Hotel Principe del Piemonte 2 - jasna69
Proza » Obyczajowe » Hotel Principe del Piemonte 2
A A A
Od autora: Zamieszczony tekst jest częścią większej całości.

Flavio zgasił papierosa i z niesmakiem odstawił trzymaną na kolanach popielniczkę. Wypalił za dużo i zbyt długo wpatrywał się  za okno, siedząc nieruchomo w fotelu. Świeciło słońce i, choć ogród pozostawał jeszcze w cieniu skalnej ściany, do której przylegała posiadłość, było zdecydowanie za jasno. Opuszczone żaluzje, przyciemniane szyby w samochodzie, noc – to była sceneria, w której Flavio czuł się najlepiej. Już dawno temu zauważył, że w mroku nienawiść, która rządziła jego życiem, jest mniej wyczerpująca.  

Noc minęła, zamiast satysfakcji, pozostało pieczenie podrażnionych dymem oczu i wrażenie, że został wykorzystany.

Z wysiłkiem rozprostował odrętwiałe nogi. Zrzucając koszulę, wszedł do łazienki. Spokojnie czekał, aż strumień ciepłej wody pod prysznicem rozluźni napięte mięśnie.

Strategia biernego czekania nie była mu obca, często przynosiła  lepsze rezultaty niż najbardziej przemyślane działania. Usypiał czujność przeciwnika, a potem atakował – szybko, precyzyjnie i skutecznie. Na rynku miał opinię bezwzględnego gracza, z którym liczono się nawet wtedy, gdy wydawał się grą niezainteresowany. Flavio Nardini przegrywał tylko, jeśli pozorna porażka mogła otworzyć drogę do zdobycia większej stawki. W jego życiu nie było miejsca ani na błędy, ani na sentymenty.

Pochylił głowę. Mocny strumień rozpryskiwał się na karku, ale wciąż nie przynosił ulgi. Nie zmywał wspomnienia dotyku, który obudził dawno pogrzebaną potrzebę czułości.

Nocny wypad miał wyglądać inaczej. Mieszkanie na via Clerici czekało przygotowane według ustalonych standardów; czysta pościel, chłodne napoje, prezerwatywy i spokój. Żadnej muzyki, świec i rozmów o uczuciach. Potrzebował tylko jędrnego kobiecego ciała. W Viareggio  nigdy nie było o nie trudno.

Przed laty to miejsce należało do elit, jednak polityka równych szans sprawiła, że stało się targowiskiem próżności dla nowobogackich i tłumnie ściągających za nimi panienek. Flavio dzielił je na dwie grupy: naiwne romantyczki, snujące się wieczorami po plażach, czekając aż książę sam je odnajdzie oraz, atakujące wypychanymi do przodu biodrami, wojowniczki. Te nie liczyły na miłość, wystarczało im zaproszenie do ekskluzywnego butiku a prawdziwym sukcesem było zawarcie niepisanego kontraktu sponsorskiego. Na romantyczki Flavio nie zwracał uwagi, ale czasem dołączał do grona myśliwych, polujących w nocnych klubach na wojowniczki.

Number One było jego ulubionym terenem łowieckim. Emocje budził jedynie moment wyboru, dalej obowiązywał  schemat: parę spojrzeń, krótka rozmowa, kilka drinków i dziewczyna z uśmiechem wsiadała do samochodu. Wtedy od rozładowania napięcia w lędźwiach dzieliło go tylko pół kilometra. Wychodząc z mieszkania zostawiał wizytówkę z adresem sklepu, w którym płacił rachunki. Potem wracał do domu, brał prysznic,  kładł się do łóżka i zapominał.

Dzisiaj wiedział, że nie zaśnie. I nie zapomni. Z myśliwego niepostrzeżenie sam stał się zwierzyną. Bezimienna dziewczyna zwabiła go smutkiem w oczach, zaatakowała nieporadnym pocałunkiem, a potem popatrzyła z miną skrzywdzonego dziecka. Pokonał go jej drgający podbródek. Otoczył ją ramionami, dając schronienie przed resztą czyhających samców. Ufność, z jaką do niego przylgnęła miała w sobie coś znajomego.

 

Boston. Flavio ma dziewiętnaście lat. Wracając do domu, słyszy jęk dobiegający zza rogu. Przystaje. Przy ścianie chłopak zwija się z bólu. Flavio podchodzi bliżej. Poznaje go. Uczęszczają na te same wykłady z matematyki. Geoffrey Harris, obdarzony nieprzeciętną inteligencją, mógłby być wizytówką Harvardu; zdolny, ambitny, popularny i przystojny, ma tylko jedną wadę – ćpa. Kwestią czasu jest, kiedy ten wstydliwy problem dotrze do władz uczelni.

Ubranie Geoffreya zaplamione jest krwią.

Flavio pochyla się i odsłania połę kurtki. Przez rozcięcie w t - shircie widzi ranę. Nie jest głęboka. Flavio widywał już rany, przez które wypływała nie tylko krew. Patrzy w wykrzywioną twarz Geoffreya. W niebieskich oczach ma ból. I przerażenie.

- Nie wezwę glin – mówi.

Geoffrey oddycha z ulgą. Strach był silniejszy od fizycznego cierpienia.

Flavio zdejmuje szalik, ociera zakrwawioną twarz chłopaka i przykłada do rany na brzuchu.

- Dasz radę iść?

Geoffrey kiwa głową, nie czuje już nawet bólu złamanego nosa.

Flavio pomaga mu wstać. Chłopak patrzy na niego z ufnością kociaka wyciągniętego z rynsztoka.

- Pomożesz mi? – pyta. Obydwaj wiedzą, że nie chodzi tylko o ranę. Flavio przytakuje. Zabiera go do domu…

To była ostatnia dobra rzecz, jaką zrobił.

 

Dziewczyna z Number One miała identycznie niebieskie oczy. Takie jasne jak… ona cała. Jak jej włosy, jak skóra pod opalenizną.  

- Chodź – powiedział, biorąc ją za rękę. – Nauczysz mnie tańczyć.

To był błąd.

Flavio uderzył otwartą dłonią w ścianę, rozpryskując wodę. W jego świecie błąd był synonimem porażki. Jeśli się przytrafił, należało go naprawić. Natychmiast!

Wyszedł z łazienki, pozostawiając na podłodze mokre plamy. Nacisnął guzik przy oknie. Szelest opadających żaluzji przywrócił mu zdolność koncentracji. Zapalił lampkę na stoliku. Żółte światło wypełniło część salonu. To było dobre światło, nie odzierało ze złudzeń jak promienie słońca i zacierało utrwalony w pamięci kontrast między szarością świtu i kolorową sukienką.

Okręcając ręcznik wokół bioder, podszedł do interkomu.

- Przyślij mi kawę, Maura i krople do oczu – polecił.

 

                                    

            Powietrze przesycone jest cudownym, zakazanym zapachem dymu tytoniowego i wody kolońskiej. Tak pachniała część dzieciństwa Małgosi, ta, która należała tylko do niej i taty. W mieszkaniu obowiązywał zakaz palenia; w nim, zależnie od pory roku, unosiła się woń konwalii, kiszonych ogórków lub szarlotki, ale Małgosia i tata mieli swoje miejsca i swoje tajemnice. Gdy wychodzili, ojciec wyjmował papierosa, wkładał do ust i pozwalał Małgosi  przypalić. To było tak, jakby wpuszczał ją do własnego, dorosłego świata.

- Mam nadzieję, że ty nigdy nie będziesz tego robić – mówił, uspokajając sumienie.

- Nie będę – obiecywała i, całując wygolony policzek, wdychała jego zapach. Tata przytulał ją na krótką chwilę, a potem brał za rękę i szli przed siebie.

Obrazy przesuwały się przed jej oczami: szare bloki warszawskiego Ursynowa, aleja w parku, kasztany, tłum ludzi na promenadzie, słońce odbite w nieruchomej tafli morza, rząd jasno oświetlonych butelek, sympatyczna twarz barmana, nieznajomy wyciągający rękę…

- I co ja mam z tobą zrobić, triste ragazzina[1]?

Muzyka przycicha, władczy głos staje się miękki, niemal pieszczotliwy, jak dotyk, który czuje na policzku. Delikatny, jak pocałunek dziecka.

Małgosia mocno wciąga powietrze. W cudowny zapach wplata się nowa nuta, równie kochana, ale tak bardzo inna, że wywołuje niepokój. Szampon Johnson & Baby, mleko i dżem morelowy. Inny czas, inny wymiar.

Chciałaby zostać w zadymionym klubie, czuje się tu tak dobrze. Ramiona, które ją obejmują są silne, w ciemnych oczach wciąż widzi obietnicę spełnienia najskrytszych marzeń. Ale one są niepoprawne, wstydliwe. Zażenowana odwraca głowę. Słyszy jęk zawodu, a potem pełen nagany glos Marii:

- Prosiłam cię...

Próbuje strzasnąć z siebie piękne dłonie, wie, że musi uciec, zanim Maria zobaczy zbyt wiele. Robi krok w przód, ale coś blokuje jej ruchy. Przez gwar panujący w klubie przedziera się szept dziecka:

- Nie chciałem cię obudzić. Chciałem tylko dać ci buziaka.

Ciepła rączka zsuwa się z policzka. Obrazy stają się wyraźne jak skrucha w głosie chłopca. W pokoju jest jasno. Maria stoi przy otwartej szafie, w ręku trzyma plażową torbę. Patrzy na syna z wyrazem dezaprobaty, po czym przenosi wzrok na Małgosię.

- Pośpij sobie jeszcze – mówi. – Przyszłam tylko po kostium Luisy. Uparła się na ten niebieski, z kokardkami, ale nie mogę go znaleźć. Nie wiesz, gdzie jest?

- W łazience.

To słowo brzmi złowrogo, zabiera resztki snu.

Małgosia  odrzuciła prześcieradło i próbując wstać, usiadła na łóżku.

- Poczekaj, zaraz go przyniosę – powiedziała, ale było za późno. Maria szła w kierunku otwartych drzwi. 

- Dlaczego śpisz w sukience? –  Usłyszała pełne zdziwienia pytanie Vincenza. Poczuła jak rumieniec wypływa na policzki. Pognieciony materiał przesiąknięty był zapachem grzechu, drażnił otarte kolano.

Maria przystanęła, wydawała się rozbawiona zmieszaniem dziewczyny.

- Dorośli czasem tak robią, gdy wracają nad ranem – powiedziała, mrugając porozumiewawczo. – Kładą się na chwilę, a potem zasypiają, zapominając o włożeniu piżamy.

- Gdzie byłaś? – Dziecięca ciekawość Vincenza rzadko pozwalała się okiełznać.

- Na spacerze. I nawet nie zauważyłam, że zrobiło się tak późno – dodała, patrząc na Marię.

- W porządku. Nie tłumacz się, przecież uzgodniliśmy, że masz wolne do końca wakacji.

- Dlaczego wczoraj spałaś tak długo? – zapytał Vincenzo, wdrapując się na łóżko.

- Bo byłam zmęczona.

- A teraz?

- Teraz już nie.

- Super. To znaczy, że popłyniesz z nami do piratów. Bo wiesz, wczoraj byliśmy w porcie i tata umówił się z takim panem, co ma dużą łódkę, że zabierze nas na wyspę. Mama mówiła, że popłyniemy sami, bo ty musisz odpoczywać, ale jak już nie jesteś zmęczona... Tata jeszcze jest na dole z Luisą, wiesz, ona zawsze się grzebie przy śniadaniu, ale jak tylko przyjdą, to pakujemy rzeczy i jedziemy do portu. Pojedziesz z nami, prawda? – pytania Vincenza padały szybko i wymagały równie szybkich odpowiedzi.

- Oczywiście, że pojadę, potworku.

- Nie jestem potworkiem, jestem łowcą piratów. Pomożesz mi szukać ich skarbów, a później...

- Vincenzo, możesz przestać na chwilę? – Maria wracając do pokoju, znów przybrała surowy ton. – Może Margherita nie ma ochoty na wycieczkę.

Chłopiec błagalnym wzrokiem popatrzył na opiekunkę. Małgosia uśmiechnęła się i zmierzwiła brązowe włosy.

- Marzę o tym, żeby zobaczyć  skarby piratów.

Maria powoli i starannie składała niebieski kostium. Twarz miała poważną, zatroskaną.

- Może jednak nie powinnaś z nami płynąć?

- Dlaczego miałabym odmawiać sobie tej przyjemności? – zapytała Małgosia. – Nie jestem chora.

Przez chwilę patrzyły na siebie w milczeniu.

- Wiem.

Małgosia spuściła wzrok. Znała Marię, wiedziała, że o nic nie będzie pytać. Zostawi jej czas, aby mogła oswoić się z nową rzeczywistością.

- Zjedz śniadanie. Zaczekamy na ciebie – powiedziała, wychodząc.


[1] Smutna dziewczynko

 

 

                       Siedmiu rasowych facetów w jednym domu to bomba zegarowa, której tykanie słychać nawet wtedy, gdy śpią zamknięci w swoich pokojach. Zazwyczaj nie mieli okazji, aby wchodzić sobie w drogę, ale zdarzały się dni, kiedy wiało nudą, a wtedy ani żelazna dyscyplina, ani ustalona hierarchia nie były w stanie utrzymać ich w ryzach. Najmniejsza iskra mogła wywołać pożar.

Tak zapowiadała się ta niedziela. Poza Młodym, który pełnił dyżur w palazzo oraz Kikutem, siedzącym przy monitorach nikt nie miał nic do roboty, a konflikt miedzy Biaggiem i Perą wisiał w powietrzu od wczorajszego popołudnia. Wieczorne wyjście jeszcze go spotęgowało. Mauro pomyślał o kolegach. Kilka godzin snu na pewno nie wpłynie na nich kojąco.  W takich sytuacjach, to zwykle on wprowadzał porządek, ale dziś będą musieli poradzić sobie sami.

Zaparkował samochód przed hotelem Principe del Piemonte, wszedł do przestronnego holu i pewnym krokiem skierował się do recepcji. Starannie uczesany chłopak podniósł wzrok znad dokumentów.

- Czym mogę służyć? – zapytał z zawodową uprzejmością.

- Potrzebuję informacji – powiedział konspiracyjnym tonem. Spojrzenie chłopaka stało się czujne. Mógł udawać, że nie rozpoznał mężczyzny stojącego naprzeciw, ale to nie miałoby sensu.

- Słucham.

- W hotelu mieszka blondynka, która...

- Nie mogę udzielać informacji o naszych klientach – przerwał z przesadną dozą ostrożności.

Mauro wziął do ręki broszurkę reklamową. Przez chwilę przeglądał ją z uwagą, po czym przeniósł wzrok na plakietkę przypiętą do bordowej kamizelki.

- Masz gównianą robotę, Enrico, i tak się boisz, że ją stracisz? – zapytał w końcu. Wyciągnął z kieszeni banknot o najwyższym nominale i wsunął między kolorowe kartki. –  Uwierz mi, w życiu mogą przytrafić się gorsze rzeczy niż... upominek od przyjaciela – powiedział, odkładając broszurkę.

Po krótkiej rozmowie podszedł do oszklonej sali jadalnej. Wyłowił wzrokiem znajomą sylwetkę. Zanotowawszy w myślach kilka szczegółów, wrócił do recepcjonisty.

- To ta – potwierdził, czekając na dalsze informacje.

Wychodząc na zewnątrz, uśmiechał się z satysfakcją. Przystanął w cieniu rozłożystych rododendronów okalających podjazd do hotelu. Nie musiał długo czekać. Dziewczyna wyszła, trzymając za rękę siedmioletniego chłopca. Pozostali wyprzedzali ją o kilka kroków.

Mauro ruszył jej naprzeciw. Choć wczoraj nie zamienili ze sobą nawet jednego słowa, poznała go natychmiast.

- Dzień dobry – powiedział z miną dawno niewidzianego znajomego. Zdziwienie na twarzy dzieciaka było równie zabawne jak przerażenie jego opiekunki.

- Pan na pewno mnie z kimś pomylił – powiedziała do chłopca drżącym głosem i przyspieszyła kroku.

Mauro odprowadził ją uporczywym spojrzeniem. Nie musiał robić nic więcej. Na razie.

Przeszedł przez ulicę i zatrzymał się przed wejściem na plażę. Godziny oczekiwania mógł sobie skrócić obserwowaniem apetycznych turystek, wygrzewających się w słońcu. Zawsze to lepsze niż napięta atmosfera w czworakach.

 

 Upał stawał się nieznośny. W tym roku lato przyszło wcześnie i było wyjątkowo gorące. Miejscowi już pod koniec czerwca mieli go dość, ale dla turystów to był raj na ziemi. Dopiero po kilku dniach, gdy mieli poparzone słońcem nosy i opuchnięte nogi, zaczynali doceniać dobrodziejstwa sjesty. Zamykali się w klimatyzowanych pokojach i ucinając drzemkę czekali popołudnia. Tak robiła też dziewczyna z klubu – Margherita Jakaśtam – trudne do wymówienia polskie nazwisko. Mauro poznał dokładny rozkład jej dnia: poranek na plaży, obiad, sjesta, ponowne wyjście na plażę, kolacja, wieczorny spacer po mieście i powrót do hotelu – nigdy nie poźniej niż o dwudziestej pierwszej trzydzieści. Dzieciaki, którymi się opiekowała tak samo grzeczne i ułożone jak ich matka. Ojciec, inżynier budowlany, właściciel niewielkiej firmy deweloperskiej, przyjeżdżając na weekendy, przełamywał rutynę, ale tylko o dodatkowy spacer czy niedaleką wycieczkę. Nudna rodzina z północy na nudnych wakacjach – dobro dzieci ponad wszystko, żadnych ekstrawagancji, nocy spędzanych w dyskotece ani alkoholu. Porządny ojciec, stateczna matka oraz opiekunka ideał. Do wczoraj.

Mauro uśmiechnął się na wspomnienie ostatniej nocy. To było coś nowego. Capo[1] czule obściskujący mikrą blondyneczkę, wpatrzony w nią jak w święty obrazek, tańczący, roześmiany. Wynudzili się, czekając na jakąś akcję, ale capo był niewinny niczym prawiczek na pierwszej randce.

Wychodząc nad ranem, warknął w ich kierunku: wracać do domu.

Z ironicznymi uśmieszkami patrzyli jak jego porsche odjeżdża w przeciwnym do via Clerici kierunku.

Dopiero, gdy wezwał go do siebie, Mauro zobaczył, że coś poszło nie po jego myśli.

Okrążył opustoszały plac przed hotelem i wszedł do środka. Przechodząc do drink baru, zerknął ku recepcji. Nieznaczny ruch głową wskazywał, że szczęśliwa rodzinka jeszcze nie wróciła, ale Mauro doskonale o tym wiedział. Nic nie mogło umknąć jego uwadze, nawet gdy kręcąc się bez celu, udawał pieprzonego turystę.

Odebrał zamówioną kawę i zajął miejsce, z którego miał doskonały widok na wejście do hotelu.

Pora sjesty dobiegała końca, gdy Mauro wyciągnął telefon.

- Właśnie weszli. Pokój dwieście trzydzieści osiem.

 

 

                           Całe życie Flavia było niebezpieczną grą. Gdy się zaczęła był za młody, aby rozumieć, jakie niesie ze sobą konsekwencje. Wtedy miał do dyspozycji tylko zwierzęcy instynkt; on pozwolił mu przetrwać, ale żeby wygrywać musiał się wiele nauczyć i jeszcze więcej poświęcić. Nigdy nie próbował rozważać, czy warto. Nawet, gdyby uznał, że nie, to byłoby bez znaczenia. Pewnych decyzji nie można cofnąć. Można tylko iść do przodu i podejmować coraz większe ryzyko. Inteligencja, samokontrola, konsekwencja to cechy, które sprawiły, że dziś on rozdawał karty i decydował, kto zgarnie największą pulę. Ale władza nie dala mu wolności. Był niewolnikiem własnych ambicji i wyrzeczeń, które za sobą pociągały. Cel, do jakiego dążył był blisko, niebezpiecznie blisko, Flavio nie mógł nie zadawać sobie pytania: co dalej?

Zszedł z ostatniego stopnia marmurowych schodów i omiótł wzrokiem elegancki hol. Nie lubił tego miejsca. Było przesiąknięte sztuczną atmosferą wakacyjnej sielanki, pełne znudzonych mężów, czekających na powrót do domów i swoich kochanek. Przemęczeni codziennością, przyjeżdżali tu ze składanymi sobie obietnicami, że te wakacje będą nowym początkiem ich związku. Przez pierwsze dni starali się odnaleźć uczucia, które ciągle deklarowali, a których tak naprawdę już w nich nie było. Potem całą energię poświęcali na ukrywanie narastającej potrzeby wyrwania się z tej obłudy. Coraz częściej ich spojrzenia wędrowały za młodymi ciałami, niezdeformowanymi kolejnymi porodami i brakiem zainteresowania mężów. Czuli się winni wobec siebie za to życie przeciekające przez palce i własne frustracje wtłaczali w nieświadome niczego żony, podczas sporadycznych zbliżeń.

Flavio gardził nimi, wiedział, że nawet, gdy już wypełni narzuconą sobie misję, nigdy się taki nie stanie.

Skinął na stojącego opodal Maura.

- Gdy  zejdzie, przywieź mi ją na via Clerici.

Nie czekając na odpowiedź, skierował się w stronę wyjścia.

Yuri stał przed hotelem, pilnie obserwując okolicę. Na widok szefa skinął ręką w kierunku zaparkowanego w pobliżu samochodu. Kierowca uruchomił silnik i granatowa lancia kappa powoli ruszyła z miejsca.

Flavio zatrzymał się na zalanym słońcem chodniku. Nie spał od ponad doby, oczy, osłonięte ciemnymi szkłami, piekły go niemiłosiernie, ale jeszcze bardziej dokuczliwa była rodząca się potrzeba zmian, która nie pozwalała mu wrócić do kojącego mroku własnego domu.

Scenka, jaką zobaczył w pokoju dwieście trzydzieści osiem była tak urokliwa, że przez moment zatęsknił na normalnością, z której zrezygnował. Ironiczny grymas wykrzywił mu usta. Tak naprawdę nigdy jej nie poznał. Była wszędzie: na zatłoczonych chodnikach, w barach, na promenadzie, nawet w hotelu, z którego właśnie wyszedł i w tamtym pokoju, dopóki się nie pojawił, tylko nie w jego życiu. Każdy krok Flavia kontrolowało kilka par oczu, wypatrujących niemych rozkazów. Otoczył się ludźmi, którzy wykonywali je bez komentarzy, czy najmniejszych oznak niezadowolenia. Polecenia zamiast rozmowy, rzędy cyfr zamiast uczuć. Tak było bezpieczniej, wygodniej, przekonał się o tym już jako dziecko.

Zapalił papierosa i omijając samochód, gestem zatrzymał podchodzącego Yurija. Chciał być sam. Wolnym krokiem ruszył przed siebie.

Nad ranem dowiedział się, że urażona męska duma boli bardziej niż nieoczekiwane spadki na giełdzie – przed chwilą, że jest coś ciekawszego. Musiał zdecydować czy chce dalej prowadzić tę zabawę. Pokusa była ogromna, ale ostateczna rozgrywka, jaka go wkrótce czekała wymagała zebrania wszystkich sił, środków i uwagi. Nic nie mogło go rozpraszać. Tym bardziej wspomnienie dziewczyny, która zaintrygowała go zachłannością życia, przebijająca przez smutek w oczach i usypiającą ostrożność. Zaopiekował się nią, tak jak kiedyś powinien był zaopiekować się siostrą... A ona, ta niewinna istotka, użyła go jak wibratora i odeszła, mówiąc:

- Nie bój się, nie zaszłam w ciążę i na pewno nie będę cię szukać.

Flavio zgniótł w palcach niedopałek i odrzucił na trawnik.

Czym był dla niej strach? Złym snem? Cieniem pełzającym w rogu sypialni? Obręczą zaciskającą się wokół żołądka? To jedynie jego żałosna, mieszczańska odmiana. Prawdziwy strach to bestia żywiąca się zapachem fekaliów. Jej dotyk paraliżuje szpik i mózg, uścisk – zabija.

Nie chciał żeby go poznała, ale musiał uzmysłowić jej, że to ona powinna się bać. Przyszedł do hotelu, aby zasiać ziarenko, z którego, jeśli zapragnie, zrodzą się jej koszmary. A potem w swoim mieszkaniu i na swoich warunkach zyska pewność, że wrażenie jedności jakie go obezwładniło, gdy w samochodzie wśliznęła się na niego, wynikało tylko z braku lateksowej powłoki i odzyska zburzony na chwilę spokój.

Gdy stanął przed drzwiami, ze środka dobiegały dziecięce głosy i śmiech, który spotęgował jego złość. Zapukał. Śmiech przerodził się w radosny pisk. Otworzył niebieskooki chłopczyk. Ponad jego głową Flavio widział wnętrze pokoju. Bezduszną elegancję ożywiały porozrzucane zabawki i wdzięczny obrazek na białej pościeli; dziewczyna leżała na boku, w jednej ręce trzymała kolorową książeczkę, drugą obejmowała wtuloną w siebie dziewczynkę. Zamierający na ustach chłopca okrzyk radości wywołał jej niepokój. Odwróciła się powoli. Cała trójka patrzyła na niego z gasnącymi uśmiechami i niemym pytaniem w oczach.

- Vincenzo, chodź do mnie – powiedziała, przywołując stojącego mu na drodze malucha.

Szybkim ruchem zsunęła się z łóżka.

Dzieci, jakby wyczuły nadchodzące niebezpieczeństwo, przylgnęły do siebie.

- Kochanie, pan na pewno pomylił pokoje – szepnęła do bliskiej płaczu dziewczynki i niepewnie ruszyła ku niemu. Była świeżo po kąpieli, wilgotne włosy opadały miękko na ramiona pokryte cienkim szlafrokiem.

Wycofał się, robiąc jej przejście. Wyszła na korytarz, zaciskając pasek przytrzymujący materiał, rozejrzała sie wokół, po czym wbiła wzrok w bose stopy.

- Przepraszam – powiedziała świadoma swojej winy.

Skurwysynów się nie przeprasza. Ich należy błagać o litość albo uciekać, jeśli to możliwe. Ona podniosła głowę i patrzyła tak, jakby miała przed sobą kogoś bliskiego. Od lat nikt tak na niego nie patrzył.

Ledwie dosłyszalny szmer dobiegający z pokoju obok sprawił, że poruszyła się nerwowo i dopiero wtedy w jej oczach pojawił się lęk. Ale nie bała się jego. Flavio poczuł jak pragnienie zemsty przeradza się, w znaną mu już, potrzebę opieki nad nią. Zdusił ją w sobie.

- Musimy sobie coś wyjaśnić, ragazzina – powiedział twardo.

- Nie tu.

- Oczywiście, że nie – zgodził się. – Zaczekam przed hotelem.

- Nie mogę teraz wyjść.

- Zaczekam – powtórzył z naciskiem.

- Daj mi godzinkę – poprosiła szeptem.

Skinął głową i patrząc jak porusza palcami małych stóp, pomyślał, że przyjemnie byłoby móc spełniać jej, nawet najbanalniejsze, prośby.

 



1 Szef, kierownik

 

                  

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
jasna69 · dnia 19.06.2013 09:09 · Czytań: 530 · Średnia ocena: 4,6 · Komentarzy: 10
Komentarze
Quentin dnia 19.06.2013 15:05 Ocena: Bardzo dobre
Do tekstu podchodziłem dwukrotnie - z braku czasu na całość od razu.
Muszę przyznać, że jestem usatysfakcjonowany tym, co przeczytałem, choć pierwsza połowa wydaje się być bardziej intrygująca. Jest tam troszkę niedomówień, przebłyski z przeszłości i chyba odrobinę bardziej kryminalny, mroczny klimat. Druga połowa już bezpośrednio odnosi się do fascynacji kobietą, a więc pojawia się i wątek miłosny.
Dobrze to wypada na tle tego, co zaprezentowałaś, chociaż ciężko ocenić z pewnością, gdyż, jak sama wspominasz, to jedynie część większej historii. No właśnie.
Umiejscowienie akcji w klimacie Italii także mi odpowiada. Uwielbiam Włochy. Zaraz przed oczami staje mi prowincjonalna obyczajowość, o której pisał w swoich książkach Puzo. U ciebie tego nie ma, ale nie o to przecież w "Hotel Principe del Piemonte 2" chodzi. A tak notabene, tytuł oznacza coś w rodzaju "Książę Piemontu"???
Pozdrawiam
pablovsky dnia 19.06.2013 17:37 Ocena: Świetne!
Co za beznadziejny tekst. Dawno tak się nie wynudziłem. Jednym słowem kiepsko!
Droga Renato, nie denerwuj się, zrobiłem Ci reklamę za darmo :)
Jak wiesz, pierwsze słowa każdego komentarza ukazują się w okienku na stronie głównej, gdybym napisał "Jest OK", wiele osób mogłoby tutaj nie zajrzeć.
A tak pomyślą: "Co ten głupi Pablo znowu się czepia?!" i z ciekawości zobaczą o jaki tekst chodzi. :) A jak zaczną czytać, to... zostaną na dłużej!
Powiem na samym wstępie, że dołączyłem Cię do grona osób pod szyldem "Ulubiony(a)", a Twoją historię prawdopodobnie wydrukuję i powieszę nad łóżkiem.
Nie jestem tu długo na PP, bodajże czwarty miesiąc, ale nie waham się napisać, że to najlepszy fragment tekstu, jaki przeczytałem do tej pory, uwzględniając oczywiście pewne proporcje, bo trudno w ten sam sposób oceniać różne formy literackie. Nie da się wziąć pod lupę na jednej płaszczyźnie uroczego "Chłystka" al-szamanki i Twojego bezwzględnego bohatera, jakim jest Flavio.

Ale i tak jestem skłonny napisać, że to chyba najlepszy kawałek prozy, z jakim się zetknąłem.
Przeczytałem sporo pozycji kryminalno-sensacyjnych (mam na myśli książki). Jak je wybieram w księgarniach, zakładając, że wcześniej nie zasięgnąłem opinii, lub nie przeczytałem zachęty? Buszuję między regałami, (pewnie, jak każdy) otwieram kolejne tytuły, czytam fragmenty, lustruję autora (jeśli go jeszcze nie znam) i jeśli mnie zaciekawi dana pozycja, to po prostu kupuję. Przeważnie jest to udany wybór, choć zdarzają się wpadki.
Dlaczego o tym piszę? Pewnie się domyślasz. Tak, na podstawie tego fragmentu, któryt wstawiłaś, nie wahałbym się chwili, aby wrzucić książkę do koszyka.
Klimat, który został stworzony (mam nadzieję, że nie tylko w tym fragmencie) jest tak sugestywny, pozwala czytelnikowi tak głęboko wejść w sposób myślenia bohatera, że jest to wręcz zadziwiające. Sposób narracji jest kapitalnie ujęty, nie zdarzyło się przez moment, abym czegokolwiek nie zrozumiał i musiał się cofnąć. Świetnie również stworzyłaś pewną zagadkowość, jest w tym fragmencie "to coś", co wciąga i dopełnia całokształtu.
Napiszę tak.
Przeczytałem z szeroko otwartymi oczami, pewnie dziób też miałem otwarty, nie wiem, bo się zatraciłem na tę chwilę :)
Aż trudno mi uwierzyć, że to fragment napisany przez osobę, która nie zajmuje się tym zawodowo. I piszę o tym z pełną świadomością, nie są to jakiekolwiek pochlebstwa z mojej strony, tylko stwierdzenie faktów.
Skoro tak dobrze piszesz, zastanawia mnie, co widzisz w gangsterskiej paplaninie Czarnego? Przecież historia o tym facecie, nawet nie mogłaby stanąć obok "Hotel Principe del Piemonte 2". Co najwyżej chyba klimat, bo z pewnością nie narracja, czy wyszukane opisy, lub zwroty, którymi znakomicie zasypujesz czytelnika. (Co oznacza ta dwójka na końcu tytułu?)
Kapitalny i intrygujący kawałek, Renato.
Jestem pod ogromnym wrażeniem, ragazza di talento, frammento eccellente, bravo! :)

p.s. Muszę zadać to pytanie, planujesz przesłać kolejne fragmenty, czy odcinki? Nie wyobrażam sobie, aby mogło być inaczej!
Pięćdziesiąt czytań pod Twoim tekstem, zastanawia mnie jak urośnie ta cyfra po mojej prowokacji :p
Quentin dnia 19.06.2013 20:29 Ocena: Bardzo dobre
pablovsky napisał:
Droga Renato, nie denerwuj się, zrobiłem Ci reklamę za darmo :)

A żebyś wiedział, Pablo ;) Zaraz po zalogowaniu rzuciła mi się w oczy twoja wypowiedź. Czego jak czego, ale tego, że tobie, staremu kryminaliście - jak sam o sobie czasem mawiasz, spodoba się ten tekst, byłem pewien.

W wolnej chwili obowiązkowo zajrzę do twojego debiutu, jasna, bo świetnie piszesz.
al-szamanka dnia 19.06.2013 21:27 Ocena: Świetne!
Ja natomiast mogłam przeczytać cały tekst za jednym zamachem - wolny dzień :)
Lubię teksty, które gładko się czyta, bez przymusu, gdy czeka się na każde następne zdanie.
Tak właśnie było w tym przypadku.
Podoba mi się ta historia. Twardziel i dziewczyna. A może piękna i bestia:)
Niekiedy piękna, wyczuwając okazję, staje się niszczycielską siłą. Szczególnie dla twardziela może być niebezpieczna, gdyż jest w stanie wywrócić całe jego dotychczasowe życie.
Zwykle kończy się to tragicznie.
Czy Małgosią jest polską Au-pair przy włoskiej rodzinie?
Czy Flavio zmięknie jak wosk w delikatnych, polskich rekach, rzuci papierosy i świat półcieni, aby dzielić miskę spaghetti z wybranką?
Na takie i inne pytania oczekuję odpowiedzi w następnym odcinku.

Pozdrawiam :)
tydrych dnia 19.06.2013 22:03 Ocena: Bardzo dobre
No i dałem sie złapać na zagrywkę Pablo, ale już byłem tu wcześniej, po Quentinie, ale za pierwszym razem nie doczytałem do końca. Dobrze piszesz i komentarz Pablo o tym, że tekst beznadziejny i kiepskie pisanie, poruszył mnie na tyle, że wyrwało mi się: co ta menda tu wypisuje? No bo jak coś takiego w komentarzu, to jak inaczej określić jego autora? Szamanka zaliczyła tekst za pierwszym podejściem, ale pocieszam się , że takich jak ja będzie tu więcej.
Opisana przez Ciebie historia Pięknej i Bestii /za Szamanką/ intryguje, pozwala czytelnikowi wczuć się i przenieść tam, gdzie toczy sie akcja. Wielowątkowość pozwala przygotować się na zmiany w scenariuszu. Dobrze Ci wyszła całość i mlaskam z zadowolenia za innymi. Brawo, choć nie lubię horrorów i kryminałów. Miałem to na co dzień w pracy.
pablovsky dnia 19.06.2013 22:25 Ocena: Świetne!
Quentin napisał:
staremu kryminaliście - jak sam o sobie czasem mawiasz, spodoba się ten tekst, byłem pewien.


Quentinie, nie tylko mi się spodobał, jestem pewien, że Renata znajdzie szeroką rzeszę fanów :)

tydrych napisał:
co ta menda tu wypisuje?


A Ty sobie nie pozwalaj, bo Cię do paki wsadzę! :p
wykrot dnia 19.06.2013 23:29
Tekst bardzo dobry. Brak kilku przecinków nieistotny. Pióro wyrobione. Resztę napisali poprzednicy. Nic tylko pisać!
jasna69 dnia 20.06.2013 01:49
Pablovsky, ale po mnie pojechałeś.......... dziękuję ;)

Quentin, cieszę się bardzo, że zajrzałeś i czujesz się usatysfakcjonowany.
Faktycznie pojawi się wątek miłosny i pewnie gdzieś tam będzie sobie pląsał, bo jakiż byłby świat, gdyby nie było w nim uczuć? Jednak w tej historii uczucia to nie tylko miłość, ale to jeszcze daleka przyszłość tekstu. Tak samo zresztą jak klimat południa Włoch.
Co do tytułu, to jak na razie jest to tytuł roboczy – po prostu nazwa hotelu (w tłumaczeniu Hotel Książę Piemontu, jak słusznie zauważyłeś), w którym zaczyna się opowieść.

Szamanko, Tobie szczególnie dziękuję za wizytę i przemiły komentarz – jak na razie jesteś jedyną kobietą, która tu zajrzała. Przyznam, że wstawiłam akurat ten fragment z premedytacją, widząc, że panowie chętniej wyrażają swoją opinię pod tekstami, ale tak naprawdę to chyba jednak historia dla pań (choć mam nadzieję, że nie tylko).
Czy Flavio zmięknie? A może to piękna stanie się bestią? No cóż ja sama jeszcze nie wiem, bohaterowie jakoś tak łatwo wymykają mi się spod kontroli…

Tydrych, chyba postawię wódkę Pablovi za to, że ściągnął Cię tu z powrotem. Twój komentarz z pewnością jest tego wart. A swoją drogą - ma chłopak zdolności marketingowe!

Wykrot, interpunkcja zawsze była moją zmorą i dobrze, że mi o tym przypominasz. Będę bardziej uważać. A „wyrobione pióro” to dla mnie prezent, z którego cieszę się bardziej niż cieszyłabym się z brylantowej kolii, gdyby ktoś zechciał mi ją podarować.

Pablovsky, (parliamo italiano? Per me va benissimo…), z Tobą to ja mam do pogadania, że zacytuję samą siebie.
Od dłuższego czasu nie tknęłam tego tekstu i… jaki ja miałam spokój, o wolnym czasie nawet nie wspomnę. A teraz co? Znowu zarwane noce i bujanie w obłokach zamiast gotowania obiadu. A wszystko to przez Ciebie! Czytając Twoje teksty, zatęskniłam za „gangsterką” i chyba wrócę do pisania. Po takim komentarzu, jaki mi zaserwowałeś (i po reklamie, za którą bardzo Ci dziękuję) czuję, że warto. Przyznam się, że rozłożyłeś mnie na łopatki i nawet poleżałam sobie chwilę przytłoczona ciężarem własnego geniuszu.
A tak na poważnie – nie spodziewałam się aż tak pochlebnych opinii.
Co widzę w Czarnym? Wszystko – jest naturalny, mięsisty, nieprzerysowany, swojski. Prawdziwy chłopak z ferajny, posługujący się swoistym językiem i swoistym rozumieniem świata (na podstawie opowieści Pabla mógłby powstać film na miarę kultowej włoskiej „Ośmiornicy”). Ja nie potrafiłabym wejść tak głęboko w bohatera, jak robisz to Ty i stąd konieczność „oszukiwania” narracją i opisami.
Co do dwójki i dalszych części – myślę, że żeby utrzymać jakiś ład trzeba by cofnąć się do samego początku, czyli jedynki. Jak już wspomniałam, ten fragment wybrałam z premedytacją, miał być takim ukłonem w Twoją stronę, ale teraz obawiam się, że mogłabym rozczarować męską część czytelników. Takich odsłon dotyczących Flavia i jego świata, który sięga korzeniami do Kalabrii i dalekiej przeszłości jest dużo, ale przeplatają się one z takimi „babskimi”, pełnymi westchnień i różu (przynajmniej w początkowej fazie), bo tak naprawdę to opowieść o walce z przeznaczeniem i uczuciach, które w niej pomagają i przeszkadzają.
Co byś zrobił, gdybyś w księgarni natknął się na właśnie taką część?

Dziękuję wszystkim za poświęcony czas na przeczytanie i komentarze. Dawno nie miałam tak miłego wieczoru.
Pozdrawiam
puma81 dnia 23.06.2013 10:56 Ocena: Świetne!
Bardzo jestem ciekawa jak rozwinie się ta historia :) Świetnie piszesz, od pierwszego zdania wciągasz w świat bohaterów i nie pozwalasz nawet na chwilę rozprężenia. Czekam na ciąg dalszy, dlatego zwracam się z uprzejmą prośbą o zarwanie kilku nocy:)

Pomysłowy ten nasz Pablo, i przebiegły :), ale ma rację, "odpowiednie" komentarze przyciągają. Podobnie jak tydrych pomyślałam: Co on tam marudzi?
Jednak w obawie o moje wirtualne życie, mendą bym go nie nazwała ;) Jeszcze strzelać zacznie...
Pozdrawiam serdecznie:)
jasna69 dnia 23.06.2013 21:20
Dziękuję bardzo, Pumo.
I cóż mogę powiedzieć... takim prośbom się nie odmawia.

Pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Nuria
25/08/2019 22:16
Zaimków osobowych tyle, że można obdzielić z trzy utwory.… »
Lilah
25/08/2019 21:10
To świetnie, Mike. :) »
Opheliac
25/08/2019 21:04
Kreseczka, głównie Podoba mi się Olaboga City,… »
Opheliac
25/08/2019 20:57
Wodniczko, dziękuję za obecność i "odkopanie" ;) »
AntoniGrycuk
25/08/2019 20:28
Jolu, napisałem ten tekst po przeczytaniu tekstu… »
Kazjuno
25/08/2019 19:28
Narracja niezmiernie ciekawa. Pełno znakomitych porównań i… »
Marek Adam Grabowski
25/08/2019 19:25
Witaj na tym portalu. Na poprzednim nie czytałem demona,… »
Carvedilol
25/08/2019 18:43
Kazjuno Jolu dzięki za przeczytanie i komentarze… »
mike17
25/08/2019 18:22
Całkiem to fajne, Zdzisławie, z humorem i pewnym morałem.… »
Decand
25/08/2019 18:12
Kazjuno - za odczyt dziękuję, za komentarz również.… »
Decand
25/08/2019 18:09
Madawydar - bardzo dziękuję za odczyt i tak pozytywny… »
Kazjuno
25/08/2019 18:09
Zapomniałem o ocenie. Ale, Upsss... i nie mam możliwości… »
JOLA S.
25/08/2019 18:05
Odnajduję w tym tekście znajomy zapach. Czytając, pragnęłam… »
Kazjuno
25/08/2019 18:04
Na mój gust dużo tu poetyckiej prozy pomieszanej z… »
mike17
25/08/2019 18:03
Niebawem trzy nowe miniatury miłosne :) »
ShoutBox
  • Carvedilol
  • 25/08/2019 18:44
  • Vanillivi, dzięki i ode mnie za wrzucenie tekstu
  • AntoniGrycuk
  • 25/08/2019 16:10
  • Vanilivi, ja też dziękuję za dodanie tekstu po krótkiej przerwie.
  • Kazjuno
  • 25/08/2019 13:36
  • Dzięki Vanilivi
  • Vanillivi
  • 25/08/2019 13:29
  • Przepraszam wszystkich za problemy z publikacją.
  • Vanillivi
  • 25/08/2019 13:28
  • Wrzuciłam jeszcze kilka waszych tekstów, tych które najdłużej zalegały, korzystając z tego, że Wiktor nie zabrał mi jeszcze uprawnień. Mam nadzieję, że sytuacja się niebawem wyklaruje.
  • Kazjuno
  • 25/08/2019 11:51
  • Jednak Antoni Grycuk masz rację! Moja koleżanka rzeczywiście zasuwa w prozie. Trzeba JEJ dać ochłonąć. Chyba ledwo dyszy przygnieciona stertą makulatury, oczywiście też mojej...
  • Kazjuno
  • 25/08/2019 11:27
  • Komentujemy tylko ja z Tobą i jeszcze kilka miłych pań i łaskawych facetów. Reszta milczy; A Feith to moja dobra znajoma, ale od POETÓW. Mnie by na pewno opublikowała. Jednak cisza online. Przykre...
  • AntoniGrycuk
  • 25/08/2019 10:33
  • Ze specjalną, niekoniecznie związaną, dedykacją: [link]
  • AntoniGrycuk
  • 25/08/2019 08:57
  • Kazjuno, jest jedna Pani redaktor od prozy, Faith się zowie. Ale widzę, że ten portal umiera. Nie tylko ten. W ciągu 2 lat mojej bytności ilość komentarzy pod prozą spadła drastycznie.
  • Kazjuno
  • 25/08/2019 07:21
  • Szkoda, nie mamy redaktor od prozy. Nie mam nic do poetów, ale CI mają wykwalifikowaną trójkę. Nie dziwię się Vanilivi, że nie podołała. Ech, co za niesprawiedliwość...
Ostatnio widziani
Gości online:12
Najnowszy:Mtour57
Wspierają nas