18 pierwszych stron.
Portal Pisarski » Z innej beczki » Archiwum
Autor
18 pierwszych stron.
Wiswer Użytkownik
  • Postów: 1
  • Skąd:
Dodane dnia 14-07-2016 12:48
„W przyszłości będą śpiewać, wysokim, gardłowym śpiewem, nawet najmłodsze spośród ich dzieci.”
Ujgur turecki 1118r.n.e.

Odgłosy zabawy, śmiech dziecka, ciężkie, mocne stąpanie ogromnego człowieka i szczęk broni u pasa zagłuszały pękanie drwa w płonącym ognisku, a odgłosy zakrapianej alkoholem wieczerzy roznosiły się echem po lesie nieopodal Babiej Góry.
Co byś chciał!?
Oddaj, oddawaj!
Haha!
Oddawaj to moje!
Hahaha! Jesteś taki mały, że nawet jak próbujesz być groźny to sprawia to tylko jeszcze większy ubaw!
Dobra. <ugryzienie>
Hahaha! Nawet gryźć nie potrafisz porządnie! Trza jeść tyle, co Twój wujek, a nie tyle, co ten Twój kot! Haha!
Taaaatooo!
Gamel, co robisz dzieciako... Co się dzieje?!
W miejscu gdzie jeszcze przed chwilą dało się słyszeć żarty, przechwałki, śmiechy i chichot nastała nagła cisza która nie zwiastowała nic dobrego.
Nagle krzyki przerażenia!
Dźwięk zatapianej w ciele stali i szczęk uderzanego o siebie metalu roznosiły się echem między drzewami.
Patrz! z każdej strony, okrążyli nas!
Do bron...!
Dawid! Gamel!
Wujku.. Tato?!
Właź tam i siedź cicho dopóki po Ciebie nie przyjdę, rozumiesz?!
Nie chce...
Kurwa, siedź jak Ci mówię!
Mały chłopiec zaczął płakać.
Gamel!
Tatoo! Tato...
Kocham Cie synu.
Chlupot błota i stuk okutych butów biegających ludzi, pomieszany ze chrzęstem mieczy uderzających o tarcze skutecznie zagłuszały wołanie małego, przerażonego dziecka skrytego za drewnianym kołem wozu.

1. Tahmin
Altay baatyr biy chykty argymak at artyjyp
Aliy baatyr kozhon ey altay kaliy tiybezin
Eki koldu topshurem erikpesin oyno sen
Usku sul baatyr ey eymandap kushtap kol barsyn
Ak altaydyn ichinde kyrgyragan kaygy zhok
Aliy baatyr keberin ay dep erten kaygy zhok
Oyno oyno topshurek oygor kalyp tyndasyn
Zhyrga zhyrga topshurek zhash shurekter kayilsin
Autor nieznany

Stara pieśń tureckiego ludu Altai niczym czarny jastrząb krążyła po nocnym niebie nad głowami zgromadzonych przy ognisku mężczyzn. Każdy z nich ubrany był w skóry, a twarze okalały im pokaźne brody upięte w kuc. Surowe oblicza pozbawione łagodności i ściągnięte w wyrazie skupienia krzaczaste brwi zebranych przy palenisku postaci z pewnością napawały przerażeniem postronnego widza.
Recytowana z wielu gardeł lauda wprawiała zebranych w trans. Wierzono, że przy odpowiednim skupieniu, ta gardłowa melodia potrafi zanieść duszę słuchającego jej mongoła ku duszom jego przodków, aby tam wraz z pomocą dawno umarłych mędrców, spróbował zgłębić wiedzę Tengri, bóstwa ziemi i wody. Uważano, że każdy kto w ten sposób dostąpił zaszczytu obcowania z Tengri, wraca na ziemię mądrzejszy i silniejszy od wszystkich innych, a Wielki Duch Temudżyna przepełnia go, stwarzając Nowego Wielkiego Wojownika., prawowitego władcę mongolskich plemion.
Gdy ostatnia zwrotka sarki ma się ku końcowi, Dżamuk powoli podnosi roztrzęsioną kościstą dłoń, a każda nawet najcichsza wymiana zdań urywa się ponieważ wszyscy wiedzą, że znak ten ma dwojaką symbolikę;
przyłożenia dłoni do ust - nakazu milczenia dla wszystkich zgromadzonych członków plemienia oraz
przypomnienia wszystkim zgromadzonym którą rękę będą musieli oddać przy niezastosowaniu się, jako spłatę splamienia honoru całego meclisu – zgromadzenia starszyzny plemienia.
Stary mongoł oblicze ma surowe, całkiem jak otaczające go, rozciągnięte po horyzont połacie górzystych terenów. Całą twarz ma w zmarszczkach i zabliźnionych ranach, a każda blizna przypomina dawno wyschnięte koryto rzeki w której już nie woda lecz czas drąży swe kręte tunele.
Dżamuk uważnie patrzy i powoli przesuwa swój sokoli wzrok po obliczach reszty starszych. Pamięta, że z każdym z nich uczestniczył w niezliczonych bitwach i potyczkach rozgrywających się na terenach Wielkiego Stepu pod bacznym okiem Wielkiego Jastrzębia. Niejednemu z nich Dżamuk zawdzięcza życie lub to nie jeden z nich jemu zawdzięcza swoje.
Mimo sędziwego wieku starzec jest dumny bo wie, że przy tylu niedających możliwości wyjścia sytuacjach, ani jeden raz nie splamił honoru, zarówno swojego jak i wszystkich obecnych tu braci, a jego rodzina nigdy nie doświadczyła głodu, dzięki czemu to on, nikt inny, przez tyle lat przewodził plemieniu zawsze szczęśliwie prowadząc je na żyzne gleby i do wielkich bitew, dających możliwość najpiękniejszej ze wszystkich śmierci, śmierci mongolskiego wojownika.
Słuchajcie mnie! Bo jam jest Kehanet! Jam widzący i widziałem co ma nadejść! Słuchajcie mnie! Bo jam jest Kehanet! Ja słucham i usłyszę, a wy macie słuchać co usłyszałem dla was!
Słuchajcie mnie! Spałem, a Wielki Jastrząb i Wielki Wojownik i Tengri i Jer-Sub mówili do mnie jednym głosem, jakby z czterech głosów stworzonym i mówili do mnie, a ja przejęty we śnie słuchałem uważnie! Powiedzieli oni dokładnie, że przyjdzie kto ma nadejść, a Nowy Wielki Wojownik upadnie, a ziemia pod nim się zaczerwieni, a niebo nad wami się zaczerwieni wcześniej niż ziemia pod nim, a ziemia pod innymi z was zaczerwieni się jeszcze wcześniej niż zaczerwieni się niebo nad wami!
Wszyscy zgromadzeni starsi uważnie słuchali przejęci, nie śmiąc wydać z siebie nawet westchnienia. Wiedzieli, że to co przepowiada Dżamuk jest ważne, i musi to zostać przekazane innym, nawet tym z wrogich plemion, nawet z tych najbardziej znienawidzonych.
Zgodnie z przepowiednią jeszcze sprzed Tamudżyna - Wielkiego Czyngis-Chana – najpierw przyjdzie Wielki Wojownik który zjednoczy plemienia, lecz umrze, a plemiona znowu pójdą w swe strony i tak też się stało. Lecz potem ma nadejść Nowy Wielki Wojownik który na powrót zjednoczy wszystkich mongołów, a Ci zjednoczeni będą po wsze czasy, a Wielki Step wyleje się na inne kraje, na inne plemiona, nawet te zza Wielkich Gór Kaukazu i mongołowie rządzić będą na całej ziemi, a mongołami rządzić będą całe pokolenia Nowych Wielkich Wojowników.
Tymczasem Dżamuk wpadł w trans.
Na jego czole perlił się pot, a długie czarne włosy które nosił, rzucały na jego twarz mroczne cienie. Patrzył odległym, zamglonym wzrokiem w ciemne, usłane gwiazdami niebo Wielkiego Stepu, a słowa wylewały się z jego ust.
Mówili to do mnie, a ja z honorem znosiłem te ciężkie razy! Lecz potem mówili co innego, a ja i to z honorem znosiłem! A mówili dokładnie, że ten który przyjdzie będzie zrodzony z kochającej matki i kochającego ojca, choć nie zazna w życiu miłości! To ten kto przyjdzie bo miał nadejść! A przyjdzie on z daleka! Przyjdzie z tak daleka, że najdalej wysunięte szczyty gór Kaukazu będą od niego dalej niż są one od nas! Stamtąd przyjdzie Zabójca władcy tamtych krain i Zabójca Nowego Wielkiego Wojownika!
Zrodzony z kochającej matki! Zrodzony z kochającej matki! Zro..dzo..nyyy...
Starsi, choć nigdy ich nie zawiodły, nie mogli uwierzyć własnym oczom.
Ich Były Wielki Wódz, ich Kehanet padł na ziemię jak rażony okiem Hydraliska. Jego przemowa urwała się tak nagle jak się rozpoczęła i podeszli do niego ostrożnie, z czcią, nie chcąc go urazić by nie splamić swych honorów. Lecz było już za późno aby kogokolwiek obrażać.
Dżamuk - ich mędrzec, ich jasnowidz, ich wyrocznia, ich Były Wielki Wódz leżał martwy w miejscu w którym jeszcze przed chwilą jak nigdy pełny życia, wygłaszał przepowiednie zesłaną mu przez Cztery Bóstwa.
Tylko jego martwe, odbijające blask paleniska oczy, zdawały się wyrażać niedowierzanie.

2. Magiel
Pasla devka lebedi
Po zeleni levadi
Oy dolesh moya
Desh ty s vodoyu da poplyvla
Oy ty dole vsim ne myla
Chom ty mene ne vtopyla
Oy dolesh moya
Desh ty s vodoyu da poplyvla
„Pasla”

Znowu w środek! Jak to kurwa jest możliwe?!
Hehe, Dawid jest po prostu bardzo utalentowanym młodym człowiekiem, a teraz płać!
Chuja dostaniesz, a nie kase – Warknął olbrzym - groźnie wyglądający jegomość w skórzanej ćwiekowanej kurtce. Co prawda aparycją przypominał bardziej pitbulla aniżeli człowieka, ale wielka, brzydka, długa od podbródka do środka czoła i niedawno zabliźniona blizna nie pozostawiała wiele wątpliwości na temat zawodu jakim parał się jej posiadacz. Ogromne bicepsy i umięśnione uda wskazywały raczej na sektor zatrudnienia w rynku dotyczącym prac fizyczno-windykatorskich aniżeli zawodów o charakterze intelektualno-naukowym.
Drugi uczestnik rozmowy o wdzięcznym imieniu Miłosz z przekonaniem mógł wnioskować, że jego tymczasowy kompan-konwersator okaże się człowiekiem niesłownym, a mało tego również niebezpiecznie przekonanym o swojej racji.
Co z tego, że błędnie?
Nawet zważywszy na fakt, że on, Miłosz, oraz jego przyjaciel Dawid mieli przewagę dwa do jednego w nadchodzącym starciu, powoli okazywało się iż rzezimieszek nie za bardzo przejmował się roszczeniami Miłosza dotyczącymi wygranych pieniędzy, a abstrakcyjna przewaga obojga przyjaciół mogła rozpłynąć się jak kamfora w narastającej atmosferze wzajemnego niezrozumienia.
Chciałbym Panu przypomnieć, że dżentelmeni umiejący przegrywać z honorem, a do tego słowni w kwestii obiecanych grantów oddawanych na poczet wygranej, która to z racji odwiecznie ustalonych reguł należy do tych wygrywających, są osobistościami niezwykle poważanymi w naszym cywilizowanym społeczeństwie –
Wraz z ostatnim słowami, twarz wypowiadającego je mężczyzny przyozdobiła mokra, zielonkawa i lepiąca się maź którą chwilę później przyozdobiony sklasyfikował jako flegmę. Jak można się domyślać, pierwotnym posiadaczem owej, znaczącej teraz lico Miłosza flegmy był nie kto inny jak groźnie wyglądający człowiek-pitbull w ćwiekowanej skórzanej kurtce.
Będący na uboczu całej tej sytuacji Dawid, spokojnie dopijał wino z drewnianego, obitego mosiądzem kufla, a patrząc na tą niechybnie zmierzającą ku pospolitemu mordobiciu wymianę zdań i płynów, zastanawiał się ileż to już razy znajdował się w podobnym położeniu dzięki niezwykle mocnemu, miłoszowemu uwielbieniu dla rzeczy materialnych, ze szczególnym uwzględnieniem tych z ładnym srebrno-białym kolorem, tak ładnie przecież połyskujących w blasku świecy stojącej na stoliku, tuż obok wszystkich kufli lujowatego piwa którym raczyli się co noc.
Będąc całkowicie szczerym, Dawid musiał przyznać, że owe wspaniałe wieczory, gdy oboje choć przez chwilę mogli poczuć się docenieni przez życie, trafiały się właśnie dzięki takim oto wymianom zdań i płynów zapoczątkowanym przez zwykłą grę w lot.
Dla niewtajemniczonych w arkana karczmiennego hazardu, śpieszę z wyjaśnieniem iż gra w lot polega na rzucaniu lotkom w cel tak długo, aż któryś z zawodników rzuci w pole oznaczone dziesiątką dziesięć razy pod rząd. Oczywiście zawodnik który pierwszy tego dokona wygrywa, a talent Dawida sprawiał, że zazwyczaj to on był zawodnikiem który triumfował w odbytym meczu. Owy sposób na życie (ponieważ w przypadku naszych bohaterów nie można nazwać tego zabawą, a raczej walką na śmierć i życie z życiem) był różnie postrzegany przez zainteresowane strony. Pierwsza z nich reprezentowana przez osobę Dawida, strzelanie czymkolwiek do celu traktowała jako swojego rodzaju odskocznię od rzeczywistości. To było jego pokręcone sakrum w którym czuł się przyjemnie samotny i wyciszony, a problemy świata nie docierały doń, odgrodzone wysoką na sto metrów kotarą uszytą z boskiej tkaniny niewiedzy i zaangażowania.
Stety lub niestety Miłosz miał bardziej przyziemne rozumowanie rzeczywistości - po prostu uwielbiał słyszeć brzęk monet w mieszku z wygranej.
W tej samej chwili w której myśl o brzęku miedziaków pojawiła się w głowie Dawida, zwykły karczmienny zgiełk przerwał głośny trzask łamanego drewna. Dziewięćdziesiąt kilogramów miłoszowego ciała gruchnęło ciężko o ziemię przy akompaniamencie głośnego trzasku pękającego dębowego stołu. Przegrany w grę w lot olbrzymi jegomość rzucił grubokościstym przyjacielem Dawida jak szmacianą lalką. Miłosz któremu mocny upadek na kamienną posadzkę wycisnął całe powietrze z płuc, wydał z siebie głośny, przypominający prosiaka jęk i próbował nabrać tlenu z powrotem przy czym jego usta poruszały się w sposób podobny jak rybie gdy wyłowione z wody.
Zeźlony po przegranej awanturnik, szybko podbiegł do Miłosza z zamiarem zatłuczenia go kułakami swoich ogromnych pięści, jednak Dawid był już przygotowany na tą sytuację. Obrócił się i szybkim ruchem prawej ręki złapał ciężki drewniany kufel ze stołu zza siebie po czym cisnął nim mocno w stronę głowy oprawcy. Kufel z głuchym dźwiękiem trafił dokładnie w skroń. Masa przeciwnika była tak duża, że rozbity o jego głowę dzban zamiast ogłuszyć, tylko jeszcze bardziej go rozeźlił. Podziałało jak płachta na byka, a dryblas dostał białej gorączki. Zacisnął mocniej swoje wielkie jak bochny pięści i zmienił cel swego ataku.
Posiadacz ćwiekowanej kurtki rzucił się w stronę Dawida, po drodze przestawiając lub przewracając zastawione stoły wraz z ludźmi siedzącymi przy tychże stołach. Zważając na wygląd przestawiacza nikt z nielicznych klientów karczmy nie śmiał protestować – prezentowali postawę bierną i grzecznie oglądali zadymę.
Dawid ratował się ucieczką. Kluczył między całym tym stołowo-krzesłowym chaosem aby tylko nie dać się złapać wielkoludowi. Na swoje nieszczęście goniony zapędził się w kozi róg, przez co poczuł się jak zwierzę w klatce, miotał się od jednej ściany do drugiej, a pan skórzana kurtka widząc to zwolnił kroku. Uradowany rozstawił ręce jak świniopas chcący złapać uciekające prosię. Ciężko stąpająca po kamiennej posadzce groźba połamanych kości zmusiła Dawida do intensywniejszego myślenia o możliwych opcjach ratowania się. Przypomniał sobie o leżących na dnie jego kieszeni lotkach, a gdy do nich sięgnął, przeciwnik był zaledwie kilka metrów od niego. W kiermanie wymacał trzy metalowe strzałki które ważyły jego być albo nie być oraz około dwustu pięćdziesięciu gramów każda.
Niewiele myśląc cisnął pierwszym bełtem w twarz dryblasa, a ten wbił się z cichym mlaśnięciem tuż poniżej jego lewego oka.
Cały grot i połowa beczki zniknęły w policzku.
Zabolało. Trafiony złapał się za twarz i na chwilę przystanął próbując wyciągnąć ciężki pocisk z twarzy. Jednym szybkim ruchem pozbył się żelastwa, a krew trysnęła na podłogę.
To był błąd.
Ciepła, lejąca się z rany posoka pozbawiła go możliwości widzenia na jedno oko. Te kilka chwil w których kolos zajęty był swoimi obrażeniami dały jego przeciwnikowi czas na wyjęcie drugiej rzutki. Pomysł o pozbawieniu dryblasa ostatniego zdrowego oka pojawił się w głowie Dawida.
Aby tylko trafił.
Sparaliżowany strachem Dawid, właśnie uświadomił sobie, że ta walka zaszła za daleko, nigdy nie musiał aż tak walczyć o swoją skórę. Fakt, bywało tak, że dostali oboje z Miłoszem w ciry, a czasami to oni spuścili manto komuś innemu ale zazwyczaj kończyło się to ostrą wymianą zdań zlepionych z wyzwisk i nieskładnego przerzucania się wzajemnymi oskarżeniami. Teraz miał do czynienia z całkiem czym innym. Facet którego trafił lotką pod oko wyglądał jak prawdziwy morderca, wielki i umięśniony z pokruszonymi zębami. Długa i świeża blizna, mowa typowego rzezimieszka, wzrok człowieka który widział niejedną śmierć, a on właśnie zafundował mu całkiem pokaźną dziurę w jego i tak już poznaczonej walkami twarzy.
To nie mogło się od tak rozejść po kościach.
Moment w którym dryblas zdrowym okiem spojrzał ponownie na swojego przeciwnika był dla Dawida impulsem aby rzucić pierwszą z dwóch ostatnich lotek.
Chybił.
Dawid nie dowierzał własnym oczom, dryblas zrobił unik, a cała postura napastnika zmieniła się. Stał się bardziej opanowany i spokojny, a pomimo ziejącej w jego licu dziury i zalewającej lewe oko krwi jego ruchy stały się mniej chaotyczne. Cała złość zniknęła, pozostawiając miejsca wyrachowanej i wykutej w ogniu nienawiści postawie. Przed Dawidem ukazała się prawdziwa postać przeciwnika, opanowanego i zabijającego z zimną krwią mordercy. Blady strach padł na bohatera. Zaczął się trząść, mocniej zacisnął knykcie, a usta mu posiniały. Już wiedział, że nie wyjdzie z tego cało, a jedyne co jeszcze odgradza go od niechybnej śmierci to mała, ćwierć kilogramowa, metalowa lotka w prawej kieszeni jego potarganych spodni. Wielkolud wykrzywił usta, a groteskowy, złowieszczy uśmiech ozdobił jego podziurawioną twarz. Wiedział, że jego ofiara nie ma drogi ucieczki więc zaczął powoli, nieśpiesznie iść w jej stronę.
Po zrobieniu dwóch kroków nagle stanął jak wryty, a jego brązowe i jeszcze zdrowe oko zaszkliło się. Nogi ugięły się i uklęknął na oba kolana trzymając jedną ręką miejsce poniżej pasa. Zza jego wielkich pleców Dawid dostrzegł wyszczerzonego Miłosza.
Miłosz zaznajomiony w tajnikach technik samoobrony, przywołał z pamięci jedną, najbardziej śmiercionośną i po prostu kopnął dryblasa szpicem prawego buta prosto w jajka, co skutkowało jego potrzebnym tak teraz obezwładnieniem.
Dawaj spadamy stąd! - Miłosz krzyknął i oboje popędzili prosto w stronę wyjścia.
Gdy Dawid dopadł framugę drzwi, spojrzał w tył szukając przyjaciela. Niestety dla ciśniętego wcześniej na podłogę delikwenta owa sytuacja w której się znaleźli nie wyzwoliła instynktów silniejszych od pożądania brzęku monet w mieszku.
Chciwy Miłosz lekkomyślnie postanowił wykorzystać moment w którym napastnik był ogłuszony bólem po niespodziewanym ciosie w miejsce newralgiczne dla każdego mężczyzny i spróbował sięgnąć po mieszek. Jednak przedsięwzięcie to okazało się chybione gdyż rzezimieszek był na tyle przytomny aby złapać rękę próbującą oderwać mieszek od jego paska. Zaczął dusić Miłosza swoimi ogromnymi rękami. Kolos siły miał co niemiara, tak więc słusznie można było wnioskować, że duszony nie miał wiele możliwości wyrwania się z morderczego uścisku, a szczególnie jeżeli duszący przygniótł go swoim co najmniej dwa razy cięższym ciałem do podłogi.
Dawid oniemiał, nie wiedział co ma robić. Uciekać? Przecież to jego przyjaciel, ale jakie on ma szanse z człowiekiem takim jak ten? Jakie szanse mają we dwójkę? Żadne, przecież ten koleś to żądny krwi morderca, widać to w jego oku! Widać po tym jak uniknął lotki. Lotka! Przypomniał sobie o ostatniej desce ratunku leżącej w jego kieszeni. Zanim uświadomił sobie co robi krzyknął w stronę dusiciela, a ten podniósł głowę wtedy Dawid użył całej swojej siły, a ciężka metalowa lotka zamieniła się w mknący z niewiarygodną prędkością pocisk. Kawałek żelastwa leciał przez karczmienną izbę wprost w stronę podniesionej głowy dryblasa.. Lotka trafiła celu. Tym razem nie napotkała oporu w postaci kości policzkowej i wbiła się aż po sam koniec shaftu w zdrowe oko dusiciela pozbawiając go wzroku zupełnie. Głośny ryk bólu usłyszano zapewne w całym miasteczku, a niektórzy zbudzeni ze snu ludzie, leżąc w swoich ciepłych pieleszach, tępo zaczęli wpatrywać się w sufity nad swoimi głowami próbując przypomnieć sobie co za koszmary wyrwały ich z objęć morfeusza.
3. Hailar

Brunatny, długosierścisty koń rasy hailar pędził co sił. Już dwa z jego czterech kopyt broczyły krwią, ale ani on ani jego jeździec nie mogli przestać pędzić co tchu. Ujma na honorze gorsza niż śmierć z wycieńczenia.
Trwało to już dwa dni. Dwa nieznośnie długie dni w przenikliwym mrozie pustkowi azjatyckich stepów. Ciągle w galopie, nie zważając na dokuczający chłód, głód i pragnienie.
W pewnej chwili jeździec dostrzegł postać na horyzoncie. Jego serce zabiło mocniej, pot na twarzy zaperlił się, a ręka odruchowo sięgnęła po łuk na plecach.
Na szczęście był to drugi goniec.
Jeździec rozpoznał go dzięki charakterystycznemu, niebiesko, brązowemu namiotowi. Drugi goniec siedział po turecku na ziemi, a małe ognisko dogasało w brzasku poranka.
Dżygit zatrzymał się i zeskoczył z wierzchowca. Podniósł ręce tak aby otwarte dłonie wskazywały niebo po czym delikatnie objął napotkanego gońca i przystawiając policzek do jego twarzy głośno wciągnął nosem powietrze.
Ipa – pozdrowił ten który przyjechał.
Ipa – odpowiedział natychmiastowo drugi.
Oprócz tradycyjnego przywitania mongołów inne słowa były tu zbędne. Jeździec który był w trasie dwa dni wyciągnął ozdobną tabakierę. Pudełko wykonane było ze szczerego srebra i ozdobione różnobarwnymi koralami które pięknie mieniły się w bursztynowym świetle poranka. Podał je drugiemu mongołowi jak nakazuje tradycja, na wyciągniętej prawej ręce.
Drugi goniec zanim odebrał przesyłkę, wyciągnął swoją tabakierę i tak samo jak poprzednik, wysunął prawą rękę na której położył podarunek. Doszło do wymiany. Ten który czekał przy ognisku nadal stojąc, po zakończeniu nakazanych przez tradycję obrządków, zajrzał do środka otrzymanego puzderka po czym szybko je zamknął i niezwłocznie wskoczył na swojego konia. Bez słowa ściągnął wodze i nakazał wierzchowcowi ruszać.
Ten który został, nawet nie trudził się aby przywiązać swego rumaka do drewnianego palika wystającego z ziemi. Pomyślał jeszcze tylko, że powinien opatrzyć rany zwierzęcia, stwierdził jednak, że jest zbyt na to zmęczony. Wszedł do namiotu w którym znajdowała się sień usypana z zerwanej trawy i od razu położył się na niej.
Natychmiast zasnął.
Zmęczony długą i wyczerpującą podróżą wojownik nie mógł wiedzieć, że zmógł go sen z którego już nigdy nie będzie dane mu się obudzić.
Do góry
Autor
RE: 18 pierwszych stron.
faith Użytkownik
  • Postów: 771
  • Skąd: Szprotawa/Zielona Góra
Dodane dnia 14-07-2016 13:35
7.2 Zabronione jest umieszczenie utworów na forum i proszenie Użytkowników o opinie. Wątki takie będą kasowane bez uprzedniego powiadomienia Użytkownika. Teksty publikujemy poprzez dodanie ich do poczekalni. Po zatwierdzeniu przez Redakcję trafią one na Stronę Główną, gdzie uzyskują możliwość skomentowania.


Powyższy wątek narusza wskazany punkt regulaminu.
Proszę o dodanie tekstu do poczekalni, wybierając odpowiednią kategorię. Tylko w ten sposób może on zostać poddany ocenie innych użytkowników.
Tymczasem zamykam temat na forum.
Jest nas sosen w lesie wiele,
jeśli umiem to się z nimi rozdarciem dzielę.
Bywają sosny, co się wiatrom nie skłonią,
ale mój pień wiotki, wiatr zwykł kłaść go dłonią.


Lao Che
Do góry
Numer GG
  • Skocz do forum:
Polecane
ShoutBox
  • Kuba1994
  • 19/06/2022 15:13
  • Witam poszukuję kogoś kto oceni moją książkę ?
  • Dobra Cobra
  • 12/06/2022 11:46
  • Nie ma co do tego wątpliwości. Ukłony.
  • Kazjuno
  • 12/06/2022 09:01
  • Noblesse oblige
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:58
  • PS Zburzyć twierdzę i taktyczny odwrót.
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:54
  • Dzięki Dobra Cobro. Aż rzuca się w oczy że jesteś obcykany w kodeksie rycerskości. Serdecznie pozdrawiam, Kaz
  • Dobra Cobra
  • 11/06/2022 08:02
  • Serwując się ucieczką uratowałeś swoją męską cześć ;) Zuch chłopak!
  • Kazjuno
  • 10/06/2022 19:18
  • Dopiero wczoraj wróiłem do ciemnogrodu Wałbrzycha, serwując się ucieczką od przygodnej znajomej. (Ledwo starczyło na pociąg).
  • Dobra Cobra
  • 10/06/2022 16:14
  • I dopiero teraz piszesz?
Wspierają nas