć łamanego serca. Ale gdy ujrzała oczy Matta, zmieniła zdanie.
-Nie odchodź.
Sam nie wiedział, do czego ta prośba się odnosi, z pewnością i ona tego nie wiedziała. Było w niej jednak coś dziwnego, innego, czegoś, o co dotychczas walczył bezskutecznie. Nitka zainteresowania i uczucia. Jakiego? Tej zagadki nie potrafił rozwiązać. A w następnej chwili nawet przestał się o to starać.

Kiedy parę dni później Julia wróciła do domu, czekała na nią jedyna osoba, której w życiu by się nie spodziewała. W drzwiach pokoju Julii stała jej mama.
Julia do perfekcji opanowała sztuczkę ukrywania uczuć, mogłaby zostać świetną aktorką, bo jej twarz była tylko idealną maską, ale to wszystko mogło zwieść nauczycieli, przyjaciół, nawet Browna, ale nigdy nie matczynego serca. Jej matka na pierwszy rzut oka zrozumiała, że myliła się, sądząc, iż w Anglii łatwiej będzie pogodzić się jej córce ze śmiercią chłopca i zaczęła się zastanawiać, czy nie popełniła błędu, zezwalając na to. Ale Julia, w pierwszym momencie skamieniała z przerażenia, szybko to wrażenie rozwiała. Bez względu na jej wygląd, jasne było, że to Anglia stała się jej miejscem na ziemi. Pokazując zeszyty i książki z college'u, jaśniała światełkiem mdłym i jakby nieśmiałym, a jednak to ją rozluźniało. O Marku i swoich kontaktach z innymi chłopakami nie chciała powiedzieć ani słowa.
Na kolejny tydzień Julia zrezygnowała ze szkoły. Chodziły z mamą na spacery, bawiły się z Mataxem i rozmawiały. Brzmi to idyllicznie, ale bynajmniej takie nie było. Za dużo milczenia i bólu w oczach Julii, którego nie mogła już usunąć, sprawiały, że jej mama wielokrotnie zastanawiała się, czy nie zabrać córki ze sobą. Było to rozmyślanie czysto teoretyczne, ale nawet we śnie nie mogła uznać tego za realny projekt. Wiedziała, że jeśli Julia nie zgodziła się na wyjazd rok temu, to tym bardziej nie zostawi Anglii teraz. Po tygodniu jej mama wsiadła w samolot, obiecując przyjechać na święta.
Zaraz następnego dnia, jakby specjalnie na to czekając, Brown zabrał ją za miasto. Powodem tej wycieczki były jej słowa, rzucone mimochodem kilka tygodni temu, że chciałaby nauczyć się prowadzić samochód. Protestując, słabo zresztą, usiadła na siedzeniu kierowcy w hyundaya coupe. Słuchając poleceń nauczyciela, odpaliła wóz i wolno wcisnęła pedał gazu. Gdy ruszyła, na drogę wypadła piłka, najwyraźniej wyrzucona zbyt mocno z pobliskiego boiska. Julia zupełnie odruchowo, na wyczucie, dała po hamulcach z taką siłą, że rzuciło ich do przodu. Ręce zaczęły jej dygotać. Przez moment zobaczyła przed maską uśmiechniętego Marka, nucącego pod nosem, z książką w ręku. Widziała, jak wchodzi na jezdnię i nagle odwraca głowę, patrząc w twarz kierowcy. W jej twarz. Zobaczyła, jak uderzony, wylatuje w powietrze. Widzenie było tak wyraźne, że, wpatrzona z osłupieniem w puste już miejsce przed samochodem, chciała coś krzyknąć, jakby go zatrzymać - i jednocześnie z całą wyraźnością zrozumiała, że za późno, że tak naprawdę to nigdy nie miało miejsca. Ręce drżały jej tak silnie, że z trudem obejmowała nimi kierownicę.
Brown obserwował ją ze zrozumieniem, jakby wiedział, co się stało. Widząc, że nadal siedzi bez ruchu, wolno zdjął jej ręce z kierownicy.
-Już w porządku - powiedział kojąco. -Nic się nie stało.
-Ja nie mogę. To nie dla mnie. Nie dam rady.
-Może nie dziś w takim razie - zgodził się. -W porządku. Rozumiem.
Skulona na siedzeniu pasażera, Julia przez całą drogę nawet nie drgnęła. Milczała do samego wieczoru, choć siedziała razem z Alice i Brownem w salonie. Dopiero gdy zbierali się już do spania, zdecydowała się na coś, czego normalnie nie byłaby w stanie zrobić. Kiedy Alice wstawała z fotela, Julia zaczęła mówić. Początkowo wolno, cicho, ale też stanowczo. Kobieta, jakby zatrzymana magnetyzmem głosu dziewczyny, usiadła z powrotem. Brown wyłączył telewizor. Chociaż nie miał dyplomu psychologa, wiedział, że Julia potrzebuje jednego: żeby zamknęli buzie na kłódki i pozwolili jej coś powiedzieć.
Julia nie mogła już dłużej nad sobą panować. W końcu wybuchnęła płaczem i potykając się, popędziła do swojego pokoju. Alice zerwała się, chcąc iść za nią, ale Brown pokręcił głową. Zrobił duży kubek mocnej, gorzkiej herbaty i wolno wszedł po schodach. Zapukał. Poczekał, aż odpowie i wszedł spokojnie, choć z pewnym lękiem. Nie wiedział, co zastanie.
Julia siedziała w fotelu, skulona, z włosami rozpuszczonymi, zapłakana: nawet nie otarła policzków. Ledwo co na niego spojrzała. Znając ją, nie czekał na przeprosiny, które z pewnością miała już na końcu języka za swój wybuch i podał jej herbatę. Podziękowała cicho i zwilżyła usta. Zobaczył rzucony na podłogę podręcznik do matematyki.
Julia pracowała na krańcowo różnych biegunach, ale i tak z powodzeniem. Ucząc się matematyki, historii, psychologii i etyki, zbierała laury we wszystkich dziedzinach.
-Uczysz się? - zagadnął, po raz kolejny żałując, że nie jest psychologiem. Julia wzruszyła ramionami.
-Próbowałam. Nic mi nie wchodzi do głowy.
-Zmęczona jesteś - powiedział stanowczo, nie dając jej czasu na odpowiedź. -Idź spać. Jak nie będziesz mogła zasnąć, łyknij to - położył jej na szafce nocnej dwie tabletki. Przeczulony przez Smudley'ego, obawiał się zostawić jej większej ilości leków, tak samo jak drżał, widząc w jej dłoniach nóż czy nożyczki.
-Dziękuję - wyszeptała. Wyszedł już bez słowa.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
lina_91 · dnia 29.05.2007 20:39 · Czytań: 568 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Marian
23/05/2022 17:00
Marku, dziękuję za wizytę. Lilah, dziękuję za wizytę i… »
Lilah
23/05/2022 16:45
Żal mi się zrobiło owego sumiennego konsumenta, widać odwyk… »
Marek Adam Grabowski
23/05/2022 15:30
Już to komentowałem na innym portalu, więc tutaj jedynie… »
Kobra
23/05/2022 14:57
Ja także przeczytałam z mrówką... :) Gonady, kos - jaja?… »
Kobra
23/05/2022 14:53
Aż się zdziwiłam, że dolna... »
tetu
23/05/2022 13:57
Wiersz napisany sprawnie, bez udziwnień. Bije z niego… »
tetu
23/05/2022 13:49
Bardzo dziękuję Afrodyto za takie spojrzenie na wiersz.… »
tetu
23/05/2022 13:43
Kurcze, przeczytałam i z mrówką kosa i za pierona nie mogłam… »
tetu
23/05/2022 13:37
Pięknie wszystkim dziękuję za refleksje. Pozdrawiam. »
FrancodeBies
23/05/2022 12:11
Dziękuję za odwiedziny. Pozdrawiam serdecznie »
Aleksandra Kaczmarek
23/05/2022 11:24
Bardzo bliski mi wiersz. Pozdrawiam »
Yaro
22/05/2022 22:31
Dziękuję za komentarz:)Błędy są owszem poprawię.… »
Lilah
22/05/2022 21:56
Też tak uważam, valerio. Dziękuję :) Ależ to… »
wolnyduch
22/05/2022 21:49
Wiersz miałam już przyjemność czytać gdzieś indziej...… »
wolnyduch
22/05/2022 21:05
Tak, dobrze się czyta to smutne, napisane z polotem… »
ShoutBox
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:45
  • Szanowna redakcjo! Na mój BLOG nikt nie może publikować. Jedynie komentować i wyrażać wszystko co wątrobie zalega. Zatem nie jestem [link]żeniem.
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:25
  • oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:20
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:18
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:15
  • Zabrakło znaków. Coś podobnego. A ja dopiero się rozkręcam. Zatem zapraszam wszystkich do mojego BLOGA, nieśmiałego. u mnie można o wszystkim, nie tylko o poezji. W ramach obowiązujących norm internet
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:08
  • Zapraszam na mojego nieśmiałego BLOGA. Wszystkich, nawet tych bez ślepej kiszki i z dwunastnicą zapasteryzowanymi metaforami. Co zrobić, trudno! Z żołądkiem zakwaszonym refluksem. RRRUU! Wszystko ule
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
Ostatnio widziani
Gości online:23
Najnowszy:Lukasz112
Wspierają nas