Profil użytkownika
Kazjuno

Użytkownik
Online
  • Miejscowość:
  • Data urodzenia:
  • Wałbrzych
  • -
  • Data rejestracji:
  • Ostatnia wizyta:
  • 11.10.2011 13:10
  • 25.08.2021 14:34
  • Tekstów:
  • Recenzji:
  • Komentarzy:
  • Pomógł:
  • Postów na Forum:
  • Tematów na Forum:
  • Newsów:
  • Postów w Shoutboxie:
  • 75
  • 0
  • 1,058
  • 253 razy
  • 8
  • 0
  • 0
  • 170
  • Grupy użytkownika:
Ostatnie komentarze Kazjuno
Perfekcyjnie, Jolu S, przeniosłaś mnie do Gdańska, budując melancholię jesiennego klimatu, podmalowanego osobistymi problemami. Stworzyłaś najwłaściwsze tło do oryginalnej dramaturgii. Zawsze jest u Ciebie ciekawa, choćby przez egzotykę przepuszczania wydarzeń przez filtr umysłu dziesięcioletniej Zosi i konfrontację doświadczonego/bogatego umysłu z myśleniem dociekliwego dziecka.

Pobudzasz do myślenia.

Jestem miłośnikiem wielu gatunków zwierząt. Nie znoszę wszak węży, insektów - zwłaszcza tych które roznoszą choroby - czyli pluskiew, wszy, podstępnych kleszczy, no i wspomnianych skrytobójczych jadowitych pełzaczy. Zastanawiałem się dlaczego niektóre z gatunków fauny jeszcze istnieją, choć wiele z nich jest na wymarciu lub grozi im zagłada.
Zaistnieliśmy dzięki kosmicznej katastrofie, którą najprawdopodobniej spowodowało przed milionami lat uderzenie w ziemię potężnego meteorytu pozbawiającego życie perfekcyjne maszyny zabijania jakimi była większość dinozaurów. Gdyby nie wielki wybuch, powstający już może nasi człekokształtni przodkowie staliby się co najwyżej drobną przekąską dla uzbrojonych w straszliwe pazury i zęby, opancerzonych teropodów, aktylozaurów i tysięcy innych potworów. Niczym bezbronny tłum zaatakowany ziejącymi uśmiercającym ogniem czołgów (np. typu Abrams) czy innymi nowoczesnymi machinami mordu.

Trudno mi się zgodzić z poniższym cytatem:
Cytat:
Zwie­rzę­ta te po­sia­da­ją zdol­ność do za­bi­ja­nia, od­czu­wa­nia cier­pie­nia i emo­cji. Brak im je­dy­nie skłon­no­ści do prze­mo­cy. 

Bardzo lubię psy, choć nie wszystkie, niektóre mają zakodowane w genach cechy naturalnych terrorystów.

(Wtrącam historyczną anegdotkę:
Przed /chyba dekadą/ Putin zaprosił Angelikę Merkel do swego gabinetu. Przeprosił ją, twierdząc, że na chwilę pozostawi samą wraz ze swoją wilczurą. Niemiecka kanclerz siedziała sparaliżowana strachem, bo każde jej poruszenie w fotelu suka kwitowała warczeniem. Czemu rosyjski dyktator poddał Niemkę takiej próbie? Mogę się jedynie domyślać. Chyba chciał ją "rozmiękczyć " przed politycznymi negocjacjami...)

Pamiętam podróż pociągiem i rozmowę z panią wiozącą przepięknego szczeniaka husky. Bardzo miły piesio jechał do ośrodka dzieci niepełnosprawnych, a wioząca go pani była terapeutką wyspecjalizowaną w dogoterapii. Opowiadała mi o dużej ilości psychotestów jakie przeszedł szczeniak, by móc go zakwalifikować jako zwierzaka pozbawionego agresji i nadającego się do pracy przy dzieciach.

Lecz ponadto? Opowiadanie ujmujące głębią przemyśleń, napisane pięknym językiem.

Serdecznie pozdrawiam Ciebie i Zosię.
Smutek ryb · 18.11.2021 08:09 · Czytaj całość
Temat zagadkowej śmierci gen. Świerczewskiego zaciekawił mnie dawno temu i stanowi jedną z niewyjaśnionych zagadek historycznych. Generał, wydanym po pijaku rozkazem pod Bauzen (Budziszyn), spowodował masakrę podległych mu żołnierzy, co powinno zdyskredytować go jako dowódcę i okryć po wsze czasy hańbą i tu się zgadzam z opinią Mozetsa.

Jednak Marian temat potraktował rzetelnie, Przedstawił anonimowego przewodnika/?/, który uchylił ważny rąbek tajemnicy.
Dobre choćby i to... Niech czytelnik się dowie, że relatywizowanie prawd o komunie, to ściema, by narodowi robić sieczkę w głowach na temat przeszłości.

Bardzo dobry tekst.
Rajd walterowski · 17.11.2021 08:01 · Czytaj całość
Do końca, Mozets, zgodzę się, że uczciwa relacja, nawet z pojedynczych wspomnień świadków historii, nie może stanowić dowodowego materiału historycznego.
Powiedziałbym odwrotnie. Właśnie mozaiki wspomnieniowych opowieści wraz z podaniem dramaturgii własnych przeżyć, tworzą rzetelne obrazy minionych epok. Inaczej nauka historii wydaje się "sucha," staje się odczłowieczoną opowieścią, której można nadawać przekłamany przekaz.
Klasycznym przykładem właściwego przekonywującego podręcznika historii jest choćby powieść Normana Davisa "Powstanie 44" (Główna zawartość to wieloaspektowa powieść o Powstaniu Warszawskim. Tam aż kipi od wstawek wspomnień pojedynczych osób. Tak podany przekaz jest najlepszym podręcznikiem.
Podobnie obraz potworności w KL Auschwitz stworzyła pisarka Nałkowska w książce "Medaliony", stanowiącej zbiór wspomnień byłych więźniów.
Bardzo wyraziste są twoje komentarze i ich prawdziwość jest materiałem historycznym, bo gdyby nie to, nikt by się do Ciebie nie dowalał. Najwyraźniej uwierają kogoś, kto czuwa...
Dzięki Mozets za komentarz z zastrzykiem wzbogacającej mnie i ciekawej wiedzy. Wprawdzie chłonąłem informacje z (obiektywnych) historycznych źródeł i na własne gały oglądam i słucham generałów, którzy chcieliby zawrócić, a przynajmniej przekierować bieg historii, ale nie słyszałem o ich żoneczkach.

Pozdrawiam
Ciekawe, Mozets, Twoje wynurzenia. Dają niemało do myślenia. Gdybym miał moc sprawczą, opublikowałbym je w mediach o jak najszerszym zasięgu.
Nie sposób mi się nie zgodzić z Twoimi słowami:
mozets napisał:
Ostatnia sprawa to - czy wszyscy byliśmy buntownikami.ODPOWIADAM - NIE!I nawet buntownicy byli stłamszeni PRL-em .

Buńczuczny tytuł mojej powieści: Buntownik, jak oszukiwałem służby specjalne PRL jest w swojej semantyce oszustwem. Co najwyżej niezłą prowokacją, ot by zwrócić uwagę na książkę.
Jaki tam ze mnie buntownik? Co najwyżej synalek prominentnych rodziców, który postawił się woli ojca.

Wierzący w zbawienną rolę żołnierskiej edukacji tatulek chciał mnie z bratem wepchnąć do dwóch szuflad: jeden będzie jak ja inżynierem, drugi jak matka lekarzem. Więc dla brata najlepszą szkołą wyższą będzie WAM w Łodzi, a dla mnie WAT w Warszawie. "Trzeba gówniarzy trenujących boks i wyrastających na playboyów, drobnych cwaniaczków, brylujących w gronie bananowej młodzieży, dojących na rozrywki forsę od żony - rozdzielić" - zapewne myślał. Sam ojczulek we wczesnej młodości, po śmierci własnego ojca, przeżył nędzę.
- Będziecie chodzić jak szwajcarskie zegarki! - wrzeszczał na nas, kiedy na oczach wiernych jako ministranci pokłóciliśmy się pod ołtarzem o ładniejszy dzwonek.

Jeśli Ci będzie dane przeczytać "Buntownika" zobaczysz jak ze studenta stoczyłem się na margines społeczny i czarną rodzinną owcę.

Masz też rację w zawartym kolejnym wywodzie:
mozets napisał:
Wszyscy co żyli w Polsce lat 1945 - 1990 byli umoczeni bardziej lub mniej w tej szarości i zbydlęceniu.

Wiesz? Spędziłem 3 lata tuż przed ustrojową transformacją w Reichu. Jako budowlany robotnik dorobiłem się pierwszego samochodu VW Pasat, nowiutkiej skórzanej kurtki, jedwabnych koszul, dresów Nike, ciemnych okularów firmy Gucci i zaskórniaków w kwocie parunastu tys. DM, więc z biedaka zewnętrznie wróciłem do wyglądu już nie młodego playboya.
Lecz poza błyskotkami przywiozłem też inny bagaż. Z tyłu głowy pomysł na książkę, której jeszcze nie napisałem.
O czym? A no właśnie. o tym jak jako naród zostaliśmy umoczeni i NIESTETY poddani przez peerelowską edukację procesowi zbydlęcenia.
Mieszkałem początkowo w 40 osobowym Heimie z rodakami i wszyscy mieliśmy statut Asylbewerber - czyli szukających azylu politycznego. W istocie byliśmy migrantami szukającymi lepszego życia, jak ci na granicy z Białorusią. Poza mną i jednym kolegą wszyscy kradli w sklepach. (Też byłem cwaniaczkiem poza samochodem wszystkie ciuchowe błyskotki kupowałem za pół ceny od złodziei). Ze zgrozą natarła na mnie też inna statystyka. 30% Polaków z naszej grupy było nałogowymi alkoholikami, wszak piliśmy wszyscy.
Nie kradłem, bo szybko uczyłem się niemieckiego i byłoby mi głupio się tłumaczyć przed Niemcami, którzy w tamtym czasie byli dla nas wspaniałomyślni. Dostawaliśmy social, z którego dało się wyżyć i mieszkać za darmochę, do tego wszyscy pracowaliśmy na czarno.
Wniosek z obserwacji?
Zdegenerowały nas lata komuny.
Cwaniactwo i złodziejstwo połowy "elit" i to na grubą kasę imponuje połowie narodu. Z pośród nich wywodzi się nadzwyczajna kasta sędziów, którzy ułaskawiają kolegów kradnących w sklepach "przez roztargnienie". Jeden z liderów sędziowskiej kasty - zagorzałych wrogów Izby Dyscyplinarnej - ma 9 domów, Ciekawe jak się ich dorobił z nawet relatywnie wysokich zarobków? Rzecz jasna to jeden z tych. którzy domagają się karania Polski przez Trybunał Europejski.
Dno!
Niemców, widząc ich wolę stłamszenia odradzającej się Polski - co rozumiem, przez rządowe próby sanacji nie tylko gospodarczej ale też moralnej - przestałem lubić. Nie wyzbyli się - jak przez wieki - w stosunku do nadwiślańskiego kraju imperialnych zakusów, zresztą podobnie niepodległa i odradzająca się Polska uwiera imperatora z Kremla.

Ech... nawiązując do wczorajszego Święta zakończę patriotycznie:
MUREM ZA POLSKIM MUNDUREM!!!

Pozdrawiam
Kim jesteś. · 12.11.2021 08:30 · Czytaj całość
Owszem, ciekawy fragment. Nie mam jak Ty dużego obycia z peerelowską armią. Nie widzę powodu, żeby nie dowierzać kawałkowi "Trepów" (całości nie czytałem). Chyba też się zagalopowałem. Na usprawiedliwienie nogę tylko powiedzieć, że moimi wykładowcami w studium wojskowym bywali starzy frontowcy w rangach majorów i pułkowników. Przynajmniej dwóch z nich mówiło z zaśpiewnym wschodnim akcentem. Zieleń mundurów studentów zgromadzonych na salach wykładowych powodowała, że usadowiony zwykle w tylnych rzędach natychmiast zasypiałem. Potem były poprawkowe egzaminy i problemy z zaliczaniem wojska. Sto razy wolałem
wyjazdy na poligon, ale tam w czasie 15 minutowych przerw od ćwiczeń też zasypiałem w trawie i byłem rugany za spóźnienia na zbiórkach. Jedynie zacny kapral ze służby czynnej dał mi piątkę za wzorowy bieg i strzelanie ślepakami w natarciu, a potem na strzelnicy za dobre skupienie naładował mi 12 pocisków do magazynka, żebym sobie postrzelał i zrobił zaliczenia za czterech zezolców, którzy nie potrafiąc wcelować w tarczę udawali, że celują ze swoich stanowisk.

Więc jak widzisz ledwo liznąłem żołnierkę i na swojej drodze nie spotkałem dowódcy, który jak ten z "Trepów" wzbudziłby moją sympatię.

Pozdrawiam

PS Zerknij na moją odpowiedź przy recenzji, pod którą napisałeś budzący mój respekt felieton. Ciekaw jestem co myślisz o "wędrującym samobójcy".
Kim jesteś. · 11.11.2021 00:16 · Czytaj całość
Dzięki Mozets, za ciepłe słowo.
Egzekucja na razie mi nie grozi. Chociaż, kto wie?
W kilku publicznych wypowiedziach (też w PP) dałem upust swojemu przekonaniu (co nie ma nic wspólnego z wiarą), że w Smoleńsku był zamach.
"Katastrofa" smoleńska jest moim historycznym konikiem i z uwagą śledzę odkrycia komisji i podkomisji Antoniego Macierewicza.
Dziwne rzeczy się dzieją z raportem, który druzgocze efekty komisji pod wodzą króla Europy i jego totumfackiego ex ministra spraw wewnętrznych Milera. Kilku profesorów z podkomisji nie chce się pod raportem podpisać. Dlaczego?
Tajemnicą poliszynela, zresztą publikowaną przez media niezależne, jest fakt jedenastu tajemniczych zgonów. Wkrótce po powrocie z wrakowiska w niewyjaśnionych okolicznościach wyzionął ducha szef archeologów badających miejsce "katastrofy". Znalazł nadmierną ilość 30000 szczątków na połowie wrakowiska, podczas gdy w Lockerbie po zamachu znaleziono 12000. Potem przepadł przeczący kłamstwom Milera prof. Politechniki Śląskiej Wróbel, którego kawałki ciała wydobyto z Zalewu Rybnickiego. Inny naukowiec zleciał w przepaść w Tatrach, kluczowy świadek nawigator Iła, dowożącego dziennikarzy, rzekomo strzelił sobie w skroń w piwnicy - ponoć facet pogodny i wesoły. W podziemnym garażu wypalił dwukrotnie do siebie gen. Petelicki i to nie długo potem, kiedy ogłosił, że wszyscy członkowie Platformy Obywatelskiej nazajutrz po katastrofie otrzymali esemesa o treści: "Jesteście zobowiązani do powtarzania tezy: "Katastrofa nastąpiła przez błąd pilotów. Należy jedynie wyjaśnić, kto nakłonił ich do lądowania w złych warunkach". Nie pamiętam wszystkich kazusów dziwnych śmierci. Powiało też grozą, kiedy usłyszałem o "wędrującym samobójcy" po naszym kraju. Dziwnie zmarł Leper, choć on nie angażował się w sprawę smoleńską.
Hmmm, dlaczego część profesorów nie chce podpisać raportu podkomisji? Jako miłośnik powieści Fryderyka Forsyth'a stworzyłem sobie domorosłą teorię. Słynny i najbogatszy na świecie pisarz, którego w zarobkach przebiła jedynie Rowling - autorka Przygód Harrego Potera, dużo pisze o metodach likwidowania niewygodnych świadków przez KGB. Także o stosowanych przez tę instytucję metodach zastraszania. Więc sobie myślę, co bym zrobił gdyby mi ktoś przyłożył do głowy pistolet. Albo inaczej, zagroził, że jak pisnę słówko, to wykończą najbliższe mi osoby. Pewnie bym wymiękł... Pomyślałbym: i tak świata nie zmienię. Zamiast podpisać raport, przyszedłbym z ręką na temblaku, udawałbym, że dostałem paraliżu dłoni.
Poseł Halicki z PO zarechotał z radości, mówiąc: "Ten raport się nigdy nie ukaże".
Może ma rację(?).
Na szczęście nie jestem sławny, więc wynurzenia jakiegoś pisarzyny Kazajuno, "autorytety" oszczają ciepłym moczem.
W takim razie Twoja Mozets przestroga przed egzekucją, raczej się nie spełni.
Zresztą odpisałem już Dobrej Cobrze, że nie wzdycham do sławy. Choć nie ukrywam, połasiłbym się na finansowe profity z książki. Jestem chytry.

Pozdrawiam.
Mozets
Krytyka Besser Wissera (takiego co pozjadał wszystkie rozumy /z niemieckiego - lepiej wszystko wiedzącego/ ) w pełni słuszna. Udało mi się jednak uciec z LWP, bratniej armii ZSRR, która przysięgała wierność Moskwie. Rola komunistycznej armii oznaczała ni mniej ni więcej to samo, co było powinnością podległych Hitlerowi wojsk węgierskich, rumuńskich, czy ukraińskiej SS Galizien.
Na poddanie się szkoleniu w studium wojskowym na polibudzie szkoda mi było czasu. Na urlopie dziekańskim wykręciłem parę teatralnych numerów. Jako instruktor prowadziłem szkolenie juniorów w boksie i zaufani dwaj wychowankowie wnosili mnie parę razy z pobrudzonymi rękoma i kolanami do knajp i miejsc publicznych. Wzywali pogotowie i mówili: Nasz trener padł z krzykiem na ulicy i dostawał drgawek. Każda z diagnoz przybyłego lekarza brzmiała jednakowo: morbus epi. Padaczka - choroba nie do wykrycia. Z lekarskimi papierami wlazłem do wojskowego szpitala i lekarz nawet na mnie nie patrząc klepnął w książeczce wojskowej kategorię E. (Niezdolny do służby wojskowej w czasie wojny i pokoju). Nie lubiłem LWP. Kilku kolesi, którzy wyszli po służbie czynnej miało przemielone przez politruków mózgi. Przez dwa lata oddali na strzelnicach po 6 lub 9 strzałów do tarczy, czyli opuścili armię jako kiepscy strzelcy. "Bratni" radzieccy żołnierze walili do tarcz dziesiątkami jak nie setkami pocisków. Byli pod każdym względem lepiej wyszkoleni. Tych można się było bać. (Strzelałem od dzieciaka tysiące razy z ojca wiatrówki i zrozumiałe, że trzy puknięcia na 100 metrów z kałacha w pozycji leżącej na skupienie zmieściłem w kółku, o średnicy chyba nie większej od centymetra),

Nie wiem co to nocleg pod pałatką. Co nie oznacza, że ominęły mnie trudne doświadczenia,

Z Twojego tekstu trochę wynika jakby jedyną słuszną szkołą życia było wojsko. Podobnie zresztą twierdził mój ś.p. Ojciec, który na nagrobku zażyczył sobie napisu "Oficer WP 1939".

Teraz, kiedy wojsko służy Niepodległej RP, podpisałbym się pod twoją maksymą, że żołnierka to szkoła męskości. Natomiast LWP? Na pewno nawet ta pomocnicza armia miała pewne kształtujące charakter zalety, choć jej doktrynę najlepiej obnażył Ryszard Kukliński.

Pozdrawiam, Kaz
Kim jesteś. · 10.11.2021 08:26 · Czytaj całość
Dobra Cobro
Chyba mnie nie zrozumiałeś. Jeśli mi zależy na nadaniu rozgłosu "Buntownikowi" - powieści, która obok "Piaskowej Góry" i "Ciemno, ale noc" Joanny Bator - także traktuje o Wałbrzychu, zależało mi, żeby słynna autorka zauważyła, że jest w naszym mieście, jeszcze ktoś, kto też potrafi barwnie opowiadać.
Nie jestem dla niej, żadnym konkurentem i nie stanowię zagrożenia jako rywal na niwie sławy. Joanna swoim pisaniem potrafiła mnie zaciekawić, umie pisać. aczkolwiek niekiedy się nie zgadzam z zawartymi w jej tekstach podtekstami politycznymi.
Tak, wręczając jej książkę, chciałem ją sprowokować do polemiki na argumenty. Inaczej postrzegam minioną przeszłość, Argumenty, które zawiera "Buntownik", według mnie, mają przełożenie na obecną rzeczywistość, są z innej bajki niż te lansowane przez NIĄ.
Widocznie ją uwierają, więc nie podjęła polemiki. Inaczej mówiąc mnie olała.

Masz rację, w tym miejscu, że nawet znajomość ze słynną osobą, to wątpliwa droga do sławy.
Przyznam Ci się, że zastanawiałem się kilka razy, czy chciałbym być słynny? Za każdym razem dochodziłem do przekonania, że nie. Wtłoczyć się na siłę do grona celebrytów? Szkoda zdrowia i prądu. Zamiast brylowania na salonach wolę tracić energię na to, co lubię i chyba trochę umiem, czyli skupić się na pisaniu i wokół tenisowych rozrywkach oraz podróżach.
Oczywiście, zależy mi na nadaniu książce rozgłosu, dlatego, że chcę zafundować odbiorcom (subiektywne wprawdzie), ale inne od narzucanego przez mainstream postrzeganie rzeczywistości. też chcę czytelników trochę rozerwać. No i rzecz nie od parady, nie pogardziłbym mamoną, która zwykle spływa na autorów głośnej książki.

Dziękując za sugestie, Cobrusiu, ciepło pozdrawiam.

MOZETS
Przyznaję Ci w 100% rację. Cierpliwość i pracowitość to cechy konieczne, by stworzyć coś wartościowego.
Zdaje się, że to słowa wybitnego Polaka Paderewskiego: "Na sukces składają się trzy czynniki: 10% talentu, 10% szczęścia i 80% ciężkiej pracy".

Polemizowałbym z "lubieniem" tego co się robi. Bywa z tym różnie. Czasem zniechęca ciężka orka. Zwłaszcza jak się ma geny lenia z jakimi się chyba urodziłem. (Moje cioteczki, które rugały mnie za nieuctwo, opierdalały się przez całe życie).

Pozdrawiam z całego serca.
Marku Adamie Grabowski
Zacznę od oceny recenzji, bo jestem Ci wdzięczny za pochylenie się nad moją książką i stworzenie jej (subiektywnej rzecz jasna) analizy oraz oceny.
Dziękuję serdecznie za komplementy – rzecz jasna – pompujące balon mojej próżności i pychy, co chyba naturalne dla każdego chwalonego autora. Też sobie cenię wylany na mój łeb – niepozbawiony wad – kubełek lodowatej wody. To pomoże zahamować proces, zwykle odbywający się w saturatorach wtłaczających do H2O gaz CO2 – inaczej mówiąc – produkcję wody sodowej, która sycząc w głowie, przeszkadza racjonalnej samoocenie.
Tak, tak… daleko mojej powieści do doskonałości, aczkolwiek, żeby się usprawiedliwić, częścią winy muszę obarczyć wydawcę. Trochę go rozumiem. Po co mu się pruć z kasy na fachowego redaktora i paniusię korektorkę, którzy za swój wysiłek wyciągną łapska po pieniądze. Pewnie zadał sobie pytania:
* Kto to jest ten Kazimierz Junosza vel Kazjuno? Wiadomo, pisarzyna bez nazwiska, gdzie mu tam do sław w rodzaju Twardocha, Joanny Bator, Pilcha, czy choćby przedwojennej sławy Dołęgi Mostowicza.
* Czy spuchnie mi portfel za opublikowanie Kazajuno? Za pisarzynę z zabitego dechami prowincjonalnego Wałbrzycha?
Profesjonalny redaktor przynajmniej przeczytałby dokładnie nadesłany tekst, zrugał mnie za pewne niejasności, które utrudniły odbiór Markowi Grabowskiemu. Swoim zawodowym sznytem przeciągnąłby tekst jak przez wyżymaczkę. Z zawierającego skazy kamienia wyszlifowałby brylancik.
Do procesu udoskonalania tekstu włączyłaby się paniusia korektorka. Nie byłoby już literówek
i dostrzeżonych przez Marka potknięć.

Wcale nie przeszkadza mi zawarta w recenzji dygresja o Brusie Lee, Nawet się ucieszyłem, że kolega z PP parał się jak ja sportami walki. Może dlatego wyczuł we mnie bratnią duszę i tle uwagi poświęcił mojej książce.

Jeszcze raz dziękując, serdecznie Marku pozdrawiam.

Teraz, po kolei, spróbuję się odnieść do komentarzy.


Dobra Cobro
Tobie też jestem wdzięczny za wpis. Szczerze mówiąc, powątpiewam w zachwyty nad moją powieścią koncernu medialnego AGORY. Byłby to niesamowity promocyjny awans! Do tego kasiora! Uszyłbym sobie smoking u najlepszego warszawskiego krawca, kupił najdroższe cygara, no i przesiadł się ze starej Skody Octavi do nowego Merola. (W poprzednim 19-letnim Golf ‘ie 4 wybuchł mi silnik i nie pojechałem przez to w tym roku nad morze).

Nie myśl Dobra Cobro, że nie jestem szczwany. Chyba dwa tygodnie temu pojawiła się w moim ciemnogrodzie słynna pisarka Joanna Bator, dawna mieszkanka Wałbrzycha. W te pędy stawiłem się na zatłoczonej sali, gdzie odbywał się JEJ wieczór autorski. Mówiąc, że też piszę o Wałbrzychu, wcisnąłem jej w dłonie, ozdobione pierścionkami z bajecznie drogimi szmaragdami i brylantami, „Buntownika”. W dedykacji napisałem swój adres e-mailowy, prosząc o parę uwag dotyczących mojej powieści. Kiwnęła potakująco głową.
Hmm, gdyby tak pani Joanna – pupilka Gazety Wyborczej i koncernu Agory – napisała parę ciepłych słówek o moich wypocinach, to kto wie? Może wizja Mercedesa SL miałaby szansę się ziścić? Codziennie zaglądam na pocztę i… nic. Dosłownie pustka…
Pewnie – o zgrozo – słynna autorka wywęszyła w mojej książce niewłaściwe polityczne podteksty.
Cisnęła „Buntownikiem” przez okno, mierząc, by dofrunął do śmietnika? (Ona bardzo dba o czystość środowiska).

Przeceniasz Cobrusiu moją pracowitość. Wprawdzie skończyłem ostatnio kolejną powieść, coś tam myślę o następnej, ale przy moim śmierdzącym lenistwie, wątpię, czy spełnię Twoje oczekiwania.

Pozdrawiam serdecznie, Kaz

Droga Jolu S.
Jak zawsze Twój komentarz – już nie wspominając o wspaniałych pochwałach – jest dla mnie niedościgłym majstersztykiem. W tak zwięzłej formie i z takim polotem podany przekaz mocno mnie wzruszył. Niezmiernie mnie cieszy, że Tobie, osobie bardzo wrażliwej, odpowiadało moje
kawaleryjskie (trochę sztubackie) poczucie humoru.
Jesteś Great!
Czyżbyś kupiła sobie moją książkę?

Pozdrawiam z całego serca i proszę, nie zapomnij pozdrowić Zosi. Pod wpływem korespondencji z Zosią, po raz kolejny rozmyślałem o napisaniu opowiadania (opartego na faktach), o przygodzie z moim psem Bojciem. Ostatnio chcę się jednak uporać z autokorektą skończonej niedawno powieści.
Chcę napisać opowiadanie o czworonogu i zrobić do tekstu ilustracje (jedną już zrobiłem). To opowiadanie chciałbym zadedykować nowej dziesięcioletniej przyjaciółce.

Mozets
Napisałeś świetny felieton i zaszczytem dla mnie jest podpięcie go pod recenzją mojej książki. Gratuluję odwagi i świetnego pióra! Mam nadzieję, że przeczytasz „Buntownika” i byłbym bardzo ciekaw Twojej opinii.
Będę promował swoją książkę na Targach Książki Historycznej w Arkadach Kubickiego (Pod Pałacem Królewskim) w dniach 25-29 listopada w Warszawie. Gdybyś się pojawił, będę siedział
przy stoisku Agencji Wydawniczej CB, Chętnie się z Tobą poznam osobiście. Targi są super. Tam zobaczysz wiele atrakcji: polskich kawalerzystów z grup rekonstrukcyjnych, Warszawskich Powstańców, napoleońskich szwoleżerów, no i dużą ilość znanych autorów, którzy jak my piszą
w poprzek lewackiemu mainstreamowi. (Prof. Cęckiewicz, Leszek Żebrowski, Płażyński i inni. /Porobiłem sobie z nimi zdjęcia/ ).

Zapraszam też wszystkie Koleżanki i Kolegów z PP.

Pozdrawiam, Marku Mozets.


Jacku Londyn
Rozśmieszyłeś mnie pomysłem, by na okładce zamieścić Isię Radwańską.
Nie wypieram się, dalej ją uwielbiam. Nawet wczoraj oglądałem na you-tubie filmik
z jej starego meczu. Urocza tenisowa geniuszka. Iga Świątek gra wielki tenis, ale nie tak
urozmaicony jak Isia, która niedostatek siły nadrabiała pomysłowością i fenomenalną
analizą oraz wspaniałym czuciem w ręce. Do tego ten spontaniczny urok Isi. Za to przez pięć lat
z rzędu wygrywała plebiscyt wszystkich tenisowych kibiców na świecie. Nagradzano ją mianem
„najmilszej tenisistki na świecie”.
Moim kolejnym ulubieńcem jest wspaniały Hubert Hurkacz. Jego groźne spojrzenia na
przeciwników, kojarzą mi się ze spojrzeniami drapieżnego orła. Dlatego na użytek własny
dałem mu ksywę „Polskie Ptaszysko”. (Tylko mu tego nie powtórzcie)!
Dzisiaj nie daję mu szans w meczu z Diokowiczem, w drodze do półfinału Hubert stoczył zbyt
ciężkie pojedynki, nie starczy mu sił na walkę z nr 1 na świecie, ale osiągnął swój cel – wywalczył
udział w turnieju mistrzów, znalazł się w ósemce najlepszych na świecie.

Pozdrawiam Cię Jacku, znawco moich poza pisarskich pasji.


Carvedilol
Serdeczne dzięki za gratulacje, Też za te pod adresem Marka Grabowskiego.

Pozdrawiam, Kaz
Marku Adamie Grabowski.
Jak na dawne twoje teksty - pełne usterek - tu jest ich niewiele. Chociaż są i może to drażnić językowych purystów.
Pomysł i Twoje poczuci humoru jak zwykle oceniam wysoko.
Czyta się lekko i przyjemnie. Też dostrzegam obycie z kulturą kraju kwitnącej wiśni. Mogę pozazdrościć, bo poza znajomością nielicznych elementów kodeksu honorowego Bushido, za wiele o Japonii nie wiem.
Chociaż? Przypomniało mi się kilka świetnych filmów Kurosawy, Też książka "Kamikadze boski wiatr". więc coś tam się łyknęło.

Dzięki Marku za sympatyczną lekturę.

Serdecznie pozdrawiam, Kaz
Nie było to retoryczne pytanie. Ot, ciekawość, wszak nawet wśród przedstawicieli różnych religii są odłamy krytykujące przepych przedstawicieli kościoła katolickiego.
Mi też się podobało.
Choć podobnie do Madawydara cisną się do głowy wątpliwości. Myślę jednak, że wkrótce je wyjaśnisz.
W amerykańskim podręczniku pisania filmowych scenariuszy, który kiedyś analizowałem, zetknąłem się z pojęciem "hook point". Na polski znaczyłoby "punkt zaczepienia". W przypadku początku tej powieści zaczepiłeś czytelników perfekcyjnie, zachęcasz do dalszego czytania. Jesteśmy ciekawi, co dalej?

Sam specjalizuję się w historycznych kryminałach opartych na faktach z przeszłości. Chociaż Ty sięgasz do znacznie starszych czasów. Mam więc nadzieję, że rozpoczęta opowieść bazuje na zaistniałych wydarzeniach.
Jeśli tak, to witaj w klubie!
Oprócz mojej skromnej osoby - by wymienić tych, których lubię ostatnio czytać - należą koledzy z PP Madawywar i Marian. Pewnie jest jeszcze kilku.

Duży szacun i pozdrówka, Kaz
Nieźle, choć wolałbym żeby w statku powietrznym zaczęło się palić, albo coś wybuchło. Żywcem płonący kosmonauta, to już nie byle co. Jest jakiś dramat, chociaż tego typu dramaty musieli przeżywać radzieccy czołgiści, których T34 bywały trafiane z Panzerfaust'ów, z których mógł strzelać 12-to letni szczyl, z Hitlerjugend.
Ech, te Panzerfaust'y, wspaniała broń. Nawet babcia klozetowa mogła zniszczyć czołg, którym wozili się Czterej pancerni i pies.

Pozdrawiam autora.
Ad Astra · 08.09.2021 17:15 · Czytaj całość
Bardzo ciekawa opowieść. Przeczytałem jednym tchem.
Z czasów dzieciństwa pamiętam sowieckie jeszcze śmigłowe Jaki4 - szturmowe bombowce - które stały na polowym lotnisku w Świdnicy. Pod płot aerodromu podjechałem kiedyś z ojcem wuefemką i bojący się ruskich okupantów tatuńcio zabronił mi zbliżania się do ogrodzenia.
Straszył, że wartownicy mogą zacząć strzelać.
Kiedyś na wczasach w Świnoujściu dostaliśmy z bratem od ojca łomot, kiedy sowieccy marynarze nurkowie robili przy basenie Bałtyckij Fłot jakieś podwodne ćwiczenia. Podeszliśmy do leżących na brzegu aparatów tlenowych i zaczęli je przymierzać. Ojciec lejąc nas pięściami po plecach i ramionach, spoglądał na Ruskich, pewnie oczekując pochwały za właściwe - dowodzące "przyjaźni polsko- radzieckiej" - wychowywanie synów. Na co liczył? Do dziś nie wiem. Może na napisaną cyrylicą pochwałę na piśmie, którą mógłby się chwalić przed niedoukami z PZPR-u, którzy czaili się na jego stanowisko dyrektora koksowni. Był w końcu jednym z bardzo nielicznych bezpartyjnych dyrektorów w przemysłowym Wałbrzychu.

Obrazowo i zabawnie opowiedziane twoje, Marianie, wspomnienia. Cierpiały biedne kury, więc jajecznica na śniadanie musiała być rarytasem. Ale przynajmniej nikt nie walił Cię po plecach.

Pozdrawiam, Kaz
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
ZielonyKwiat
04/12/2021 10:27
Nieśmiała prośba z mojej strony: czy tytułowy… »
alos
03/12/2021 23:39
Ładnie napisane, jakby emocje tańca transponować na słowo -… »
alos
03/12/2021 23:36
Takie zlokalizowanie czasowo-miejscowe zawsze dobrze robi… »
alos
03/12/2021 23:32
Dla wybrańców bogów nie ma zbyt wygórowanej ceny ; ). Fajne,… »
alos
03/12/2021 23:29
Efektownie napisane, zwłaszcza puenta. Zastanawiam się… »
alos
03/12/2021 23:24
Wyraźne tutaj zagubienie w czasie. Czyżby tracił on… »
alos
03/12/2021 23:19
Znam film i ta ekfraza do niego jest całkiem dobra, udanie i… »
alos
03/12/2021 23:13
Dziękuję za komentarze. Pozdrawiam. »
AntoniGrycuk
03/12/2021 22:02
W pełni zgadzam się z ZielonymKwiatem. Nie widzę w wierszu… »
Pulsar
03/12/2021 20:46
Podejrzewam zielony kwiatuszku, że jesteś kobietą, bo mówisz… »
Carvedilol
03/12/2021 20:37
Yaro nie odniosę się do wiersza, bo na poezji się nie… »
ZielonyKwiat
03/12/2021 20:19
Ja wszystko rozumiem, ale nie lubię (skoro już problem… »
Pulsar
03/12/2021 20:15
Zielony kwiatuszku. "mój bóg jest wielki" ten… »
ZielonyKwiat
03/12/2021 19:34
W wierszu nie ma żadnej agitacji, nie chcesz, człowieku, to… »
Pulsar
03/12/2021 19:10
Wiara jest dla głupich i ubogich, ubogich, ze nie potrafią… »
ShoutBox
  • mike17
  • 15/11/2021 14:27
  • Ze względu na małe zainteresowanie MUZO WENAMI 10 przedłużam czas nadsyłania prac do 15-go grudnia. [link] Życzę weny i lekkiego pióra :)
  • AntoniGrycuk
  • 13/11/2021 11:31
  • Czy ktoś ma pojęcie o wyobrażeniu, gdzie znajdę listę aktualnych czasopism (też internetowych), gdzie warto publikować? Nie mówię o portalach literackich. Dzięki.
  • AntoniGrycuk
  • 09/11/2021 22:18
  • Na czyjąś prośbę zamieszczam link do konkursu: [link] Ja w tym roku nie biorę udziału. Należy napisać tekst z jedną z kilku dzielnic Wwy.
  • mike17
  • 09/11/2021 15:15
  • Przypominam, że pozostał jeszcze cały tydzień, by nadesłać pracę konkursową. Weźcie się w garść i piszcie ;) [link]
  • Zbigniew Szczypek
  • 07/11/2021 17:15
  • Apisie - wiem i niestety zgadzam się z Twoją opinią - tak jest znów, kolejna "fala"
  • ApisTaur
  • 07/11/2021 16:12
  • Zbyszku. Oczywiście pisałem to do Ciebie, lecz nie o Tobie.:)
  • Zbigniew Szczypek
  • 07/11/2021 16:01
  • Apisie -na szczęście nas obu to, o czym pisałeś, zwracając się do mnie, nie dotyczy. ;-}
  • Kazjuno
  • 06/11/2021 18:51
  • Dzięki za miłe komentarze pod recenzją "Buntownika" M. Grabowskiego. Na końcu komentarzy odpowiadam, indywidualnie Joli S. i każdemu z komentujących. Pozdrawiam cały PP
Ostatnio widziani
Gości online:26
Najnowszy:Buryhgbfv4
Wspierają nas