Bossanova na tyłek i flaszkę - mike17
Proza » Obyczajowe » Bossanova na tyłek i flaszkę
A A A
Od autora: Tym razem coś na kształt relacji: większość, co tu przeczytacie, zdarzyło się naprawdę. Prawie na moich oczach. Czasem na moich oczach. Niestety, bo to nie będzie miła jazda. Skleiłem to z wielu rozmów z wieloma facetami. Dałem coś od siebie. Serdecznie zapraszam!
Klasyfikacja wiekowa: +18

Norbi od zawsze interesował się kobietami, a one nim, wstępnie decydował aspekt seksualny.
Ta pozornie udana symbioza zdawała się być integralnie wpisana w jego życie, lecz czas, ten cwany gracz miał pokazać, że miłe początki nie muszą oznaczać niebiańskiego końca, wręcz przeciwnie, bywa że pierwsze chwile są idealną zmyłką, która jak po sznurku wiedzie do smutnego finału, a ten, stojąc w dzikiej opozycji do tego, co było „w międzyczasie”, spada jak grom z jasnego nieba, pozostawiając spaloną ziemię i poczucie niesmaku.
 
Rozbrajająco szczery, niebaczący na to, jak zostanie oceniony, lubił o sobie opowiadać, a ja lubiłem słuchać, bo było co, a w jego ustach każdy fakt nabierał wyjątkowych znaczeń.
Właściwie to znam go jak własną kieszeń, nie stanowi dla mnie żadnej tajemnicy.
Jego życie to film sensacyjny, jaki zdarzyć się mógł tylko ten jeden, jedyny raz, z wieloma niesamowitymi wątkami, on sam lecący przez niego na ostrej petardzie.
 
BETTY
 
Z nią był jeszcze dobrym, ułożonym chłopcem, który wierzył w wartości, tkwiące w kobiecie.
 
Choć był szary, ponury marzec, w sercu lśniło radosne światło.
Szedł na to spotkanie przekonany, że tej nocy będzie spał inaczej, lżejszy o niepotrzebne smutki, wolny od wczorajszych niepokojów i tego bolesnego oczekiwania na miłość, która do tej pory omijała go szerokim łukiem. Teraz to się zmieni i nic nie będzie już takie jak dotąd.
 
Tego popołudnia rozmawiali do późnych godzin wieczornych, aż do ostatniego autobusu, który odjeżdżał do wsi, gdzie mieszkała. Nie mogli się sobą nacieszyć, zaskoczeni, że wszystko potoczyło się tak gładko, i oni, wczoraj jeszcze sobie obcy, dziś poczuli coś, co nakazywało natychmiast umówić się znów, by być ponownie razem i poznawać się krok po kroku, coraz bardziej, głębiej i intensywniej.
 
Była bardzo szczera, lecz skrzętnie omijała temat własnej rodziny.
Niewiele udało mu się dowiedzieć – tylko tyle, że ma brata, na którego wołają Świeży Książe, i matkę, schorowaną kobiecinę, prowadzącą mały sklepik. Ojciec nie żył od kilku lat. Podobno miał wypadek. Jaki, nie powiedziała. Nie lubiła tych rozmów, więc nie nalegał.
Jednakże drogą dedukcji wywnioskował, że zarówno z bratem, jak i matką, nie miała zbyt dobrych stosunków. Wyczuwał wzajemną wrogość. Coś między nimi stało, o czym nie chciała mówić. Coś wyraźnego i poważnego.
 
Była dziewicą.
Dziwił się, jak to możliwe, że z takim wyglądem i temperamentem, który oceniał jako płomienny, i by nie skłamać, zwierzęcy, udało jej się wytrwać w tym niepojętym stanie, wszak były szalone, złote lata rock’n’rolla i młodzież dość szybko lądowała w łóżku lub na tylnym siedzeniu samochodu tatusia, który pożyczał go naiwnie myśląc, iż latorośl pojedzie nim na szkółkę niedzielną lub do wujka Freda, który był ulubieńcem rodziny.
- Mam to dla przyszłego męża – odpowiadała z uśmiechem i pewnością siebie.
Żadne zakusy na jej cnotę nie miały sensu, dopóki w grę nie wchodził ślub.
Mówiła o tym otwarcie i tak stawiała sprawę.
Gdy Norbi próbował nieco forsować jej zdanie, gwałtownie wpadała w szał i krzyczała, że będzie tak, jak ona postanowiła, bo szanuje siebie, swoje ciało i godność kobiecą.
Była straszna w takich chwilach, jakby coś przeskakiwało w jej mózgu na złe fale.
Ta spokojna, łagodna i miła dziewczyna.
Potrafiła zmienić się nagle w diablicę i dać ostro popalić.
 
Pobrali się zimą, gdy lodowaty styczeń pieścił ziemię śnieżnym puchem, a w radio Frank Sinatra śpiewał „Jingle Bells”, niesamowicie uwypuklając poszczególne frazy.
Zamieszkali u rodziców Norbiego, wybór wydawał się naturalny.
Było słodko i namiętnie, jakże rodzinnie, i gdyby ktoś powiedział wtedy, że to nie jest naprawdę szczęśliwa rodzina, skłamałby. Wszyscy pokochali się i okazywali to każdego dnia.
Czyżby raj na ziemi? Zapewne, ale…
- Chcę mieć z tobą dziecko – mówił przy stole, dumny z urodziwej żony.
- Mamy na to czas, cieszmy się na razie młodością – odpowiadała.
- Chcemy wnuka! – mówili rodzice.
- Nie czas – padała szybka odpowiedź.
Nikt nie napierał, nikt nie ciągnął drażliwego tematu.
 
Aż pewnego lata wrzód pękł.
Obrót rzeczy zaskoczył, jak gwałtowne trzęsienie ziemi, które nie okazało się tylko snem.
Byli już dwa lata po ślubie i Betty, jak co roku, wyjechała latem do matki na zbiory porzeczek. Mieli wielką działkę i ktoś to musiał zrobić. Ponieważ pani Avalon poważnie szwankowała na zdrowiu, syn i córka pomagali jej w pracach.
Tam to się wydarzyło.
 
Kiedy potem dostał telegram od Świeżego Księcia, że Betty jest w szpitalu, początkowo nie wiedział, o co chodzi, wszak wszystko mogło się zdarzyć.
Brat wkrótce otworzył mu boleśnie oczy:
- Skakała ze stołu, biegała po schodach, nosiła ciężkie kubły z porzeczkami, piła wódkę.
Lekarz powiedział, że poronienie nastąpiło na skutek czynników zewnętrznych. To pieprzona suka, chłopaku, przez nią zginął mój ojciec. Namówiła go na jazdę motorem po deszczu. Łapiesz, człowieku, po deszczu, kiedy droga jest jak oblodzona. Kurwa! To chore. Ona kocha tylko siebie. Może jest ładna, ale to pusta lalka, z takich, co to ci dadzą, ale nie wpuszczą do głowy.
 
Jesienią, ku swemu zaskoczeniu, dowiedział się od żony, że szkoła zafundowała jej darmowe studia zaoczne, a chwilę potem zapisała się radośnie na aerobik i pływalnię, na którą ponoć chodził pewien znany, seksowny aktor F., i była najszczęśliwszą kobietą na świecie, bo miała gdzie mieszkać, posiadała męża, była bezdzietna, jej idealna sylwetka nie została zdemolowana przez przypadkowy poród.
- To był wypadek, Norbi… - mawiała i na tym się kończyło.
Jednak on pamiętał, co powiedział mu Świeży Książe – ona wiedziała, co robi.
 
Następny rok upłynął pod znakiem zaniku kontaktów płciowych z żoną, a nawiązaniu ich z przypadkowymi kobietami, o urodzie częstokroć gorzej niźli miernej, które poznawał przy każdej okazji w lichych barach, trzeciorzędnych knajpach, uwalanych psimi odchodami parkach czy na zalanej moczem ulicy.
Bywał z nimi, gdzie popadło – on też przeżywał swój upadek.
Wtedy po raz pierwszy zaczął ostro pić.
 
Jakiś czas później wniósł o rozwód z winy żony i dostał go.
Nie był w stanie jej wybaczyć.
 
Rodzice oznajmili, że Betty ma tydzień na wyprowadzenie się.
Była synowa kategorycznie odmówiła, twierdząc, że nie ma dokąd pójść.
Wkrótce potem założyła sprawę o przydzielenie jej pokoju w domu byłych teściów, dając tym samym spektakularny pokaz tupetu i bezczelności, jednak szczęście nie było jej sprzymierzeńcem - sprawa ciągnęła się następny rok, po czym ją umorzono.
Próbowała mścić się jeszcze raz: złożyła na policję doniesienie o rzekomym znęcaniu się psychicznym i fizycznym, lecz krótka rozmowa policjanta z Norbim i jego rodzicami zakończyła wszystko.
Na zawsze.
 
AGNES
 
Już nie był grzecznym chłopcem, oczy otworzyły się.
 
Kiedy poznał smak alkoholu i pokochał go miłością dozgonną, bo to zazwyczaj tak się dzieje, zaczął bywać na wioskowych potańcówkach w poszukiwaniu mocnych wrażeń, jeżdżąc po pijaku samochodem i nie bacząc na skutki – chciał spotkać wyjątkową kobietę i zapomnieć o żonie, i może na nowo ułożyć sobie życie.
Po drodze po kowbojsku zerżnął kilka soczystych autostopowiczek i jedną, bezrozumnie mamroczącą o wiecznym kochaniu pracownicę lodziarni, na zapleczu, pod ścianą, na której wisiał plakat Elvisa, po półgodzinnej rozmowie o znakach zodiaku i jazzie.
- Wrócisz?
- Nie.
- Czemu?
- Zmarnowałem wiele czasu. Teraz trzeba to nadrobić, mała. Na mnie nie licz.
- Ale przecież jestem ciasna.
- Nie ty jedyna.
 
Agnes sama się do niego przysiadła i poprosiła o ogień.
Wiedział, co to znaczy i wziął ją ostro w obroty, tak, że jeszcze tej samej nocy, nago, w pobliskim jeziorze, poczuł, jak jej nogi oplatają go w pasie, a on, trzymając jej pośladki, ostro napierał, by w końcu eksplodować soczystym orgazmem, a później powtórzyć wszystko od nowa.
Miała siedemnaście lat, ale z niejednego pieca chleb jadła, zdawała się być słodką małolatą, lecz jako zodiakalny Skorpion była zagadką nie do rozwiązania dla zwykłego śmiertelnika.
Pochodziła z rodziny alkoholików, i dość szybko dowiedział się, że w okolicy wszyscy już ją mieli, nawet koledzy jej ojca, nie mówiąc o lokalnym pastorze, który lubił świeże mięsko.
Sam nie wiedział czemu, ale podziałało to na niego jak magnes.
Jej obfity biust i wydatny tyłek wróżył świetlaną przyszłość, a że ich kontakty ograniczały się w owym czasie do ciągłego, bezrozumnego kopulowania gdzie popadło, chuć była solą tej znajomości.
Często prosiła go o pozycję „sześć na dziewięć” i o to, by w trakcie stosunku wsadzał jej palec w pupę, na co chętnie się zgodził, bo ta mała rajcowała go jak żadna inna.
 
Lecz po drodze zaczął popełniać pierwsze błędy: nie potrafił wyczuć, kiedy ustąpić, a kiedy postawić na swoim, poza tym, przy całym impulsywnym charakterze, który objawiał się po pijaku, zbyt łatwo przechodził od „kwiatka do kopa”, nawet nie czując, że druga strona punktuje jego „wpadki” i spokojnie obserwuje, zimno układając sobie „ruchy”, Bo że była napaloną małolatą nie oznaczało, że nie posiadała iście diabelskiej przebiegłości, czego on wcale nie dostrzegał.
 
I kiedy kupił małą kawalerkę w swoim mieście, nie musiał pytać, czy z nim zamieszka.
Dla niej było to wyrwanie się z małego miasteczka, gdzie wszyscy piją i rżną się między sobą, awans cywilizacyjny, szansa na lepsze życie, co nie przeszkadzało jej zapewniać go o swej miłości, choć ile w tym było prawdy, ile seksualności, ile kłamstwa i tandetnej gry, tego nie wiadomo.
Mając jedenaście lat młodszą kobietę, czuł się dumny jak paw.
I tylko on znał tę radość o poranku, kiedy budziła go jej głowa, unosząca się w górę i w dół nad jego wzwiedzionym członkiem, co stało się swoistą tradycją, tak jak jego ordynarne wybuchy, kiedy już sobie ostro popił i uruchomiała się wrodzona chęć dominacji.
Bo intuicyjnie wybierał kobiety, którymi łatwo było manipulować, jednak ten medal potrafi mieć dwie strony: czasem manipulujący myśli, że manipuluje, choć po drodze stał się ofiarą.
 
Nie mówił jej czułych słów, nie kupował kwiatów, po seksie odwracał się i zasypiał.
Jeszcze długo oglądała telewizję, patrząc na niego, jak chrapie i ma ją gdzieś.
Przy każdej formie sprzeciwu z jej strony powtarzał, że jest u niego i to on wyrwał ją ze smętnego, pełnego pijaków grajdołka, gdzie byłaby pukana przez każdego chętnego.
Wtedy zaczął kolejny etap upadku: Agnes powtarzała wszystko rodzinie i w ten sposób narastało coś, co wcześniej czy później musiało eksplodować.
 
Po drodze bawili się w najlepsze w podrzędnych spelunach, bezmyślnie przepuszczali jego pieniądze na wykwintnych obiadach w dobrych knajpach, nawet podróżowali po kraju, od motelu do motelu, tylko po to, by poczuć, czym może być prawdziwe rżnięcie w innej scenerii. Czy ją kochał? Może. Na pewno się do niej przywiązał, choć miała cukrzycę.
Nigdy nie miał takiej samicy i to zdecydowało o tym, że pewnego dnia powiedział o ślubie.
Nie pytał o zgodę, po co, skoro znał odpowiedź.
I nie przeszkodziło mu wcale, kiedy złapał ją z jakimś fagasem w łóżku.
To ona dostała po gębie, tamten zbierał tylko z korytarza rozrzucone ubrania.
- Ty kurwo…
- A co, nie wiedziałeś? Gdzie twój szósty zmysł do kobiet?
- Jak jeszcze raz cię złapię, to łeb rozwalę.
- A co z naszym ślubem, kotku? Nadal aktualny?
- Ty suko… - powiedziawszy to, rzucił się na nią i wszedł mocno i twardo, pociągając jednocześnie z butelki, i kiedy w końcu zaspokoił się i ją, usiadł na łóżku, dopił wino i poczuł, jak ona zaczyna ssać jego członka – znów stwardniał i raz jeszcze wszystko się powtórzyło, tyle że tym razem trwało to ponad pół godziny.
 
Ślub odbył się w urzędzie, jako że Norbi miał kościelny z Betty, potem wszyscy udali się do restauracji, gdzie przy sztucznie wesołej rozmowie upłynął jakoś wieczór, bo rodzice pana młodego nie mieli nijak po drodze z teściami-alkoholikami, więc ochy i achy ograniczono do niezbędnego minimum i towarzystwo rozjechało się do domów z poczuciem ulgi.
Tego samego wieczora Agnes po awanturze z mężem zamknęła się w łazience.
- Wyłaź, żono, czas na rozrywki!
- Nawet nie poszłam do tamtej szkoły, tatuśku! – odpowiedziała.
- Przecież zapisałem cię do wieczorowego liceum.
- Ha ha ha! Ja i szkoła, zapomnij. Możesz mnie rżnąć, ale uczennicy ze mnie nie zrobisz.
- To za co ja płaciłem?
- A skąd się wzięły moje czarne rajstopy na wieczór, body z dziurką w cipce i różowe szpilki, ojczulku? Chcesz pukać, to inwestuj. Ja mam klasę. Teraz jestem panna z miasta, ole!
 
Utrzymywał ją, lecz kiedy znajdował kolejne oferty pracy, zawsze było tak samo: w pewnym sklepie wytrzymano z nią aż dwa dni, po czym wyleciała na zbity pysk za mądrzenie się i zdzieranie nosa, w innym za podkradanie batonów czekoladowych, a w ostatnim za to, że z rozbrajająca szczerością wypaliła leciwemu klientowi: ”Wal się, dziadek!”.
 
Norbi pił coraz więcej i gustował w mieszaniu alkoholi, co sprawiało, że poziom agresji wzrósł niewspółmiernie do słodkich czasów u boku Betty, kiedy to jeszcze bawił się w tzw. „konsensus”. Teraz zamierzał trzymać młodą żonę krótko twardą ręką i doczekał się odpowiedzi w najmniej oczekiwanym momencie, jak to w życiu zazwyczaj bywa.
 
Pewnego dnia, kiedy przez dłuższy czas nie było go w domu, najzwyczajniej okradła go z pomocą tatusia i jego kumpli, którzy przyjechali dużym pikapem, i uciekła.
Potem, na sprawie rozwodowej, bezczelnie utrzymywała, że zabrane przedmioty były prezentami od męża, a że pił i bił, to nie mogła z kimś takim wiązać swej przyszłości.
Po latach, w pewnej miejscowości wypoczynkowej, jadąc samochodem, zauważył ją, jak leciała na środku ulicy w ślinę z dwumetrowym Murzynem – cóż, kto szuka, ten znajdzie.
 
CAROL
 
Niewątpliwie być dentystką, i to dentystką w wielkim mieście to splendor nie lada, co więcej, to powód, by z chłodną premedytacją z astronomicznych zarobków powoli i konsekwentnie budować swoje małe imperium, zaczynać od skromnych, małych samochodów, kończąc na Mercedesach, a w kwestii miejsca zamieszkania raczej optować za willami w najdroższych dzielnicach, ogrodzonych wysokim murem i patrolowanych przez licho opłacaną ochronę.
 
- Dzwonię z ogłoszenia. Czy to jeszcze aktualne? – zapytał z nonszalancją w głosie.
- Oczywiście – w słuchawce zadrgał piękny, perlisty akcent.
- Jestem Norbi, może…
- Kiedy?
- W sobotę, pod bankiem, pasuje ci?
- Nie ma sprawy.
- No to jesteśmy umówieni.
- Tak. Pozdrawiam i życzę miłej nocki.
 
Był dziesięć minut wcześniej, lecz ona już tam stała i poprawiała włosy: zza budki telefonicznej otaksował jej figurę i zrobiło mu się zimno, poczuł, że ma silny wzwód i cholerną chęć, by ją szybko zerżnąć: pełne, miękkie nogi niesamowicie prezentowały się na wysokim obcasie w opiętej, turkusowej mini, biust niczego sobie, a twarz, hm, te blond włosy, te wydatne, zmysłowe usta, chyba był w domu, w końcu tam, gdzie chciał być.
W takich chwilach czuł się prawdziwym samcem i jedynym marzeniem było jak najszybsze zespolenie, ale w tej kwestii musiał trochę poczekać.
 
Kiedy ją zobaczył, podszedł i pocałował w usta.
Była tym zachwycona, posyłając mu słoneczny uśmiech.
Inna dałaby mu w pysk, ale tu miał kredyt zaufania.
Potem, dwa razy w tygodniu tańczyli w nocnych klubach, gdzie ocierał się o nią, a później kładł na pierwszy lepszy stół i masował palcem, aż cała wiła się, i wtedy przerywał, wsadzał jej kciuk w usta, który ona ssała, jednocześnie masując jego nabrzmiałe krocze.
Podkręcali to napięcie aż do sierpnia, kiedy zabrał ją nad samotne, ukryte wśród lasów jezioro, i dowiedział się, że jest dziewicą, i wchodząc w nią, pozostawi ślad na zawsze, błona dziewicza to jedynie drobiazg, chodzi o to, co po stosunku pojawi się w głowie.
Bez dwóch zdań, kochał ją i chciał, by było jak w bajce, by poruszyła się ziemia.
 
Wtedy postanowił unieważnić małżeństwo kościelne.
Miał solidne podstawy, dla niej chciał czegoś więcej niż tylko wysłuchania durnej gadki w wykonaniu komiksowego pajaca z urzędu, mającego usta pełne frazesów. Była niewinna jak królewna z opowieści z pięknego dzieciństwa, więc zasługiwała na względy i to, by sprawie nadać odpowiedniej oprawy.
 
Gdzieś między wierszami wtajemniczał ją w swoje picie.
Stopniowo: najpierw parę piw dziennie, potem jedno wino, później duża wódka.
Bez popitki nie był w stanie czuć się na luzie, tylko po tym mógł ją porządnie zaspokoić.
Był już na tym etapie, kiedy człowiek na trzeźwo bywa smętnym, małomównym nikim.
Carol piła, raczej niewiele, zwłaszcza kiedy ją sprowadzał do parteru swoimi dzikimi wybuchami gniewu, których nijak nie rozumiała, bo nie wypełniało ją żadne poczucie winy.
- Twoje zarobki to zapomoga – mówiła, podchmielona, siląc się na złośliwość.
- Nie jestem dentystą. Pieniądze mnie nie określają.
- Jak to nie? A co cię określa?
- To, że wiem, czego chcą kobiety. Poza tym jestem wolnym strzelcem, nikomu się nie kłaniam.
- Ale nie masz stałej pracy. Powinieneś więcej zarabiać.
- Mnie tam starcza to, co mam.
- Jesteś leniem. Mnie wychowano w poszanowaniu pracy. Nie rozumiem cię.
- A mnie ojciec gadał, żebym dobrze zarobił, a się nie narobił.
- Ale twoje zarobki to nikły procent moich.
- Twój fach jest obrzydliwy.
- Nigdy nie marzyło mi się życie w nędzy. Miałam na siebie jasny plan.
- Ja też mam i nie zmieniaj mnie, bo ci się nie uda.
- Ogranicz picie, to coś odłożysz.
- Wiesz, że tak nie będzie. Piję, bo lubię, a nie dlatego, że muszę.
- Wydaje ci się.
 
Po dwóch latach karczemnych awantur, krzyków, odchodzenia i wracania, pijaństw i trzeźwienia, po setkach godzin bezproduktywnych rozmów w poszukiwaniu „złotego środka” jednak siłą irracjonalnej desperacji zdecydowali się na ślub, jako że Sąd Metropolitalny unieważnił małżeństwo z Betty i Norbi był znów kawalerem, a Carol bardzo zależało na związku kościelnym i całej tej bezmyślnej pompie, która wcale nie jest zapowiedzią szczęścia na ziemi.
 
Potem było już coraz gorzej: poziom jego agresji jeszcze bardziej wzrósł, jak też spożycie alkoholu, po którym wpadał w prawdziwe furie, rzucając talerzami, krzesłami, wyrzucając stosy książek z szaf, tylko po to, by w swoim mniemaniu pokazać jej, kto tu rządzi i nie dać wejść sobie na głowę, zamieniając przestrzeń domową w pole bitwy.
Skonfliktował się z całą jej rodziną, definitywnie zrywając wszelkie kontakty, bowiem pewnego dnia, w jego głowie pojawiła się nagła myśl, że życzą mu jak najgorzej i wyniośle gardzą jego nędzną osobą jako kimś, kto z premedytacją wżenił się w bogatą partię.
 
Kiedy pewnego razu naszedł ją w klinice w godzinach pracy i przy ludziach zwymyślał od ostatnich, nawet nie poczuł, że zaczyna właśnie grać w z góry przegraną grę.
Coraz częściej straszył ją rozwodem i tym, że będzie musiała spłacić go za samochód, który kupiła w trakcie ich małżeństwa, nie mając bladego pojęcia, że to, co kiedyś do niego czuła, wypaliło się, i teraz żyła z nim niejako siłą rozpędu, co przełożyło się na absolutny zanik życia płciowego, bo ani ona, ani on nie dążyli do naprawy związku, zamykając się w sobie coraz szczelniej i wszystko wskazywało na to, że ten stan rzeczy utrwalił się na dobre.
- Ty z każdej kobiety zrobisz zdzirę – powiedziała mu kiedyś. – Lubisz niszczyć, a nic nie budujesz.
- Co ty tam wiesz o życiu – odpowiadał i pociągał z butli, nie bacząc na jej obojętne oczy.
- Nawet dzieci nie chcesz mieć.
- Zgadza się.
 
Jednak była przy nim, dopóki miał parę dolców w kieszeni.
Czyż ci przy kasie nie są przystojniejsi?
Kiedy passa minęła, coś przekroczyło punkt krytyczny – teraz rozkład nastąpił w iście przyspieszonym tempie: któregoś dnia oznajmiła mu, że złożyła pozew rozwodowy bez orzekania o winie, bowiem wiedziała, że on może posłużyć się kłamstwem, by wygrać.
Kobiety lubią przebojowych zwycięzców, a on chwilowo cierpiał na brak jaj.
Popełnił kardynalny błąd: prosił ją, by została, on będzie więcej zarabiać, będzie robić zakupy, posprząta mieszkanie w weekend, zadzwoni do teściowej, przeprosi za wszystkie swoje winy, kupi jej kwiaty i zatańczy na balkonie kankana.
Nie wypaliło…
 
Za wszelką cenę chciała się go pozbyć i to jak najszybciej.
Spłaciła go za samochód, dała tydzień na wyprowadzkę i przestała się odzywać.
Nigdy już nie usłyszał jej piskliwego głosu.
Ponoć toksyczne związki są najsilniejsze, podszyte ambiwalencją uczuć, i ponieważ takie właśnie było małżeństwo z Carol, długo potem rozpamiętywał swoją porażkę, bo gdzieś w głębi serca nadal była mu bliska, jednakże było już za późno na ożywianie trupa.
 
JOANNA
 
- Mogę się przysiąść? – zapytał, widząc przy jednym ze stolików małej kafejki puszystą blondynkę, pijącą kawę.
- Proszę – zgodziła się z uśmiechem.
Była bardzo gruba, lecz miała prześliczną twarz, piękne, szczupłe dłonie i ogromny biust.
 
Wtedy po raz pierwszy uświadomił sobie coś, co kołatało się w jego głowie od czasów, kiedy żył jeszcze z Betty: otóż wszystkie jego kobiety były w jakiś sposób podobne do matki, wybierane jakby według tego samego klucza i chodziło tu o łagodność, dobroć i ustępliwość, lecz takie były tylko z początku, potem pod jego wpływem zmieniały się nie do poznania.
 
Później, kiedy już zaczął bywać w jej małym mieszkaniu na obrzeżach miasta, powiedziała mu naturalnie i jakże lekko, że zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia, że była sześć lat sama, a poprzedni facet bił ją i przez niego poroniła.
Opowiadała też często o ojcu-pijaku, który terroryzuje matkę, straszy, że ją zabije, wyrzuci przez okno, do którego już parę razy przyjeżdżała policja, aby go skutecznie ostudzić.
Spotykał się z nią tylko w soboty i niedziele, resztę tygodnia wolał spędzać sam.
Joanna postanowiła go zdobyć, choć wiedziała, bo jej szczerze powiedział, że musi schudnąć, wtedy pomyśli, czy się z nią zwiąże, na razie da szansę, by coś z tym zrobiła.
Jako że pracowała w małej agencji reklamowej i nieźle zarabiała, sporą część pieniędzy wydawała na prezenty dla niego, pokochała jego picie i hobby, czyli zbieranie płyt, które często mu kupowała, podobnie jak jedzenie i alkohole, czekające na niego w wielkiej lodówce w każdy weekend.
Upijał się do nieprzytomności, razem słuchali muzyki, chodzili na spacery, a potem zawsze odwoziła go późnym wieczorem do domu, patrząc, czy nie przewróci się na schodach.
 
Brzydził się jej wyglądem, lecz była tak ciepła i słodka, tak czuła i łagodna, że został z nią, nie okazując zbytniej czułości, by nie poczuła się za pewnie, bowiem miała warunek i musiała go spełnić, co stało się rok po zapoznaniu – wzięła kredyt i poddała się operacji odsysania tłuszczu, a potem zaczęła intensywnie ćwiczyć i biegać.
Jednak on, w przypływie pijackich olśnień wciąż miał jej coś za złe, co jakiś czas wywołując awantury, za które to ona przepraszała, korzyła się przed nim z obawy, że ją zostawi.
Nie współżył z nią, czekał na chwilę, kiedy będzie miała atrakcyjny wygląd, a jemu minie wstręt, jednak jednego był pewien: bardzo ją polubił jako człowieka, jako przyjaciela, czego nigdy przy poprzedniczkach nie czuł – teraz nowa znajomość miała też nową jakość.
 
To ona odkryła, że ma talent do pisania ostrych, krytycznych tekstów i załatwiła mu fuchę w postaci stałego współpracownika pewnej małej gazety, gdzie w chwilach trzeźwości pisywał ogniste artykuły z dziedziny polityki, którą żywo się interesował.
To ona uważała go za ideał mężczyzny i kochała z całym bogactwem inwentarza.
On, dumny jak paw, smakował ten stan rzeczy, lecz nadal nie mógł powiedzieć, czy coś do niej czuje poza tym, co już sam odkrył wcześniej, a ona, im bardziej udawał niedostępnego, tym bardziej do niego lgnęła, jakby ów „chłód” stanowił silny i specyficzny bodziec.
Wydawało się, że nic nie jest w stanie jej zrazić i on na tym bazował, na chłodno, spokojnie.
Dla niego zaczęła chodzić na solarium i kupiła sporą kolekcję szpilek, wiedząc już co nieco o jego upodobaniach seksualnych, teraz, kiedy jej waga drastycznie spadała z każdym tygodniem, zaczynała znów czuć się kobietą i widziała w jego oczach coś, czego wcześniej nie było – błysk, jaki mają mężczyźni, którym podoba się wybranka.
Kilkakrotnie dostrzegła też wzwód, ale udawała, że nic się nie dzieje.
Czuła już, że na wszystko przyjdzie pora i on da jej to w dwójnasób.
 
Powoli z szarej, zakompleksionej myszki zmieniła się w przepiękny kwiat, który dojrzewał prawie dwa lata, ale warto było – na ulicy oglądano się za nią, bowiem była wyjątkowo atrakcyjna w całym przepychu rubensowskich kształtów, z czego była dumna, bo wiedziała, że on też, z każdym tygodniem staje się milszy, jakby zalotny, całuje dłużej, dotyka piersi, pupy, ud, i nie wstydzi się tego, że spodnie robią się za ciasne, pozwala się tam dotykać.
Kiedy pewnego razu otworzyła mu drzwi, zauważył, że była tylko w stringach i skąpym staniku, pełnym ogromnych piersi, i w czerwonych szpilkach, co natychmiast sprawiło, że rzucił się na nią i jak oszalałe zwierzę zaczął całować.
- Och, skarbie… - szeptała, prężąc się jak kocica.
- Ale z ciebie ślicznotka, o rany… – wysapał, wodząc ustami po miękkim, opalonym ciele.
Ubranie szybko spoczęło na podłodze i stało się: tego dnia był z nią cztery razy i tak zaspokojonej kobiety nie widział jeszcze nigdy w całym życiu, sam nie zaznał czegoś podobnego z byłymi żonami i przypadkowymi dziewczynami.
Po wszystkim pocałował ją w rękę jak prawdziwą damę.
 
Niebawem powiedział, że się z nią ożeni, a ona, słysząc te słowa, zapłakała ze szczęścia.
Był czerwiec, ślub wyznaczył na grudzień, tuż przed Świętami, by było śnieżnie i nastrojowo.
Teraz bywał u niej częściej i za każdym razem brał ją wielokrotnie, podniecony jak pies.
Był już pewien, że to jedyna, prawdziwa miłość, i że warto było na nią czekać, zrodziła się też pewność, że chce z nią spędzić resztę życia i mieć dzieci, dużo dzieci.
 
W listopadzie urządził zapoznanie rodziców: z jego strony była tylko matka, od Joanny zaś ojciec z żoną, i co dziwne, od samego początku coś wisiało w powietrzu, coś złego i dusznego – czasem z małej chmury spada wielki deszcz, i tego dnia tak miało być.
Zapytany przez ojca, dlaczego przez ponad dwa lata nie raczył pojawić się u nich w domu, odparł szczerze i spokojnie, że musiał do tego dojrzeć, bo nie był pewien swoich uczuć, co z kolei wywołało burzę namolnych i niezbyt grzecznie zadanych pytań, a zakończyło się dziką draką, z wyzwiskami i groźbami z obu stron, i zapewnieniem od niedoszłych teściów, że na ślub nikt z rodziny nie przyjdzie, po czym głucho trzasnęły drzwi i zapanowała martwa cisza.
 
Początkowo nic się nie działo, lecz w jakimś momencie zaczął wyczuwać pewne ochłodzenie ich relacji, jakby po fatalnym spotkaniu coś weszło między nich i pozostało.
Joanna zdawała się często tonąć w zadumie, przestała się uśmiechać, całowała jak marmurowy posąg, on pił i krzyczał, że w końcu znalazł kobietę, jakiej zawsze szukał.
Kiedyś zapytała, osobliwie mrużąc oczy:
- Możesz mieć dzieci?
- Jasne.
- To zrób badania.
 
I gdy powiedziano mu, że jest bezpłodny, szczerze jej to powtórzył.
- Wiele razy mogłam zajść w ciążę, miałam płodne dni, a ty, no wiesz, ale tak się nie stało.
- Nie wiedziałem o tym, skąd mogłem?
- Rozmawiałam z całą rodziną. Powiedzieli, że albo ty, albo oni. Jak za ciebie wyjdę, skreślą mnie na zawsze. Chyba wiesz, co chcę ci powiedzieć?
- Nie.
- To koniec. Nie będzie ślubu, nie będzie nas. Teraz wyglądam inaczej, ktoś na mnie poleci.
- Nie zostawiaj mnie, kocham cię.
- To nie ma już znaczenia. Więcej tu nie przyjeżdżaj. Nie wpuszczę cię, nie szukaj mnie w agencji, nie porozmawiam, nie ma o czym. Idź już. Wyjdź stąd, rozumiesz?
 
Przez dwa lata dzwonił, wpadał do pracy, pisał listy, lecz ona zamilkła na zawsze.
Już nigdy nie usłyszał jej głosu, coś skończyło się bezpowrotnie.
Potem zaliczył kilka lipnych randek z kobietami, które skreślał na starcie, lecz nie znalazł tego, czego szukał: w każdej bowiem chciał zobaczyć Joannę, a widział tylko obce, obojętne mu twarze, jakieś karykaturalne grymasy, potok słów, pustych i bełkotliwych.
I choć bezszelestnie mijały lata, on wciąż ją kochał.
 
ŚMIERĆ MATKI
 
Tego dnia wstał później, od lat był na tisercinie, który mieszał z alkoholem, budził się równo 8.45, potem robił sobie mocną kawę z małą kanapką.
Podszedł do okna i spojrzał – ludzie szli do kościoła jak w każdą niedzielę.
Widok znany, pełen harmonii, spokoju i dostojeństwa, miły dla oka i ducha.
Jednak coś go zakłóciło, nagle, bezpardonowo.
Kiedy wrócił z łazienki, natychmiast to zauważył: na jego oczach zemdlała kobieta.
Upadła ciężko na chodnik i przez chwilę nic się nie działo.
Wokół zebrali się ludzie i widać było, że nie mają pojęcia, jak w takich sytuacjach pomóc.
Znał od zawsze te włosy, tę małą, najdroższą postać.
 
Podniósł ją i na rękach zaniósł do domu – ich mieszkania były na tej samej ulicy.
Potem położył na łóżku i zadzwonił po pogotowie, które stwierdziło zgon na skutek zawału serca.
Pogrzebu nie zapamiętał.
Urwał mu się film, kiedy zobaczył ją w szpitalu w trumnie – świadomość odrzuciła całą okrutną prawdę, choć był absolutnie trzeźwy.
Psychika potrafi płatać takie figle, aczkolwiek w tym przypadku to dość niefortunne określenie: raczej wyświadczyła mu przysługę, bo scena pochówku mogłaby stać się niekończącym się koszmarem, powracającym później na jawie i w snach.
 
Podobno wygłosił nad jej grobem mowę pożegnalną, która trwała ponad pół godziny.
Mówił z pasją, bardzo ciepło i naturalnie, a każde słowo było szczerozłote i oddawało ukochaną postać matki taką, jaką była.
Potem, po dwóch dniach „wrócił do siebie”, mrok umysłu nagle sczezł, i pierwszą rzeczą, jaką zauważył, było to, że siedzi w piżamie na łóżku z piwem w dłoni.
Tego, co miało miejsce jeszcze przed momentem, umysł nie zarejestrował, tylko spojrzenie na kalendarz, wiszący na ścianie, upewniło go, że czterdzieści osiem godzin był w innym wymiarze, choć żył, jadł, pił, chodził i wykonywał jakieś czynności.
Kiedy wróciło na dobre świadome myślenie, wstał, odłożył puszkę i poszukał sznurka.
Mając go już, odczepił żyrandol i na haku, na którym wisiał, przywiązał koniec, a z drugiego zrobił pętlę, by po chwili założyć ją sobie na szyję i kopnąć taboret.
 
Przeżył.
 
Wyrwał z sufitu hak i spadł ciężko na podłogę.
Potem wrzeszczał całymi godzinami, jak ktoś, kogo zabrano do prywatnego piekła.
Jako że drzwi były otwarte, niebawem pojawili się sąsiedzi.
Nie kontaktował, krzycząc i zaciskając dłonie na pulsujących skroniach.
W końcu zamilkł.
 
W szpitalu psychiatrycznym spędził prawie rok, zazwyczaj w pasach, przytroczony do „statku” jak oszołomiony brudem świata nieprzenikniony żeglarz, bowiem to, co jeszcze żyło, szarpało się w nim i chciało wyrwać się z ciała i umysłu, który spętany nie potrafił odrzucić tego, co ujrzały oczy, i tym samym nie dawało zgody na „nowe”, znienawidzone, niewłasne, dziko odmienne od tego, czym dotąd oddychał jego świat.
Gdy stanąłem pewnego dnia przy jego łóżku, pomylił mnie z matką.
Nigdy nie czułem, jak pachnie rozpacz, bo to zapach grobu i truchła.
Powiedziałem spokojnie:
- To ja, Mike, przyniosłem ci pomarańcze.
- Mamo, usiądź.
- Nie jestem mamą.
- Mamo, żyjesz, prawda?
- Tak, mały, żyję – odparłem instynktownie.
 
CZAS NIE LECZY RAN, CZAS JEST OSZUSTEM
 
Dziś bałby się kupić psa lub kota z obawy, że przywiąże się do niego na śmierć i życie.
A kiedy ukochany zwierzak odejdzie, co mu pozostanie, kobiety?
Ten temat uważa za zamknięty – zainteresowanie nimi obumierało w nim przez ostatnie lata, z każdym kolejnym tygodniem narastał coraz większy chłód i obojętność, by w końcu pewnego dnia nadeszło odkrycie – już go nie obchodzą, teraz są przeźroczyste jak powietrze.
 
Obecnie mieszka w maleńkiej, osiemnastometrowej kawalerce w pobliżu pięknego parku.
Żyje skromnie: sprzedał to, co odziedziczył po rodzicach, czyli wielkie mieszkanie w świetnej okolicy, emerytury nigdy nie wypracował, ponieważ większość życia udzielał się „na czarno”, przepracowawszy „na legalu” niecałe dziesięć lat, więc wpłaciwszy wszystkie środki do kilku banków, żyje obecnie z procentów, mając wyliczoną kwotę na każdy dzień.
 
Kiedyś zapamiętały koneser kobiet, to one odegrały najważniejszą rolę w jego życiu, dziś na widok zgrabnej sylwetki nie poczułby absolutnie niczego, ot, nogi, piersi, ręce i twarz, zbiór kości, mięśni, tkanek i nerwów.
Już od lat nie masturbuje się, nie czuje potrzeby, libido wygasło jak liche ognisko, rozpalone drżącą ręką znerwicowanego onanisty z małego, zapyziałego miasteczka w noc, kiedy gwiazdy spadając z nieba, nie spełniły żadnego życzenia.
 
Jest wypalony jak dogasająca świeca, choć jeszcze czerpie nieco z życia: czasem ogląda telewizję, słucha muzyki, ale to łabędzi śpiew.
Rzadko wychodzi na dwór – tylko po alkohol i jedzenie, czasem, w fazie totalnego zamroczenia, na spacery po okolicy, idąc zygzakiem, i upadając na każdym kroku.
Chodzi raz na miesiąc na pocztę płacić rachunki i do banków po odsetki.
Z ludźmi zerwał dawno temu – ani on nie odbijał się w ich życiu, a oni w jego.
O rodzinie zapomniał, a ona, na zasadzie wzajemności, o nim.
Tylko ja i jeszcze dwóch kolegów z przeszłości mamy wstęp do jego mieszkania.
Od kilku lat nie pracuje i żadnej pracy nie podejmie, choćby miał zdechnąć z głodu.
Jest bardzo uparty w tej nienawiści.
Kloszardzi darzą go uwielbieniem, bo regularnie wystawia cały worek puszek po piwie, które oni mogą później sprzedać i upić się tak jak on, by to cholerne życie mniej bolało.
 
Chce doczekać swojej śmierci i każdego dnia się z nią oswaja, uczy się jej jak sposobu na przepiękną przyszłość, której znać nie może, bo te karty wciąż zakrywa Los.
Już nie boi się umierania.
Ma dość życia, nic tak naprawdę nie trzyma go na ziemi, więzy pękły i stały się w całej swej nieodwracalności faktem dokonanym, niczym sen, który śniony dawno temu, dziś wydaje się absurdem, czymś, czego może nigdy nie było.
 
Jedyną, prawdziwą przyjemnością jest codzienne picie, chwilami do nieprzytomności, rzyganie do kibla lub przez okno, a potem powtórka, bez początku, ni końca, ale czy to aby przyjemność – raczej przeciąganie liny ze śmiercią, którą wciąż kusi i zaprasza, by weszła na dobre w jego szmatławe życie i zamknęła je na cztery spusty, bo to już za długo trwa, jak lipny film, totalnie poroniony z swym założeniu.
 
Jest coraz chudszy, gdzieś po drodze, między jedną flaszką a drugą apetyt zmarł śmiercią własną, choć bywają chwile, gdy otwiera lodówkę i zagryza czym popadnie, ale nie jest to regułą, raczej przypadkiem.
Marzy, by odejść stąd w pijackim śnie, w którym przyśni mu się matka, jedyna świętość, z jaką w całym życiu się zetknął, i która dzieliła z nim przez te puste lata, patrząc z wielkiego portretu, wiszącego na ścianie jego samotność, jego „nie” dla wszystkiego, co kiedyś kochał i co go tak bardzo napędzało.
 
Choć 22 maja skończył pięćdziesiąt dwa lata, nieustannie czeka na moment, kiedy to, co widzi, skończy się, i zniknie sprzed oczu pustka, i to, co z niego zrobiła.
Bo ludzka wytrzymałość też ma swoje granice.
Każdy kolejny dzień to przedłużanie bezsensu, wegetacja w wymiarze, w którym zatruta fikcja nieodwracalnie zastąpiła zdrową prężność życiowych soków, spychając w niebyt martwych minut, godzin, miesięcy, których nawet po przebudzeniu nie pamięta, bowiem amnezja alkoholowa wyparła prawie całkowicie naturalną zdolność zapamiętywania.
Mgliście pamięta ranek i przedpołudnie, co nieco ze środka dnia – potem zapada mrok.
Często rano budzi się w ubraniu, obok radio zapowiada słoneczną pogodę.
 
Ostatnio zaprosił nas trzech do siebie i dał w kopercie pieniądze na pogrzeb.
Gdyby kiedyś nie odebrał już telefonu, nie otworzył drzwi, długo nie dał znaku życia.
 
Te słowa pisałem ponad pół roku temu, kiedy jeszcze nie poprosił mnie o tę przysługę.
 
Potem powiedział spokojnie, aczkolwiek głos mu nieco drżał:
- Wciąż nie potrafię dać sobie z tym rady.
- Z czym?- zapytałem.
- Z Joanną.
- O co chodzi?
- Chciałbym znów ją mieć. Była najlepsza, tylko ją zapamiętam, gdy czas się wypełni.
- Czy aby nie przeceniasz swoich szans? Dziś jesteś bardzo daleko od tego, co było wtedy.
- Zbadasz co u niej?
- Jasne.
- Czy jest sama. Wiem, że po mnie nie mogła mieć innego. Znałem ją najbardziej z nich wszystkich. Nie mogła. Byłem tylko ja. I moja dzikość. To ja ją otworzyłem jako kobietę.
- One są takie same, tylko ty może tego nie widziałeś.
- Ale Joanna…
- Dobra. Pogadam.
- Jeśli ona kogoś ma…
- Nie ma. Wciąż pamięta ciebie – powiedziawszy to, wiedziałem, co miał na myśli, zbyt dobrze znałem jego nieprzewidywalność i impulsywność, pogardę dla własnego życia.
 
Kiedy pojawiłem się pod jej domem, akurat wychodziła z wysokim, przystojnym mężczyzną, który pchał dziecięcy wózek.
Całowali się i wesoło rozmawiali.
Poczułem się podle, jakby ostatnia łajza splunęła mi w twarz.
Przez moment spojrzałem jego oczami.
Tak zaczęła i zakończyła się moja wizyta u jego ostatniej kobiety
 
Gdy byłem już w jego mieszkaniu, natychmiast chciał poznać prawdę.
Zapytał więc, podniecony:
- I co? No mów! Co ci powiedziała?
Słysząc to, poczułem się dziwnie.
Spojrzałem raz jeszcze na tego zniszczonego człowieka i dostrzegłem w nim bezsilnego, bezbronnego losera, który wiele razy w życiu przegrał i zmarnował je, do końca nie zdając sobie z tego nawet sprawy, ofiarę, a nie zbrodniarza, nieme i bezwolne narzędzie w rękach Losu.
Pomyślałem też sobie: ile razy trzeba upaść, by powstać na zawsze?
- Sąsiedzi powiedzieli, że wyjechała na stałe do Europy – zmyśliłem naprędce.
W oczach Norbiego dostrzegłem wówczas zawód i smutek, lecz nie wybuchnął, nie poniosły go nerwy. Patrzył długo w ziemię, w milczeniu, w bezruchu, bo stracił ostatnią nadzieję.
 
Jeszcze przez chwilę byliśmy razem, jeszcze przez chwilę trwała nasza „teraźniejszość”.
Nigdy nie dowiedział się, ile kosztowało mnie to wszystko – cała ta krótka, bolesna przygoda.
To ja przyjąłem na siebie ten cios, którym była prawda.
Patrzyłem w jego wyciszone oczy i zgasł na chwilę czas – przykry, zbędny natręt.
Trzymaliśmy się w ramionach długo, jakby jutro rano miał się skończyć świat.
Nasz mały, odkryty dziesiątki lat temu.
 
Potem musiałem wyjechać do innego stanu, by zarobić trochę grosza na ślub córki.
Norbi definitywnie zerwał ze światem.
Nie odbierał telefonów, nasi kumple za każdym razem całowali klamkę.
Nikt z nas go już nie widział, coś skończyło się, bo czyż istniał inny scenariusz?
W jego mieszkaniu znaleziono listy do Joanny, były ich dziesiątki, długie, pełne miłosnego ognia, nigdy niewysłane, bo niby na jaki adres?
Na ścianie, obok zdjęcia matki, powiesił podobiznę ostatniej dziewczyny i dopisał flamastrem: „Kocham cię, Jo”.
 
I gdy dowiedziałem się, że umarł pół roku później, zapiwszy się na śmierć, poza zwykłym, ludzkim smutkiem, który ukłuł mnie dotkliwie, bo straciłem ukochanego druha, uśmiechnąłem się w duchu, że te ostatnie miesiące życia były moim małym prezentem dla niego, i że mu ich nie odebrałem.
 
 
 
 
12 stycznia 2015

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 26.01.2015 15:54 · Czytań: 2263 · Średnia ocena: 4,91 · Komentarzy: 44
Komentarze
Usunięty dnia 26.01.2015 17:16 Ocena: Świetne!
Hej Mike,
Bardzo mocny tekst opowiadający o ludzkich demonach. Każdy z nas chce być kochany, jednak życie, czynniki na nie wpływające mogą sprawić, że nasza potrzeba miłości nie zostanie zaspokojona. Tak było z Norbim. Żle lokował uczucia, zawiódł się na swojej pierwszej opisanej w Twoim tekście, miłości. Szkoda go. Miłość oraz jej pragnienie mogą doprowadzić człowieka do upadku, moralnego jak i materialnego. Kobiety Norbiego w w większości pragnęły kasy, odczuwały chęć wyrwania się z małego miasta. Traktowały go przez to jako narzędzie do osiągnięcia własnych korzyści. Przez nie się stoczył, popadł w alkoholizm. Norbi oczywiście też nie jest bez winy. Poszukując miłości, popełnił wiele głupstw na własne życzenie. Warto również zauważyć, że Norbi był wrażliwym facetem, kochającym swoją matkę. On te wszystkie kobiety kochał, jednak nie były one warte jego uczucia.Cała historia jest przestrogą dla czytelnika.

Świetna historia, świetne pióro. Hardcorowo jak zawsze. Cały Mike ;)!!!!!!

Pozdro stary;)
Miroslaw Sliwa dnia 26.01.2015 18:28 Ocena: Świetne!
Nieczystość, lubieżność; jeden z siedmiu grzechów głównych.Często czytana jako nadmiar miłości własnej. Brak miłości budzi potrzebę miłości. Czynimy z tym to, co potrafimy. Wychodzi jak wychodzi.
Tak dobrze opisałeś pewne uniwersalia, że mało kto, jak sądzę, nie przejrzy się w tym opowiadaniu jak w lustrze. Boli jak się to czyta, ale niech boli. Tak ma być.
Pozdrawiam serdecznie. :)
Lenix dnia 26.01.2015 21:32
Świetne opowiadanie.

Chyba każdemu młodemu mężczyźnie miłość kobiety kojarzy się siłą rzeczy z miłością matki do syna, bo taką miłość widzimy jako pierwszą i odczuwamy ją bezpośrednio na sobie. To uczucie jest bezgraniczne, instynktowne. Z czasem okazuje się, że czegoś podobnego już nigdy nie przeżyjemy, a im dłużej tego szukamy, tym bardziej zostajemy z ręką w nocniku jak bohater Twojego opowiadania. Czas dorosnąć i zmężnieć, inaczej zapijemy się na śmierć z powodu panien, które niekiedy nie są warte naszej uwagi. Siła leży w męskiej naturze, a picie w takich ilościach to słabość, dlatego z jednej strony żal mi tego gościa, bo sam kiedyś byłem podobny do niego (z charakteru, a nie spożywania alkoholu), ale z drugiej strony ciśnie mi się na usta: "Gdzie ty, chłopie, masz jaja?!" Wzruszające opowiadanie o wrażliwym i słabym człowieku, jaki tkwi w każdym z nas, lecz na szczęście nie w każdym z nas dochodzi do głosu.

Osobiście zdarzyło mi się dwa razy w życiu upić z powodu kobiet i było to o dwa razy za dużo. Mamy dziś podłe czasy pełne konsumpcji, która przenika również do świata uczuć, ale z drugiej strony zostawia każdemu furtkę do szczęścia, bo przecież prawdziwy mężczyzna powie sobie nawet w chwili słabości: "Nie ta, to inna". Mało romantyczne podejście, ale bardziej męskie i życiowe niż chlanie.

Pozdrawiam, Mike.
Dzięki za dobry kawałek do poczytania w melancholijny, styczniowy wieczór. :)
mike17 dnia 27.01.2015 10:45
Wielkie dzięki, Panowie, za wizytę w świecie moich bohaterów :)

Apollo - powiem Ci tylko tyle, że twoja analiza tekstu jest moją, nic dodać, nic ująć.
Świetnie to ująłeś, bo tak się pewnie sprawy miały.

Mirku - tak, ta historia miała boleć, jak czasem boli nas nasze życie.
Co jakiś czas mam potrzebę obnażać ludzkie słabości i brudy, stąd to opowiadanie.
Nikt nie obiecywał raju na ziemi, ale warto do niego dążyć.

Leniksie - Norbi był wrażliwy i słaby, źle lokował swoje uczucia, w końcu stało się to, co się stało.
Chciałem tu też zadać pytanie: "Ile razy trzeba w życiu próbować szukać miłości, ile razy podnosić się z upadku".
Jak silnym/słabym bywa człowiek.

Super, że wpadliście, bardzo dziękuję za mądre komenty, pełne prawdy życiowej :)

Pozdruffki zimowe :)
euterpe dnia 27.01.2015 12:02 Ocena: Świetne!
Świetny tekst. Właściwie każda ta historia, od początku prowadziła do nieuniknionej tragedii. Między zdaniami czuć niewątpliwie jakieś fatum, które rządzi się swoimi prawami, nie pozwala na zmianę biegu wydarzeń, aby zachować stan równowagi w przyrodzie.
Chciałoby się powiedzieć... eh, te kobiety, ale mimo wszystko, jako przedstawicielka płci pięknej, bardziej sympatyzuję z paniami. One też są bohaterkami opowieści. Patrząc szerzej, z jakiegoś powodu są takie, a nie inne. Betty, być może, wychowywana była zbyt pobłażliwie, nie odczuła konsekwencji swoich czynów, przez co nie potrafiła odróżnić dobra od zła, podejmując egoistyczne decyzje. Agnes, była córką alkoholików, prawdopodobnie od maleńkości musiała walczyć o kromkę chleba, o przetrwanie wśród agresywnych rodziców. To zrobiło z niej rozpustnicę, poszukującą odrobinę uczucia, którego w domu nie doświadczyła. Corol, wydaje mi się, że tylko ona nie miała żadnego zaburzenia emocjonalnego. Przywiązała się do Norbiego, na zasadzie porwany - porywacz. Taki prawie syndrom Sztokholmski, gdzie oddane dziewictwo, uważała za odebraną jej wartość i chciała wierzyć, że ofiarowała je nie byle komu. Joanna miała niewątpliwie zaburzenia żywieniowe, kompensowała uczucia, a raczej ich brak, jedzeniem. W końcu, jednak ktoś ją zauważył, a ona wiernie stanęła u jego boku, trochę z wdzięczności, a trochę z powodu wielu kompleksów, które skutecznie Norbim leczyła. A sam Norbi, żył mrzonkami z lat młodzieńczych o znalezieniu i poślubieniu pięknej, zamożnej księżniczki, która będzie z nim do końca świata i jeden dzień dłużej. Sam przy tym wnosił, jedynie swoją skromną osobę i zapewnienie niezłego rżnięcia.
Myślę, że narrator postąpił szlachetnie, nie ujawniając przykrej prawdy. Każdy z nas potrzebuje uczucia, że jesteśmy niezastąpieni, nie do podrobienia, unikatowi, to daje nam poczucie własnej wartości, paradoksalnie nadanej przez otoczenie.
Mam tylko jedną uwagę, niekoniecznie słuszną, ale tak mi się wydaje:
Cytat:
Urwał mu się film, kiedy zo­ba­czył ją w szpi­ta­lu w trum­nie

nie wiem, czy ze szpitala, zabierają ciało w trumnie, bo to jest chyba kupowane indywidualnie.
Świetny kawał prozy, jestem pod ogromnym wrażeniem:)
Pozdrawiam serdecznie,
Ewa
mike17 dnia 27.01.2015 13:37
Euterpe, jestem pod ogromnym wrażeniem twojego komenta - cieszę się, że tak głęboko przeżyłaś to opowiadanie, zwłaszcza że napisało je w większości życie, niestety...
Świetnie charakteryzowałaś kobiety Norbiego, one przecież odegrały najważniejszą rolę w jego pokrętnym życiu, i to one uczyniły go tym, kim się potem stał, choć można by nad tym dyskutować.

Miło się czyta takiego komentarze, wiadomo, że warto było popełnić kawałek prozy, i to, że jest ona raczej ciężka, tym milej cieszy, że dostarczyła wrażeń i dała do myślenia.

Cytat:
Urwał mu się film, kiedy zo­ba­czył ją w szpi­ta­lu w trum­nie

To niestety prawda, tyle że "bez urwania filmu" - kiedy mój Tata zgasł w 2000 roku, przed zawiezieniem ciała na cmentarz, widziałem je w szpitalu tuż po ubieraniu, złożone do trumny.
Najgorszy widok, jaki mi się kiedykolwiek przytrafił.

Raz jeszcze dziękując, pozdrawiam Cię drobnym, warszawskim śniegiem :)
al-szamanka dnia 27.01.2015 20:08 Ocena: Świetne!
Przeleciałam przez tekst jak burza, a czas, którego ostatnio prawie nie mam, tym razem przestał istnieć.
Bardzo mocne i jak zwykle męskie opowiadanie. Wiem, że w takich czujesz się najlepiej, nie dziwota, ponieważ wychodzą Ci bardzo prawdziwie.
Pokazałeś Norbi takim, jakim był.
Pokazałeś jego życie takim, jakie było.
I nieprawdopodobne, zafascynowało mnie, chociaż w realu trzymam się od takich przypadków możliwie daleko. Zapewne ta egzotyka nigdy niedoświadczanego.
Ale przede wszystkim Twoja sprawność pisarska.
Ta dzikość opisów, gwałtowność emocjonalna... i zakończenie, gdzie emocje opadają, a pozostaje melancholia straconego czasu mocno akcentowana wyrozumiałością przyjaźni.
Świetnie się czytało, Michale.
Brawo!

Pozdrawiam :)
Alicja225 dnia 27.01.2015 20:28
Niezwykła historia, fachowo opisana...
Bardzo mnie wzruszyła i dała do myślenia.
Czasem oceniamy kogoś, rzucając: ,,Pijak". Tak na prawdę nie zdajemy sobie sprawy z tego, o owego człowieka mogło skłonić do tego stoczenia się... A czasem warto by się zastanowić, nie oceniać pochopnie. Bardzo mi szkoda Norbiego.
Prawdziwa miłość to Wszystko - wyjątkowy dar, a jednak coś również prostego do osiągnięcia - druga osoba musi tylko chcieć i szczerze pokochać. Szkoda, że jemu nie było dane doznać tego uczucia - być kochanym...
mike17 dnia 27.01.2015 20:55
Aldonko, bardzo dziękuję za to, że byłaś i czytałaś :)
Cytat:
Bardzo mocne i jak zwykle męskie opowiadanie.

Wiem, o co mi chodzi w pisaniu i staram się dawać temu upust, a że to, co mocne, mnie bierze, stąd co jakiś czas zbieram do kupy moje wspomnienia i piszę takie teksty.
Cytat:
Pokazałeś Norbi takim, jakim był.

Aldonko, on nadal żyje, ja go uśmierciłem na potrzeby opowiadania.
Cytat:
chociaż w realu trzymam się od takich przypadków możliwie daleko.

Ja mam trochę tego obok, więc żyję z tymi ludźmi, jak można.
Cytat:
a pozostaje melancholia straconego czasu mocno akcentowana wyrozumiałością przyjaźni.

faceci, którzy posłużyli mi za postać Norbiego, byli mi bliscy i dali mi się poznać.
Stąd mogłem ulepić tę postać.

Wiesz, że zawsze czekam na twój koment, bo wiem, że jak będzie coś nie tak, dasz mi znać, a ja to zawsze kupię, a jak będzie ciut lepiej, dasz mi radość.

Za co dziękuję :)

Alicjo,
Cytat:
Czasem oceniamy kogoś, rzucając: ,,Pijak". Tak na prawdę nie zdajemy sobie sprawy z tego, o owego człowieka mogło skłonić do tego stoczenia się..

I tu bardzo mądrze ujęłaś przesłanie tego utworu.
Kiedyś znajomy kloszard powiedział mi: "Michał, rzadko kto pije, bo lubi, ludzie chlają, bo muszą coś w sobie zagłuszyć".
I tak może było z Norbim.
Cytat:
Bardzo mi szkoda Norbiego.

Jak pisałem wyżej, pierwowzór tej postaci nadal żyje, i pije na umór, nie mogąc pogodzić się ze stratą kobiet, które miał, i odejściem ukochanej matki.
Cytat:
Szkoda, że jemu nie było dane doznać tego uczucia - być kochanym...

To prawda - teraz jest sam.

Bardzo dziękuję Wam za tak dające do myślenia komenty.
Ilekroć je czytam wiem, że warto nadal pisać :)

Pozdrawiam wesoło i wieczornie :)
al-szamanka dnia 27.01.2015 21:15 Ocena: Świetne!
mike17 napisał:
Wiesz, że zawsze czekam na twój koment, bo wiem, że jak będzie coś nie tak, dasz mi znać, a ja to zawsze kupię, a jak będzie ciut lepiej, dasz mi radość.

Gdyby nie brak czasu byłabym pod Twoim tekstem od razu po publikacji :)
mike17 dnia 27.01.2015 21:21
Coś Ci powiem: to właśnie Ty uświadomiłaś mi moje błędy - powtórzenia i zaimkozę, które niekiedy popełniałem :)
Jestem Ci bardzo wdzięczny, bo dzięki temu nie stoję w miejscu.

Wdzięczny :)
ajw dnia 30.01.2015 14:16 Ocena: Świetne!
Ciekawie przedstawione studium upadku, które zaczęło się już od momentu, kiedy główny bohater zaczął wybierać niewłaściwe kobiety. Nie chcę przez to powiedzieć, że to kobiety doprowadziły go na dno. Każdy ma wybór, jak radzić sobie z problemami. A nieprawdą jest, że ktoś musi mieć jakiś problem, by stać się alkoholikiem, ale na pewno kto jest alkoholikiem ma problemy.

Świetnie napisane, bardzo sugestywnie i kwieciście - jak to u Ciebie, mike :)
mike17 dnia 30.01.2015 18:19
Cytat:
które zaczęło się już od momentu, kiedy główny bohater zaczął wybierać niewłaściwe kobiety.

bo to się zazwyczaj tak zaczyna, albo może jest pisane w gwiazdach?
Cytat:
Każdy ma wybór, jak radzić sobie z problemami.

mój bohater chyba błądził we mgle, choć może wydawało mu się, że ma wszystko w ręku.
Cytat:
A nieprawdą jest, że ktoś musi mieć jakiś problem, by stać się alkoholikiem, ale na pewno kto jest alkoholikiem ma problemy.

święta prawda - znam ludzi ostro pijących, którzy nie mają żadnych, powtarzam, żadnych problemów, piją, bo lubią, nauczyli się tak pić, by "nie przekroczyć cienkiej linii", ale i takich, jak ci, którzy złożyli się na tę skromną relację, budując substancję mego bohatera - nie potrafiących dać sobie rady z życiem.

Dzięki ogromniaste, Iwonko, za wjazd w tę przykrą historię, którą nadal pisze życie.
Bohaterowi życzę, aby dożył setki, choć... hm... tu skończę.

Ukłony :)
ajw dnia 30.01.2015 19:42 Ocena: Świetne!
Dobre ;)
mike17 napisał:
Bohaterowi życzę, aby dożył setki

Myslę, ze i pięćdziesiątka go satysfakcjonuje z rańca ..
mike17 dnia 30.01.2015 20:03
Ponieważ mam go na oku prawie codziennie, rano jest już po dwustu gram + piwo :)
Pijąc poranną kawę, trudno mi wyobrazić sobie tę formę "budzenia się ".
Usunięty dnia 31.01.2015 18:32
Pierwsza reakcja mojego mózgu brzmiała: "Cholera, nie chcę pamiętać tego tekstu!"
Dopiero dłuższa chwila jakoś go przyswaja. W pierwszym odruchu, typowym dla mnie, miałam ochotę wyłączyć się z czytania. Ordynarne... to jedyne co mi przychodziło do głowy, ale jest w tym tekście coś, co nie pozwala skoczyć czytania. A jak już czyta się koniec, to chce się jeszcze. Mocno wrył mi się ten tekst. I ten smutek. Bezgraniczny smutek wypełzający i kąsający jak wąż. Smutek bolesny. Starałam się wyobrazić sobie bohatera, wczuć się w niego. I wiesz... nie miałam z tym problemu. Po raz pierwszy chyba czułam to, co bohater. Każdy mięsień miałam napięty.
To jeden z lepszych tekstów jakie miałam okazję czytać. Brakuje mi słów.
Pozdrawiam, dark_kid.
mike17 dnia 31.01.2015 18:43
Iwona, życie jest tak porąbane, że pisze takie scenariusze, to już nawet nie jest kwestia mojej bujnej wyobraźni, a tego, co tkwi w ludziach i z czym idą do innych ludzi.

Czasem muszę wsadzić kij w gniazdo szerszeni, bo lubię pisać o człowieku, nawet w jego "syfie", byle prawdziwie, bo kosmici to nie moja bajka :)

Bohater żyje, ale...
Nie powiem już nic.

Cytat:
Bezgraniczny smutek wypełzający i kąsający jak wąż.

A czy nie jest nim życie wielu ludzi, których mijamy na ulicy?
To jest ich real.

Cytat:
To jeden z lepszych tekstów jakie miałam okazję czytać.

Dzięki, ale nie pamiętaj go zbyt długo, dobrze?

:)
Usunięty dnia 31.01.2015 18:49
mike17 napisał:
Dzięki, ale nie pamiętaj go zbyt długo, dobrze?

Na to nie możesz liczyć bo pamięć mam dobrą, szczególnie jeśli tekst wywołuje u mnie łzę... A łza u mnie jest świętością i musi mieć naprawdę ważny powód, żeby wypłynąć.
mike17 napisał:
Czasem muszę wsadzić kij w gniazdo szerszeni, bo lubię pisać o człowieku, nawet w jego "syfie", byle prawdziwie, bo kosmici to nie moja bajka

Czasem żałuję, że nie umiem tak pisać, wtedy może poradziłabym sobie z przeszłością... Jeśli bohater żyje.. to niech mu się widzie, przynajmniej ja mu tego życzę.
mike17 dnia 31.01.2015 18:57
To miłe, co piszesz, jeśli moja historia wywołała łzę, to o więcej prosić nie śmiem.
Cytat:
Czasem żałuję, że nie umiem tak pisać, wtedy może poradziłabym sobie z przeszłością.

To bywa dobrym samooczyszczeniem.
Nawet napisać coś wbrew sobie, ale by wyrzucić własne demony na śmietnik.

Cytat:
eśli bohater żyje.. to niech mu się widzie, przynajmniej ja mu tego życzę.

Przekażę mu :)
Ilu ludzi obok nas gaśnie, odchodzi niemal na naszych oczach.
Mój przyjaciel żyje, ale...
Tu urwę.

:)
Quentin dnia 01.02.2015 19:15 Ocena: Bardzo dobre
Takie jest życie

Po kilku pierwszych fragmentach miałem pewne obawy, że będzie jakaś zamerykanizowana historyjka o tym jak ludzie chcieliby żyć, a jak żyją faktycznie. No i trochę tak było, ale gdybym na tym skończył, spłyciłbym odbiór naprawdę konkretnego tekstu.

Pojawia się po raz kolejny motyw miłości matczynej, co zdaje się po raz kolejny podkreślać wartość wspomnianej. Właściwie stworzyłeś kilka obrazów, które przypominają o przeszłości i trwają boleśnie porozwieszane na ścianach pustego mieszkania głównego bohatera. Taką mam scenę przed oczami. Pokój wypełnia samotność i te obrazy. A obok wszystkiego jakby doskonałość pod postacią uczucia do i od najważniejszej kobiety w życiu każdego człowieka. Myślę, że to ciekawa koncepcja. To zestawienie wianuszka kobitek z obrazków i jednej jedynej ukochanej matki.
Koniec także wymowny, zresztą w takim tekście trzeba zasiać defetyzm, bo takie jest życie, a może raczej takie ono bywa. Dla jednych bardziej lub mniej łaskawe.

Dobra robota jak zawsze
Pozdro, Mike
Quentin
mike17 dnia 01.02.2015 19:32
Dzięki, stary, za wizytę i bycie w tym toksycznym, acz również muśniętym miłością świecie, gdzie toczy się chyba odwieczna "walka płci", choć nie będę za tym optował na sztywno, nie przeżyłem, więc jako autor daje to takim, jakim poznałem.

Czasem loserzy rodzą się z nadopiekuńczych matek: potem szukają podobnych kobiet i niestety znajdują jakieś "substytuty", jest trochę seksu, trochę "złotosłowia", a potem zabawa zaczyna się od nowa, i czy kiedyś się kończy?
Może, a może nie, jak tu, u Norbiego, który w końcu pasuje...

I też trudno rzec, czy warto próbować do "skutku" - a może wciąż będzie "to samo"?
I pojawi się uraz: wcześniej czy później i tak związek się rozleci.

Dzięki, Quentinie, za nalot i jak zwykle mądry, wartościowy koment - to się liczy, to daje mi dużo do myślenia.

Do zoba, u Ciebie, lub u mnie :)
akacjowa agnes dnia 02.02.2015 21:14 Ocena: Świetne!
Kurde, Mike. Kurde, Mike.

Mam pomieszanie z poplątaniem pod czaszką.
Z jednej strony żal mi bohatera, z drugiej chętnie dałabym mu po paszczy, by się ocknął i zaczął traktować lepiej siebie, a zarazem innych. Biedny, nieszczęśliwy człowiek. Nienawidzący siebie do bólu.

Jego kobiety wybierały go na zasadzie nieszczęście (alkohol) przyciąga nieszczęście.

Dziwi mnie trochę ilość rozwiązłych dziewic w tym tekście, ale wydać i takie są :)

Często w swoich opowiadaniach haczysz o miłość do matki. Zastanawiałeś się nad tym?

Znów dałeś popalić, oj, dałeś :)

Pozdrawiam z lekkim bólem głowy

PS. A ta "Twoja" Agnes to mój negatyw w każdym calu :)
mike17 dnia 02.02.2015 21:38
Dzięki, Aga, że w końcu Cię tu widzę, a to zawsze miłe, oj miłe :)
Historię napisało i wciąż pisze życie, a bohater, waha się od a do z skali człowieczeństwa.
Trudno go chyba jednoznacznie ocenić, przynajmniej ja się nie podejmę.
No i związek między piciem a byciem.
Nikt chyba nie zna proporcji.

Motyw matki?
Znam wielu, twardych i zwalistych chłopów, którzy tylko na to "imię" reagują.
Mój Norbi dostał idealną miłość od matki i od żadnej innej kobiety, stąd pewnie te frustracje, picie, agresja, rozwody i...
Taki model chciałem naszkicować.

Dzięki, Aga, za wjazd w strefę mroku, ale czasem tak mam :)
W końcu jakby było ciągle słodko i "american dream", to by się Wojaczek w grobie przewrócił i dał mi w nocy łomot :) a tego chyba nie chcę.

Pozdrowczyk i niebawem do zoba, bo znów wrócę jak niespłacony weksel :)
marukja dnia 06.02.2015 10:46
Mike, zaskoczyłeś mnie bardzo tą historią. Myślę, że śmiało mogłaby posłużyć jako podwaliny do scenariusza na świetny film.
Bo jest tu naprawdę wiele warstw, które przybliżasz z wyczuciem i przestrzenią, a każdy może ją wypełnić po swojemu. Podoba mi się bardzo, że pod pozornie głównym tematem, jaki jest miłość, przemycasz tu przyjaźń - coś, co rządzi się innymi prawami, jest czysta i piękna w swojej bezterminowej pamięci.

Popłynęłam z tekstem, a kawa smakowała przy tym szczególnie. :) Cieszę się, bo dawno Cię nie czytałam, a tutaj pobyłam z przyjemnością. I odchodzę zastanawiając się, czy kobiety to naprawdę samo zło, czy tylko odrobinka? ;) Ale coś w tym jest.

Pozdrawiam serdecznie!
mike17 dnia 06.02.2015 15:01
Hello, good woman, nareszcie się doczekałem Twojej wizyty :)
Jak wiesz, cenię sobie pisane przez Ciebie mądre, konkretne i celne komentarze, po których robi się miło na serduchu.

Dziesiątki rozmów złożyły się na tę opowieść - tekst miał być w swym założeniu mało przyjemny, bo taki akurat scenariusz napisało samo życie.
Chciałem, by całość zabrzmiała jak wiarygodna relacja, a czy się udało, to już ocenia czytelnik.
Miało być do bólu realistycznie, bez zbędnych ozdobników.

Twoje słowa to miód na moje artystyczne serce, wiesz o tym :)
Bodziec, by tworzyć nowe światy, nowe postacie z krwi i kości.

Thanx for visiting my story!

Pozdro słoneczne :)
Lilah dnia 07.02.2015 21:02
Super tytuł, Mike. I bardzo realistyczny tekst. Samo życie, z jego bolączkami i małymi radościami.
Pozdrawiam serdecznie :)
mike17 dnia 08.02.2015 11:45
Dziękuję, Lilu, za pojawienie się pod moim tekstem, który nie każdej kobiecie przypadnie do gustu, tym bardziej cieszę się z twojej wizyty i wejścia w ten świat :)

Tytuł musiał jakoś nawiązywać do treści i być jego esencją.
Fajnie, że Ci przypadł do gustu.

Pozdrawiam wesoło z zaśnieżonego Powiśla :)
Asik dnia 25.05.2015 13:10 Ocena: Świetne!
Masz niezwykły dar opisywania i analizowania zmian w ludziach. Jestem pod wrażeniem. Ciężko i patologicznie a oderwać się nie można. Podoba mi się jak wykorzystujesz (brzydko to brzmi, ale pasuje) doświadczenia innych ludzi. Pozdrawiam i będę czytać dalej :).
mike17 dnia 25.05.2015 18:33
Droga Asik, choć opowiadanie mroczne, miło mi, że Ci się podobało - lubię czerpać z moich obserwacji ludzi, i pisać na tej podstawie nowe utwory, to niesłychana inspiracja :)

Bardzo się cieszę, że czytasz moje kawałki, zapraszam, kiedy dusza zapragnie, no i dziękuję za dodanie do ulubionych, to dla mnie wyróżnienie :)

Pozdrawiam wesoło :)
Figiel dnia 07.06.2015 18:31 Ocena: Świetne!
O, tu dopiero są wrota!:) Michał, ja się chyba nigdy nie przestanę zdumiewać jak lekko, z wyczuciem i obszernie ciągniesz trudne kawałki, które napisane innym językiem, innym stylem udusiłyby zapewne czytelnika swoim ciężarem. Tu jest miejsce na oddech, a opisane zdarzenia są jedynie zachętą, by szukać głębiej, między wersami. Zakończenia poszczególnych związków zastanawiają powtarzalnością, nie dlatego chyba, że Norbi był nie nazbyt bystry, myślę, że on po prostu nie potrafił postrzegać kobiet inaczej, niż był nauczony, czyli przez pryzmat matki, co więcej, wydaje mi się, że doskonale o tym wiedział, stąd pewne zachowania, które miały jemu samemu udowodnić, że jest mężczyzną z należnym mu atrybutem kontroli nad kobietą. Czasami bywa, że ciąg niepowodzeń pchają nas w kierunku tego, czym do niedawna gardziliśmy, a bywa, ze w upadku znajdujemy ukojenie.
Smutny tekst, z bardzo ciepłym zakończeniem.
Eh, Michał, napisz coś bez sensu, bo to moje ciągłe "świetne!" niemal na podlizywanie się wygląda:)
Pozdrawiam serdecznie:)
mike17 dnia 07.06.2015 19:25
Beatko, smutne, ale takie rzeczy nie są naszą sprawą, pisze je życie.
Tu chciałem na chłodno w miarę dać sprawozdanie z życia Norbiego, jak to wszystko szło.
A coś o tym wiem.
Chciałem zdać relację, bez literackich smaczków, czasem tak lubię.
Na surowo.
A język?
Ot, zwyczajny, takim go widziałem, by nie było w nim niepotrzebnej magii.

Bardzo wartościowy i mądry koment.
Jak zwykle, jest mi nagrodą.
A wiem, że masz swoje wymagania :)

Nie napiszę "bez sensu", bo ja tego sensu wszędzie bez przerwy szukam :)
Więc następnym razem może znów zaskoczę?

Pozdruffki piwne :)
Joan Mart dnia 12.02.2016 15:10 Ocena: Świetne!
mam na imię Joanna i jestem biblioholiczką :) musiałam odreagować w ten sposób, bo tekst pogrążył mnie w głębokim dole przygnębienia - tak wiem: c'est la vie
z jednej strony bardzo chcę wierzyć, że sama podejmuję decyzje i "mogę być kim chcę" (zob. msh, złodziej z 10.02.16r.), a z drugiej strony, gdzieś tam ciągle przebija przez świadomość myśl: na ile to są moje decyzje, a na ile efekt wychowania, wpływu osób znaczących, wcześniejszych doświadczeń, strachu, lenistwa, konformizmu itd. mogłabym bez końca wymieniać.
Niezmiennie Twoje opowiadania wywierają na mnie piorunujące wrażenie - porażają, oślepiają i zmieniają mój miły i przyjemny świat dostrzegania jedynie pięknej strony życia - a tak nie jest.
I to co już wcześniej zauważyłam, jesteś tu jednym z autorów prozy (tutaj, jak na razie mam 5 dodanych do ulubionych autorów), którzy wciągają mnie w swój świat od pierwszego zdania i podążam za każdym kolejnym, z zaciekawieniem, zadziwieniem i ekscytacją.
wbrew pozorom wcale nie jest to takie proste - wiem bo sam próbuję pisać i dlatego tak bardzo podziwiam Ciebie i innych, którzy tak potrafią
pozdrawiam
mike17 dnia 12.02.2016 17:23
Asiu, niestety ten świat nie składa się tylko ze zwycięzców, są tez ludzie upadli.
Jak mój bohater.
Którzy gdzieś po drodze się pogubili.
A wódka dopełniła reszty.
Najgorsze to to, że to na faktach.
Ale i takie rzeczy jak widać muszą mieć miejsce.

W moich opowiadaniach staram się pisać o człowieku.
Nie zawsze w jasnych barwach, dość często w mrocznych, ale takie jest przecież życie.
Budowanie ideałów nieco mija się z celem.
Świat jest zbyt skurwiały, by można było odrodzić pozytywizm :)

Nie mam żadnych oporów w pisaniu o zjawisku ZŁA.
Myślę, że mam jakiś tam obowiązek jako osoba pisząca, by pokazywać świat takim, jakim jest, bez bredzenia, że każdy każdego kocha, każdy zasługuje na miłość, każdy jest dzieckiem bożym.

A rzeczywistość?
Jakże ona niszczy te wizje.

Bardzo lubię pisać o tym, co dobre, ale nigdy nie zapominam o tym, co złe.
Taka równowaga literacka :)

Pozdrawiam i dziękuję za czytanie :)
faith dnia 01.06.2016 18:50
To jakby opowieść o dwóch bardzo ważnych warstwach, które ja interpretuję na swój sposób. Bo z jednej strony, która zresztą początkowo wysuwa się na plan pierwszy, mamy przekrój życia człowieka, który tak naprawdę od początku swoim stylem życia i postawą wobec kobiet, skazany był na zagładę. Los nie przewidział dla niego happy endu, on sam zresztą już też przestał go widzieć. Czy Norbi rzeczywiście potrafił kochać, czy z biegiem lat zaczął po prostu idealizować cienie swoich wspomnień, niedokonane momenty w życiu, które mogłyby okazać się piękne, a jednak rzeczywistość zamieniła je w zgliszcza. Myślę, że na to pytanie trudno jest odpowiedzieć.

To zdecydowanie historia o smutnym człowieku. Nie jestem psychologiem, a nawet gdybym była, ciężko ocenić człowieka na podstawie krótkiego opisu. Ale wiem jakie są moje odczucia po przeczytaniu tej historii i na pewno wyciągnę z nich pewne wnioski. Odniosłam wrażenie jakby alkoholem i kobietami Norbi próbował sobie coś udowodnić. Gdy łączył jedno z drugim był istnym bogiem, niemal nie do pokonania. Aż w końcu to, co na początku było jego motorem napędowym, sprawiło, że upadł bez możliwości wzlotu.

Ale jak już wspomniałam, dla mnie ta opowieść ma jeszcze drugie dno, które ujawnia się dopiero pod koniec. To również historia o tym, że czasami prawda wcale nie wyzwala, że bywają w życiu momenty i okoliczności, kiedy to nie ona powinna się znaleźć na pierwszym miejscu. To kwestia indywidualna i nie każdy musi się ze mą teraz zgodzić, ale uważam, że Mike postąpił słusznie nie wyjawiając wszystkiego. Nie wszytko zawsze jest albo czarne albo białe i jeśli ktoś tak sądzi to należy się go bać, bo jest albo głupcem, albo fanatykiem.

Zostawię Cię z tą myślą, Michale i wspomnę tylko jeszcze, że odchodzę w pełni usatysfakcjonowana z lektury.

Pozdrawiam!
mike17 dnia 02.06.2016 10:10
Witaj, Kasiu, pod tym życiowym kawałkiem :)
Tak to niewesoła historia o człowieku, który się mocno pogubił w życiu i tak naprawdę to chyba nie miał żadnego planu na nie.
Podejrzewam, że była w nim pustka i zalewał ją, a kobiety miał być jakimś jej wypełnieniem.
Nie celem samym w sobie, bo nie zależało mu na rodzinie, na dzieciach.
Najgorsze jest to, że to opowieść "sklejona" z wielu rozmów, jakie przeprowadziłem.
To z nich powstał Norbi.
Pocieszę Cię, że Norbi żyje i jakiś czas temu wrócił z 6-miesiącznego odwyku do kochającej żony, która miała z nim krzyż pański (oczywiście to jeden z facetów, którzy "złożyli" się na tę postać).

I jak słusznie zauważyłaś - nie zawsze opłaca się walić prawdę prosto z mostu.

Bardzo Ci dziękuję za jak zwykle mądry, wartościowy koment :)
To mnie niezmiernie motywuje i pobudza do tworzenia.
Tylko w takich komentach mogę się przejrzeć jako autor.
A piszesz obszernie, co mnie bardzo cieszy.
Zapraszam za chwilę do kolejnych opowieści by mike :)

Pozdrawiam wesoło :)
JOLA S. dnia 15.06.2016 10:56
Cześć! Nie znamy się, a już Cię lubię czytać. Podoba mi się Twój , na wskroś męski sposób przekazywania emocji. Piszesz o karuzeli życia w zasadzie tylko jednego człowieka, ale za to jak....
Walisz prosto z mostu, nie owijasz w bawełnę, nie rozmieniasz się na drobne, nie ściemniasz. Podoba mi się Twój styl i sposób narracji.
Hm! To Twoje pojmowania świata - wciągające..... :yes:
Pozdrawiam cieplutko
Aronia23 dnia 15.06.2016 11:49 Ocena: Świetne!
"Ponoć toksyczne związki są najsilniejsze, podszyte ambiwalencją uczuć, i ponieważ takie właśnie było małżeństwo z Carol, długo potem rozpamiętywał swoją porażkę, bo gdzieś w głębi serca nadal była mu bliska, jednakże było już za późno na ożywianie trupa.". No równia pochyła, mike 17. Tekst niby przestroga, ale też i stwierdzenie faktów. Bardzo wymowne stwierdzenie. Wiesz, co mnie poruszyło? Oczywiście treść tekstu, ale także jego rozplanowanie. Bohater "nie liczy godzin, ni lat", choć jeden z podroździałów ma tytuł "CZAS NIE LECZY RAN, CZAS JEST OSZUSTEM". Jest to prawda i tyle, bo się starzejemy, rozpamiętujemy, tracimy wiele rzeczy, a przede wszystkim bliskich. Samych siebie, również.
Kalendarz bohatera to przede wszystkim imiona kobiet, które kochał, przez które cierpiał, i które mu dawały rozkosz.
Matka - też odeszła. Jak to mawiał St. Jerzy Lec ", nawet najdłuższa żmija" - oczywiście żart.

Wspominasz też o zwierzakach, oprócz kobiet jego życia - tych, które spotykał na swojej drodze, też ważne, ale nawet, biedak, bał się przywiązać do jakiejś istoty. Straszny sobie los zgotował lub los zgotował jemu straszne chwile. Cały zakołowany.
Zdanie "Tak zaczęła i zakończyła się moja wizyta u jego ostatniej kobiety." Tak, jak mówiłam - pokazuje kalendarz bohatera, który zgasł jak świeca. Nie żył, bo brakowało mu kobiety u boku.
"On nie mógł żyć bez powietrza". Poświatowska mogła, choć była "Trochę bledsza, trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca...". Pozdrawiam. Aronia23
mike17 dnia 15.06.2016 13:25
Jolu, już się cieszę, że lubisz mnie czytać :)
Co za wyróżnienie za pierwszym razem!
Jestem bardzo dowartościowany i szczęśliwy.
Zawsze mnie raduje każdy nowy czytacz.
I zapraszam Cię jak najczęściej, jeśli lubisz męską prozę.

Aronio, smutny to tekst, ale takie były prawdziwe wydarzenia.
To opko napisało życie, ja tylko ułożyłem to w literki.
Bohater przegrał życie już na starcie, a dalej równia pochyła...
I nic tej ślepoty nie przerwało.
A w dodatku alkoholizm, także mamy pełen obraz upadku.

Bardzo Wam dziękuję za czytańsko i zapraszam, kiedy dusza zapragnie :)
Będzie mi niezmiernie miło znów Was gościć.

Pozdrawiam wesoło!
Aronia23 dnia 15.06.2016 13:58 Ocena: Świetne!
Ja w miarę możliwość będęi czytać Twoje teksty. Dużo uczą. Przede wszystkim warsztatu. Fajnie, że ma możliwość poznać wspaniałego pisarza. Cieszę się, że tak ciepło zostałam tutaj przyjęta. Już nie ma co dalej się roztkliwiać nad sobą. Ja głowa do góry i na pobranie krwi. Mike17 , trzymaj za mnie kciuki, choć nie wie, czy to pomaga. W każdym razie jutro mam ciężki dzień. Pozdrowionka a23
mike17 dnia 15.06.2016 14:16
Dzięki, droga Aronio, za "pisarza", ale ja jestem na razie ciągle w drodze :)
Ale już nigdy z niej nie zejdę :)

Trzymam za Ciebie kciuki i teraz, i jutro, i w ogóle :)

See you later, Alligator!
Aronia23 dnia 15.06.2016 14:41 Ocena: Świetne!
Tak to się kiedyś mówiło, a odzew był taki: In the wild crocadile - nie wiem, czy błędu nie walnęłam znowu. Jeśli tak, skoryguj. No lecę doktory wzywają.
mike17 dnia 15.06.2016 14:50
"After while, crocodile" :)
Aronia23 dnia 15.06.2016 17:35 Ocena: Świetne!
No, no widzisz, głupola!. dzięki za poprawienie, ale moja wersja też mogłaby być. Bywaj, Pisarzu. A23
mike17 dnia 15.06.2016 18:12
Uznajmy to za przejęzyczenie he he :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
cliffhanger
23/04/2019 16:47
Bardzo dobre. »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:16
Widzę, że powtarzasz błędy z poprzedniej części. Nawet… »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:08
Bardzo piękny wiersz. I piszę to mimo tego, że nie przepadam… »
al-szamanka
23/04/2019 14:55
Nie dziwię się, że próbowała utonąć. Doskonale pokazałaś… »
Madawydar
23/04/2019 12:09
Fabuła zapowiada się całkiem nieźle. Błędy są, ale nie… »
pociengiel
23/04/2019 10:01
Dzięki. Jest najlepsza. Aczkolwiek zaszalałem dodając cztery… »
allaska
23/04/2019 09:38
Popracowalabym nad ostatnia strofa:) »
AntoniGrycuk
22/04/2019 21:14
Marku, dzięki za nalot na tę mini-miniaturę. I za taką… »
Marek Adam Grabowski
22/04/2019 20:18
Świetne. Tylko tyle i aż tyle. Pozdrawiam »
maleo
22/04/2019 10:31
Pełen uczuć, słodki :) »
al-szamanka
22/04/2019 05:26
Hmm, widać wyraźnie, że puenta ma tu być z założenia mocna i… »
Scareto
22/04/2019 01:28
Dziękuję ślicznie za wizytę! :) Czy puenta nie wydaje się… »
22227
21/04/2019 20:54
Ciekawy tekst szczególnie: "ile muszę popełnić… »
22227
21/04/2019 20:36
Bardzo fajny wiersz. samotna świadomość bogini zwycięstwa,… »
Cofftee
21/04/2019 19:34
Dziękuję za wizytę i opinię, niezmiernie mi miło :-)… »
ShoutBox
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:31
  • A kto inny mówi, że w Słowniku Poprawnej Polszczyzny z 2016 jest: winny wszystkiemu. I co tu sądzić? Ja mam tylko taką sugestię: być winny wypadku, zdarzeń (kogo, czego).
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:27
  • Otóż dzwoniłem do poradni językowej Uniwersytetu w Poznaniu. Podano mi, że w słowniku sprzed 40 lat obie formy są dopuszczane, a w nowym tylko w formie dopełniacza. Więc: winny wszystkiego.
  • Dobra Cobra
  • 23/04/2019 10:40
  • Jaka piękna wymiana celowników i dopelniaczy ! Lata cale czekałem na taką rozrywkę umysłową na Sb.
  • MitomanGej
  • 23/04/2019 04:30
  • "Wszystkiemu" to celownik, a "wszystkiego" - dopełniacz. Z logicznego punktu widzenia poprawna jest forma z końcówką -ego, gdyż jesteśmy winni kogo/czego, w celowniku to możesz być winny koledze 5 zł
  • AntoniGrycuk
  • 22/04/2019 18:12
  • Dzięki. Choć logicznie to brzmi, jakby chodziło o znaczenie słowa winny w sensie długu, a nie przyczyn wydarzeń.
  • al-szamanka
  • 22/04/2019 18:02
  • Jestem winny WSZYSTKIEMU... WSZYSTKIEMU jestem winny.
  • mike17
  • 22/04/2019 16:51
  • Nasza zabawa trwa. Głosujcie w MUZO WENACH 7, łatwo czytać miniatury, bo jest ich niewiele. Dlatego liczę na Wasz odbiór i cenne głosy. Czekają na nie też Autorzy, którzy zaszczycili konkurs :)
Ostatnio widziani
Gości online:16
Najnowszy:Sarahkfd
Wspierają nas