Świąteczny prezent - mike17
Proza » Obyczajowe » Świąteczny prezent
A A A
Od autora: ...




I


- Jak mogłem zapomnieć… - szepnąłem. – Przecież to dziś. To dziś, tyle że dokładnie czterdzieści lat temu. To już tyle czasu, kiedy to przeleciało? Czwarty grudnia, czyż nie?
I wtedy też padał śnieg. Lecz nigdy potem nie był już taki sam…
Zawsze to pamiętałem, choć próbowałem zatrzeć ślad w obolałej pamięci. Były dni, było ich tak wiele, że trudno je wszystkie zliczyć, gdy próbowałem z całych sił, rozpaczliwie i w przypływie smutnej desperacji, jaką rodzi poczucie niemocy i słabości. Jaką rodzi ból, który chce się ukoić. Chciałem oddalić to od siebie jak najdalej, wyrzucić z umysłu i żyć, jakbym otrzymał nową pamięć. Żadne słowa nie oddadzą tego, przez co musiałem przejść.

I skąd mogłem wiedzieć, że za kilkanaście dni…
Że czas zatoczy koło i spotkamy się znów po tylu latach.
Jednakże już inaczej, jakże inaczej.

Tego samego dnia usłyszałem nagle dzwonek do drzwi. Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się nikogo tak późno. Dochodziła właśnie dwudziesta, a na dworze już od wielu godzin panował nieprzenikniony mrok. Tym bardziej dziwiła nagła wizyta.
Kiedy otworzyłem, oczom ukazał się listonosz. Nie był to jednak listonosz, który zazwyczaj roznosił pocztę w naszej okolicy, był starszy i poważniej wyglądający.
Miał w sobie coś z angielskiego kamerdynera, który zachowuje się z chłodnym dystansem. W jego zdecydowanym, mocnym spojrzeniu wyczytałem wszystko – miał powód, by odwiedzić mnie o tak późnej porze.
Na mój widok spokojnie przemówił:
- Pan Pradera?
- Tak, a o co chodzi? – spytałem zaintrygowany.
- Mam dla pana przesyłkę. Proszę pokwitować – mówiąc to, podał mi coś do podpisania.
- Dla mnie? Niczego nie zamawiałem – odparłem zdumiony. – Może pomylił pan adres.
- Nie sądzę – rzekł głosem, który sprawił, iż poczułem się przez chwilę jak niesforny sztubak.
- Pan tu od niedawna? Nigdy pana nie widziałem – wypaliłem z głupia frant.
- Owszem, panie Pradera, jestem tu dziś wyjątkowo. Doręczam specjalne przesyłki. Od listów i telegramów jest kto inny. Czy ta odpowiedź pana zadawala? – zapytał.
- Tak, oczywiście. Moja paczka mogłaby zaczekać do jutra – odpowiedziałem.
- Nie, proszę pana. To wykluczone. Pan miał ją otrzymać dokładnie czwartego grudnia. Jutro to nie dziś. Jutro to nigdy nie jest już to samo, panie Pradera… - odparł dziwnie cicho.
- No tak…To nie to samo – jakiś odgłos wydobył się z mego gardła.
- Zatem proszę podpisać – podsunął mi ponownie jakiś druk pocztowy.
- Tak, tak, już podpisuję – ręka sama naniosła koślawy hieroglif – ale czy mógłbym zobaczyć, co pan właściwie dla mnie ma? – zapytałem zaniepokojony.
- To już po moim wyjściu. Tak postanowił nadawca. To jest świąteczny prezent. Każdy ma prawo do własnych warunków, prawda?
- Rozumiem.
- Oto przesyłka.
- Mam w głowie zamęt. Przecież ja niczego…
- To jest prezent dla pana. Każdy o czymś marzy. Proszę to otworzyć po moim wyjściu, jak już wspomniałem wcześniej. Czy ma pan jeszcze jakieś pytania?
- Chyba nie. Raczej nie. Może rzeczywiście ktoś postanowił przypomnieć sobie o mnie i na święta coś przysłać. Wie pan, jacy są dziś ludzie.
- Wiem, panie Pradera, wiem lepiej, niż się panu wydaje… - rzekł, jakby mówił przez tubę.
- Doprawdy? Lata pracy?
- Nie miewam wielu zleceń, dlatego każde pamiętam z osobna bardzo dokładnie.
- O! Czyżby?
- Zarówno pan, jak i ja, zapamiętamy ten wieczór na zawsze, choć jeśli o mnie chodzi, to ja wykonuję tylko to, co do mnie należy. Moja pamięć ma inny charakter. Ale na mnie już czas. Reszta w pana rękach… – to mówiąc, bezszelestnie ulotnił się z domu.

Kiedy szybko podbiegłem do okna, by mu się jeszcze raz dokładniej przyjrzeć, wszystkim, co zobaczyłem był mrok nocy… Nikt nie szedł uliczką, nikt nie pojawił się na jasnym, ośnieżonym chodniku.
I gdy potem wybiegłem na dwór, by upewnić się, że nie było to grą wyobraźni, odkryłem, iż jedyne ślady, jakie wiodły do domu, były moimi własnymi.
- Jak to możliwe? – zapytałem zdumiony sam siebie.
To nie było złudzenie. I nigdy potem, kiedy zrozumiałem nieco więcej, nie dowiedziałem się niczego ponad to, co mogłem sobie sam wyobrazić, sam ująć w ramy własnej logiki. Osobistego spojrzenia, które pojawiło się jako naturalna konsekwencja tego przedziwnego wieczoru, kiedy przyszło mi nagle stanąć twarzą w twarz z jedynym i najważniejszym marzeniem, z pragnieniem życia, z ideą naczelną. Choć tego nie szukałem, to samo odnalazło mnie. I teraz miałem to w zasięgu ręki. Na stole.

Kiedy w końcu zdobyłem się na odwagę, by zajrzeć do pudełka, w którym był mój przedziwny, świąteczny prezent, z uczuciem przerażenia i nieokreślonej, nieznanej rozkoszy odnalazłem tam… pistolet i kartkę, na której ktoś zdecydowaną ręką zanotował czyjś adres. Gdyby nie imię i nazwisko owej osoby, nie wiedziałbym, o kogo chodzi, lecz wnet pojąłem całą niezwykłość sytuacji, w której nagle przyszło mi się znaleźć, tylko ja mogłem wiedzieć, dlaczego przesyłka była mi prawdziwym prezentem.

Kiedy dotykałem w spokoju i zachwycie zimnej stali pistoletu, docierało do mnie powoli, że na swój mały, niedoskonały sposób cofnę utracony czas, wrócę do chwili, kiedy wszystko się zaczęło i poczuję ulgę, o której marzyłem przez lata, lecz nie mogłem wówczas wiedzieć, czy będzie ona trwała, czy też da tylko złudne zaspokojenie na krótką chwilę. Nie znałem się z tej strony. To był ten pierwszy i ostatni raz. Nie miało już być innego.
I pojąłem, że jedyną siłą marzeń jest wiara w ich spełnienie.
Moja nigdy się nie zachwiała.

I gdy patrzyłem na jego nazwisko, napisane mocną ręką na skrawku papieru, cieszyłem się w duchu, że znów go odnalazłem, że tym razem karty rozdam ja, zakończę to, co on rozpoczął tamtego, grudniowego dnia, czterdzieści lat temu.
Nie obchodziło mnie wcale, że wtedy byliśmy jeszcze dziećmi. Mając dwanaście lat jest się na rozdrożu – ni to dziecko, ni dorosły. To było dla mnie bez znaczenia. Dzieci rodzą się dobre lub złe. Ale on miał prawo wyboru, mógł być jak inni, którzy stanowili w tamtych czasach dla nas wzór. Mógł, ale nie był. Wybrał. I nie wierzę, by kiedykolwiek później żałował czegokolwiek.
Choć nie widziałem go całe czterdzieści lat, mogłem z łatwością wyobrazić sobie koleje jego losu i kim stopniowo się stawał, gdyż tacy ludzie z reguły są stali – nigdy się nie zmieniają.
Jego własna matka mówiła często do mnie:,,On nie ma wcale kolegów…Czyż to nie dziwne? Ma tylko ciebie, tylko z tobą się spotyka. Ale co ja poradzę na to, że jest, jaki jest…Taki się urodził, ja też nie byłam łatwym dzieckiem…”


II


Zawsze był złośliwym sukinsynem, może dlatego, że był rudawym blondynem. Oni podobno wszyscy są tacy sami, fałszywi i wredni. Złośliwi i parszywi z natury. Rodzą się i umierają podli. Nikczemność wysysają z mlekiem matki, która była w dzieciństwie często taka sama i dawała nieźle popalić przerażonej rodzinie. Lub są jak ich ojciec-łobuz, wybijający szyby, bijący się z każdym, palący i pijący wino po szkole. Sądzę, że takie kanalie rzadko rodzą się z dobrych, porządnych rodziców. Powiem mocniej – jaki ojciec, taki syn, i to właśnie powiedzenie sprawdza się w życiu najczęściej. Jego ojciec robił w tamtych czasach podejrzane, lewe interesy, chodził dumny jak paw, jakby kij połknął, i machał rękami, kiedy coś mówił, zapewne tylko po to, by słuchający go ludzie mogli lepiej obejrzeć sobie jego sygnety i złotą bransoletę na nadgarstku. Był pustym, głupim pajacem, oceniającym innych jedynie po ich bogactwie i samochodach. Nie umiał nawet porządnie się wysławiać, nie rozumiejąc zbyt poważnych słów i zawiłych określeń, którymi my, młodzi, operowaliśmy już dość wcześnie, ucząc się ich w życiu i w szkole. Język jego był jak język analfabety, dziwnym trafem przeniesionego w czasie z dziewiętnastego wieku i wsadzonego w nowe realia, prosto z kurnej chaty ze słomą na dachu do pięknego domu, któremu nagle przytrafił się nieoczekiwany awans cywilizacyjny i nie bardzo rozumiał, o co w tym wszystkim chodzi.
Mały, gruby, mentalny pastuch. Ćwierćinteligent, robiący w każdym zdaniu po pięć błędów ortograficznych.

Matka była jego przeciwieństwem, przynajmniej mnie się tak wydawało, gdyż w mojej obecności nie używała wulgaryzmów i nie ponosiły ją nerwy. Zapewne potrafiła nad sobą panować. Lubiła mnie. Zawsze kulturalna i dowcipna, stanowiła pewnego rodzaju przeciwwagę dla paskudnego syna i nieokrzesanego męża. Była drobną blondynką o ładnej twarzy, typowej urodzie skandynawskiej i zawsze imponowała mi jej gościnność i otwartość. Może niekiedy zachowywała się nieco pretensjonalnie i zbyt naiwnie jak na mój gust, ale ogólnie patrząc na nią po latach, nie miałem żadnych złych wspomnień, związanych z jej osobą. Kiedy przychodziłem do ich domu, zawsze witała mnie uśmiechem i wnet czułem, że jestem tu mile widzianym gościem.
Choć z ojcem-gburem nie lubiliśmy się od samego początku, z nią przez te wszystkie, szkolne lata nie miałem nigdy nawet jednego spięcia, nawet jednej małej chwili, którą zapamiętałbym potem jako przykrą.
Miętowy Bill był chłopakiem spod ciemnej gwiazdy zapewne od dnia, kiedy po raz pierwszy zobaczył ten świat. Miętowy, bo zjadał ogromne ilości miętowych cukierków, których miał zawsze pełne kieszenie, i w związku z tym jego oddech nieustannie był taki a nie inny. Siedział w ostatniej ławce z podobnym do siebie przygłupem, wyrośniętym jak żyrafa, i obżerał się tymi cukierkami na lekcjach tak, że ja, siedząc w pierwszej ławce czułem te jego wyziewy. Ten, co z nim siedział, był głupi, ale spokojny, niegroźny, czuło się, że jest nieco opóźniony w rozwoju. Dla Billa w sam raz, gdyż nikt nie chciał z nim siedzieć w tej samej ławce.
Mieli obaj najgorsze stopnie w całej klasie i każdy z pogardą omijał ich szerokim łukiem. Lecz jak to bywa u takich osobników, im bardziej się ich unika, tym bardziej stają się namolni, natrętnie nadskakujący i szukający ciągłego kontaktu. I ślepi na jakąkolwiek sugestię, czy uwagę pod własnym adresem.
Nie sposób było się ich pozbyć – łazili za nami we dwóch i udawali, że są z tej samej gliny.
Nie trwało to długo. Żyrafa wyleciał ze szkoły za rzucanie ogryzkami w przechodzące ulicą babcie, i Miętowy Bill musiał już później sam siedzieć w oślej ławce.
Po jakimś czasie przyssał się do mnie.
Nie pamiętam dokładnie, kiedy i jak to się odbyło. Zanim się obejrzałem, już stał się ,,kolegą’’, który nie mając żadnych innych kontaktów wśród rówieśników, podążał za mną wszędzie jak cień, i narzucał mi się do tego stopnia, że zacząłem spotykać się z nim nawet po lekcjach. Nigdy nie zrozumiałem, czemu pozwoliłem mu się do siebie zbliżyć, w duchu pogardzając nim i wstydząc się tej znajomości, nie pojąłem także, dlaczego nigdy nie zdobyłem się na spławienie go i zakończenie tego wszystkiego.

Mając po dwanaście lat byliśmy już mocno zainteresowani tym, aby umówić się z dziewczyną na randkę.
Z Miętowym Billem nie umówiłaby się żadna dziewczyna przy zdrowych zmysłach, nawet jakby miał być ostatnim lub jedynym chłopakiem na tej ziemi. Był rudawy, brzydki i wredny, i to decydowało o tym, że koleżanki z klasy i z innych klas nie chciały mieć z nim nic wspólnego, a już na pewno nie dałyby się namówić na spacer po lekcjach czy niewinnego całusa. On o tym wiedział i głęboko skrywał w sobie agresję. Nie był nigdy ani błyskotliwy, ani inteligentny, ale bez wątpienia braki te pokrywał iście szatańskim sprytem i przebiegłością, z której istnienia nie zdawałem sobie wówczas jeszcze sprawy. Był skryty, choć na zewnątrz zachowywał się jak rozpuszczony, bezczelny chłopak z bogatej rodziny, hałaśliwy i wszczynający liczne bójki z kolegami, był wyjątkowo podstępny, choć każdy pomyślałby wtedy o nim:,,Prosty jak budowa cepa – tylko przeklina, pali i bije się. Nieskomplikowany, nadpobudliwy, czytelny charakter – taki dobry materiał na przyszłego socjopatę, charakteropatę lub po prostu skończy kiedyś w kryminale…”

Ponieważ był tępy, wdając się w stu procentach w prymitywnego ojca, nie szło mu wcale pisanie wypracowań i prac pisemnych z wszystkich przedmiotów – dostawał najgorsze oceny w klasie i często padał ofiarą złośliwych i szyderczych uwag nauczycieli. W pewnym momencie doszło do przesilenia, kiedy to historyk wyzwał go od ostatnich w obecności wszystkich i zagroził, że nie zda do następnej klasy, bo jest za głupi.
Wtedy zwrócił się do mnie. Wiedział, że lubiłem pieniądze i że chętnie je przyjmę. Uległem.
Zacząłem pisać mu to, co chciał, a on mi płacił. Nie dostrzegałem w tym nic zdrożnego i nagannego, ponieważ liczyły się dla mnie tylko jego pieniądze.
Nikt nigdy nie odkrył naszego układu.

Choć miałem zaledwie dwanaście lat, pewnego dnia zakochałem się.
Ona nazywała się Mimi i chodziła do naszej szkoły, lecz do innej klasy. Była w moim wieku, i jak na swoje lata wyglądała imponująco – była wysoka i miała piękne usta.
Wiedziałem, że wielu próbowało przede mną szczęścia, lecz ona pozostawała obojętna i niewzruszona na ich starania i propozycje. Może po prostu tego nie potrzebowała. Może nie czuła jeszcze, że nadszedł czas na znalezienie sobie chłopaka i te wszystkie sprawy.
Zawsze widywałem ją tylko z koleżankami, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że chyba naprawdę nie zależy jej na nas, chłopakach, jednak jej widok nie dawał mi spokoju, myśl o niej zaczęła krążyć po głowie dzień i noc, i w końcu pewnego dnia zdobyłem się na odwagę i poprosiłem, by została moją dziewczyną. Zbierałem się dość długo, aby to powiedzieć, obawiając się jej reakcji. Była jesień, ciepła i słoneczna, i kiedy powiedziała mi, że się zgadza, świat stanął na chwilę w miejscu, a w głowie zawirowało.
I staliśmy się nierozłączni. Cały mój wolny czas oddałem jej. Zarówno w szkole, jak i potem, byliśmy razem, i nie musiałem jej wcale pytać, by wiedzieć, że i ona mnie kocha.
Była pierwszą dziewczyną, którą pocałowałem, i jedyną, jaką naprawdę kochałem w całym swoim życiu. Nikt mi już nigdy później nie dał tego, co ona pocałunkami w cieniu drzew, na szkolnej przerwie, czy w jej domu, gdzie stałem się częstym, mile widzianym gościem.
Wystarczył nam dotyk rąk i ust. Mając po dwanaście lat, nie mogliśmy chcieć więcej.

Nie wiem, kiedy Bill zaczął nam towarzyszyć, natrętnie kręcąc się koło nas, nie dając się spławić, ani wyperswadować sobie, że zakochani ludzie nie potrzebują towarzystwa innych.
Pewnego dnia mu to powiedziałem w twarz. I to, że już nie będę pisać niczego, choćby mi płacił dziesięć razy tyle, co dotąd. Pobiliśmy się. Przegrał sromotnie, gdyż byłem dość silnym chłopakiem. Choć go nieźle poturbowałem, nie pisnął nikomu ani słowa, kto i dlaczego go pobił. Zachowywał się, jakby nic się nie stało. Gdybym tylko wtedy wiedział, że była to gra pozorów, miałbym się na baczności, lecz byłem zakochany i moja czujność została całkowicie uśpiona przez jego diabelski spryt i przebiegłość.
On nigdy mi nie wybaczył, że się od niego odwróciłem. Że go zdradziłem na swój sposób.
Myślał, że ma na mnie wyłączność i że będę jego przyjacielem na zawsze. Nie wiedziałem także, że był piekielnie mściwy i potrafi zaczekać na odpowiedni moment, by uderzyć i wyrównać rachunki. Że czas nie grał dla niego roli, tylko cel sam w sobie. I żył nim, udając, że mnie zrozumiał.

I gdy nadeszła zima, nagle stał się jakiś bardziej spokojny, nawet żartował, przestał przeklinać i bić się z kim popadło, widać było, że jest z czegoś zadowolony i czymś się cieszy. Jego zachowanie przypominało zachowanie kogoś, kto spodziewa się miłej niespodzianki lub przeżywa akurat wyjątkowo szczęśliwy okres w życiu. Nagle gdzieś przepadła jego agresja i prowokacyjny sposób bycia. Uspokoił się. Prawie z dnia na dzień.
Kiedy za oknem padał śnieg, powiedział do mnie, gdzieś na szkolnym korytarzu:
- Przepraszam cię za tamto… Zapomnijmy o tym. Moja wina. Wiem, że masz dziewczynę i ci na niej zależy, i dlatego chciałbym jakoś zamknąć nasz konflikt. Mam dla was obojga prezent.
Nie odmawiaj, proszę. Potem możesz znów udawać, że mnie nie znasz – zrozumiem. Nie będę się narzucać. Zgadzasz się? Ten jeden, jedyny raz, proszę…
Prosił tak, jak pewnie nikogo już w życiu o nic nie prosił. Prosił tak, że kolejny raz mu uległem. Jego słowa brzmiały ciepło i naturalnie, tak jak jego matki, kiedy jeszcze do nich chodziłem. I tym w końcu mnie przekonał.
- Dobrze, Bill. O co chodzi? – spytałem.
- To niespodzianka. Po lekcjach chciałbym was gdzieś zabrać, dobrze? Na mały spacer – rzekł swobodnie i głosem budzącym zaufanie. – Coś wam pokaże.
- Stoi. Niech ci będzie.
- Nie mów o tym nikomu, bo to coś specjalnego.
- Nie powiem.
- Fajnie – odparł i poszedł gdzieś na inne piętro naszej wielkiej szkoły.
Kiedy lekcje się skończyły, poszliśmy w trójkę nad rzekę. To tam Bill chciał nam coś pokazać. Tam miał nas czymś zaskoczyć.
- Czemu nad rzekę? – spytała Mimi. – Przecież jest zimno, pada śnieg. Zapomniałeś, że jest już grudzień?
- Nie zapomniałem. I nad rzeką w grudniu może być ciekawie… - rzekł tajemniczo.
- Wątpię – ona na to – tylko się wszyscy przeziębimy.
- Nie będziemy tam długo – powiedział, patrząc gdzieś w bok.
- Mam nadzieję – rzekła na koniec.
Szliśmy długo wzdłuż wysokiej skarpy, nie mówiąc wiele. Tam, w dole, płynęła rzeka, i każdy wiedział, że jest piekielnie głęboka i pełna wirów, zwłaszcza w miejscu, w którym wówczas byliśmy. Nagle Bill powiedział, abyśmy zatrzymali się, bo to już tu. Tu chciał zrobić nam niespodziankę, o której wspominał w szkole.
I zrobił.
Nie wiem, kiedy, bo stało się to w mgnieniu oka, chwycił Mimi obiema rękami i zepchnął w dół ze skarpy. Wiedziałem, że nie umiała pływać. On zapewne tego właśnie się domyślał.
Nie było już dla niej ratunku. Rzeka płynęła kilka metrów niżej i nigdzie w okolicy nie było żadnego zejścia nad wodę. Rzuciłem się biegiem wzdłuż wysokiego brzegu i przerażony patrzyłem jak silny prąd unosi ją coraz dalej i dalej, coraz mniej widoczną, coraz bardziej tonącą…Ile biegłem – nie wiem. Kiedy już zakryły ją rzeczne prądy, stanąłem i zawyłem jak umierający zwierz. Dotarło do mnie, że to koniec. Wtedy straciłem przytomność…

Po jakimś czasie ocknąłem się. Nade mną stał Bill i pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem w jego oczach była bezczelna, chora radość. Ten podły typ się cieszył! Stał tak sobie i uśmiechał się pod nosem triumfalnie. Wtem wycedził jakimś zwierzęcym, wstrętnym głosem:
- No i co teraz będzie? Czy mam zawiadomić policję, że utopiłeś swoją dziewczynę? Byłoby niezłe widowisko! A ja byłem tego świadkiem. Już wiesz, co może cię spotkać?
- Ty śmieciu! – krzyknąłem, podnosząc się gwałtownie z ziemi. – To ty ją zabiłeś!
- Możesz to udowodnić?
- Powiem prawdę! Nie ujdzie ci to na sucho, morderco!
- Ujdzie, ujdzie, i ty mi w tym pomożesz. Kto ci uwierzy? Nie masz świadków, ha, ha, ha!
A ja mam ojca, co ma znajomości, rozumiesz? Możesz przez resztę życia nie wyjść z paki. Mogę ci to załatwić. Wystarczy, że powiem, że byłem tego świadkiem, że się z nią pokłóciłeś i zepchnąłeś do wody.
- Ty parszywa gnido! – wrzasnąłem i skoczyłem, by rozwalić mu tę jego wstrętną gębę.
- A pobij mnie, pobij, proszę! Będzie potem jasne, że chciałeś uciszyć jedynego świadka swej zbrodni. Tak to wszyscy zrozumieją – zaśmiał mi się w nos. – Wyjdziesz na kompletnego osła! Powiem, że stanąłem w obronie twojej ukochanej, jak ją topiłeś, draniu.
- Ty… - jęknąłem.
- Już nigdy mnie nie obrazisz. Nigdy też nie powiesz nikomu, co tu się stało. Nikt ci nie uwierzy, a mnie wszyscy. Zostaniesz z tym już do końca życia. Już o mnie nie zapomnisz, już mnie nie poniżysz, rozumiesz, głupi mądralo? – krzyknął nagle tak głośno, że aż zakłuło mnie w uszach. – To mój prezent dla ciebie, taki na wieki wieków, który zawsze będzie ci o mnie przypominać. Już od tej pory się nie znamy. Skreślam cię. Jesteśmy kwita. I pamiętaj, trzymaj język za zębami, bo będzie źle. Teraz twój los zależeć będzie ode mnie. I wiesz, co? Trzymasz się mojej wersji, w nią każdy uwierzy – dziś po szkole byłeś u mnie. Nas tu nigdy nie było, kapujesz? Nigdy. Ona sama tu przyszła, a może, z kim innym, i wpadła do wody. Wypadki się zdarzają. Codziennie. To był właśnie wypadek.
- Ty świnio…
- Od teraz ja jestem twoim alibi – beze mnie zgnijesz w pace. Zapamiętaj to sobie. Każdy skojarzy sobie ciebie z nią. A ja powiem, że cię tu nie było. Mnie uwierzą, bo boją się mego ojca. On ma dar przekonywania. I coś jeszcze – teraz u mnie nie ma nikogo. Matka i on wyjechali na pół dnia za miasto. Idziemy tam i czekamy, aż wrócą. Mają cię zobaczyć. Będą myśleć, że siedziałeś u mnie od wielu godzin. Kiedy wrócą, ty wyjdziesz i pożegnasz się jakby nigdy nic, a jutro w szkole jesteśmy sobie obcy. Aż do końca, aż do ostatniego dnia tej parszywej budy, były kolego… - wycedził na koniec przez zęby.
Potem poszliśmy do niego i zrobiłem to, co mi powiedział nad rzeką. Wszystko potoczyło się jak przewidział – powrót rodziców, ja siedzący u niego po lekcjach, potem opuszczający jego dom i mówiący uprzejmie ,,dobranoc’’. Klatka się zamknęła, a ja znalazłem się w środku. Klucz miał pozostać w rękach tej wrednej kanalii. Teraz już nie miałem wyjścia, byłem bezsilny i nie mogłem wykonać żadnego ruchu. Najgorsze było to, że pojąłem rozpaczliwie koszmar sytuacji – on pozostanie wolny, bezkarny i włos mu z głowy nie spadnie. Wiedział, że może spać spokojnie. Znajomości ojca dawały mu gwarancję.

Przeraził mnie jego zwierzęcy spryt genialnego kretyna, który choć nie ma inteligencji, zdolności umysłowych ani polotu, ma co innego, coś o wiele gorszego – ową diabelską przebiegłość i niespotykaną wręcz podstępność.
Był wtedy czwarty grudnia i na dworze padał śnieg – rzadki, lepki i przerażająco smutny. Nigdy potem już tak dla mnie padał.
Nigdy potem już nie byłem tym samym, beztroskim chłopakiem.

Gdy spadł następnego roku, byłem już w innej szkole, z dala od niego, z dala od czegokolwiek, co mogłoby mi przypominać to wszystko, czego byłem świadkiem.
Sprawa Mimi szybko ucichła. Uznano to za nieszczęśliwy wypadek, za zwykłe ześlizgnięcie się do wody z mokrej, zaśnieżonej skarpy. Ludzie toną w rzekach i będzie to się zdarzało nadal. Nikomu nie przyszło wtedy do głowy, że to mogło odbyć się zupełnie inaczej.
Zbyt wiarygodnie przedstawiała się cała ta, ponura sprawa. Mędrcy od prawa i medycyny wspólnym głosem ochoczo oznajmili, iż to wszystko, co udało się zrobić i ustalić. I to był koniec.

Minęło wiele lat, zanim udało mi się wrócić do pozornej równowagi psychicznej.
Czas nie uleczył rany. Pozostała niezabliźniona i co jakiś czas bolała, tak samo jak poczucie bezsilności i myśl, że na nic już nigdy nie będę miał w tej sprawie wpływu.
Lecz ja wciąż myślałem. To wracało za dnia i nocą, to zamieszkało we mnie, by stać się częścią obolałej, pokręconej duszy. Nigdy potem nie zrozumiałem, jak to się stało, jak to było w ogóle możliwe, że wtedy nie zwariowałem. Każdy na moim miejscu straciłby zmysły.
I kiedy upływ czasu nieco uspokoił mnie i zatarł owo przytłaczające wspomnienie, pozostało to jedno, najważniejsze pragnienie, życzenie i marzenie, za które gotów byłem oddać wszystko – móc cofnąć czas na mój własny sposób. Coś szeptało mi w głowie, że jeśli wiara będzie silna, może uda mi się tego dokonać, choć nigdy nie wiedziałem, jak i kiedy.
Jednakże nie straciłem nadziei. Pozostała we mnie jak nigdy niegasnący ogień.
I nie pomyliłem się.
To prawda, że marzenia się spełniają, kiedy bardzo tego pragniemy.
A ja na szali położyłbym własne życie, by móc spełnić moje.


III


Długo patrzyłem na niezwykły, świąteczny prezent i kartkę z jego nazwiskiem i adresem. I na ten grudniowy śnieg, który padał bezgłośnie za oknem. Ileż zim minęło od tamtej pory? Ile razy patrząc na tańczący w powietrzu biały puch myślami byłem daleko, tam, nad rzeką mego smutku…
Teraz było inaczej. Teraz czułem, że droga, którą niebawem pójdę, będzie tą najważniejszą z wszystkich dotychczasowych, które przemierzyłem w całym swym ciekawym życiu.
To na nią chciałem od lat wejść, to właśnie nią spokojnie podążyć do upragnionego celu.
I wiedziałem także, że już się nie cofnę.

Powoli zacząłem gromadzić wiedzę na temat jego osoby. Ku sporemu zdziwieniu odkryłem, iż od lat był właścicielem ogromnej firmy – sieci restauracji, w kraju i za granicą, i należał obecnie do najbogatszych i najbardziej wpływowych postaci w świecie biznesu i rozrywki.
Szybko i bez trudu odnalazłem jego biuro, gdyż to właśnie jego adres otrzymałem na kartce wraz z pistoletem, lecz z wiadomych względów nie tam zamierzałem go odwiedzić. Byłoby to kardynalnym błędem i szczytem bezmyślności -,,gdzie nie możesz być wilkiem, bądź lisem”.
Spokojnie badałem jego życie, zwyczaje i miejsca, w których może potencjalnie bywać w wolnym czasie. I tym tropem postanowiłem podążyć.
Wnet poznałem rutynę jego dnia, co do minuty. Nagle z pustego, ociężałego intelektualnie łobuza-psychopaty stał się uporządkowanym i poukładanym szefem, kimś, przed kim kłaniały się codziennie setki pracowników, komu dziesiątki rąk w pośpiechu otwierały drzwi.
.
Kupiłem perukę męską i zapuściłem wąsy i brodę. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Peruka była ciemnoblond, gdyż obserwując wielokrotnie jego biuro zauważyłem, że właśnie ten kolor włosów miał jego szofer, mężczyzna w moim wieku, miał też ciemną brodę i wąsy. Sztuczną fryzurę przystrzygłem tak, aby wyglądała jak najbardziej naturalnie, jak włosy szofera, i teraz postanowiłem czekać na odpowiedni moment, by stać się jego rzeczywistością, której tym razem nie będzie już w stanie przewidzieć.
Jeździłem za jego samochodem tylko po to, aby ustalić, dokąd najczęściej się udaje i gdzie spędza wolny czas. I kiedy odkryłem, że często, bo dwa razy w tygodniu jest wożony na tenisa do pewnego, małego klubu na peryferiach miasta, pomyślałem sobie, że nie jest źle.
By nie zostać namierzonym, pożyczałem często samochody od przyjaciół, używałem też własnego, lecz kiedy trudno było mi zdobyć kolejny wóz, podjąłem decyzję, by sprzedać mój i kupić zupełnie nowy i nieznany. Przez jakiś czas mogłem pozostać anonimowym kierowcą, który jak wielu innych, jeździ ulicami miasta, w sobie jedynie wiadomych celach.

Z wiadomych względów obserwowałem go z daleka, z bezpiecznej dla mnie odległości, i kiedy pewnego razu wysiadał z samochodu, a wraz z nim jego szofer, prawie go nie poznałem. Jego twarz nabrała dziwnie ostrych rysów, kanciastych i surowych, jakże innych od tych, które pamiętałem z dzieciństwa. Jednym, co nie uległo żadnej zmianie, był ten sam bezczelny, arogancki wzrok, w którym zawierała się cała jego podła i niska natura.
Oczy bandyty i oszusta. Mimowolnie wzdrygnąłem się z obrzydzenia i spojrzałem na szofera.
Tu przeżyłem pewną niespodziankę. Ten mężczyzna był bardzo do mnie podobny, łudząco wręcz, i z wyglądu, i z ruchów, posiadał nawet taki sam garnitur jak mój.
Mając otwarte okno w samochodzie, który zaparkowałem niedaleko jego, usłyszałem jakieś strzępki rozmowy, gdzie Bill nazwał szofera Lu, a on powolnym głosem nieśpiesznie odpowiedział mu:,,Tak jest, panie dyrektorze, będę tu za trzy godziny. Muszę teraz skoczyć do dentysty. Mam dziś rwanie dolnej siódemki. Nie znoszę tych kowali i tego zapachu w ich gabinetach. Czyli dziś gra pan w tenisa, tak?’’ I kiedy jego szef przytaknął, poczułem, że pozostało mi już niewiele czasu. Decyzja była szybka i pewna. Taka okazja nieprędko mogła się powtórzyć. Pomyślałem sobie wówczas, że nie mogło być lepiej. Ta jedna chwila, ta krótka rozmowa podsunęła mi wnet cały gotowy plan działania.

Odkąd zacząłem ich śledzić, woziłem w bagażniku, w dużej, niebieskiej walizce, perukę i garnitur, jakby nieświadomie przeczuwając, że mogę ich nagle i bez zapowiedzi potrzebować.
Intuicja mnie nie zawiodła - teraz było moje ,,nagle”.
W walizce były jeszcze dwie rzeczy, które po drodze zdobyłem, zakładając, że mogą być mi w przyszłości potrzebne – kajdanki i strzykawkę z silnym środkiem nasennym, który pewnego razu ,,pożyczyłem” sobie, będąc w aptece mojego przyjaciela na zapleczu.
Wpadłem tam, by rzucić okiem na jego księgowość, gdyż tak się składa, że jestem z zawodu właśnie księgowym, i jak to bywa między przyjaciółmi po pracy, spotkanie nieco się przeciągnęło.
Po wspólnie wypitej butelce koniaku, przyjaciel stracił chwilowo bystrość umysłu i skutecznie uśpiło to jego czujność. Ponieważ nie byłem w jego aptece pierwszy raz, doskonale wiedziałem, gdzie co przechowuje i gdzie mam szukać.

Kiedy Bill zniknął w biurze, spokojnie ruszyłem za szoferem. Miałem trzy godziny, trzy długie godziny, by zrealizować swój plan, by zakończyć coś, co i tak trwało zbyt długo.
Przez jakiś czas jeździliśmy ulicami miasta, by w końcu dotrzeć do kliniki dentystycznej, gdzie Lu zaparkował wielkiego, czarnego mercedesa.
Powoli zapadał zmrok. W grudniu dzień jest przecież najkrótszy. Za chwilę miała zapanować noc, której nigdy nie zapomnę.
Odjechałem nieco dalej, by nikt nie widział mojego samochodu w okolicach kliniki.
Nieopodal odkryłem ku wielkiemu zadowoleniu, że znajdowały się tam ruiny starej, niszczejącej fabryki, gdzie błyskawicznie się udałem, aby w spokoju założyć tam garnitur i perukę. To miejsce było bezpieczne. Omijane przez ludzi, dawało gwarancję, że nic nieoczekiwanego nie zaskoczy mnie i nie pokrzyżuje planów. Kiedy tam byłem, nikt postronny nie kręcił się w pobliżu, jakby wiedząc, że nie powinien, nikt nawet tamtędy nie przeszedł, dając mi bezcenne poczucie swobody działania i tę pewność, że tak to właśnie miało wszystko wyglądać, że lepszego scenariusza nie wymarzyłbym sobie nigdy.

Po tym, jak się przebrałem, wróciłem do samochodu i schowałem do bagażnika walizkę ze starym ubraniem, i mając w kieszeni kajdanki i strzykawkę, a w ręku torbę z pudełkiem, w którym spoczywał spokojnie mój pistolet, ruszyłem piechotą w kierunku kliniki. Wiedziałem, że za kilka minut tam dotrę. Wiedziałem także, że będę musiał gdzieś poczekać do chwili, kiedy Lu opuści dentystę i wróci do czarnego mercedesa.
Nie zauważyłem, kiedy zrobiło się nagle ciemno i zaczął prószyć drobny, suchy śnieg.
Kręciłem się w okolicy limuzyny, marznąc niemiłosiernie, gdyż miałem na sobie tylko garnitur. Kiedy tak chodziłem tam i z powrotem, wtem spostrzegłem, że ktoś idzie szybkim krokiem w moim kierunku. Tym kimś był szofer. Nawet na mnie nie patrzył, kiedy stałem tam, nieopodal jego samochodu, lecz kiedy otwierał drzwi, nagle obejrzał się i rzucił na mnie od niechcenia okiem.
Wtedy to się zaczęło.
- Przepraszam pana, czy nie wie pan, jak dojechać stąd na lotnisko? – spytałem bez zastanowienia.
- Nie mam czasu na rozmowę, wybaczy pan – odpowiedział oschle.
- Ale to ważne, żeby mi pan… - i to mówiąc, zbliżyłem się powoli do niego i szybkim ruchem wbiłem mu strzykawkę w szyję. Nawet nie drgnął. Nagłość sytuacji sparaliżowała jego ruchy.
- Coś pan… - wybełkotał i na chwiejnych nogach wtoczył się do auta. Widziałem, że środek musiał być rzeczywiście silny, gdyż po kilku minutach Lu zaczął gwałtownie zasypiać.
Wokoło było ciemno i pusto.
- Pośpisz sobie jakieś osiem godzin – uśmiechnąłem się do siebie – i wątpię, czy będziesz zbyt wiele pamiętać.
Przesunąłem jego bezwładne ciało na miejsce dla pasażera. Miałem jeszcze ponad godzinę czasu, aby dotrzeć po Billa.
Musiałem w międzyczasie zrobić coś jeszcze. Coś naprawdę istotnego dla całej tej sprawy.
W tym celu pojechałem w pewne, znane mi, odludne miejsce i tam wpakowałem śpiącego szofera do bagażnika. Teraz mogłem czuć się bezpieczny.

Kiedy nadszedł czas, pojechałem po niego. Byłem spokojny i opanowany. Nie myślałem o niczym, bo nie musiałem. Wiedziałem, jak potoczy się dalej ten niezwykły wieczór.
Jeżdżąc za Billem, znałem doskonale drogę do klubu sportowego, gdzie ten łajdak grywał sobie w tenisa jak król i władca. Ale czy tam właśnie wybieraliśmy się tej nocy? Czy na pewno tam? Byłoby to ostatnie miejsce, w którym ,,pan dyrektor” znalazłby się w owym czasie…
Okolica biura była ciemna i prawie nikt nie kręcił się już po ulicy. Zaparkowałem samochód w widocznym miejscu i pośpiesznie wepchnąłem sobie w usta jakieś papiery, znalezione w schowku. Nawet nie wiem, co to było i wcale mnie to nie obchodziło. Chciałem mówić niewyraźnie – przecież niedawno miałem wyrywany ząb i wciąż w pustym zębodole tkwiła wata, którą kazał mi przez jakiś czas trzymać dentysta.
I kiedy już otworzyłem mu drzwi, by jak król usiadł na tylnej kanapie, ten łajdak nawet nie zorientował się, że nie jestem tym, za kogo mnie uznał.
- Jedź, Lu, ale raz dwa! Chcę sobie dziś porządnie pograć – rzekł wyniośle.
- Tak jest, panie dyrektorze – wysepleniłem.
- Nieźle cię tam urządzili z tym zębem, co? – zagadał.
- Nieźle… - jęknąłem.
- No to jazda! Ruszamy, czas to pieniądz.
I ruszyliśmy.

Początkowo jechałem w kierunku klubu na peryferiach miasta, ładnych kilkanaście minut, ale w pewnym momencie postanowiłem, że to już się zacznie. Natychmiast.
Gwałtownie zahamowałem przy jakiejś opustoszałej, sennej uliczce i błyskawicznie wyskoczyłem z samochodu. W ostatniej chwili sięgnąłem po pistolet, który spoczywał w torbie na siedzeniu dla pasażera. Chwyciłem klamkę od jego drzwi, wypluwając jednocześnie papiery z ust. Sięgnąłem do kieszeni po kajdanki.
- Dawaj łapę, ale to już! – krzyknąłem. – Dawaj, bo… - to mówiąc, wycelowałem w niego broń.
- Coś ty zwariował? – zawył z przerażenia Bill.
- Dawaj – powtórzyłem.
Dość szybko się poddał.
Skułem mu jedną rękę, przykuwając ją jednocześnie do jego nogi.
- Wygodnie, co, panie dyrektorze? Dawno pan się tak nikomu nie kłaniał, prawda? A może nigdy? Pan? No jak mogło mi to przyjść do głowy! Taki król życia…
- Chcesz forsy, baranie, to ci dam – mamrotał. – Ile chcesz! Zrobię cię kimś, nie będziesz już takim zerem, co innych wozi. Zrobię tak, że ciebie będą wozić, rozumiesz? Tylko mnie rozkuj do cholery!
- Niech pan się zamknie, dyrektorze, bo panu łeb rozwalę, jasne? Od tej pory milczeć. Jeśli nie dam zgody, nie gadasz. I tylko mi piśniesz choć słówko.
Nastała cisza. Ten drań bał się. Bał się pewnie pierwszy raz w swym całym, nikczemnym życiu. Siedział tam w kucki i nie odezwał się ani słowem. Wiedział, że to nie żarty. Czułem w powietrzu smród jego strachu. Był wszędzie, kiedy on wiercił się na tyle, poskręcany.
Znałem stary, nieużywany od dziesięcioleci, port rzeczny, gdzie wiedziałem, że będziemy mogli być sami. Tam właśnie ruszyłem. Błotnistą drogą wjechałem na betonowe nabrzeże…
Gdy samochód stanął, Bill drgnął.
- Co ty knujesz, idioto?! – zawył jak popsuta syrena strażacka.
- Zaraz zobaczysz – to powiedziawszy wysiadłem, otworzyłem mu drzwi i wywlokłem na zewnątrz. Szarpał się, skulony w żałosnym pokłonie, próbując wyprostować się.
Chciałem widzieć jego twarz, jego oczy, kiedy będę z nim rozmawiać, kiedy będziemy wspólnie wspominać stare dzieje…
- Daj łapę – wydałem polecenie – i nawet nie drgnij. Kładź się na ziemię.
Zrobił, co powiedziałem. Wtedy rozkułem mu rękę i skułem obie nogi, aby nie mógł uciec.
Teraz mogłem już zaczynać…
Chwyciłem go za kark i poprowadziłem nad brzeg rzeki, na wysokie, portowe nabrzeże.
- Zwariowałeś, Lu?! Źle ci płaciłem czy jak? Rozum ci odjęło? – wył dalej jak pomylony.
Wtedy zdjąłem perukę i wyrzuciłem ją do wody. Potem wyrzuciłem strzykawkę. W ręce pozostał chłodny pistolet.
- Jeszcze nie rozumiesz? – zapytałem spokojnym, opanowanym głosem.
- A co tu rozumieć?! We łbie ci się pomieszało! Ty nie jesteś Lu! – krzyknął nagle piskliwie i szarpnął się gdzieś w bok.
- A więc coś ci przypomnę. Był taki dzień jak dziś, kiedyś, dawno temu, wtedy również padał śnieg, i był też pewien mały spacer nad tą samą rzeką, tyle że w innym miejscu. Z tego spaceru ktoś już nie wrócił. Ktoś inny tak, ale już jako morderca. Nie wiesz przypadkiem, o kim mowa?
- Pan mnie z kimś myli – rzekł nagle innym tonem. – Zapłacę, zapłacę, ile pan zechce, tylko proszę mnie puścić. Błagam pana, zapłacę! – wrzasnął przerażony.
- Wtedy też tak prosiłeś, pamiętasz? Wtedy, czwartego grudnia, czterdzieści lat temu. Miałeś dla nas niespodziankę. Bardzo prosiłeś, aż w końcu mnie przekonałeś. Poszliśmy z tobą. Była taka skarpa nad rzeką, a w dole głębiny i wiry. I była taka dziewczyna, jeszcze dziecko, która miała całe życie przed sobą. Pamiętasz, jak tonęła?
- Pan mnie pomylił z kimś innym… - jęknął bezbarwnie i bez przekonania. Jego głos był słaby i przepełniony lękiem, wydobywał się jakby zza odległej ściany. Czułem, że opór słabnie z minuty na minutę.
- A pamiętasz ręce, które ją popchnęły w śmierć? Pamiętasz je?
- Dość! – zaskamlał. – Czego chcesz? Czego ode mnie dziś chcesz? To było dawno, byliśmy głupi i już o tym zapomniałem. Było, minęło. Życie to nie zabawa.
- Minęło?! Zapomniałeś? Już nie pamiętasz tego niewinnego spaceru, bydlaku? Ale ręce masz te same, tyle że teraz czystsze, co? – wrzasnąłem, aż się cofnął.
- Przepraszam… - jęknął jak zepsuta, nadepnięta, gumowa piłka.
- Już za późno. Już za późno na wszystko. Wysuń te łapy. Wysuń te przeklęte łapy, morderco.
I kiedy to zrobił, przestrzeliłem mu obie dłonie. Zwinął się z bólu jak porażony prądem.
- Tej nocy będziesz umierał – rzekłem twardo – ale poczujesz, że umierasz. Możesz mi zaufać. Ja umierałem przez wiele lat, podczas gdy ty cieszyłeś się życiem.
- Nie rób tego, proszę, ja mam rodzinę, dzieci, niedługo zostanę dziadkiem…
- Nic mnie to nie obchodzi. Ona też mogła mieć rodzinę, dzieci i może byłyby to i moje dzieci. Nasze. Kochaliśmy się. Zabrałeś mi najlepsze lata życia, jej zabrałeś wszystko.
Chciałeś przez chwilę zabawić się w Boga. Ale nim nie byłeś i nigdy nie zostałbyś, choćbyś miał jeszcze więcej, niż masz teraz. I popełniłeś błąd myśląc, że to do ciebie kiedyś nie wróci.
- Nie zabijaj mnie, proszę. Zrobię dla ciebie wszystko. Tylko pozwól mi odejść.
- Już nigdzie nie odejdziesz. To ostatnie miejsce, jakie widzisz w swoim plugawym życiu.
Teraz ja będę miał dla ciebie prezent – specjalny i niepowtarzalny, jakiego ci nikt nigdy nie dał. Przyjmiesz go za chwilę.
- Ale ja się zmieniłem!
- Na takich ludzi jak ty, można zawsze liczyć – nie zmieniają się nigdy.
- Jestem dobrym ojcem i mężem…
- Ona też chciałaby nie utonąć wtedy, kiedy ją zabijałeś.
- Byłem głupi, wybacz mi, głupi i rozpuszczony!
- Jesteś taki sam dziś, jak tamtego dnia, w grudniu. Dziś zrobiłbyś dokładnie to samo. Nie powinieneś był nigdy się narodzić. Zamieniłeś moje życie w piekło. Już nie pamiętasz, jak mnie zastraszyłeś? Jak urządziłeś mi najgorsze więzienie, do jakiego może trafić człowiek?
I jak bardzo cię to bawiło? Ja pamiętam to tak, jakby wydarzyło się wczoraj. Mój zegar stanął na zawsze tamtego dnia. Całe życie marzyłem o tej chwili. O chwili, kiedy cię znów zobaczę i będę mógł patrzeć, jak umierasz. Zabijałem cię na tysiące sposobów. Wierzyłem, że moje marzenie się spełni. I teraz jesteśmy znów razem. Cofnął się dla nas czas. To, co posiałeś, dziś przyjdzie ci zebrać. Cierpienie wcale nie uszlachetnia. Cierpienie boli i rozdziera duszę na strzępy. Mnie nie uszlachetniło – nie w twoim przypadku. Pamiętasz, jak śmiałeś mi się w nos i mówiłeś, że nie ma w tobie litości? Że jesteś wolny od takich głupot?
- Tak…
- We mnie też już nie ma. Nie zasługujesz na życie.
- Ale daj mi szansę…
- Dam ci szansę. Pomogę ci tej nocy odejść.
- Nie zrobisz tego…
- Możesz na mnie liczyć. Nie zawiodę.
- Ha, ha, ha! – zaśmiał się nagle, jakby ocknął się z jakiegoś letargu. – Tak, tak, tak!
To była prawdziwa przyjemność. Nieźle się ubawiłem. Nie żałuję niczego! To ja cię wybrałem na kolegę i to ja mogłem dać ci kopa na do widzenia. Nie ty! Nie ty, rozumiesz? Jak śmiałeś brać się za jakąś dziewuszkę, zapominając o mnie? O mnie, głupi durniu. Myślałeś, że ujdzie ci to płazem? Nie u mnie. Ja nie wybaczam. Ja pamiętam i wymierzam karę. Należało ci się. Zawsze byłem kimś! Zawsze byłem wielki! Teraz jestem wszechmogący. Mogę mieć i kupić, co zechcę. Kogo zechcę! Mam pełno kobiet na boku, a co. Zabroni ktoś? Rżnę je w zadek, aż iskry idą. I będą następne, moja naiwna żona jest głupsza niż ty. Jestem królem. Panem świata, bo mam pieniądze i władzę. Mam prawo robić, co chcę i mało mnie obchodzą twoje wspomnienia, twoje bóle, stracone na byle, czym lata, i nie opowiadaj mi tu o tej, jak jej tam, bo nie pamiętam nawet, i że mam się teraz kajać i żebrać twojej łaski, bo ty tak chcesz, bo ty mi każesz! Wiesz, co ty mi możesz zrobić? Powiedzieć ci, nędzny tłumoku? A won mi!
- Wiem, to – i przestrzeliłem mu kolana. Zwalił się jak kłoda na ziemię i zaklął pod nosem, wyjąc z bólu. Już był mniej hardy, mniej butny i nagle przestał być pompatyczny. Zaczynał przypominać człowieka, który wraca z dalekiej, złudnej podróży.
Jednak jego wredne oczy nie wyrażały nadal niczego poza nienawiścią.
- Boli, co? – zapytałem spokojnie.
- Ty śmieciu! – zawył.
- W końcu i ty, królu i władco, poznałeś to przykre uczucie.
- Ty gnido. Zapłacisz mi za to!
- To już długo nie potrwa. Powoli będziemy się żegnać.
- Poczekaj!
- Nie mam już czasu – i mówiąc to, zacząłem strzelać do niego, aż skończyły się kule.
Nie żył.
Był już tylko mięsem.
- Już nikogo nie skrzywdzisz, pajacu – rzekłem na koniec.
Kiedy poczułem ulgę, pomyślałem, co dalej. Wtedy postanowiłem zajrzeć do bagażnika. W głowie zaświtała mi pewna myśl. I okazało się, że trafiłem w dziesiątkę.
- Takie panisko jak ty, a wozi w bagażniku zapasową bańkę z benzyną? No, no, no…
Była duża, dwudziestolitrowa. To gwarantowało pełen sukces. To była naprawdę ta noc, na którą warto było czekać tak długo.
Wyjąłem z bagażnika śpiącego szofera. Lu spał w najlepsze i nie przeszkodziło mu wcale, że położyłem go na lodowatej ziemi, kilkanaście metrów od wozu.
Chwyciłem bańkę z benzyną i wlałem całą jej zawartość do środka samochodu. Potem zawlokłem tam Billa i posadziłem na tylnym siedzeniu. Mało mnie obchodziło, czy ktoś go potem zidentyfikuje, czy też pozostanie po nim garść cuchnącej ludzkim łojem smoły.
- Adios, amigo! Tu nasze drogi rozchodzą się na zawsze.

W kieszeni Lu znalazłem zapałki (już wcześniej poczułem, że jest palaczem), i raz jeszcze zajrzałem do wnętrza samochodu. Była tam moja torba, w której przywiozłem pistolet. Była cała mokra od benzyny. I o to mi chodziło. O to, by była piekielnie mokra.
Odsunąłem się na bezpieczną odległość i zapaliłem ją. Gdy wnet zajęła się ogniem, rzuciłem ją w stronę auta. Buchnął płomień, który szybko ogarnął pojazd i siedzącego w nim trupa.
- Trzymaj się, Lu, miłych snów – rzekłem na odchodnym. – Postaraj się nie przeziębić, jest przecież grudzień.

Kiedy po chwili wracałem piechotą w stronę miasta, odkryłem, iż nadal kurczowo trzymałem w dłoni pistolet. Nie wyrzuciłem go do wody, choć mogłem. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że nie tak miałem się z nim rozstać.
Skąd mogłem wiedzieć, że to nie był jeszcze koniec świątecznej niespodzianki.


IV


Gdy wróciłem do domu, była już noc. Po drodze musiałem jeszcze zabrać samochód z miejsca, w którym go uprzednio pozostawiłem. Stał tam jak gdyby nigdy nic i czekał na mnie cierpliwie. Zziębnięty wsiadłem do niego i odjechałem. Miasto już spało. Gdzieniegdzie paliły się samotne światła.
Kiedy w spokoju piłem ciepłą herbatę, cały czas patrzyłem na pistolet, leżący przede mną na stole. Był piękny – teraz to dopiero nieoczekiwanie odkryłem – czarny, lśniący i tylko ja wiedziałem, jak był mi bliski tamtej, zimowej nocy, kiedy spełniły się moje marzenia.
Zapakowałem go z powrotem do pudełka, w którym przyniósł go listonosz i położyłem na jednej z półek szafy. Choć był mi czymś wyjątkowym i jedynym w swoim rodzaju, wiedziałem, że niebawem będę musiał go wyrzucić do rzeki, aby nikt nigdy nie natrafił na mój ślad.

Po kilku dniach wszystkie gazety o tym pisały, prześcigając się w spekulacjach, wyciągając miałkie i beztreściowe wnioski, z których nie wynikało zupełnie nic.
Chodziło w końcu o osobę publiczną, o człowieka będącego kimś wyjątkowym.
I o sposób, w jaki pożegnał się z życiem…
Początkowo próbowano obwiniać nieszczęsnego Lu, ale ekspertyzy medyczne wnet wykazały, że nie mógł zabić chlebodawcy, gdyż już wcześniej był pod wpływem silnych substancji odurzających i w chwili mordu spał jak suseł, nieświadom grozy sytuacji.
Nie wiem i mało mnie to obchodziło, jak ta sprawa się dalej potoczy i jak się kiedyś zakończy. Coś mówiło mi, że mogę spać spokojnie – byłem wszak człowiekiem spoza kręgu podejrzanych, jeśli takowi istnieli. Jednakże znając mentalność Billa, istnienie sporej grupy wrogów brano zapewne pod uwagę jako naturalną konsekwencję jego ,,drogi do sukcesu…”

Coś innego nie dawało mi wkrótce potem spokoju, pojawiając się nagle w głowie jak genialne olśnienie – ten dziwny, nieznany mi listonosz, którego nigdy wcześniej nie widziałem na oczy. Kim był? Czemu tak nagle pojawił się tamtego wieczora, skoro od lat w naszej okolicy listy i przesyłki roznosił ten sam, doskonale znany nam, młody chłopak, który był taki miły, że pozwalał nam mówić do siebie po imieniu. Lecz tego wieczora nie był Adam…Listonosze kończą pracę o szóstej.

Nie dawało mi to spokoju, natrętnie kołacząc się dziwnym echem w umyśle.
Jakoś niespecjalnie wierzyłem w istnienie listonoszy na specjalne okazje.
Kiedy minęły święta, udałem się na pocztę celem uzyskania konkretnej odpowiedzi.
Poprosiłem o rozmowę z kierownikiem. Po chwili pojawiła się miła, młoda kobieta, wyglądająca jak ktoś, kto chętnie pomoże.
- Mam pytanie, kto doręczał mi paczkę dokładnie czwartego grudnia? Taki starszy pan, na pewno po pięćdziesiątce. Było już późno, po dwudziestej.
- Nie rozumiem? – padła nagła odpowiedź.
- Powiedział, że jest od specjalnych przesyłek.
- Nie mamy nikogo takiego. Każdy listonosz roznosi to, co do nas przychodzi, proszę pana, i nie mieliśmy nigdy żadnych specjalnych przesyłek, przynajmniej w ten sposób nazwanych.
Listy, paczki, owszem, ale nic ponadto. Od lat pracują tu ci sami listonosze.
- A więc mylę się? – zapytałem.
- Tego nie wiem.
- On u mnie naprawdę był.
- Bez urazy, ale nie wiem, co panu odpowiedzieć – rzekła oficjalnie.
- Był u mnie starszy mężczyzna i był waszym listonoszem. Taki poważny, spokojny.
- Nie, proszę pana, najstarszy listonosz, jaki tu pracuje, ma trzydzieści parę lat.
- Pan Adam?
- Tak, właśnie on. Podejrzewam, że w naszym zespole on jest obecnie najstarszy.
- Ale ja nadal mam w domu to, co mi wtedy dostarczono – nie dawałem za wygraną – więc skoro to nie był wasz listonosz, to kto w takim razie?
- Mam jeszcze dużo pracy, wybaczy pan, ale nie możemy dłużej rozmawiać – odpowiedziała i odwróciła się do mnie plecami, odchodząc do jakiegoś pokoju.
- A niech cię, wiedźmo! – warknąłem i ruszyłem w kierunku domu.

Jednak coś kazało mi zawrócić.
Było to jak głos wewnętrzny, jak głuche przeczucie…
Wszedłem ponownie do budynku pocztowego i udałem się prosto do pokoju, w którym niedawno zniknęła kierowniczka.
Gdy wszedłem, spojrzała na mnie beznamiętnie.
- Proszę o sprawdzenie, o dokładne sprawdzenie. Podpisywałem mu jakiś papier, kwitowałem. Musicie to tu mieć. To dla mnie naprawdę ważne. Chcę znać nazwisko nadawcy – rzekłem jednym tchem. – Muszę wiedzieć, kto to był.
Kobieta, widząc moją determinację, obiecała, że sprawdzi. To potrwa jakieś dziesięć minut. Trzeba zajrzeć tu i ówdzie. Poprosiła, abym poczekał na korytarzu.

Po jakimś czasie wyszła na korytarz. Jej spojrzenie było mętne. Wnet pojąłem, iż tracę czas.
- Sprawdziłam każdą przesyłkę i paczkę, która przeszła przez naszą pocztę w całym miesiącu grudniu i niestety nie było niczego do pana. Przykro mi. Nie wiem, co panu powiedzieć. To jakieś nieporozumienie. Do widzenia – rzekła cicho i zniknęła za drzwiami swego pokoju.
Z wrażenia aż usiadłem na jednym z krzeseł i siedziałem tak przez dłuższy czas, otumaniony niedawną informacją. Otumaniony i boleśnie wstrząśnięty. Co to, zatem miało znaczyć?
Przecież dowodem na prawdziwość mych słów było samo życie.
- A może ktoś przebrał się za listonosza i przyniósł mi to w ten sposób? Może wróg tamtego? Moimi rękoma chciał załatwić swoją, własną sprawę? Wystawił mi go. To nonsens. Bzdura i nie ma tu za grosz logiki. Musiałby znać naszą wspólną przeszłość, wiedzieć, co wydarzyło się wtedy, czterdzieści lat temu nad tą przeklętą rzeką. O tym wiedziałem tylko ja i on.
Tylko my, nikt trzeci - szeptałem do siebie, siedząc na poczcie.
I nagle pomyślałem o czymś jeszcze:
- Przecież tam, w szafie, wciąż leży dowód, wciąż mam w świątecznym, papierowym pudełku mój pistolet… Tak, mam go, bo tam go ukryłem. Leży jakby nigdy nic, spokojnie i cicho. Lecz czy nie za długo? Już przecież nie będzie mi potrzebny, jego misja zakończona… Czas się go pozbyć. Czas iść nad rzekę i wyrzucić go. Pójdę tam, gdzie to wszystko się zaczęło. Teraz mogę.
I z tą myślą ruszyłem do domu.

Kiedy wszedłem do pokoju, w którym schowałem owej nocy pistolet, natychmiast skierowałem się ku szafie, gdzie go złożyłem na jednej z półek, by stamtąd bezzwłocznie zabrać nad rzekę. Nawet nie zdejmowałem ubrania, nie zdejmowałem też butów.
Otworzyłem zdecydowanym ruchem szafę i ujrzałem papierowe pudełko, leżące na półce, tak jak je położyłem. Odetchnąłem z ulgą. A więc było tam nadal, prawdziwe i istniejące.
Wtedy wziąłem je w dłonie i natychmiast ogarnęło mnie gwałtowne przerażenie.

Wszystko wskazywało na to, że jest puste…

- O Boże… - jęknąłem, bojąc się tego, co przyjdzie mi za chwilę odkryć.
W końcu drżącymi rękami otworzyłem je.
Pistoletu tam nie było.
Było coś innego, co sprawiło, że pociemniało mi w oczach.
Na dnie leżało piękne, kolorowe zdjęcie Mimi, z czasów, kiedy kochaliśmy się.
Jakby zostało zrobione zaledwie wczoraj.
Jej oczy patrzyły na mnie z miłością i radością, i wyczytałem w nich to wszystko, czego brakowało mi przez te złe lata.
I nigdy, przenigdy nie pojmę tego, nie będę nawet próbował.
Jest to ten rodzaj niewiedzy, w której chcę na wieki pozostać.
Wystarczy mi to, z czym będę mógł dalej spokojnie żyć.
I wnet pojąłem coś jeszcze – coś bardzo ważnego:

Kiedy mieliśmy po dwanaście lat, kolorowa fotografia należała do rzadkości, a na rynku istniały tylko czarno-białe klisze…




27 listopada 2013









Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 03.12.2013 08:15 · Czytań: 872 · Średnia ocena: 4,89 · Komentarzy: 55
Komentarze
Usunięty dnia 03.12.2013 10:45 Ocena: Bardzo dobre
Mike17 - wpadłam tylko na moment, bo czasu dzisiaj mało, zaczęłam czytać, widzę że inne, że rozliczeniowe, że niesamowite. Już teraz mnie wciągnęło, po
I części i jestem niezadowolona, że spotkanie mam, że praca i takie tam. Ale wrócę, rzucę co nie jest konieczne, przeczytać muszę, dzisiaj

B)
ajw dnia 03.12.2013 11:58 Ocena: Świetne!
Zarezerwowałam sobie odpowiednią ilość czasu, zaparzyłam kawkę i zatonęłam w lekturze. Niesamowity klimat owiany tajemnicą, pokryty nią jak woalem. Bardzo ciekawie rozbudowana akcja, która raz po raz powodowała powstawanie włosków na ręce, którą unosiłam filiżankę, gdy z wrażenia zasychało mi w gardle. Rzeczywiście, dzisiaj nie było mi do śmiechu. Zaskoczyłes zakończeniem, bo spodziewałam się kogoś innego stojącego za tą całą historią. Uważam, ze na podstawie Twoich opowiadań z dreszczykiem można nakręcić ciekawe nowelki. Jestem pod wrażeniem. Uważam, że świetne :)
amasztybrutalu dnia 03.12.2013 12:27 Ocena: Świetne!
Pochłonęłam to opowiadanie. Nie masz najmniejszego problemu
z zainteresowaniem czytelnika słowami. Pokazałeś niesamowitą
i interesującą historię, ale i skłoniłeś do refleksji nad problemem.

Zapewne nikt nie będzie miał wątpliwości, że Bill był złym człowiekiem
i zasługiwał na karę. Nikt też nie będzie miał wątpliwości,
że nigdy by tej kary nie otrzymał od wymiaru sprawiedliwości.
Zniszczył życie tylu osobom, rodzinie małej, głównemu bohaterowi
i kij wie komu jeszcze przez całe swoje życie i wszystko
uchodziło mu na sucho.

I stawiasz człowieka przed takim moralnym dylematem:
Czy można samemu wymierzać sprawiedliwość? Czy można się
w taki sposób zemścić? Zabić drugiego człowieka?
Znając całą historię chce się przytaknąć, ale z drugiej strony
odczuwa się jakiś opór. Najlepiej uniknąć odpowiedzi na to pytanie.

Chce się tłumaczyć Predarę, że miał zjechaną psychikę,
że sprawa dusiła go całe życie i tylko tak mógł się uwolnić.

Ciągle mi w głowie jakieś pytania, na które nie potrafię
sobie odpowiedzieć. Twoje opowiadania to nie tylko zwykłe
opowiastki, o których się zaraz zapomina.

Genialnie.

Pozdrawiam:)
Aneta K.

PS Dzięki za rozpuszczalną z mlekiem, dwoma łyżeczkami cukru i ciastka;)
al-szamanka dnia 03.12.2013 20:25 Ocena: Świetne!
Cytat:
Były dni, było ich tak wiele, że trud­no by­ło­by je wszyst­kie zli­czyć

Cytat:
Miał w sobie coś z an­giel­skie­go ka­mer­dy­ne­ra, który za­cho­wu­je się z chłod­nym dy­stan­sem i unika spo­ufa­la­nia się

drugie się zbędne
Cytat:
Choć tego nie szu­ka­łem, to samo od­na­la­zło mnie.

samo mnie odnalazło... ?
Cytat:
lecz ja wnet po­ją­łem całą nie­zwy­kłość sy­tu­acji, w któ­rej nagle przy­szło mi się zna­leźć, tylko ja mo­głem wie­dzieć,

pierwsze ja zbędne
Cytat:
że ko­le­żan­ki z klasy i z in­nych klas nie chcia­ły mieć z nim nic wspól­ne­go

koleżanki z naszej i z innych klas
Cytat:
Coś wam po­ka­że( ę).


Jak zwykle, Twoje pisanie trzyma od pierwszego zdania.
Świetnie napisana opowieść o miłości, nienawiści, zemście.
Zło.
Straszne, niewytłumaczalne, wszechobecne.
Potrafi zagnieździć się nawet w dwunastolatku, który tak naprawdę powinien być naiwnym, zwykłym małolatem, marzącym o tym, aby zostać kiedyś strażakiem albo policjantem.
Ale jak sam wspominasz - zadecydowały geny straszliwego ojca.
Niesamowite okrucieństwo, czyn wskazujący na całkowity brak chociażby cienia najprostszych ludzkich emocji, znieczulica.
Jak bardzo musiał cierpieć Pradera - z tekstu wynika iż był człowiekiem samotnym, uwięzionym we wspomnieniach swojego jedynego kochania.
Nie dziwi, że tak ochoczo skorzystał z nadarzającej się okazji.
I zemsta jego była okropna, chciał sprawić jak najwięcej bólu, bo tylko największe cierpienie mogło w jakiś sposób wyrównać stare porachunki.
Opisałeś to z prawdziwie zimną krwią.
I jakby tego było mało... zakończenie.
Jak zwykle u Ciebie bardzo zagadkowe, nietypowe, jak z innego świata.
Zresztą takiego samego zdania jest Pradera:
Cytat:
I nigdy, prze­nig­dy nie pojmę tego, nie będę nawet pró­bo­wał.


Jedno z Twoich najlepszych opowiadań.
Doskonale się czytało.

Pozdrawiam :)
akacjowa agnes dnia 05.12.2013 21:19
Byłam, nadgryzłam, ale nie zakosztowałam jeszcze, bo obowiązki domowe drepczą za plecami i skaczą po głowie. Obiecuję, że wrócę. Już wiem, że warto :)
darek i mania dnia 06.12.2013 12:30
przeczytałem a całość. Treść dobrze prowadzona a może aż za dobrze bo temat niczym z kryminału a wokół niego obszerne opisy. Masz zdolność tzw "lania wody" = zanim dostał peel pistolet długo trzeba było czekać no a nim go użył to jeszcze dłużej.. No ale czytało się szybko, czyli dobrze i nie było nudno znaczy też dobrze.
Usunięty dnia 06.12.2013 12:59 Ocena: Bardzo dobre
Mike17 - przeczytałam jednym tchem. Kapitalna opowieść. W takim stylu Cię lubię, kiedy prowadzisz opowieść w pierwszej osobie, ujawniając przeszłość w teraźniejszości, chociaż nie od razu, zrazu mgliście, aż w końcu trafiasz czytelnika zaskakującą, tajemniczą puentą.

Pozdrawiam

B)
ajw dnia 06.12.2013 14:24 Ocena: Świetne!
mike, wiecej takich opowiadań na długie zimowe wieczory! :) Czekam na kolejne z niecierpliwością, bo wiem, ze się nie zawiodę, bo lektura wciągnie mnie jak się wciąga kluski z rosołu: szybko i bez problemu :) Darek i mania napisał, ze potrafisz lać wodę i rzeczywiście potrafisz, ale nie jest to przelewanie pustego w próżne. Taki makaran na uszy mozesz mi nawijać codziennie, bo człowiek wchodzi w te opowieści jak w zaczarowane lustro. Po tej drugiej stronie czeka coś niezwykłego, co potrafi przenieść wyobraźnię w zupełnie inne klimaty, niz te za oknem. I za to Cię bardzo lubię, a takze za wiele innych tematów, o których tu już nie wspomnę. Pozdrawiam serdecznie :)
mike17 dnia 06.12.2013 14:41
Witajcie, moi kochani pod tym brutalnym kawałkiem :)

Iwonko,
Nie miało być tym razem do śmiechu, miało być mrocznie i na temat.
Zero wesołych akcentów, czysty przekaz, tak, jak widział to mój bohater.
Takie historie mają miejsce, ludzie są różni, jeden wybaczy, inny nigdy.
To o tym ta historia, o najsilniejszych ludzkich namiętnościach, uczuciach, które determinują ludzkie postępowanie, kierują człowiekiem, aż do finału.
Postaram się dać Ci jeszcze wiele mocnych wrażeń w tę zimę - masz to jak w banku!
Będę podrzucać do ognia!
Bardzo dziękuję Ci za czytanko i za to, że wracasz :)
Brutalko,
Tak, Bill nigdy nie zostałby ukarany mając takie układy i mętne koneksje.
Ale zwróć uwagę na ważny fakt, że Pradera przez te 40 lat mógł próbować wymierzyć mu sprawiedliwość, szukać go, by go zabić, oddać mu tym samym.
Nie zrobił tego, zamknął się w kręgu swego cierpienia, nigdy już nie pokochał, żył samotnie.
I gdyby nie "świąteczny prezent", nie wyrównałby rachunków, a Bill żyłby dalej, więc dopiero "prezent z zaświatów" zmobilizował go, uświadomił mu, po co go dostał i co teraz ma zrobić.
I czy można to nazwać zemstą?
Wolę określenie "wymierzenie sprawiedliwości na własną rękę", zemsta to było to, co perfidnie uczynił Bill, nie można chyba tych dwóch facetów, którzy w sumie zrobili to samo, wrzucić do jednego worka.
I ja nie znam odpowiedzi na pytanie: czy wybaczyć, czy ukarać.
Nie wiem, jak sam osobiście bym się zachował i nie chcę wiedzieć, chcę żyć z tą niewiedzą.
Dzięki Ci wielkie za wizytę i tak fantastyczny, rozbudowany, rzeczowy koment :)
Al,
Pradera cierpiał 40 lat myśląc o tym, że morderca chodzi sobie na wolności i cieszy się nią, podczas gdy on, zamknięty we własnym bólu, wycofał się z życia.
Tak, chciałem pokazać Wam istotę okrucieństwa.
Człowiek podobno z natury jest zły, a tylko ci, którzy przezwyciężyli sami siebie noszą w sobie pozytyw.
Mój bohater nie odczuwa wyrzutów sumienia, przez te cholerne 40 lat chciał wyrównać rachunki, nic z tym nie robił, żyło to w jego umyśle, ale kiedy dostał szansę, nie cofnął się.
By "odrodzić się" musiał zabić Billa.
Musiał zapłacić mu za śmierć Mimi.
I kwestia pistoletu i kartki z adresem: to ona, STAMTĄD, widząc cierpienia swojego chłopaka, postanowiła mu w nich ulżyć i dać mu spokój ducha.
Tu nie chodziło o kwestie sumienia, w takich razem wyrównuje się rachunki bez zmrużenia oka.
Pradera cierpiał wiedząc, że tamtego nigdy nie dopadnie sprawiedliwość.
Powtórzenia, tam, gdzie to możliwe, usunę.
Dziękuję Ci za wejście w świat mroku i miłości :)
Darek i Mania,
Cieszę się, że się podobało i żem Wam nie zmarnował cennego czasu, że historia zagrała.
"Lanie wody" to fakt, że ponosi mnie w pisaniu i piszę zazwyczaj rzeczy długie, lubię się wypowiedzieć, z natury jestem gadułą :)
Ale najważniejsze, że poczuliście dynamikę akcji, bo o to mi chodziło, by wessać czytacza i już go nie puścić, by nie było dłużyzn i takich tam.
Dzięki za grudniowe odwiedziny :)
Amso,
Cóż, wiesz, że nie piszę tylko wesołych, na luzie, amerykańskich historyjek, czasem lubię dotknąć Problemu, natury człowieka, tego, co w nim dobre, i tego, co złe, bo tacy po prostu jesteśmy.
I chciałem poruszyć tu kwestię: czy istnieje dobra zemsta?
Czy każdy akt zemsty jest tak samo podły?
Mam poważne wątpliwości...
Trudno mi się określić w tej kwestii, stąd zestawiłem w tym opowiadaniu dwa typy rewanżu.
I dylemat: czy Bill i Pradera byli siebie warci?
Czy zemsta psychopaty jest tym samym, co akt odwetu człowieka pokrzywdzonego przez los, który nigdy nikomu nie wyrządził krzywdy, a mając szansę wyrównać rachunki, nie zawahał się tego uczynić?
Jak na to spojrzeć?
Myślę, że opinię byłyby bardzo różne...
Dzięki za podróż do krainy bólu, miłości i ludzkich, pokręconych uczuć :)

Wszystkich serdecznie pozdrawiam huraganem zza oknem :)
ajw dnia 06.12.2013 15:10 Ocena: Świetne!
Masz rację. Do tematu "zemsty" i "wyrównania rachunków" powinno sie podchodzić zupełnie inaczej. Jest to temat na długi wywód psychologiczny i filozoficzny, ale dobrze jest podejmować te zagadnienia, bo nie mozna tych dwóch rodzajów zachowań rozpatrywać pod wspólnym mianownikiem. Pozdrawiam jeszcze raz :)
mike17 dnia 06.12.2013 15:15
I to właśnie chciałem ukazać, że nie ma znaku równości, między tym, co zrobił Bill, mordując biedną dziewczynę, i tym, co potem uczynił Pradera, choć jak wcześniej wspomniałem nigdy nie szukał Billa, by go zabić - to przyszło do niego samo, "świąteczny prezent" :)

Pozdro, Iwonko :)
Figiel dnia 06.12.2013 21:12 Ocena: Świetne!
Jak zwykle u Ciebie dobrze napisana rzecz o nieplanowanym, a wręcz wymuszonym akcie zemście. To tak, jakby człowiek w pewnym sensie stłumił krzywdę i bólu, ale "coś" domagało się wyzerowania rachunku. A ponieważ przebaczenia w bohaterze nie było, chętnie przyjął podszept.
Zemsta niby uzasadniona, ale czy na pewno cokolwiek wyrównuje, czy też wręcz przeciwnie - rodzi nowy ból, w tym przypadku ból rodziny zabitego. Czy zemsta tak naprawdę zamyka saldo na zerze, czy tylko przenosi stratę na inne podmioty?
Zastanawiam się też, jaki jest sens zemsty w postaci zadania śmierci. Zmarłych brak życia nie obchodzi, a strach przed końcem jest bardzo ograniczony w czasie - od momentu przebrzmienia ostatniego słowa, do chwili naciśnięcia języka spustowego. Taka zemsta, to raczej wybawienie, zwolnienie z odpowiedzialności uzyskania świadomości, co czuła skrzywdzona osoba. Bo przecież tak naprawdę bohater mścił nie śmierci dziewczyny, tylko własne lata spędzone na smutku, żalu i rozpaczy.

Pozdrawiam :)
mike17 dnia 07.12.2013 09:34
Witaj, Beatko, pod tym mrocznym kawałkiem :)
Tak, masz sporo racji, pisząc, że wyrównanie rachunków było potrzebne bohaterowi, aby w końcu zaznał wewnętrzny spokój, i po to otrzymał STAMTĄD prezent, bo jego Mimi chciała nie tyle, by ją pomścił, ale by sam uwolnił się od upiorów przeszłości, bo zabicie Billa było dla niego jedynym lekarstwem, czas nie uleczył rany.
Tak, w Praderze nie było ani wyrzutów sumienia, ani wątpliwości - czekał na tę chwilę 40 lat i jakoś wiedział, że nadejdzie :)
I fakt: do wyrównania rachunków został niejako "zmuszony".
I teraz dopiero mógł zacząć życie na nowo, wolny i świadomy, że sprawiedliwości stało się zadość.
Dużo by tu dywagować, może być wiele spojrzeń na tę kwestię, tak jak wielu jest ludzi.
Ale takie rzeczy to fakty, to się zawsze działo, dzieje i będzie dziać.

Pozdrawiam śnieżnie :)
bosski_diabel dnia 07.12.2013 10:46
Interesująco ale to chyba za mało powiedziane bo choćby to była woda to podana w krysztale prowadzisz czytelnika tajemnicą ale tajemnicą życia, właściwie psychologią życia ...i czasami rzeczywistość która bywa okrutna. Poczytałem z wielką przyjemnością i...idź tą drogą :) pozdrawiam serdecznie.
mike17 dnia 07.12.2013 11:10
Dziękuję, Tadeuszu, za czytanie tego opowiadania, które jak słusznie napisałeś, opowiada o okrucieństwie życia - nie zawsze jest ono wesołą jazdą bez trzymanki, czasem to cierpienie, mrok i ból, i to chciałem tu oddać.

Każda twoja wizyta jest dla mnie Czymś Wielkim, ale o tym już dobrze wiesz :)

Pozdrawiam resztkami orkanu :)
mede_a dnia 07.12.2013 11:47
Och, mike... :( Daleko jestem od Twego opowiadania i bliżej nijak nie mogę. Już dawno przeczytałam i dotąd trawiłam. Jest w nim to, czego absolutnie nie akceptuję- takiej zemsty. Dla mnie to morderstwo, nie wyrównanie rachunków. Piszesz, że bohater został niejako zmuszony. Nikt nie jest w stanie przymusić do czegokolwiek innego człowieka, nawet gdyby ten pistolet przystawił mu do głowy. Zawsze jest wybór, choćby:
"wybór pozycji
w której chce umrzeć
wybór gestu
wybór
ostatniego słowa"-
- że podeprę się Herbertem.
Nie akceptuję żadnego usprawiedliwienia dla pozbawiania człowieka życia, również zemsty, zarówno w wymiarze osobistym, jak i społecznym, dlatego Twój bohater dla mnie też jest mordercą jak jego ofiara. Serdeczności.
mike17 dnia 07.12.2013 11:53
Masz rację, można na jego ruch tak patrzeć, chciałem właśnie ukazać niejednoznaczność oceny takiego postępowania w kontekście tego, co wyrządził mu Bill - ludzie są różni: jeden wybaczy, inny się zemści, taki świat.
A skoro mój bohater jest mordercą, bo przecież jest, jak zestawić jego "mord" z mordem Billa - to dwie różne kategorie czynu.
Nie każda zemsta jest taka sama i tak samo się na nią patrzy: raz jest podłym, niskim uczynkiem, innym razem wyrównaniem rachunków, aktem sprawiedliwości.

Ja nie ośmieliłbym się jednoznacznie ocenić Pradery - po prostu nie znam odpowiedzi i nie chcę jej znać.

Pozdrawiam topniejącym śniegiem :) i dzięki za czytanko :)
mede_a dnia 07.12.2013 12:00
Mike17. Jestem przeciwniczką kary śmierci. Od zawsze i zawsze z pełną świadomością. Nie mogę zatem usprawiedliwić w żaden sposób Twojego bohatera.
mike17 dnia 07.12.2013 12:03
Oczywiście, masz prawo do własnych poglądów, ale mój bohater myślał inaczej :)
Dla niego czas się zatrzymał...
amasztybrutalu dnia 07.12.2013 12:24 Ocena: Świetne!
Tu nie ma niczego do usprawiedliwiania, ten mord,
wyrównanie rachunków... tak naprawdę nic się nie wydarzyło.
Przecież duchów albo nie ma, albo sobie są, ale nie wysyłają
do ludzi broni;)

Predara dalej żyłby sobie w swoim smutnym świecie,
żadnej kary śmierci by nie wymierzył. Skoro przez 40 lat
nie był do tego zdolny, to nie byłby do końca życia,
gdyby nie ingerencja istot nie z tego świata.

Pewnie wielu ludzi nosi w sobie takie straszliwe wspomnienia,
no bardziej lub mniej, ale tego typu rzeczy się nie zapomina,
a jednak co druga osoba na ulicę zabijać nie wychodzi,
choć pewnie ma na to ochotę, ale sama ochota nic nie znaczy.
Czyny się liczą podobno;)

W świecie rzeczywistym Predara miałby ochotę,
ale siedziałby w domu i dalej odliczał lata od zdarzenia.
Dalej by się dręczył i pozostałby samotny.

Tak myślę.
romantyczna dnia 07.12.2013 13:21 Ocena: Świetne!
Witaj Mike,
Opowiadanie oczywiście bardzo interesujące, dające do myślenia, bo choć jak już wspomniała medea, nikt nie zasługuje na karę śmierci, to nieraz sami mamy ochotę zarżnąć niejedną osobą, która gra nam na nerwach. Nie przeczytałam co prawda całego, ale na pewno później jeszcze tu zajrzę. A póki co od strony językowej, mam kilka niezobowiązujących uwag, jeśli mogę:
Cytat:
Miał w sobie coś z an­giel­skie­go ka­mer­dy­ne­ra, który za­cho­wu­je się z chłod­nym dy­stan­sem i unika spo­ufa­la­nia się

ja bym tutaj dała który zachowuje chłodny dystans i sprawa z się automatycznie się rozwiązuje ;)
Cytat:
to mó­wiąc, cicho i bez­sze­lest­nie ulot­nił się z domu

tutaj z kolei wyrzuciłabym cicho, bo dla mnie to jedno i to samo
Cytat:
wszyst­kim, co zo­ba­czy­łem był mrok nocy… Nikt nie szedł ulicz­ką, nikt nie po­ja­wił się na ja­snym, ośnie­żo­nym chod­ni­ku.

mrok nocy nie gra mi jakoś z jasnością chodnika, może po prostu ośnieżonym, bo zgaduję, ze chodziło Ci właśnie o tą jasność bieli :p
Cytat:
lecz ja wnet po­ją­łem całą nie­zwy­kłość sy­tu­acji, w któ­rej nagle przy­szło mi się zna­leźć, tylko ja mo­głem wie­dzieć

wyrzuciłabym pierwsze ja, bo potem i tak się to powtarza, a przy wnet nie jest ono potrzebne
Cytat:
Nie zna­łem się z tej stro­ny.

nie znałem siebie od tej strony
Cytat:
o ład­nej twa­rzy, o ty­po­wej uro­dzie skan­dy­naw­skiej i za­wsze im­po­no­wa­ła mi jej go­ścin­ność i otwar­tość

drugie o zbędne ;)
Cytat:
Kiedy przy­cho­dzi­łem do ich domu, za­wsze wi­ta­ła mnie uśmie­chem i wnet czu­łem, że je­stem tu mile wi­dzia­nym go­ściem

tu zamieniłabym na tam, bo trochę z czasem mi nie gra

To tylko takie moje spostrzeżenia, do których oczywiście nie musisz się stosować. Na razie nie będę się wypowiadać, bo uważam, że opowiadanie zasługuje na więcej uwagi, przydrepczę więc nieco później ;)

Pozdrawiam
mike17 dnia 07.12.2013 13:37
W zupełności się z Tobą, Brutalko, zgadzam, o czym już w poprzednich komentach pisałem: Pradera nigdy nie zabiłby Billa, gdyby nie prezent.
Więc tak naprawdę winić trzeba Mimi :) - to jej "ingerencja" zabiła jej mordercę.
A Pradera?
Umarłby w samotności i bólu, do końca pamiętając czwarty grudnia 40 lat wstecz.
Nigdy nie posunąłby się do wymierzenia kary, ale został do tego "zachęcony", a to już coś innego.
Myślę tak sobie, że i sąd skazałby zupełnie inaczej każdego z nich.
Ale nie mnie o tym wyrokować :)

Romantyczna, niektóre sugestie są ok i zaraz je wprowadzę, przy innych pozostanę przy swojej wizji, dziękuję za cenne podpowiedzi :)
I czytaj dalej :)
akacjowa agnes dnia 07.12.2013 16:56
Miku, przeczytałam wreszcie :) Potrafisz pisać tak, by wciągnąć czytelnika. Tym razem przejrzałam Cię. Oprócz paru szczegółów przewidziałam wszystko. Nawet przyszło mi do głowy, czy ta Mimi napewno zginęła :)
Jedno mnie zastanowiło, że bohater tak łatwo dał się wciągnąć w zemstę. W końcu ta osoba, która przesłała "prezent" doskonale wiedziała, co on z nim zrobi. Tak tego pragnął, że rozsądek przestał działać. Co potrafi zrobić z człowiekiem nieszczęście i nienawiść?
Okropnie niszczące uczucia.
Nie wiem, czy gdyby broń została u niego, nie użyłby jej przeciw sobie.
Pozdrawiam
mike17 dnia 07.12.2013 17:06
Aga, od momentu, gdy jest scenka z utopieniem Mimi, a wcześniej Pradera dostaje "prezent", już chyba jest wiadomo, że wymierzy sprawiedliwość.
Po to ten prezent dostał.
Lecz chyba nie przewidziałaś od kogo :)
Można było pomyśleć, że od żywego, realnego wroga Billa, ale to spala na panewce, bo o tamtej tragedii wiedzieli tylko oni dwaj i martwa Mimi :)
On nie żył "żywą" nienawiścią, bardziej bólem i wypaleniem, a to, że Bill ją utopił i że powinien ponieść za to karę niejako "zakodował sobie" w swojej psychice i cierpliwie czekał...
Może wierzył, że morderca wcześniej czy później zapłaci za to, co zrobił?
Bez "prezentu" nigdy by nie zabił Billa i tu jest cały pies pogrzebany :)

Pozdruffki wieczorowe :) i dziękuję Ci za wejście w ten mroczny wymiar.
akacjowa agnes dnia 07.12.2013 17:22
Właśnie Mimi przyszła mi do głowy, jako darczyńca :) Ale kombinowałam, że przeżyła i gdzieś żyła z amnezją wiele lat aż poprzez wizyty u hipnotyzera doszła do swojej przeszłości i zaczęła działać. Tak sobie podedukowałam :) Ale ten listonosz-duch mnie naprowadził na bardziej nieziemskie rozwiązania :)
mike17 dnia 07.12.2013 17:31
Właśnie!
Listonosz miał być tą zajawką, o co tu będzie szło.
Już wtedy chciałem pokazać, że światy się tu wymieszają, dając "coś zza grobu" i coś z życia.
Mimi nie mogła przeżyć - w tekście jest, że policja prowadziła śledztwo, a więc były zwłoki, ale uznano wszystko za nieszczęśliwy wypadek.
Nieźle kombinowałaś :)
Rzeczywistość była bardziej prozaiczna...
Dobra Cobra dnia 08.12.2013 19:28
Mike, gubię się w Twoich długich tekstach.


Pozdrawiam,

DoCo
mike17 dnia 08.12.2013 19:33
To czytaj w odcinkach, ziomuś :)
Co się odwlecze, nie uciecze.

Pozdruffki!
Dobra Cobra dnia 08.12.2013 19:42
:-)
Usunięty dnia 09.12.2013 11:22
wszyscy przed mną to co najlepsze a ja dodam, bardzo :)
mike17 dnia 09.12.2013 16:13
Dzięki, Emcek, w końcu zawitałeś :)
Bardzo się cieszę, kiedy nowy czytacz się wyłania z niebytu :)
Wpadaj jak najczęściej - zapraszam i otwieram wierzeje!
Usunięty dnia 09.12.2013 16:20
o tak czytelnikiem, bo wiersze kasuję ,widać jeszcze muszę poćwiczyć aby nie lądować we wprawkach :)
mike17 dnia 09.12.2013 16:24
Twoje kawałki są w porządku, rób swoje i nie przejmuj się niczym - czytelnik sam doceni, jak dotąd he he :)
pablovsky dnia 09.12.2013 16:26 Ocena: Świetne!
Podobnie jak DoCo, chętnie bym przeczytał, bo wiem, że masz talent i czyta się Twoje historie, ale ja jakiś niecierpliwiec jestem i często mam ADHD, stąd uwielbiam krótkie teksty (jak ja książki czytam?!) :) Może faktycznie połknę Cię w odcinkach, na trzy razy? :)
mike17 dnia 09.12.2013 16:49
Pablo, jasne, łykaj w odcinkach, tekścior faktycznie chyba z moich najdłuższych, ale bądź dzielny i wbijaj tu, choćby jutro!
Przewiozę Cię moją mroczną karuzelą :)
pablovsky dnia 09.12.2013 17:46 Ocena: Świetne!
A wyobraź sobie mike, że przeczytałem od dechy, do dechy. Chciałem na trzy razy, ale opowiadanie po pierwsze - było zbyt intrygujące, aby je przerwać w połowie, a po drugie - gustuję w podobnych klimatach, więc niedoczytanie byłoby poważnym grzechem.
Napiszę tak - to, co stworzyłeś jest naprawdę przekonujące. Twój styl pisania znam, ale nie sądziłem, że zabierzesz się za morderstwo.
Jak widać, poradzisz sobie również ze zbrodnią. Ba, sądzę, że w pewnym sensie odnalazłeś się w konkretnym temacie.
I nie ważne, że trochę jest tu pomieszania kryminału, thrillera, a nawet zaryzykuję i napiszę, że można tu się doszukać bajkowych inspiracji, ta historia przemówiła do mnie, wykonałeś, mike, kawał dobrej roboty. A jeśli tak piszę, to nie po to, aby Ci poprawić humor, naprawdę tak sądzę.

Jest tylko jedna kwestia. Twój bohater popełnił drobny błąd. Zastanawia mnie, czy ktoś odkryje w którym momencie?

W związku z tym, prawdopodobnie, wkrótce znowu ktoś zapuka do jego drzwi.
- Pan pradera?
- Tak, o co chodzi?
- Mam nakaz aresztowania pana. Od tej chwili, wszystko co pan powie...
mike17 dnia 09.12.2013 17:59
Ha ha ha!
Pablo, on dożyje do swojej śmierci w spokoju ducha, bo nigdy nie był w kręgu podejrzanych, a Bill miał wrogów, ale taki szaraczek jak Pradera, był poza.
Super, że Ci się podobało, to najbrutalniejsze z moich opowiadań, ale jak wiesz, lubię zmieniać gatunki i dawać co jakiś czas coś świeżego.
Nie liczyłem na tak dobry odbiór - myślałem, że zjedziecie mnie za okrucieństwo.
Ale życie to nie je bajka - tu pokazałem dwie różne odmiany zemsty.
Po mojemu: tę złą, i tę dobrą.
Wiem, że zaraz ktoś może krzyknąć, że tak nie jest, ale ja nie mówię TAK i nie mówię NIE temu, co zrobił Pradera.
Nie znam odpowiedzi i nie chcę jej znać.
Najważniejsze, że on śpi już spokojnie i wie, że i Ona inaczej już patrzy STAMTĄD.

Dzięki, stary, za super koment i najwyższą notę.
To przykry kawałek, więc wcale nie musiał się podobać, mógł wzbudzić obrazę lub gniew.
Po prostu takie sprawy dzieją się w życiu i chciałem coś o tym napisać.
shinobi dnia 15.12.2013 21:52
Ciekawy tekst, wciąga, choć rozmiarów pokaźnych i nawet obawiałem się, czy dam radę na raz. Dałem bez żadnego ale.

Jest w tym kawałku coś z grozy Kinga. Coś może, w dużo ambitniejszej formie, jak oferta kina eksploatacji. Słodycz zemsty, uciecha gdy kule lądują mu w ciele.

Stylem, jak to Ty, operujesz nad wyraz wartkim, widać, że to bez wysiłku Ci przychodzi i lekko.

Amerykańsko też jest, a jak! :)

Fajne opowiadanie.
mike17 dnia 15.12.2013 22:07
Dzięki, Shinobi, że wpadłeś w ten mroczny świat i poczułeś, jak to jest cierpieć i móc wyrównać rachunki, choćby po 40 latach :)
W tym opowiadaniu zawarłem pytanie: jak Ty byś się zachował, czytaczu, na miejscu Pradery?
Jak już mówiłem wcześniej, nie znam odpowiedzi.
I nie chcę znać.
Ważne, że on poczuł ulgę i mógł zacząć życie na nowo.

Życie bywa brutalne i to chciałem tu właśnie pokazać.
Dobra Cobra dnia 16.12.2013 12:45
3masz styl a i suspensu nie popuszczasz! Brawo!


Pięknego dnia,

Dobra Cobra
mike17 dnia 16.12.2013 13:22
Dzięki, stary, za czytanko tego opowiadania :)
Trzym się ramy :)

Pozdro!
marukja dnia 16.12.2013 19:37
Witaj, mike.
No, przyznam, że mnie zaskoczyłeś, a dokładnie - zaskoczyła mnie końcówka. Spodziewałam się jednak powrotu nad rzekę, tam, gdzie wszystko się zaczęło. Już wygenerwoałam sobie w wyobraźni ten obraz, aż tu nieoczekiwanie ... wow! :)

Rzeczywiście, można odnaleźć tu coś z S. Kinga. Może ten powrót w młodzieńcze lata, troszkę nawet do szkoły, do przezwisk (swoją drogą Miętowy Bill - super!), przypomniał mi odrobinę powieść "TO". Koniec zaś, z akcentem transcentednalnym, obudził skojarzenia z "Ręką Mistrza", moją ulubioną.
W każdym razie rozbudzasz ogromną ciekawość czytelnika już w pierwszym rozdziale, na duży plus. Stylistycznie na bardzo dobrym poziomie, nie doszukałam się nawet najmniejszego przecinka. ;)

Trochę rozmyłam się jednak czytając rozdział III. Myślę sobie, że za bardzo wydłużyłeś cały proces rozprawienia się z przeszłością, za bardzo szczegółowo, chyba niepotrzebnie. Natomiast pomysł z peruką fajny, rozbawił mnie. No i szczykawa musi być, obowiązkowo. ;)

Miło pobyłam,
pozdrawiam!

PS. Aż strach, co jeszcze przed świętami może mi przynieść listonosz... ;)
mike17 dnia 16.12.2013 20:08
Marukjo, moja droga, cóż motyw zemsty stary jak ludzki ród :)
Chciałem pokazać, że nie zawsze się wybacza.
Czasem po prostu to niemożliwe.
Człowiek pragnie sprawiedliwości, i jeśli dostanie swoją szansę, by odpłacić, odpłaci.
Liczyłem się z tym, że utwór może zostać odebrany bardzo różnie, bo znów wsadzam kij w mrowisko, ale ja mam taką potrzebę - nie lubię pisać o byle czym, no chyba że od samego początku opowiastka jest na lajcie i dla jaj napisana.
Tu tak nie było.
Długo szlifowałem całość, by uderzyła w czytacza tak, jak sobie to wyobrażałem.
Czy się udało, Wy oceniacie.
Starałem się, by każdą część dać w miarę konkretnie, by wniosła coś do całości.
Dużo z tekstu wyrzuciłem.
Ta wersja to wersja finalna.
Na więcej już mnie nie stać.

Pozdruffki i fajnie, że byłaś, czytałaś, poczułaś i że może wrócisz?

PS.
Patrz na świąteczny prezent...
ajw dnia 17.12.2013 17:20 Ocena: Świetne!
Troche pospieszyłeś się z tym światecznym prezentem i teraz czekam na drugi prezent na święta. Ciekawa jestem co też nowego wykoncypuje Twoja przeogromniasta wyobraźnia? Pozdrawiam cieplutko przeskakujac ze zniecierpliwieniem z nogi na nogę ;)
mike17 dnia 17.12.2013 18:12
Iwonko, biorę udział w konkursie na miniaturę i tam poczytasz coś, co może wprawić Cię w osłupienie, mam nadzieję :)
Na nic nie liczę, bo utworek krótki, mizerny...
Dostaniesz ode mnie swój prezent, inny niż ten z tego opowiadania, ale... ciut podobny :)
Liczę na twój koment po nowym kawałkiem!
Lenix dnia 21.12.2013 21:03
Witaj Mike.
Szkoda, że nie widać cienia szansy na rozwiązanie zagadki. :)
Albo chociaż na jakieś domysły.
Pozdrawiam świątecznie. :)
mike17 dnia 21.12.2013 21:07
Lenix, odpowiedź zna jeno wiatr, a czytacz musi już sam pogłówkować, by ułożyć to puzzle w spójną całość.
Fajnie, że wpadałeś, i że w ogóle wpadasz.
Zapraszam pod moje kawałki starsze, i te, co się ukażą.

Wesołych Świąt :)
puma81 dnia 15.01.2014 13:53 Ocena: Świetne!
Mike, czytałam już jakiś czas temu, dzisiaj sobie z chęcią wróciłam, mimo że temat dość trudny i krwawy.
Pierwsza, młodzieńcza miłość ma niepowtarzalny smak, podobnie jak zrealizowane pragnienie zemsty. Jest wina, musi być i kara. Sama rozerwałabym na strzępy za ukochanego ;) ;) ;)
Klimat tajemniczości, bujny język, świetne opisy przeżyć emocjonalnych bohatera. Czegóż chcieć więcej?
Odp. Kolejnego opowiadania!
Pozdrawiam niezwykle serdecznie:)
mike17 dnia 15.01.2014 17:52
Kasiu, bardzo mi miło, żeś zaszczyciła mnie swoją wizytą i weszła w świat, w którym nie ma zmiłuj, jest ból i przemoc, pragnienie zemsty i wymierzanie jej na własną rękę, jak w życiu, kiedy dochodzi się do punktu, poza którym jest już tylko działanie, a po drodze Prawo nie kiwnęło palcem :)

Cieszę się, że Ci się ta brutalna opowieść spodobała, ale jak już wcześniej pisałem w poprzednich komentach, ja się nie podejmuje oceny postępowania Pradery, przyjmuję to do wiadomości.
Bo z drugiej strony każda wina domaga się kary...

Piękny koment mi dałaś, tym bardziej chce się pisać nowe kawałki!

I ja odpozdrawiam równie serdecznie :)
bened dnia 20.12.2015 03:18 Ocena: Świetne!
Cytat:
Zastanawiam się też, jaki jest sens zemsty w postaci zadania śmierci. Zmarłych brak życia nie obchodzi

A czy jest sens płacić podatki na morderce, który nie odczuwa skruchy? Albo pozwolić mu żyć z poczuciem, że mu wszystko wolno?

Cytat:
Bo przecież tak naprawdę bohater mścił nie śmierci dziewczyny, tylko własne lata spędzone na smutku, żalu i rozpaczy.

Moim zdaniem chodziło mu w największym stopniu o to, że Bill odebrał Mimi szanse na szczęście i całkowite poznanie miłości, która tak pięknie się zaczęła.

Cytat:
Zemsta niby uzasadniona, ale czy na pewno cokolwiek wyrównuje, czy też wręcz przeciwnie - rodzi nowy ból, w tym przypadku ból rodziny zabitego.

Cierpienie po stracie ukochanej osoby jest niewymierne i nie ma końca. Zemsta tylko częściowo może ukoić katusze serca opłakującego tragedię.
Rodzina Billa prawdopodobnie poczuje ulgę po jego śmierci. Nie sądzę, żeby ktoś tęsknił po zwyrodnialcu, który nie zna litości, współczucia i nie wie czym jest prawdziwa miłość.

mike17 napisał:
Ja nie ośmieliłbym się jednoznacznie ocenić Pradery

A ja oceniam ten czyn jako zdecydowanie słuszny i całkowicie go popieram.

Cytat:
I stawiasz człowieka przed takim moralnym dylematem:Czy można samemu wymierzać sprawiedliwość? Czy można sięw taki sposób zemścić? Zabić drugiego człowieka?

Myślę, że tak. Ja pomściłabym każdą osobę, którą kocham.
Dziwi mnie tylko, że Pradera tak długo z tym zwlekał.
Dopiero pomocnicy z zaświatów uświadomili mu co powinien zrobić i podali rozwiązanie na tacy.
Być może to oni byli też odpowiedzialni za mnóstwo korzystnych zbiegów okoliczności towarzyszących tej historii :)
Treść wciągająca i dająca wiele do myślenia.
Pozdrawiam!
mike17 dnia 20.12.2015 14:16
Zemsta nie jest aktem jednoznacznie złym lub dobrym.
Można wyróżnić dwie odmiany odwetu:
- kiedy okrutnie pokrzywdzony, dobry człowiek wymierza sprawiedliwość na własną rękę.
- kiedy kanalia mści się za lekcję życia, jaką dostała od dobrego człowieka.

Pierwsza odmiana zemsty jawi się więc jako uzyskanie upragnionej sprawiedliwości, jakiej często nie daje prawo, bo nie potrafi lub nie chce wyegzekwować tego, co powinno – kanalia zostaje ukarana, a dobry, pokrzywdzony człowiek odzyskuje spokój ducha.

Druga odmiana to już czysta patologia, bo intencje są brudne – nie są poszukiwaniem sprawiedliwości, a prymitywną żądzą odwetu, czyli osobnik taki nie wyciągnął wniosków z lekcji życia, jaką dostał kiedyś od osoby, na której pragnie się zemścić.

Zemsta Pradery była dla niego prezentem: wyrównał rachunki za śmierć swojej Mimi i za stracone lata, bo nie pokochał już po tamtej małej nikogo.
Policja bezrozumnie potraktowała sprawę jako wypadek, a w takich sytuacjach zawsze bierze się pod uwagę domniemanie zabójstwa.
Jako postać na wskroś tragiczna zasługiwał na swój świąteczny prezent.
Z natury nie był mściwym człowiekiem, skoro przez 40 lat nie dokonał aktu zemsty.
Lecz kiedy zrozumiał, że może to zrobić, nie zawahał się ani minuty.

W opowiadaniu zawarłem także mój pogląd na zemstę „z zaświatów”.
Dusze osób zamordowanych nie mogą zaznać spokoju na tamtym świecie i wpływają na żywych, by ci wyrównali za nich rachunki – dopiero wtedy pójdą „dalej”.
Motyw ten pojawił się np. w kultowym horrorze „Zemsta po latach”.

Dzięki, Beniu, za podzielenie się swoimi przemyśleniami i pobycie w moim świecie :)

Pozdro!
faith dnia 14.02.2016 19:22
Długo się przymierzałam i szukałam czasu, by zasiąść do tego opowiadania, a kiedy już się to stało, nie oderwałam się nawet na chwilę.
Akcja płynie wartko niczym owa nieszczęsna rzeka, która pojawia się w Twoim opowiadaniu, Michale.
Zemsta... Czym jest i czy dla każdego znaczy to samo?
Po lekturze i kierowana własnym doświadczeniem wiem, że z pewnością nie.
Ekstremalne przeżycia i sytuacje wyzwalają w nas odruchy, o które często sami siebie nie podejrzewamy. Twój bohater czegoś takiego doświadczył. Jednak zemścił się w sposób wyrachowany, z zimną krwią. Nie każdy, uważam, jest do tego zdolny. Mało kto, tym bardziej, potrafi z takiej zemsty czerpać satysfakcję. A może to ja żyję w jakimś delikatnym świecie swoich imaginacji i nie zdaję sobie sprawy, jak wielu ludzi potrafi być podobnie nastawionych do zemsty. Jestem raczej ciepłym kapciem i nie należę do osób, którym mszczenie się przynosiłoby jakąkolwiek satysfakcję. Ale może to tylko świadczy o tym, że jeszcze nikt porządnie nie nadepnął mi na odcisk.

Czy można w jakiś sposób usprawiedliwiać ten czyn, lub go oceniać?
Z Billa był porządny kawał drania, a w dodatku socjopata. Nie okazał skruchy nawet w obliczu śmierci
Czy finał można określić w ten sposób, że sprawiedliwości stało się zadość? Pozostawiam do pytanie w zawieszeniu...

Pewne jest jednak to, że czytało mi się Twoją historię bardzo dobrze.
Zazwyczaj z dystansem podchodzę do tak długich tekstów, bo nie przepadam za czytaniem przed komputerem, ale jeśli o Twoje teksty chodzi, zawsze jestem zdolna się poświęcić, bo warto :)

Pozdrawiam
mike17 dnia 14.02.2016 19:49
Inspiracją była "Zemsta po latach" kultowy horror wszech czasów :)
Tam zamordowany przez ojca psychopatę chłopiec wraca po latach, by rękami innego człowieka, który przeszedł podobną drogę - stracił dziecko - wyrównać rachunki.
I wyrównuje je.
I oglądając film ma się pewność, że ta zemsta była dobrym aktem sprawiedliwości.
Zło dostało za swoje.

I sam w to wierzę: że są sytuacje, gdzie pokrzywdzony winien dochodzić swego, za wszelką cenę.
Bo prawo czasem stoi po stronie bandziora.

I w tym opowiadaniu było podobnie: Mimi "stamtąd" poprosiła o wyrównanie rachunków.
Pradera dostaje swój świąteczny prezent, choć nie był mściwy - jeśli przez 40 lat tego nie zrobił, nie zrobiłby tego nigdy - to ona, ta zamordowana dziewczynka upomniała się o swoje.
I dopiero po śmierci Billa mogła "iść dalej, ku światłu".

Uważam, że zemsta jest zbyt złożonym zjawiskiem, by określić je jednym słowem.
To wszystko zależy od okoliczności.
Podczas wojny jest wymierzaniem sprawiedliwości, w czasie pokoju wyrokiem sądu.
Ale to ciągle ta sama zemsta.
Zmienia się tylko sceneria.
I warto pomyśleć, czy to ślepy odwet, czy akt sprawiedliwości.

Bardzo dziękuję, Kasiu, za garść przemyśleń i tradycyjnie mądry, wartościowy koment.
Wiem, że warto pisać, bo z komentów wiele można się nauczyć.
Zwłaszcza z Twoich :)
Było mi niezmiernie miło Cię gościć i poznać Twoją opinię :)
A że temat ciężki, cóż, ja tak czasem mam.

Pozdrawiam :)
Kazjuno dnia 16.12.2018 16:11
Krążyłem, krążyłem… wokół Świątecznego Prezentu i różne przyczyny sprawiały, że wstrzymywałem się z jego rozpakowaniem. Przypuszczałem, że zawartość mnie wciągnie i się nie pomyliłem.
Dawno temu jako dzieciak uwielbiałem prezentowane przez czwartkowe spektakle teatru telewizji „Cobra”. Były to dramaty sensacyjno-kryminalne tworzone na bazie utworów wybitnych światowych twórców tego gatunku.
No i tym razem Ty Mike objawiłeś mi się jako autor, nie ustępujący na pół kroku choćby takiemu gigantowi jak wielki Alfred Hitchcock.
Już kiedyś napisałem, że lubię w Twoich opowieściach przekazy z zawartością treści pozaziemskich. Ta w Świątecznym Prezencie jest także podana bardzo przekonująco, dodaje mistycznego klimatu, uwiarygadnia istnienie duchów. (Wszak one istnieją).
Gdy natomiast chodzi o moralną ocenę zemsty? Cóż, przynajmniej ta zawarta w opakowaniu „prezentu” jest jak najbardziej na miejscu. Czułbym niesmak gdyby „upiekło się” takiemu skurwysynowi jak Bill.

Gratuluję Mike i dziękuję za przedświąteczny prezent.
Moc Pozdrówek.
mike17 dnia 16.12.2018 18:47
Poznałeś, Kaziu, jak pachnie zemsta :)
Że to uczucie jak każde inne.
Że gdyby ktoś zabił Ci najbliższych, nie wyrównałbyś rachunków?
Wiem, że byś to zrobił.
Ja na równi stawiam zemstę i wybaczenie.
A czemu?
Bo wszystko zależy od okoliczności i tego, co wywołało dane wydarzenie.
Dlatego zemsta jest dla mnie naturalnym odruchem człowieka.

Kaziu, ale mi kadzisz!
Ale to mnie napędza, nastraja do pisania o rzeczach trudnych, wymagających zastanowienia.
Lubię poruszać się "po krawędzi".
I wsadzać kij w szprychy.

Porównanie do Hitchcoka?
To wielki Artysta, gdzie mi do niego...
Ale nie stoję w miejscu i cały czas się rozwijam.
Lubię to uczucie, kiedy z niczego dajesz utwór, który zbiera 107 komentów :)

A w życie pozagrobowe zawsze wierzyłem, stąd często elementy tego tematu.
Wszak śmierć nie istnieje, to tylko przejście z pokoju do pokoju :)

Gdybyśmy się już nie widzieli, WESOŁYCH ŚWIĄT DLA CIEBIE I CAŁEJ TWOJEJ RODZINY!

A teraz polecam Ci coś ciepłego i bardzo pozytywnego - PAMIĘTASZ, PEDRO?

Do zoba, drogi Kaziu :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Elminster
23/04/2019 18:10
@Marek Adam Grabowski nie zmieniłem czcionki, ponieważ… »
cliffhanger
23/04/2019 16:47
Bardzo dobre. »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:16
Widzę, że powtarzasz błędy z poprzedniej części. Nawet… »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:08
Bardzo piękny wiersz. I piszę to mimo tego, że nie przepadam… »
al-szamanka
23/04/2019 14:55
Nie dziwię się, że próbowała utonąć. Doskonale pokazałaś… »
Madawydar
23/04/2019 12:09
Fabuła zapowiada się całkiem nieźle. Błędy są, ale nie… »
pociengiel
23/04/2019 10:01
Dzięki. Jest najlepsza. Aczkolwiek zaszalałem dodając cztery… »
allaska
23/04/2019 09:38
Popracowalabym nad ostatnia strofa:) »
AntoniGrycuk
22/04/2019 21:14
Marku, dzięki za nalot na tę mini-miniaturę. I za taką… »
Marek Adam Grabowski
22/04/2019 20:18
Świetne. Tylko tyle i aż tyle. Pozdrawiam »
maleo
22/04/2019 10:31
Pełen uczuć, słodki :) »
al-szamanka
22/04/2019 05:26
Hmm, widać wyraźnie, że puenta ma tu być z założenia mocna i… »
Scareto
22/04/2019 01:28
Dziękuję ślicznie za wizytę! :) Czy puenta nie wydaje się… »
22227
21/04/2019 20:54
Ciekawy tekst szczególnie: "ile muszę popełnić… »
22227
21/04/2019 20:36
Bardzo fajny wiersz. samotna świadomość bogini zwycięstwa,… »
ShoutBox
  • mike17
  • 23/04/2019 18:46
  • Głosujcie w MUZO WENACH 7 na swoich faworytów, oto konkursowe namiary : [link]
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:31
  • A kto inny mówi, że w Słowniku Poprawnej Polszczyzny z 2016 jest: winny wszystkiemu. I co tu sądzić? Ja mam tylko taką sugestię: być winny wypadku, zdarzeń (kogo, czego).
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:27
  • Otóż dzwoniłem do poradni językowej Uniwersytetu w Poznaniu. Podano mi, że w słowniku sprzed 40 lat obie formy są dopuszczane, a w nowym tylko w formie dopełniacza. Więc: winny wszystkiego.
  • Dobra Cobra
  • 23/04/2019 10:40
  • Jaka piękna wymiana celowników i dopelniaczy ! Lata cale czekałem na taką rozrywkę umysłową na Sb.
  • MitomanGej
  • 23/04/2019 04:30
  • "Wszystkiemu" to celownik, a "wszystkiego" - dopełniacz. Z logicznego punktu widzenia poprawna jest forma z końcówką -ego, gdyż jesteśmy winni kogo/czego, w celowniku to możesz być winny koledze 5 zł
  • AntoniGrycuk
  • 22/04/2019 18:12
  • Dzięki. Choć logicznie to brzmi, jakby chodziło o znaczenie słowa winny w sensie długu, a nie przyczyn wydarzeń.
  • al-szamanka
  • 22/04/2019 18:02
  • Jestem winny WSZYSTKIEMU... WSZYSTKIEMU jestem winny.
  • mike17
  • 22/04/2019 16:51
  • Nasza zabawa trwa. Głosujcie w MUZO WENACH 7, łatwo czytać miniatury, bo jest ich niewiele. Dlatego liczę na Wasz odbiór i cenne głosy. Czekają na nie też Autorzy, którzy zaszczycili konkurs :)
Ostatnio widziani
Gości online:27
Najnowszy:aciri
Wspierają nas