Anielskie cycki II - henrykinho
Proza » Przygodowe » Anielskie cycki II
A A A

Klimat tego wieczoru był niesamowity. Księżyc w pełni, lekki deszcz zaczął kropić ze skąpanych w poświacie chmur. Mogło być ze dwa stopnie, całkiem chłodno, ale temperatura nie ostudziła zapału żadnego członka „Trójcy”, jak nazwaliśmy naszą bandę dawno temu, jeszcze za czasów zabaw przedszkolnych. Strasznie nas kręciły takie akcje. Gówniarzeria i jej arcyważna misja. 

Z centrum musieliśmy przedostać się na rogatki Pawianic. Wskoczyliśmy bez biletów do autobusu linii numer jeden – jednego z dwóch kursujących w okolicy – i po pokonaniu trzech przystanków przeprowadziliśmy nalot na budzące się po zimie pola uprawne, okupujące jakieś dwie trzecie powierzchni miasta.

Już po chwili pewni siebie parliśmy zarośniętą ścieżką biegnącą wzdłuż opuszczonych ogródków działkowych,  niegdyś świadczących o aktywnym trybie życia pawianickich emerytów. Brudne i poniszczone budyneczki widocznie nikomu nie pasowały do nowej epoki. Ich opiekunowie zdezerterowali, pozostawiając swoje niedoszłe królestwo cyganom i menelarni. Zawsze obawialiśmy się tego miejsca. Pijany szaleniec mógł wypaść z którejkolwiek altany i rzucić się niespodziewanie z siekierą na niemile widzianych gości; tak się przynajmniej straszyliśmy, wyliczając na palcach legendy krążące o ukrywających się tu zabójcach, zwyrodnialcach i ogólnie mówiąc - psycholach. Szkoda, że w pobliżu nie wybudowano żadnego szpitala psychiatrycznego, żeby nadać wszystkim plotkom jeszcze większej mocy. Jednakże z drugiej strony… i tak się śmiertelnie baliśmy, nawet bez wspomagaczy rodem z podrzędnego horroru. Historie tworzone na kanwie  bujnej wyobraźni przeobrażały się w iluzje niebezpiecznie wpływające na rzeczywistość. Teraz działało to przeciwko nam. Dreszczyk adrenaliny towarzyszył każdemu stąpnięciu po zabłoconej ścieżce.

            - Jakby co, to powiedziałem ojcu, że nocuję u ciebie, Koza – ni stąd ni z owąd zagaiłem kompana. Wszystko, żeby przerwać cmentarną ciszę. Rodzice nakazali wyjść Kozie z domu w kaloszach, co wcześniej wyśmiałem bezwzględnie po jednym tylko spojrzeniu na tę zabawną, ludzką składankę. Myślałem, że będzie się dąsął, jak ma to w zwyczaju, może nawet zamarkuje lewego sierpowego, ale zważając na warunki atmosferyczno-emocjonalne, zdecydowanie wolał pogadać.

- Okej... Moi myślą, że odrabiam u ciebie lekcje do późna, bo niby chcę mieć spokój w weekend. Co za brednie!

Mariusz się nie odzywał. Zawsze milczał, gdy tylko ktoś wspominał ojcach, matkach, babciach czy dziadkach, ich kalendarzowych świętach albo sprawach pokrewnych jakiegokolwiek sortu. Od dziecka jego jedyną rodziną był pech. Rodzice rozstali się, zaraz po drugich urodzinach niekoniecznie pożądanego potomka, znaczy Mariusza, natomiast on sam został wysłany jak jakaś niechciana paczka do dalszej rodziny. Przez to został niejako skazany na walkę o przywileje i posłuch z kuzynem, co z miejsca stawiało go na nie najlepszej pozycji. Nie warto rozgrzebywać tego tematu, jeśli się spotka Mariusza; wystarczy wiedzieć, że w zastępczej familii wcale mu się nie przelewało.

Po równo pół godziny marszu – zsynchronizowaliśmy zegarki - bezpiecznie przedarliśmy się przez strefę zagrożenia. Gula tkwiąca głęboko w brzuchu z wolna ustępowała pola harcującemu w każdej komórce podnieceniu.

- O ja… - szepnąłem przejęty.

Oto on! Burdel wyłonił się niczym fatamorgana na niekończących się piaskach, dopiero po przetarciu oczu potwierdzając swoje istnienie. Nikt z nas nie miał już wątpliwości. Przybytek z daleka zachęcał przyjezdnych migotliwym, neonowym serduszkiem, które dobitnie informowało o profilu prowadzonej działalności.

Był to charakterystyczny budynek w kształcie kostki, może niezbyt porywający architektonicznie, ale za to nad wyraz praktyczny. Zgodnie ze słowami naszego informatora, Jurasa, stał on na skraju Pawianic, usytuowany zaraz przy głównej szosie. Pod względem ekonomicznym niewątpliwie była to lokalizacja strategiczna dla szanującego się sutenera, ja jednak ciągle nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego akurat u nas, w Pawianicach, dostąpiliśmy takiego „zaszczytu”.

Wczoraj na katechezie ksiądz odgrażał się, że wykończy to miejsce, kiedy tylko usłyszał z tylnych ławek dowcip o  „Klątwie Nowickich”, jak we wtajemniczonym gronie tytułowaliśmy cały ten ambaras. Ksiądz Roman, człowiek o słabym wzroku, ale inkwizytorskim słuchu, nie zdołał wyłowić żartownisia i przemaglować go porządnie, jak to miał w zwyczaju, jednak jego groźby można było traktować śmiertelnie poważnie. Nie będzie miał łatwo ten biznes w Pawianicach, można się o to założyć.

Przez ubłocone pola – Koza szczerzył się zadowolony ze swoich kaloszy, przez co prawie nie zdzielił go Mariusz – wtargnęliśmy niezauważeni już prawie pod sam płot zakazanego ośrodka „rekreacyjnego”. Dobrze wiedzieliśmy, że doświadczenie zdobyte dzięki filmom sensacyjnym ze Stevenem Seagal’em czy Brucem Lee tutaj zaprocentuje. Biorąc pod uwagę nasz wiek, działaliśmy całkiem profesjonalnie: obraliśmy trasę biegnącą z dala od parkingu i lekko oświetlonej pojedynczą latarnią drogi, aby zminimalizować szanse wykrycia. Nie klucząc bezsensownie, od razu zajęliśmy pozycje na tyłach budynku.

 Chciałem pogratulować Mariuszowi udanej infiltracji wrogiego terytorium, ale wtedy złamałbym zasadę numer jeden: zachować abolutną ciszę. Pamiętaj, czego uczył cię Jean Claude van Damme, przypominałem sobie. Zasygnalizowałem mu to tylko uniesionym kciukiem.

- Pssst! – zasyczał Mariusz. Starał się, aby jego głos nie utonął w szumie siąpiącego deszczu, ale żeby też wystarczająco dostroić się do naszych uszu  – Koza, sprawdź, czy nikogo nie ma przed budynkiem.

- Powtórz – nakazał Koza, słusznie zauważając, że Mariusz mógłby jednak szeptać ciut głośniej. Za drugim razem załapał rozkaz. Nie spierał się, bo wiedział, że dzięki obuwiu to on jest najlepiej wyposażonym szpiegiem.

 Powoli zaczął przemieszczać się wzdłuż  dwumetrowych drzewek, które w zdyscyplinowanym, równym szyku obrastały płot burdelu, kryjąc przed ciekawskim wzrokiem to, co powinno pozostać za zasłoną dyskrecji.

Koza znikł na moment, może dwa. Trwaliśmy z Mariuszem w skupieniu, słysząc tylko własne oddechy i obserwując obłoczki pary buchające z naszych ust. Nie ważyłem się odezwać. Nagle szmer. Drgnąłem ze strachu. Ktoś nadepnął na zeschnięte dźbło trawy.

- Melduję, że na podjeździe zaparkowano BMW - Koza wyłonił się z ciemności i zaczął raportować tak błyskawicznie i niespodziewanie, że po początkowym szoku musieliśmy go prosić, żeby zwolnił. - Obok auta rozmieszczono łysych w sile dwóch jednostek. Palą teraz pety i klną gorzej niż Rysiek z pierwszej B. Poza tym - czysto.

Koniec końców okazało się, że Koza spisał się całkiem nieźle, lokalizując typków, z którymi prawdopodobnie nie chcielibyśmy mieć nic wspólnego w żadnym z wcieleń.

Postanowiliśmy zaczekać, aż w pobliżu budynku nie będzie się kręcił nikt nieporządany. Moment później zostaliśmy tylko my, łysi odjechali gdzieś z piskiem opon.

- Jakoś nikt tutaj nie przyjeżdża, nie rozumiem – rzuciłem do Mariusza, zajętego grzebaniem w plecaku. – Chyba w piątek powinno tu być trochę lowelasów, co nie?

            Mariusz nawet nie kłopotał się z odpowiedzią. Rozemocjonowany wyjął za to z czeluści torby przecinak i przejechał palcem po ostrzu. – Jak brzytwa – ocenił.

Ja i Koza nie zostaliśmy wtajemniczeni w ten etap planu, ale jak to bywało z Mariuszem – on wydawał polecenia, a ty je wykonywałeś. Nawet kiedy serce ci łomocze, a ręce drżą, kiedy nieumiejętnie operujesz ogrodniczym sekatorem przy drutowanym płocie.

Ciężko mi było przełamać opór drutu, trwało to wieki, ale w końcu wykonałem dziurę wystarczająca, żebyśmy się wszyscy zmieścili. Popełnialiśmy przestępstwo. To dopełniło atmosfery zagrożenia. Bez latarek, osamotnieni, skazani na odgłosy nocy przecisnęliśmy się przez otwór i gęste tuje.

Pierwszym, co spostrzegliśmy po przekroczeniu granicy obu światów, było czerwone światło. Nieco wyblakłe, bijące z małych okien piwnicznych wystających kawałek ponad ziemią. Pozostałe okna na parterze i piętrze nie wykazywały czyjejkolwiek obecności na wyższych poziomach domu.

- A więc główna impreza jest na dole… – zauważył zafascynowany natarczywością agresywnych barw Koza.

Tego się mogliśmy spodziewać po burdelu – tanich, chińskich diod zastępujących standardowe żarówki, ochroniarzy bez choćby jednego, zbędnego włoska i więcej niż oczywistego BMW. Kicz. Trochę się zawiodłem, ale krew wciąż pulsowała nerwowo w moich tętnicach. Dalej byłem przemoczonym włamywaczem, któremu grozi poprawczak.

- To chyba tyle, nie? – zauważyłem. Przez myśl przebiegła mi wizja siebie z włosami zgolonymi na dwa milimetry i jąkającego się przed ważniakami z sądu rodzinnego. – Wiejmy, zanim tamci wrócą!

- Daj spokój, zajrzyjmy jeszcze tylko przez okna – zawyrokowali zgodnie Mariusz i Koza. A jak Mariusz coś powie… To wtedy wiadomo.

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
henrykinho · dnia 25.08.2013 11:05 · Czytań: 584 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 4
Komentarze
Quentin dnia 25.08.2013 13:30 Ocena: Bardzo dobre
Przeczytałem obie części z zainteresowaniem.

Lubię historie "inicjacyjne" ;) To taki ciekawy moment w życiu człowieka, że nie sposób uniknąć ciekawości. Z naturą nie wygrasz przecież.
Historyjka w zasadzie zwyczajna, nie ma zaskoczenia, póki co przynajmniej, ale mimo wszystko i tak przyjemnie obserwować perypetie dojrzewania trójki chłopców. Jest tu przede wszystkim napięcie i oczekiwanie na moment kulminacyjny. Sam się czułem przez chwilę małym chłopcem pod oknem burdelu ;) No i jest też humor naturalnie, bo przecież to w gruncie rzeczy bardzo zabawne, kiedy hormony trawią ciało od środka, a jakoś trzeba sobie radzić.
Czekam pełen optymizmu na dalszą część.

Pozdrawiam
henrykinho dnia 29.08.2013 17:12
dzięki Quentin za zainteresowanie; miało być swojsko, dosłownie, ale i bez jakichś ostrych, burdelowych sformułowań! Humor i mała tajemnica w tle, ot co. Zabawne, że dla ciebie to historia z rodzaju "inicjacyjnych", heh ;)

pozdrawiam
puma81 dnia 05.09.2013 12:32 Ocena: Bardzo dobre
Rzeczywiście powiało tajemnicą, humor też jest, zatem udało Ci się henrykino.
Bardzo dobrze się czyta, super zaznaczone rysy charakterologiczne bohaterów.
Chętnie przeczytam cd.
Pozdrawiam:)
henrykinho dnia 13.09.2013 17:48
Dzięki, puma!
Ciągi dalsze będą, lada dzień będę miał więcej czasu na pisanie i przeglądanie strony, także pisanie wróci do łask na 100%, jak nie więcej.

pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
StalowyKruk
19/09/2019 00:41
Jestem. Trochę mi to zajęło. Umieram na przeziębienie ;)»
bruliben
18/09/2019 22:04
Jestem na części 6-tej twojego czytadła i bardzo… »
Kushi
18/09/2019 21:36
Niech żyje bal Agnieszki Osieckiej a zaśpiewanej przez… »
AntoniGrycuk
18/09/2019 21:23
Wariacie_egzystencjalny, miał to być klimat z umysłu… »
Lilah
18/09/2019 21:11
*odnóży »
voytek72
18/09/2019 21:09
Chyba warto aby tekst miał jednak tekstowy tytuł zamiast… »
voytek72
18/09/2019 20:55
prosty przepis na pożar. ;) wers środkowy zbędny,… »
Dobra Cobra
18/09/2019 20:52
W jakże piękny sposób złapiesz tropy i sęsy ;) Kazjuno,… »
Lilah
18/09/2019 20:51
To ja dziękuję, że do mnie zajrzałeś. Pozdrawiam:)»
voytek72
18/09/2019 20:47
Myślę, że temat który bardzo trudno utrzymać w ryzach, z… »
Nuria
18/09/2019 20:40
Słowa płyną melodyjnie, aż chciałoby się zatańczyć :)»
voytek72
18/09/2019 20:32
Mistycyzm, ale taki... realistyczny i to mnie tu ujmuje :)»
wariat_egzystencjalny
18/09/2019 20:26
Dla mnie jest to takie małe studium szaleństwa a dokładniej… »
voytek72
18/09/2019 20:24
"Niech żyje bal" Maryli Rodowicz Takie… »
Lilah
18/09/2019 19:48
To mnie zaskoczyłaś, Al. Dziękuję pięknie. Pozdrawiam… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:22
  • tej wytwórni. Ale sam szef D. próbuje zmienić czasy i transformację koncernu w stronę tematyki niebaśniowej. [link]
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:20
  • Disney ma nie lada orzech do zgryzienia :) . Johansson zaprosili nawet na spotkanie dyrektorów D. I ona tam jasno mówiła, że reżyser niepokorny i film też, co niespecjalnie idzie za rączkę z polityką
  • TomaszObluda
  • 18/09/2019 06:50
  • em FOXa, więc Disney nie miał nic do gadania. A czy film pojawi się w Polskich kinach? Sadzę, że tak, ale nie wszędzie i nie od razu, bo tu nie chodzi o ideologię, ale o kasę.
  • TomaszObluda
  • 18/09/2019 06:48
  • Co do filmu, ten Hitler, będzie wymyślonym przyjacielem i z tego co wiem, będzie takim diabłem na ramieniu, co mówi źle, to wbrew pozorom nie komedia. Druga sprawa film powstał praktycznie przed zakup
  • Kazjuno
  • 17/09/2019 14:16
  • Znowu przesadzasz. Jesteś wrażliwym facetem, na dodatek z intuicją muzyka, więc czułym na fałszywe nuty. Także te cecha ułatwia Ci trafne komentarze. Więc jak znajdziesz czas(?)...
  • AntoniGrycuk
  • 17/09/2019 11:55
  • Powiem tak: technicznie mam coś do powiedzenia i choć nie jest to idealne, to potrafi być pomocne, natomiast mój gust znacznie odbiega od przeciętnej i to, co mi się podoba, nie zawsze jest dobre.
  • Kazjuno
  • 17/09/2019 11:49
  • Przesadzasz Antosiu! Bardzo cenię Twoje komentarze i byłbym rad przeczytać twoje wnikliwe uwagi. Zawsze były celne. Jak znajdziesz czas to zapraszam...
  • AntoniGrycuk
  • 17/09/2019 11:38
  • Kazjuno, ja chętnie skomentowałbym Twój tekst, ale ostatnio mam urwanie głowy i jedynie czasem króciutkie komentuje. Choć z drugiej strony, co jest wart mój komentarz?
  • Dobra Cobra
  • 17/09/2019 08:09
  • Sztuka kreskówkowa jest uważana za gorszą ze sztuk pięknych. :( A tak można w kinie podziwiać i piękną Scarlett i małego Hitlerka. Jak żywych. Choć ten synek ma nadzwyczaj mądry wyraz twarzy.
Ostatnio widziani
Gości online:17
Najnowszy:raleighh2a
Wspierają nas