Zapach jarzębiny - Wiktor Orzel
Proza » Inne » Zapach jarzębiny
A A A
Przy dworcu znajdował się mały skład złomu. W prowizorycznej budzie, oklejonej tekturą, skorodowaną blachą i innymi odpadkami, gruby mężczyzna katalogował ostatni transport, wyceniał i sprawdzał miejsce w magazynie. Można powiedzieć, że była to pewnego rodzaju enklawa. Gdzieś obok, śpiesznym krokiem podążali studenci, robotnicy, bezrobotni i Bóg jeden wie, kto jeszcze. Ludwik lubił swoją prace. Każdego ranka, nabijał starą fajkę aromatyzowanym tytoniem i rozsiadał się wygodnie na zardzewiałym, pielgrzymkowym krześle, ledwo mieszczącym pokaźne gabaryty właściciela.

Główny bohater tej krótkiej historii, puszczał co jakiś czas masywne kłęby dymu i w nostalgicznej zadumie spoglądał na dorodne owoce jarzębiny. O dziwo, podczas modernizacji dworca, nikt nie wpadł na pomysł wykarczowania drzewa. Charakterystyczny punkt w krajobrazie siermiężnej stacji kolejowej, przyciągał amatorów taniego wina, handlarzy narkotyków, ale także zakochanych. Można powiedzieć, że był to jeden z nielicznych przypadków, gdzie pogodzono konflikt interesów różnych grup społecznych. Zawsze było tam czysto, nikt nie zostawiał butelek ani innych śladów zbrodni. Nie byłoby w tym znowu nic takiego dziwnego, przecież ludzie intuicyjnie dostrzegają estetyczne piękno, a potem przez plotkę, polecenie, zapamiętują lokalizację gdzie miło się spotkać, porozmawiać. Jeśli mają do tego jeszcze na tyle wyobraźni, nie zostawią po sobie chlewu, bo dobrze wiedzą, że nieraz wrócą w to miejsce. Ludwik wiedział więcej. Ale swoją wiedzą się nie chwalił. Mimowolnie, właśnie dzisiaj, podczas codziennego ceremoniału palenia, przypominała mu się pewna opowieść. Z głębokiej zadumy wyrwał go dławiący ryk silnika.
Na teren zakładu wjechał ledwo zipiący ford z przyczepą. Zza szyby wychylił się chuderlawy mężczyzna.

— Panie Ludwiku, mamy trochę starych okiennic — powiedział chrypliwym, suchotniczym głosem.
— I na co mi to?
— Czyli mam wyrzucić do lasu, hę? — uśmiechnął się kąśliwie.
— Dobra, dobra. Rozładujcie ten szmelc. Kawy jakiejś wam zaparzyć?
— Chętnie się napijemy.

Kierowca wraz z młodym pomocnikiem odbezpieczyli pasy spinające towar i zaczęli ślamazarnie rozładowywać zbytek. Ludwik znał tę dwójkę. Zbyszek był właścicielem małej firmy montażowej, a za pomocnika robił jego syn, który ledwo skończył zawodówkę. Zbych zawsze miał problem z utylizacją framug, drzwi, okiennic i tak dalej. W tej kwestii często liczył na pomoc Ludwika.

— Widziałem twojego młodego pod jarzębiną ostatnio — powiedział Ludwik, wychodząc z blaszanymi kubkami mocnej kawy.
— I co tam robił takiego? — Zbyszek odstawił ostatnią ramę okna.
— Palił jakieś mocne papierosy — Ludwik uśmiechnął się pod nosem.
— A to wiem. Dawał mi do spróbowania, ale ja wolę gorzałkę.
Nastąpiła niezręczna cisza. Wszyscy pili w milczeniu gorącą kawę, tylko syn Zbyszka spuścił głowę i wpatrywał się bezmyślnie w ziemię.
— A tobie Lud — zaczął nerwowo Zbyszek i odpalił papierosa — to się tutaj nie nudzi? Mieszkasz w jakiejś obwoźnej przyczepie cyrkowej, czy co to w ogóle jest, pół dnia spędzasz w tej swojej budzie, gdzie katalogujesz to całe gówno. Nawet nie widziałem żebyś się kiedyś spił, może wyskoczymy wieczorem gdzieś na miasto?

Ludwik ścisnął mocno ucho od kubka a jego twarz poczerwieniała.

— Przynoszę ci kawę. Biorę po raz setny twój nic nie warty towar, który potem zalega mi latami na składzie. Nie pytam się, dlaczego chlejesz jakby się świat miał za chwilę skoczyć. Nie wnikam, dlaczego młody rozprowadza jakieś gówno tym biednym dzieciakom z blokowiska. Więc pozwól, że będę sobie tutaj siedział, robił, co mi się podoba, a ciebie teraz grzecznie poproszę, żebyś stąd spierdalał, razem ze swoim syneczkiem.
— Ale Lud…, nie chciałem cię urazić czy coś, przecież wiesz, że nic do ciebie nie mam.
— Drugi raz nie będę powtarzał.

***

Ludwik dawno nie czuł się tak fatalnie. Mimo, że Zbyszek był tylko jego klientem i jakoś niespecjalnie zależało mu na głębszych relacjach z tą pijaczyną, to zrobiło mu się najzwyczajniej w świecie smutno. Nie wchodził nikomu z ubłoconymi buciorami na dywan, wiedział, że Zbyszek się specjalnie nie przejmie informacją o synie palącym maryśkę. Chciał tylko złapać kontakt. Dawno nikt go nie wyprowadził z równowagi. Nie miał nawet ochoty na obiad, a dzisiaj przecież czwartek… tak, czwartek.

Czemu dla Ludwika akurat ten dzień tygodnia jest wyjątkowy? Z tym wiążę się początek naszej opowieści. Ludwik był bardzo bogatym i wpływowym człowiekiem. Dorobił się na szmuglowaniu alkoholu za zachodnią granicę, jeszcze za czasów głębokiej komuny. Niespecjalnie przejmował się tajną policją, partią i tak dalej. Wiedział komu, ile i czym zapąłcić, a jego fortuna i status społeczny niebezpiecznie wzrastały. Nie był idiotą. Zza granicy przywoził luksusowy jak na tamte czasy towar i często za grosze, albo całkowicie za darmo rozdawał go mieszkańcom. Jego dom też niespecjalnie się wyróżniał, także lokalna władza nie bardzo miała pomysł jak ową gwiazdeczkę nieco osmolić.

Pewnego dnia, późną porą Ludwik wracał z Krakowa, ze spotkania z narzeczoną. Wysiadł z pociągu, przeszedł kilkanaście metrów i zobaczył pod drzewem Jarzębiny dwoje młodych ludzi. Znał ich dobrze. Matka Joli była szwaczką. Całkiem niedawno wręczył jej w prezencie dwa francuskie szampany z okazji urodzin córki. Młodzi właśnie raczyli się lampką trunku. Ludwik uśmiechnął się pod nosem, już miał zawrócić, gdy zobaczył dwóch agresywnie zachowujących się mężczyzn. Zbliżali się nieuchronnie w stronę zakochanej pary. Sądząc po ich energicznym, slalomicznym chodzie byli mocno odurzeni alkoholem.

— Ale co to za picie tutaj. I to jeszcze co my tutaj pijemy obywatele?! Szampan! Patrzcie ich. To my tu na ciężkiej służbie, chronimy waszych rodziców, naród, i nie stać nas na takie rarytasy!
— Dokumenty, kurwa! Dokumenty! Zaraz pójdziecie na dołek za kontrabandę, czy jakoś tak.
Chłopak Joli był roztrzęsiony, nagle z nerwów upuścił butelkę z szampanem.
— No i patrz go, rozbił butelkę, wandal. A może ta młódka by nam umiliła towarzystwo? Chłoptasia zostaw panienko, to mu nic nie zrobimy. Mówiąc to, ścisnął mocno milicyjną, gumowa pałkę.
Ludwik nie czekając na dalszy rozwój sytuacji, podszedł do funkcjonariuszy milicji.
— Znam tych państwo, czy jest jakiś problem władzo?
Milicjanci wyraźnie zbici z tropu spojrzeli na nieznajomego.
— Nie, nie, nie ma żadnego problemu — powiedział wyższy. Drugi wyraźnie zdziwiony wydawał się do końca nie wierzyć w to, co mówi jego kolega.
— Butelka się stłukła, trudno. Proszę to tylko posprzątać.
Poklepał niższego po plecach.
— Chodź Tomek, Agawa jeszcze otwarta to się napijemy po służbie.
***
— Pół litra wyborowej i czerwone Marlboro.
Sprzedawczyni nieco skonfundowana, bo dobrze znała Ludwika, podała w milczeniu zamówienie.
Zamknął kantorek na kłódkę i bez skrepowania przeszedł przez tory. Usiadł pod Jarzębiną. Pociągnął łyk alkoholu prosto z butelki, nie bawiąc się w kieliszkowe ceregiele. Jakiś pociąg wjechał na dworzec. Jacyś ludzie wysiedli. Ludwik ich nie widział. Myślami był gdzie indziej. Patrzył nieobecnym wzrokiem w niebo, a po jego policzkach pociekły łzy.

***

Musimy teraz mocniej chwycić za ster tego opowiadania, bo nasz biedny bohater nie może wszystkiego pamiętać. Wydawać by się mogło, że historia napastliwych stróżów prawa skończyła się nad wyraz optymistycznie. Nic bardziej mylnego. Nawet Ludwik przeczuwał, że coś jest nie tak. Milicjanci czekali w podziemnym przejściu pomiędzy peronami. Bezpardonowo rzucili się na niego i zaczęli okładać brutalnie pałami. Próbował się bronić, ale nie miało to większego sensu. Jedyne, co mógł zrobić to zasłaniać najbardziej newralgiczne części ciała.
Ludwik kojarzył jeszcze na tyle, że czuł jak go wlekli po schodach. Starał się unosić głowę, żeby nie uderzała o beton… Co kilka stopni robili przystanki i kopali go jak psa. Potem skuli ręce kajdankami. Klęczał przypięty do drzewa, tego samego gdzie przed chwilą zakochana para popijała szampana i szeptała sobie czułe słowa. Polali Ludwika wódką i bawili się zapałkami. Teraz już wiecie dlaczego ma wstręt do alkoholu.

Całkiem przypadkowo, szeregowi milicjanci przysłużyli się władzy ludowej. Ludwik długo leczył się z demencji pourazowej. Po kilku latach wyszedł ze szpitala. Odciął się od rodziny, znajomych. Nie wiadomo do końca czy zrobił to bardziej świadomie, czy może nie do końca. Najbardziej zabolała go sytuacja, kiedy w szpitalu w odwiedziny przyszła piękna kobieta. Przedstawiła się, jako jego narzeczona. Nie pamiętał jej.

Pamiętał zapach niedojrzałej miłości. Wracał tam. Pod Jarzębinę.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Wiktor Orzel · dnia 03.11.2012 19:25 · Czytań: 1340 · Średnia ocena: 4,4 · Komentarzy: 13
Komentarze
al-szamanka dnia 03.11.2012 19:58 Ocena: Bardzo dobre
Tak jak Ludwika i mnie przyciągnął zapach jarzębiny.

Czy jarzębina aż tak niezwykle pachnie, jest tak wyjątkowa, że to wokół niej jest miejsce szczególne?
Dominanta w obrazie?
Jedyny miękki w nim punkt?

Prosto opowiedziane, prawdziwe aż do bolesnego ukłucia gdzieś pod żebrami.
Jarzębinowa tęskliwość w najlepszym wydaniu:)
mike17 dnia 03.11.2012 20:26 Ocena: Bardzo dobre
Zrazu zaczyna się dość spokojnie, obyczajowo, jak to w życiu.
Opis tego i owego.
Tu i ówdzie coś małego się dzieje, nieistotnie zbiegając z horyzontu ważnych, ludzkich spraw, aż nagle...

W tej miniaturze jest radość, ból, smutek i żart losu.
Jest z pozoru zwykłe życie, niepozbawione pospolitości.

Jednak finał miażdży seryjnie!
Poczułem jakieś ukłucie pod żebrami.
To nie musiało się tak skończyć, ale...
W oceanie ludzkich spraw nie raz zdarza się trzęsienie ziemi.

Mała ludzka tragedia...
Mała na skalę światową, wielka dla człowieka.
Wiarygodnie żeś to opisał.

Tu masz linka to Stefana Grabińskiego.
Myślę, po lekturze tego opowiadania, że jego historie Cię zainteresują :)

http://literat.ug.edu.pl/grabin/index.htm
Wiktor Orzel dnia 03.11.2012 20:29
al-szamanka

Dziękuję serdecznie za komentarz i polecam się na przyszłość ;) :)

mike

Z chęcią zajrzę pod wskazany adres. Nie spodziewałem się, że zakończenie jest aż tak mocne jak piszesz. Bardzo mnie to cieszy.

Pozdrówki ;)
mike17 dnia 03.11.2012 20:38 Ocena: Bardzo dobre
Warto, Wiktorze, to największy polski pisarz grozy, twórca tzw. horroru kolejowego, napisał też kilka powieści niesamowitych, na świecie jest w panteonie największych autorów horroru obok takich sław, jak E.A. Poe czy E.T.A Hoffman.

W necie złapiesz masę jego opowiadań - bomba.
To na nich uczyłem się jak pisać horrory i dreszczowce.

Pozdro :)
Wiktor Orzel dnia 03.11.2012 20:47
Dreszczowce pisałem i czytałem kilka lat temu. Ale nie powiem, to bardzo cenna literatura z tego względu, że uczy stopniowego budowania napięcia. Dlatego z chęcią zapoznam się z nowelami Pana Grabińskiego.:)
viktoria12 dnia 04.11.2012 07:31 Ocena: Świetne!
Komuna, milicja, pały. Twoje opowiadanie oddaje realnie tamten czas. Wpleciony wspomnieniem w teraźniejszość, czyni fabułę jeszcze ciekawszą. Obrazek z życia wzięty, prawdziwy. Demencja pourazowa zmienia świat bohatera na zawsze, pika ukłuciem koło serca, wywołuje żal, że stróże prawa się do tego się przyczynili.
julanda dnia 04.11.2012 09:56
Gdybym nie uwielbiała jarzębiny, gdyby kolejny rok nie zabrakło czasu, by dostrzec, zerwać chociaż jedną gałązkę, bo znów i znów zapracowana jesień widziała tylko ślepia wieczornych latarni, nie zajrzałabym dzisiejszej wolnej niedzieli do Twojego tekstu.
Chwilami próbowałam zrozumieć sposób poprowadzenia narracji, ale każdy ma na to swój pomysł, a ten ten należy do Ciebie.
Miejscami subtelne nieścisłości, co upewnia mnie, że jednak czasy, których się nie przeżyło, pozostaną rodzajem fikcji.
Ale, to umknie czytelnikom, jest całkiem w porządku. Nie jestem pewna, dlaczego butelka szampana się tak łatwo stłukła. Czy to był francuski szampan? Musującego wina potocznie nazywanego szampanem, aż tak nie brakowało. Sowietskoje można było dostać, czasem też w nie całkiem dużej kolejce Tokaj, który cudownie wzmacniał na początku osiemdziesiątych przed egzaminem. ;)
Cenne, że podjąłeś temat. Można go odmieniać przez przypadki... Co prawda, tu zaistniał przypadek, a w większości, nie były przypadkami... Ale myślę, że doskonale to wiesz.
Dziękuję, że mogłam przeczytać, chociaż opowiadanego czasu nie chcę pamiętać, tu przydałaby się spakowana i zapomniana wiązka neuronów...
Pozdrawiam!
Wiktor Orzel dnia 04.11.2012 10:55
To był szampan z wyższej półki :p W końcu nasz bohater szmuglował to zza granicy. Przypominam, że akcja dzieje się zaraz obok torów kolejowych, Butelka upadła na chodnik i się zbiła ;-) Miło mi, że zajrzałaś julando.
Elatha dnia 04.11.2012 11:55 Ocena: Bardzo dobre
Po przeczytaniu Twojej opowieści pojawia się jakaś złość na to, że ktoś mógł cierpieć takie męki. To potworne i nieludzkie, ale życie jest przewrotne i nieprzewidywalne, a tamte czasy nie były łaskawe dla uczciwości i sprawiedliwości. Podoba mi się ta historia. Nawet bardzo :).

Pozdrawiam serdecznie :).
coca_monka dnia 04.11.2012 12:44
Cytat:
a tamte czasy nie były łaskawe dla uczciwości i sprawiedliwości.
- Elatho, te czasy też nie są, polska rzeczywistość przerasta wyobrażenia, które miałam jak upadał system.


Sagit,
uporządkowałabym jednak narrację. z korzyścią dla opowieści. są takie momenty, w których się za bardzo śpieszysz.

Główny bohater tej krótkiej historii, - niepotrzebnie dopowiadasz, drugi akapit wynika z pierwszego.

Puszczał (bohater ;) co jakiś czas masywne kłęby dymu i w nostalgicznej zadumie spoglądał na dorodne owoce jarzębiny. O dziwo, podczas modernizacji dworca, nikt nie wpadł na pomysł wykarczowania drzewa. Charakterystyczny punkt w krajobrazie siermiężnej stacji kolejowej, przyciągał amatorów taniego wina, handlarzy narkotyków, ale także zakochanych - zmieniłabym, na samo i zakochanych. - bo w następnym zdaniu tłumaczysz, więc owo podkreślenie ale także nic nie wnosi.

Można powiedzieć, że był to jeden z nielicznych przypadków, gdzie pogodzono konflikt interesów różnych grup społecznych. - a to brzmi jak z notki prasowej, ujęłabym to, co chcesz powiedzieć, inaczej, bardziej miękko.

Zawsze było tam czysto, nikt nie zostawiał butelek ani innych śladów zbrodni. Nie byłoby w tym znów - napisałabym, że nie ma w tym nic takiego dziwnego, przecież ludzie intuicyjnie dostrzegają estetyczne piękno, a potem przez plotkę, polecenie, zapamiętują lokalizację gdzie miło się spotkać, porozmawiać. Jeśli mają do tego jeszcze na tyle wyobraźni, nie zostawią po sobie chlewu, bo dobrze wiedzą, że nieraz wrócą w to miejsce. Ludwik wiedział więcej. Ale swoją wiedzą się nie chwalił. Mimowolnie, właśnie dzisiaj, podczas codziennego ceremoniału palenia, przypominała mu się pewna opowieść.



i wydaje mi się, że masz w powyższym o jedno, dwa zdania za dużo, bo tłumaczysz fenomen jarzębiny, kręcąc się przy tym w koło ;) a w ogóle akurat w tym fragmencie, najważniejszym w całej opowieści przydałoby się nieco poezji w opisie, tak, żeby poczuć magię miejsca. bo teraz niby magia jest, ale trochę się jakby rozmywa.



(akapit)Z głębokiej zadumy wyrwał go dławiący ryk silnika.
Na teren zakładu wjechał ledwo zipiący ford z przyczepą. Zza szyby wychylił się chuderlawy mężczyzna.




Dawno nikt go nie wyprowadził z równowagi. Nie miał nawet ochoty na obiad, a dzisiaj przecież czwartek… tak, czwartek

Czemu dla Ludwika akurat ten dzień tygodnia jest wyjątkowy? Z tym wiążę się początek naszej opowieści. Ludwik był bardzo bogatym i wpływowym człowiekiem.


wytłuszczone brzmi tak, jakbyś napisał opowiadanie dla dzieci i zadawał im pytania w trakcie opowieści przed popołudniową drzemką ;)

zapisałabym to tak:

Dawno nikt go nie wyprowadził z równowagi. Nie miał nawet ochoty na obiad, a dzisiaj przecież czwartek… tak, czwartek - ale po kolei.

Ludwik był bardzo bogatym i wpływowym człowiekiem.
- i niech ten czwartek wyniknie z dalszej opowieści.


Musimy teraz mocniej chwycić za ster tego opowiadania, bo nasz biedny bohater nie może wszystkiego pamiętać. Wydawać by się mogło, że historia napastliwych stróżów prawa skończyła się nad wyraz optymistycznie. - pierwsze wytłuszczone do zamiany, a drugie zbędny zaimek, bo wiadomo, że tego a nie innego ;) a i biedny też niepotrzebnie dookreśla to, co czytelnik musi sam znaleźć.

zapisałabym tak:


Nadszedł czas mocniej chwycić za ster opowiadania, bo nasz bohater nie może wszystkiego pamiętać. A wydawać by się mogło, że historia napastliwych stróżów prawa skończyła się nad wyraz optymistycznie.

tyle mojego wkładu w rozwój literatury ;))) oczywiście wszystko - msz.

historię kupuję. znam miejsca podobne jarzębinie. oraz, często spoglądam ludziom w oczy i zastanawiam się dlaczego są jacy są. nie istnieją rzeczy proste i teorie jedynosłuszne żeby kogoś osądzić i określić/skreślić.


serdecznie!
Wiktor Orzel dnia 04.11.2012 14:06
Dziękuję za merytoryczne podejście do tematu i cenne uwagi. Zaparzę sobie kubek kawy i pochylę się niżej raz jeszcze nad tym, co napisałem (choć niezbyt to lubię;)). Zgadzam się szczególnie odnośnie fragmentu, gdzie tłumaczę fenomen jarzębiny. Też mi tam coś zgrzytało, dobrze, że ktoś jeszcze to wychwycił. Teraz przynajmniej wiem, że trzeba to poprawić.

Pozdrawiam!;)
JaneE dnia 05.11.2012 10:10
Nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że ta historia wydarzyła się naprawdę.

Jest tak prosta. Napisana bez zbędnych ozdobników.

Co do sposobu prowadzenia narracji, na początku trochę mnie raził. Nie zdecydowałabym się na taki, ale warto czasem poeksperymentować.:)
puma81 dnia 05.05.2013 19:33 Ocena: Świetne!
Jest w Twoim opowiadaniu coś, co ściągnęło mnie tutaj po raz kolejny. Dlatego postanowiłam zaznaczyć swoją obecność:)
Zapadł mi w pamięć Ludwik i jego smutna historia.
"Klimatyczne" opowiadanie.
Pozdrawiam:)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Tymczasem1972
17/01/2019 10:45
Dziękuję za komentarze. Tak tematyka smutna i ciągle… »
wiojaw
17/01/2019 10:31
Padłam, leżem i kwiczem :D Aleś pojechaał! Rozumiem,… »
Wiktor Mazurkiewicz
17/01/2019 09:52
Vanillivi Tym razem nie zgadzam się z Tobą ABSOLUTNIE, może… »
wiojaw
17/01/2019 09:16
Dzięki Blanche. Coś z człowieka ma, zapewniam. Jeśli najdzie… »
wiojaw
17/01/2019 09:10
A mnie kojarzy się ostatni czas wydarzeń. Gdzie właśnie… »
Blanche
17/01/2019 07:52
Nie wiem dlaczego, ale na myśl przychodzi mi tu przysłowie -… »
Blanche
17/01/2019 07:50
Wiersz do bardzo głębokiego przemyślenia. Nie wiem czemu ta… »
Blanche
17/01/2019 07:48
Czasami trzeba sobie pomóc, uruchomić własne ja, nie czekać… »
Blanche
17/01/2019 07:46
Jak na wiersz, to trochę skąpy, ale... Temat młodości i… »
Blanche
17/01/2019 07:45
Stanowczo za mało, chce się więcej. Obraz namalowany jak… »
Blanche
17/01/2019 07:43
Tak, zgadzam się. Czegoś mi tutaj brakuje. Może faktycznie… »
Blanche
17/01/2019 07:05
Dziękuję za pozytywny odbiór :) »
Vanillivi
17/01/2019 06:16
Niestety nie mogę się zgodzić, że wiersz jest dopracowany.… »
mike17
16/01/2019 22:36
Nie lubię takich wierszy, gdzie Wiara jest jak pośmiewisko.… »
Hubert Z
16/01/2019 22:00
Yaro Zgadzam się z Czarną. Masz pomysł ale brakuje trochę… »
ShoutBox
  • Ananke
  • 15/01/2019 23:26
  • oby ten konsensus wychodził zawsze, wszędzie i wszystkim.
  • mike17
  • 15/01/2019 23:24
  • Miło mi się z Tobą rozmawiało, Ananke, ale łóżko mnie wzywa - na dziś chyba starczy. Życzę Ci kolorowych snów i jak zwykle cieszę się, że udało się nam dojść do konsensusu :) Dobranoc.
  • Ananke
  • 15/01/2019 23:22
  • znam i lubię :)
  • Niczyja
  • 15/01/2019 23:19
  • Nic lepiej nie pasuje do tej śnieżnej ciszy... [link]
  • Ananke
  • 15/01/2019 23:18
  • właśnie, plusy i minusy. Żeby je dostrzec, trzeba mieć jakąś wiedzę, warsztat, doświadczenie i CZAS. O tym nie mówiliśmy, trzeba poświęcić trochę czasu, żeby powstał rzeczowy komentarz
  • mike17
  • 15/01/2019 23:15
  • Absolutnie masz rację. Chwalić grafomanów nie wolno, ale tym tuzom też słodzić nie powinno się. Dobrze wytknąć plusy i minusy. ale czasem krytyka musi być jak i euforyczne pochwalenie :)
  • Ananke
  • 15/01/2019 23:11
  • czasem można kogoś niesłusznie wpędzić w poczucie, że nie jest nic wart, a z drugiej strony pisać pochwalne peany pod bohomazami
  • Ananke
  • 15/01/2019 23:09
  • Mike - czy oby na pewno wszystkiego ? czy jakaś część komentatorów nie jest nazbyt złośliwa? niekompetentna? z drugiej strony nazbyt pochlebna ? bezkrytyczna ?
  • mike17
  • 15/01/2019 23:06
  • Na portalu można dowiedzieć się wszystkiego o swoim pisaniu. Komentatorzy zawsze się znajdą. A ci w realu mają wieczorki literackie, gdzie raczej tłumy nie walą, są to imprezy niszowe.
  • Ananke
  • 15/01/2019 23:01
  • prawie każdy tego chce. Tak uważam. Jak ludzie wydają na papierze swoje utwory, mają ograniczoną możliwość interakcji z Czytelnikiem.
Ostatnio widziani
Gości online:15
Najnowszy:ycedy
Wspierają nas