Urodzony w trumnie - mike17
Proza » Historie z dreszczykiem » Urodzony w trumnie
A A A
Od autora: Tym razem zapraszam Was do opowieści dość kameralnej, w której zamierzam nieco "zadreszczyć", cokolwiek by to nie znaczyło :)
Czy istnieje tzw. przypadek, czy jest to już przeznaczenie?
Kim jest człowiek w swoim prawie "wyborów"?
Refleksje mile widziane :)

 

                                                 
 
 
 
Nadeszła jesień, pokrywając świat pajęczyną babiego lata i żółto-czerwonych liści, tańczących swój taniec nieskończony. Dni stawały się coraz krótsze, ciemniejsze, pełne monotonii i szarości. Ranki witały gęstymi kłębami mgły, unoszącej się nad ulicami. Nagle umilkł śpiew ptaków, które uciekły w lepsze strony. Gdzieś przepadła letnia radość i zapach tysiąca kwiatów. Nostalgiczne podmuchy chłodnego wiatru nastrajały do refleksji i zadumy.

Gdzieś w środku października poczułeś się strasznie samotny.
 
Po raz pierwszy.
Żyjąc sam, nigdy tego nie odczuwałeś, postrzegając wszystko w jasnych barwach, czując się doskonale „we własnym sosie”, patrząc z zadowoleniem w lustro, którego nigdy nie zbiłeś.
Nie potrzebowałeś towarzystwa za wszelką cenę.
Ceniłeś je, ale nie wyobrażałeś sobie, aby nie mieć chwili wytchnienia tylko dla siebie.
Należałeś do tych nielicznych, którzy nigdy nie nudzą się ze sobą, oddychając pełną piersią.
 
Nagle odniosłeś wrażenie, jakbyś zobaczył rzeczy od środka - maska opadła.
Nie miałeś pojęcia, że krępowała cię od lat, stając się z biegiem czasu twarzą.
 
Ta poza człowieka sukcesu o niezachwianej pewności siebie i wierze w swe możliwości, ta siła i dar rzucania świata na kolana, ta żelazna pewność, że tak już będzie wiecznie, bo przecież tobie należy się coś więcej niż innym przeciętniakom nie zmieniła życia w niebo na ziemi.
To przekonanie, zgubne w swym założeniu, nie mogło rzecz jasna daleko cię zaprowadzić.
I ten kres niby euforii nadszedł, bo nawet najgłębsze studnie kiedyś wysychają.
Wewnętrzny ogień powoli przygasał, zamieniając się w przeźroczystą ciszę bez nazwy.
Owładnęły cię nagle uczucia dotąd nieznane, drzemiące gdzieś w dalekich otchłaniach jaźni, tłumione, spychane do podświadomości - niby chwasty rosnące na dnie duszy, coraz bujniej wybijające ku górze.
 
Coś dławiło, nieznośnie dusiło, znienacka gniotło do niedawna radosną pierś nierealnym, przykro prawdziwym ciężarem. Coś podstępnie narastało, wysuwając bezcielesne macki coraz dalej i pewniej. Odczuwałeś iluminacje izolującego niepokoju, jak gdyby świat za oknem nieoczekiwanie tonął, nienazwane sekundy niby pierwotnego lęku przed nieznaną zmianą, która nie wiadomo co mogła przynieść.
 
Ni stąd, ni zowąd przyplątała się uciążliwa bezsenność – spałeś cztery godziny na dobę.
 
Z dnia na dzień przestałeś odzywać się do niedorzecznego świata, który, gdzieś tam, w kłębowisku szarych, bezimiennych rutyną małych, ludzkich spraw ulic dalej istniał, nucąc melodię codziennego rodzenia się i umierania.
Z nagła wyrosło osobliwe uczucie zapadania się w nienazwanym gąszczu minut i godzin.
Przedziwny, dopiero co odkryty nowy wymiar trwania – bezruch i zastój.
Osobliwe „spuchnięcie czasu”, przypominającego teraz zepsuty, tandetny zegar.
 
Twój własny głos wydawał się teraz ohydny, bezcielesny i odkształcony. Jawił się jako odrębny byt, niechciany, niewłasny, niejako narzucany z eteru w sposób, którego lepiej by nie poznawać.
Odbicie w lustrze dogłębnie irytowało, dawało poczucie nowej obcości, jakby tam patrzyła czyjaś niewidziana wcześniej twarz, oblicze ziemiste, niesympatyczne, byle jakie…
Ktoś, kogo nigdy nie chciałoby się spotkać, a jednak…

Chwile przytłaczającego natłoku myśli, poplątanych jak leśne chaszcze, przeplatane były absolutną pustką, zanikiem jakichkolwiek czynności intelektualnych, kiedy obok bezszelestnie uciekały kolejne dni i noce, niezapamiętane w swej nijakiej szarości.
Nawet pamięć płatała figle: pamiętałeś, co robiłeś dwadzieścia lat wcześniej, lecz wspomnienie tego, co było niedawno, nie dawało ci spokoju, bo go nie odnajdywałeś.
 
Na małym, pomarańczowym stoliku, przy łóżku miałeś kilka starych czasopism, jakąś zapomnianą książkę, długopis i zapałki. Czasem siadałeś na moment, niby zmęczony, niby wyczerpany, jakby odpoczywając po długich, bezowocnych marszach po mieszkaniu, kiedy to nerwowo paliłeś papierosa za papierosem i bezwiednie rysowałeś na gazetach.
Były to mało ważne gryzmoły, figury geometryczne, osobliwe twarze, kłębowiska linii i kresek. Czysty bezład. Absolutny brak konkretu. Zapętlenie nicości. Co znaczyły lub znaczyć miały, trudno powiedzieć. Rysując nawet nie patrzyłeś na kartkę, robiłeś to jak gdyby mechanicznie, w jakimś tylko sobie wiadomym transie. Jakby jedna ręka paliła, a druga w tym czasie smarowała coś bezmyślnie w gazecie.
Ot, dziwactwo.
Natręctwo, jakich wiele, zwłaszcza gdy jesień całuje smutnym październikiem: wtedy to, co zakwitłoby radośnie lipcowego poranka, nie ma szans na „obleczenie się w ciało”.
 
Pewnego razu, w stanie lekkiego podniecenia, już chciałeś zmiędlić zabazgraną gazetę, lecz coś cię nagle tknęło - nie zrobiłeś tego.
Wyostrzone spojrzenie powędrowało na zapisane strony.
Z niemałym zdziwieniem dostrzegłeś wśród morza bazgrołów cyfry, ciemne jak zagadka, napisane z ogromnym naciskiem.
 
Był to numer telefonu.
 
Zadrżałeś przejęty dziwnym uczuciem.
- Czemu to zrobiłem?
Natychmiast zacząłeś sprawdzać w swoim spisie ów numer, lecz bezskutecznie.
Nie było go tam.
- Czyj zatem był?
 
Teraz dopiero zaczęły się gorączkowe chodzenia od okna do okna, dziesiątki wypalonych do połowy papierosów i miliony myśli kłębiących się szaleńczo pod czaszką. Pojawiały się nagle teorie „czemu i dlaczego”, po chwili znikały jak poranna mgła, przychodziły kolejne tłumaczenia nie znajdujące żadnej logicznej odpowiedzi.
 
W mózgu wrzało jak w rozgrzanym tyglu, wszystkie komórki analizowały.
Walka z myślami była z góry przegrana, bo czasem już na starcie następuje upadek.
Brakowało choćby nikłego tropu, którym można byłoby podążyć.
Ten bolesny chaos drażnił i irytował, niepokoił i osobliwie przygnębiał.
Odpowiedzi mogło być miliony, od tych racjonalnych, po te z „tamtego brzegu”.
Ta wielość hipotez nie była niczym dobrym - nie poczułeś się bynajmniej pocieszony ani zadowolony, zawisłeś nad przepaścią, na dnie której mogłeś spodziewać się wszystkiego.
 
Wciąż niczym nocna zmora obsesyjnie prześladowały cię czarne numery wypisane jak niepokojący znak na gazecie – przedziwna kombinacja nieznanych ci cyfr…
 
Tknięty nagłym imperatywem, podjąłeś desperacką decyzję: zadzwonić.
 
Tylko wtedy wszystko się wyjaśni, bo czyż warto wierzyć w przypadek?
W to nędzne wytłumaczenie, jakim ludzkość raczy się w najlepsze od wieków?
Wahania zmarły śmiercią własną, bo czasem wahać się to wielokrotnie umierać.
Ochoczo chwyciłeś za telefon.
 
Po chwili w słuchawce odezwał się męski głos:
- Przyjdź jutro. Podaję adres - tu nieznajomy udzielił najważniejszych informacji. - Godzina szesnasta, bądź punktualnie.
 
Zapadła demoniczna cisza, jak pocałunek listopada wśród cmentarnych alejek.
Czułeś, że to nie jest zbieg okoliczności, to zdałoby się zbytnim uproszczeniem, miałkim trywializmem, takie rzeczy dzieją się raz w życiu albo nigdy.
Jakaś myśl samotna wierciła, natarczywie i nachalnie, nie pozostawiając wątpliwości, że nic na tej ziemi nie dzieje się bez powodu, że skoro istnieje powód, musi być też i cel.
Tłukła się w czaszce jak zamknięty w klatce ptak.
 
Pomimo wewnętrznego sprzeciwu musiałeś tam iść, gdybyś tego nie uczynił, może żałowałbyś do końca życia chwili słabości i niezdecydowania, a wtedy sam zgotowałbyś sobie małe, prywatne piekło, do którego zamknięto drzwi, a klucz wyrzucono do rzeki.
 
Choć w głowie szalały złowróżbne myśli, szarpiąc duszę na strzępy, nie potrafiłeś oprzeć się tej pokusie, a może to było coś więcej? Podświadomie wyczuwałeś, że to okaże się tym, na co irracjonalnie czekałeś od tak dawna, trawiąc życie na niczym, wegetując w świecie fikcji i pustki, gdzie kolory były martwymi dźwiękami, a dźwięki barwami pełnymi szarości.
 
Tej nocy nie zasnąłeś – była to ostatnia noc, kiedy mógłby spaść na ciebie zdrowy sen.
Bezsenność otuliła cię niewidzialnym płaszczem, boleśnie otwierając oczy.
Na ścianie, na suficie, wszędzie widziałeś widmową twarz tajemniczego rozmówcy, wyobraźnia ruszyła do pracy, mózg gotował się od domysłów, a spokój, ten stary towarzysz, zniknął gdzieś bez śladu, bezszelestnie pogrążając się w niebycie.
 
Grały nerwy, biło przeraźliwie serce, ale gwałtowna, nieprzeparta chęć wypełnienia tego nakazu była silniejsza niż cokolwiek – za późno już było, by zawrócić z tej drogi.
 
Bo wchodząc na nią, nie miałeś już powrotu.
Heraklit powiedziałby ci o rzece, o tej jednej, jedynej.
 
Tuż przed szesnastą stanąłeś przed podanym adresem, nerwowo gasząc papierosa o ścianę.
Wysmarkałeś nos na podłogę, wytarłeś go chusteczką.
Raz jeszcze zebrałeś się w sobie i szybko odnalazłeś dzwonek.
Po krótkiej chwili dało się słyszeć kroki i drzwi otworzył starszy, siwy mężczyzna.
— Wejdź — powiedział matowym głosem. — Idź do pokoju i usiądź — słowa nieznajomego dochodziły jakby zza odległej ściany.
Usiadłeś.
Czułeś się, jak gdyby to wszystko było jeno sennym majakiem, groteskową chwilą halucynacji. „To się wszystko nie dzieje...” — pomyślałeś, wchodząc niepewnie.
 
Wiele w życiu przeżyłeś, ale to...
Rzecz absolutnie irracjonalna i niepojęta, jak sen, w którym śmierć jest narodzinami.
Nadal ciężko ci było uwierzyć, że tu jesteś, że za chwilę tajemnica przestanie być garścią słów, rzuconych lekko na wiatr, jak obietnica, za którą może być coś, a może nic.
Nie mogłeś opanować mimowolnego drżenia rąk.
Rozejrzałeś się po pokoju badawczym okiem.
 
Był wypełniony ogromną ilością czarno-białych fotografii ludzi o bardzo smutnych obliczach, o rysach zgasłych, wypłowiałych, z których zionęło coś na kształt pretensji do losu, zawieszonych w ramkach na ścianach. Były to wizerunki od bardzo starych, sięgających zeszłego stulecia, aż po zupełnie współczesne, jakby przed momentem zrobione. Zdjęcia wisiały na trzech ścianach pokoju, pokrywając je od podłogi do sufitu. Było w nich coś niesamowitego — wszystkie zostały zrobione od przodu i szerokimi oczyma tysięcy twarzy patrzyły bezosobowym wzrokiem w przestrzeń. Spojrzenia przepajała osobliwa i tajemnicza moc — oczy nieobecne, o odrealnionym, nieziemskim wyrazie, utkwione w martwym punkcie przypominały nieco medaliony cmentarne.
 
Odkrycie, które nastąpiło niebawem, nie należało do przyjemnych.
Z pewnym zaniepokojeniem dostrzegłeś nagle, że i twoje zdjęcie wisi wśród innych, gdzieś po środku ściany.
Ledwie udało ci się na nim rozpoznać, albowiem nie było to zdjęcie aktualne.
 
Pochodziło z przyszłości.
Miałeś na nim siwe włosy i wiele zmarszczek.
Wyglądałeś na kogoś, kto zdążył się już nieźle zestarzeć.
 
Czyżby sobowtór?
Charakterystyczny rowek w brodzie zdradzał właściciela.
 
Niestety to było TWOJE ZDJĘCIE.
Nie było sensu udawać, że jest inaczej.
Nie poczułeś się z tym najlepiej.
 
Nagle do pokoju wszedł nieznajomy.
 
- Kim jestem, nie ma znaczenia, tu przecież chodzi o ciebie... - rzekł starzec. - Mam ci coś do zakomunikowania. Wiem, że masz pewną szansę. Posłuchaj uważnie: to jest ostrzeżenie. Zapamiętaj każde słowo. NA DRODZE SWEGO ŻYCIA UNIKAJ DOMÓW - ciągnął zgaszonym głosem mężczyzna. - Wtedy może przezwyciężysz mnie w sobie. Zamieszkaj na barce albo kup sobie dużą łódź kabinową. Możesz mieć niewielki statek. Kup bodaj używany. Wiem, że cię na to stać. Czasem w życiu trzeba postawić wszystko na jedną kartę. I zapomnieć o lęku. Zapomnieć o latach, które już nie wrócą. Nie wiedziałeś o tym? Innym to się udało. Ubity ląd nie dla ciebie, tu nigdy nie zaznasz spokoju. Zwróć się ku wodzie, idź za ciosem. Tylko wtedy…To ci chciałem dziś powiedzieć. Po to tu jesteś. Wcześniej czy później spotkalibyśmy się. To pewne. To była jedynie kwestia czasu. Właściwego czasu. Świat jest bardzo mały.
- To nie może być prawda, to … – stęknąłeś ciężko jak ktoś, kogo przygnieciono granitową płytą. - Nie może. Dlaczego mi się to przytrafia? Co ja tu robię? Co to za słowa, może to czysty przypadek?
- Idź już. Rozmowa zakończona. Nie ma sensu jej przedłużać. Wszystko już wiesz. Wiem, że możesz jeszcze dokonać wyboru… - rzekł posępnie starzec, patrząc nieokreślonym, bezcielesnym wzrokiem na ponure fotografie wiszące na ścianach.
 
Spojrzałeś raz jeszcze smętnym wzrokiem na osobliwe medaliony i poczułeś, że robi ci się niedobrze – jakbyś spadał z niewiarygodną prędkością w głąb bezdennej studni, na powierzchni której sam diabeł siedzi na złotym stołku i pokazuje ci środkowy palec.
 
Jakże wówczas zapragnąłeś, by ktoś rąbnął cię porządnie w łeb i wybudził z tej dusznej opresji, by krzyknął do ucha: „To się nie dzieje naprawdę!”
 
Na chwiejnych nogach, ogłuszony tajemnicą słów-zagadek, wychodziłeś po chwili z dziwacznego lokalu, odruchowo oglądając się za siebie. Poczułeś mroczną nierealność zaszłych zdarzeń - może to, co przed chwilą dane ci było przeżyć, to „przywidzenie”?
Przerażoną psychikę wypełniało uczucie dusznej grozy, dławiącej gardło, jakby sen zły jakiś wciągnął cię w swe podwoje i omamił, zatruwając duszę.
 
Droga do drzwi trwała wieki, a czas, ten przewrotny druh, stanął w miejscu, oniemiały.
Gdy dotarłeś do nich, odwróciłeś się, by pożegnać się, lecz za tobą nie było nikogo.
 
Zdjęty panicznym lękiem natychmiast zatrzasnąłeś drzwi i uciekłeś z przeklętego mieszkania.
 
Biegłeś długo jak obłąkany ulicami miasta, roztrząsając grupki wesołych dotąd ludzi, patrzących teraz na ciebie z przerażeniem. Byle dalej, byle jak najdalej. Ciągle miałeś przed oczami ów demoniczny lokal, a w uszach bolesny dźwięk słów starca, niepojęty, wymykający się twojej logice, jakże irracjonalnie daleki od tego, czym oddychało wolne jestestwo.
 
W krótkim czasie sprzedałeś mieszkanie, bowiem leżało w atrakcyjnym miejscu, co niewątpliwie sprawiało, że było nie lada kąskiem. Jednocześnie upatrzyłeś sobie nowe lokum - wesołe, słoneczne, o spokojnym charakterze i ciekawym rozkładzie — trzy duże pokoje z kuchnią i łazienką, niedaleko cichego, szumiącego kojącą melodią drzew parku, gdzie mogłeś bez końca odbywać długie spacery, zapominając o tym, czego pamiętać nie chciałeś.
 
Jednak nie zagrzałeś tu długo miejsca: lęk przed „ostrzeżeniem” osobliwego człowieka popychał cię przez następne lata do ciągłych, nagłych wyprowadzek, a trwoga przed „nieznanym” zadomowiła się na dobre na dnie duszy jak chwast, co bujnie wyrósł wśród zbóż, niechciany, lecz obecny, z każda kolejną próbą wyrwania, odrastający na nowo.
 
Mieszkałeś w tak wielu mieszkaniach, że nie sposób ich zliczyć, czasami kilka miesięcy, bywało, że kilka dni, czasami dłużej, w różnych częściach miasta, jednakże zawsze nadchodził ten dzień – dzień bolesnego odkrycia: trzeba zwijać manatki, dalej w drogę.
To spadało na ciebie jak grom z jasnego nieba.
Jak nakaz, bezwzględny, i w tej bezwzględności wymagający natychmiastowego wykonania.
Wiedziałeś, że czas nie gra na twoją korzyść, zatem musiałeś podejmować szybkie decyzje.
Zwłoka mogła wszak wiele kosztować, może i „ceny” lepiej nie znać? Pewnie to wiedza zupełnie niepotrzebna, szkodliwa wręcz, jak pryszcz na tyłku, więc tych drzwi nie trzeba było otwierać, to oczywiste.
I trwał tak exodus, i nic nie mogło tego powstrzymać.
Od drzwi do drzwi, od ucieczki do ucieczki.
I tylko poranne przebudzenia z lękiem w umyśle znaczyły ten szlak.
Gdzieś obok gasły lata, podobne do siebie, bliźniacze.
 
Lecz pewnego, wiosennego popołudnia, nie wiedzieć skąd, przyplątało się do ciebie wyraziste wspomnienie tamtego spotkania, jakże niezapomnianego poprzez swoją niezwykłość.
Niby odległy dzwon zabiło w duszy, wywołując ponownie niespokojny dreszcz.
 
Minęło tyle lat...
Ileż to zim, ile wiosen?
Ile piątków i poniedziałków?
Żyłeś we względnym spokoju zjawisk utartych i powtarzalnych, niezmuszony ani razu do fatalnych przeprowadzek.
A jednak...
 
Z otchłani jestestwa wyłaniała się jedna, konkretna myśl, nieznająca sprzeciwu: trzeba odnaleźć tego człowieka i jeszcze raz odbyć rozmowę.
 
Może to wszystko była nieprawda?
Może starzec zakpił sobie lub najzwyczajniej pomylił się?
Może chciał celowo zmienić twoje życie w koszmar?
Ale po co, jaki miałby w tym cel?
 
Pewnych rzeczy nigdy nie zapomniałeś.
Był to adres i telefon dziwnego rozmówcy.
 
Teraz nadszedł czas, by iść tam znowu – bez względu na konsekwencje.
Ten imperatyw zawładnął tobą dogłębnie, już nie było miejsca na wycofanie się, nie teraz, kiedy chciałeś, by słowa stały się ciałem, by dano ci posmak prawdy, tej jedynej.
 
Wielokrotnie próbowałeś dodzwonić się, lecz telefon jak zaklęty uparcie milczał.
Nikt go nie odbierał, ani rano, ani wieczorem, jakby w przedziwnym mieszkaniu nikogo nie było, a może „robiono ci na złość”, tego nijak już nie doszedłeś, bo jak?
Istniała i taka ewentualność, lecz czy aby należało jej wierzyć?
 
Pewnego dnia ubrałeś się, starannie ogoliłeś, zjadłeś śniadanie i ruszyłeś pod znany adres.
Chciałeś przejść się, by mieć dodatkowe minuty do rozmyślań, może już ostatnich w tej materii, bo nie miałeś cienia wątpliwości, że to dzieje się tylko ten jeden raz.
Pchany szalonym pragnieniem poznania prawdy, płynąłeś jakby ponad ulicą, niesiony energią oczekiwania na ujrzenie osobliwego domu, czułeś, że to realizacja tego, co musiało nastąpić, czego się nie uniknie, na co może czekano w „twojej sprawie” od lat.
Spacer wcale się nie dłużył, wręcz przeciwnie, miałeś ostatnią szansę, by „wejść w temat”, choć nie miałeś pojęcia, z czym przyjdzie ci się zmierzyć.
 
Nie wiadomo, kiedy wyrósł przed tobą ten znany, lecz w pamięci nieco już zatarty obraz — omszały dom, a raczej sypiąca się kamienica, mocno już podniszczona zębem czasu.
Bez wahania wszedłeś do środka. Na klatce minąłeś jakiegoś mężczyznę z dzieckiem. Piąłeś się po schodach w milczeniu czując, ile cię to jednak kosztuje. Serce biło jak młot, pot zrosił czoło, drżały dłonie. Krok po kroku zbliżał cię do rozwiązania, którego tak oczekiwałeś. Jeszcze tylko jedno piętro, kilkadziesiąt sekund i... nacisnąłeś dzwonek.
Wstrzymałeś oddech.
 
— Dzień dobry — powiedziałeś z udawaną nonszalancją w głosie. — Czy mógłbym zamienić słowo ze starszym panem, który tu mieszka? Mam do niego sprawę. Nie widzieliśmy się ładnych parę lat. To dla mnie bardzo ważnie. On musi się ze mną zobaczyć. Dawno temu, przed laty, miałem tu spotkanie z pewnym mężczyzną i stąd znam ten adres. Przecież nie mogłem sobie tego wymyślić, jakiż w tym cel? Rozmawialiśmy o bardzo ważnych dla mnie kwestiach. Życiowych, że się tak wyrażę. Potrzebna mi jego pomoc, dziś, zaraz, rozumie pani?
 
Kobieta popatrzyła na ciebie z głębokim zdziwieniem, i po chwili beznamiętnie rzekła:
— Pan chyba pomylił adres. Na pewno. Tu nigdy nie mieszkał nikt poza naszą rodziną, żaden starszy pan. Tylko ja i mąż, i teraz ona. Wiem, co mówię — tu kobieta wskazała na dziecko pełzające po dywanie.
— Ale może przed państwem, wiele lat temu? — nalegałeś, instynktownie czując, że grasz w z góry przegraną grę. – Ja tu z nim… Minęło ich tyle, a teraz… Nie mogę odejść stąd z pustymi rękoma. Czy pani wie, że…
— Przedtem mieszkała tu moja babcia — kobieta nie była w nastroju do rozmów z dziwnymi nieznajomymi. — Nikt inny, proszę pana, żaden mężczyzna. Czy pan mnie rozumie? Do widzenia. To bez sensu. Nie wiem, co mam powiedzieć. Przykro mi, ale nie mam czasu na jałowe dyskusje — to mówiąc, zamknęła bezceremonialnie drzwi.
 
Tak zakończyła się ta krótka, bezproduktywna rozmowa.
Nie tego się spodziewałeś, nie tego w duchu oczekiwałeś.
Inaczej to sobie wyobrażałeś, ale życie to cwany gracz, który gra w pokera pięcioma asami.
Potem nie wiesz, gdzie byłeś, ż kim grałeś, i jak się nazywasz.
 
W niemałym szoku opuszczałeś dziwny dom, tak samo osobliwy dziś, jak i wtedy, kiedy byłeś w nim ostatni raz. Chwiejnym krokiem zszedłeś na dół i powlokłeś się jak zamroczony w jakimś kierunku, byle iść. Rozdygotany mózg nie ogarniał na razie niczego, nie wiedząc jeszcze, jaki werdykt wydać. Nie sposób było pozbierać myśli. Za wcześnie, za ciężko.
Zbyt niesamowite było to odkrycie. Znów w stalowych szponach, ale czego tym razem? Tragiczna ciekawość?
Znów powrót do korzeni...
 
Jakoś dotarłeś do domu i ciężko padłeś na łóżko: po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zasnąłeś snem długim i głębokim, organizm upomniał się o swoje prawa.
 
Ranek powitał cię jasnym słońcem, wdzierającym się radośnie do mieszkania każdą szparą, niczym posłannik dobrej nowiny. Noc nie przyniosła żadnych rozwiązań, pozbawiona sennych widziadeł, więc niechętnie zwlokłeś się z łóżka i zacząłeś przygotowywać śniadanie. Zapaliłeś papierosa, wyjrzałeś przez okno, a tam ten sam znany na pamięć świat pchał swój wózek w bliżej nieznanym kierunku, wprawiany w ruch siłą osobliwych przeznaczeń.
Toczył się nadal tak samo, nieśpiesznie, z tą samą rutyną, niezmienną, jak pory roku, opowiadając, co rano tą samą historię. Ludzie szli lub pędzili, lub wolno stawiali kroki na tym samym wcale niezmienionym chodniku — szli, jak gdyby nic się nie stało, nic nie wydarzyło.
 
Tyle lat, tyle zmarnowanych lat i ten sam mrok tajemnicy.
Nie miałeś wyboru, musiałeś żyć dalej. Obarczony ciężarami tajemnic, zanurzając się w gęstym mroku zagadek i dwuznaczności, życie musiałeś ciągnąć pomimo wszystko, starając się jakoś wyprzeć ze świadomości rzeczy minione. Nie potrzebowałeś przechowywać ich w pamięci. Marzyłeś o nagłej amnezji, która zabrałaby to, co wydarzyło się dotychczas.
 
Nic się nie zmieniło z wyjątkiem jednej rzeczy...
Zacząłeś siwieć, nagle, nieoczekiwanie z dnia na dzień.
 
Srebrne pasma stawały się coraz bardziej widoczne, zwłaszcza na skroniach, pokrywając pajęczą nicią stopniowo resztę czarnych dotąd włosów. Osobliwe, co by nie mówić.
Uznałeś to za rzecz niecodzienną, ale z drugiej strony może nadszedł już na to czas?
Młodsi znajomi zaczęli siwieć wcześniej, więc może i ty powinieneś?
Z tym można żyć, byłeś przecież mężczyzną już niepierwszej młodości.
 
W lustrze dostrzegłeś także, iż twarz pokrywają liczne, głębokie zmarszczki.
Tak wyraźne jak nacięcia nożem na świeżej desce, świadczyły o upływie czasu.
 
Jak do tej pory mogłeś ich nie dostrzegać, przecież nie powstały w jedną noc?
Były faktem, pewnie od dawna, zapewne zbyt dobrze się sobie nie przyglądałeś, przyzwyczajony do własnego oblicza, nieczekający na istotne zmiany wyglądu, mając w myślach inne, ważniejsze sprawy, zaprzątające uwagę od lat.
 
Pewnego poranka, przy pierwszej kawie, pojąłeś sens rzeczy...
Było to jak uderzenie pioruna: nastało nowe.
Spłynęło z promieniami słońca.
 
— Skoro dziwny starzec nigdy nie istniał, nie jest też, i nigdy nie było prawdą, co mi wtedy powiedział. Jak mogłem być tak ślepy? — krzyknąłeś, uderzając się w czoło. — Czysta logika. Bez dwóch zdań, jasne jak słońce. Wystarczyło trochę pomyśleć, zastanowić się, ruszyć rozumem! Myślenie zawsze ma przyszłość, taka mała analiza i... po kłopocie. To kosmiczna bzdura na resorach, moje urojenie, lęk, który z czasem wszedł mi do głowy i serca.
A może to był tylko sen, który pomylił mi się z rzeczywistością? Nie powiem, nie wiem, dziwna rzecz, jak łapanie w dłoń wiatru – zawsze pustka.
 
Rzeczy zatem prezentowały się teraz w zgoła innych kolorach, jawiły się w innym wymiarze, nabrały nagle diametralnie odmiennego znaczenia i wydźwięku.
Sprawy zamajaczyły świeżym, zdrowym światłem, przeganiając w dal niedawne mroki.
Nareszcie…
 
Radości nie było końca.
Kula u nogi, tkwiąca tam uporczywie od lat, nagle odpadła, w ciągu kilku sekund urosły skrzydła, świat znów wykonał gest zaproszenia.
Teraz byłeś ponownie tym młodym człowiekiem, który tak kochał życie, a życie kochało ciebie, była to w tej chwili miłość wzajemna, silna i dopiero co wybuchła nowym, gwałtownym płomieniem.
 
Znów poczułeś to stare, zapomniane już uczucie, ech, kiedy to było — MIŁOŚĆ ŻYCIA, rozpierające lekką pierś szalonym okrzykiem zachwytu. Życie każdą chwilą, bo ona nigdy się już nie powtórzy, przemijając bezpowrotnie w wiekuistym trwaniu, życie każdym oddechem, spojrzeniem, gestem. Radością poranków przy kawie, magią wieczorów, gdy wokoło pachniała maciejka, śpiewem ptaków, czułością rosy na trawie, ciepłym językiem wiernego psa na policzku. Świtaniem w lesie, kiedy bujna przyroda raczyła koszem grzybów i słoikiem jagód, a popołudnie siatką dorodnych karasi, złowionych w pobliskim stawie. Papierosem wypalonym w drodze do domu, gdzieś, wśród łąk, po których kroczył samotny bocian. Jabłkiem zerwanym z drzewa sąsiada. Ciepłym deszczem, pieszczącym lipcem. Wygodnymi butami, w których można by iść na koniec świata. Kluczem otwierającym drzwi, jak nigdy przedtem. W końcu nocnym patrzeniem w gwiazdy, w oczekiwaniu, że któraś spadnie i spełni życzenia. A i one teraz upomniały się o swoje prawa, o to, by zaistnieć, bo tylko dzięki nim życie ma sens, i każda sekunda tej wędrówki oznaczać może osiągnięcie celu.
 
Czułeś teraz na nowo, jak to kiedyś było upoić się tą obłędną miłością do życia, zanurzyć się w jego bezdennych otchłaniach i krzyczeć z radości, że się żyje.
Tak, głośno, na całe gardło, aż do ochrypnięcia.
 
Wkrótce bez wątpienia przyjdzie czas na odmalowanie domu, decyzja zapadła.
Na jasno, na żółto, pomarańczowo, byle jasno, dasz radę, dasz siebie.
Wybiła godzina ostatecznej rozprawy z tym, co nie cieszy oka wesołą barwą.
Wszystko ma mieć rozpromienione kolory, wszak żyje się raz.
Jak słońce na niebie, jak światło w tym, co odpowiada za ludzkie szczęście.
To jak słoneczny, ciepły dzień, cieszący zapachem lata.
Nieziemska odmiana, upragniona metamorfoza, dryfowanie na błękitnych falach.
Jak wiosna po zimie, jak uśmiech po smutku.
Jak pocałunek słodkiej kochanki po latach samotności i łez.
 
Rewolucja kolorystyczna nadchodzi – nic już tego nie powstrzyma!
Dom ożyje, w końcu, i na dobre, bo radość kolorów winna pokryć smutek szarości.
Zmartwychwstaną ku nowemu życiu okna, drzwi, ściany i podwórze.
Wszystko zyska nową, radosną, promienną duszę.
Precz z brązem i niebieskim koszmarkiem – na śmietnik!
To już nikomu niepotrzebne, zbędny balast, oczu mitrężenie.
 
By czuć w sobie tę niewysłowioną radość, trzeba mieć pogodne obejście, mieszkanie pełne roześmianych barw, upojnych kwiatów, kojących oko obrazów impresjonistów, spokojnych, stonowanych sprzętów, drzemiących po kątach, nucących cichą melodię.
 
— Wróciłem! — krzyknąłeś wtedy na całe gardło tak, jak nigdy nie dane ci było krzyknąć. — Wróciłem na dobre! Zamykam stary okres, zamykam go na zawsze. A klucz wyrzucam do rzeki, a co tam, wolno mi. Nie pozwolę odebrać sobie tej wolności. Sprawy zaszły już za daleko, ja zaszedłem za daleko.
 
Nagle w przypływie tej kosmicznej radości, której przed samym sobą nie umiałeś zdefiniować, postanowiłeś wybiec na dwór i oznajmić całemu światu te cudowne wybawienie, niezwykłe szczęście, swój powrót, co jawił się czystym cudem.
To nie mogło czekać, nie po tym wszystkim, przez co przeszedłeś.
Tym trzeba było podzielić się natychmiast z bliźnimi.
Dać nagły upust niewyobrażalnemu szczęściu, bo tylko wówczas miało to jakiś sens.
 
Założyłeś naprędce tylko buty, zmieniłeś spodnie i pobiegłeś w kierunku drzwi.
Otworzyłeś je i szybkim ruchem klucza zamknąłeś.
Rozejrzałeś się wokoło – wszędzie spokój i cisza, cisza i spokój.
Nie tracąc cennego czasu, popędziłeś w dół po schodach, by jak najprędzej znaleźć się na ulicy.
 
Gdzieś między drugim a pierwszym piętrem, noga nieopatrznie nie trafiła na stopień i poślizgnąłeś się.
Gwałtownie upadając, uderzyłeś tyłem głowy o kamienne stopnie.
 
Radosne jeszcze niedawno oczy zakryło białe bielmo śmierci.
 
 
 
 
23 grudnia 2015
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 02.01.2016 14:14 · Czytań: 1067 · Średnia ocena: 4,69 · Komentarzy: 58
Komentarze
Jonasz dnia 02.01.2016 17:26 Ocena: Bardzo dobre
Przeczytałam i podobało mi się. Odgadłam, jak skończysz opowieść, w sensie, że śmiercią bohatera. Nie o to jednak chodzi, fascynująca historia z dreszczykiem pełna najróżniejszych refleksji.
mike17 dnia 02.01.2016 17:52
Jonasz, bardzo się cieszę, że Ci się ten dreszcz podobał.
Wszak niełatwo dziś straszyć, bo już chyba nie ma czym...
Tym bardziej mi miło, że zasiałem ferment :)

Pozdro!
Lilah dnia 02.01.2016 21:20 Ocena: Świetne!
Przyciągnął mnie tytuł, Mike, i nie żałuję.
Nieźle zadreszczyłeś.
Czyżby to przestroga dla egoistów, takich jak Twój peel?

Bardzo mi się podoba ta [i]je­sień, która ca­łu­je smut­nym paź­dzier­ni­kiem,/i] może ją sobie pożyczę.

Pozdrawiam ciepło, :) Lila
mike17 dnia 02.01.2016 21:52
Niełatwo zadreszczyć, gdy już tak naprawdę nie ma czym straszyć :)
Tym bardziej jestem spełniony, Lilu, że choć trochę się udało.
A jesień?
Czyż nie bywa odmianą nastroju dla wielu z nas?
Odkryciem czegoś, co dotąd było zakryte?
Wejściem w inny wymiar...

Pocałunek smutnego października, hm, czasem odmienia...

Pozdrawiam wieczorowo :)
Ula dnia 02.01.2016 22:18 Ocena: Świetne!
Mike,
Ciekawa historia i faktycznie z dreszczykiem. Zaciekawiła mnie postać starca, z jednej strony każe Twojemu bohaterowi zapomnieć o lęku, a z drugiej - właśnie ten lęk wprowadza do jego życia. Coś jak oszukać przeznaczenie ;)
Pozdrawiam serdecznie :)
mike17 dnia 02.01.2016 22:39
Właśnie, kim był starzec?
I czemu "kazał" napisać numer telefonu...
Skąd przybył?

Bardzo mi miło, że byłaś, Ulu, w tym wymiarze, gdzie nic nie jest tym, czym zdawać by się mogło.
Bo są rzeczy między niebem a ziemię, prawda?
Których rozum nie ogarnie.

Pozdrawiam wieczorem mroźnym :)
kamyczek dnia 02.01.2016 23:23
Rozpisałeś się, mike, nie ma co. Ale warto było doczytać do końca, bo historia naprawdę ciekawa. Fajne są te wstawki kursywą, gdyby je tak wyodrębnić z tekstu, mogłyby spokojnie zaistnieć jako samodzielny tekst, taka swoista esencja.

Znalazłam kilka drobiazgów, które poprawiłabym.
Cytat:
Na­le­ża­łeś do tych nie­licz­nych, któ­rzy nigdy nie nudzą się ze sobą, od­dy­cha­jąc zdro­wą pier­sią.

– zdrową piersią na: pełną piersią
Cytat:
„To się nie dzie­je, to się dzie­je na niby!”

– po: to się nie dzieje dopisałabym: naprawdę
Cytat:
Wkrót­ce be z wąt­pie­nia przyj­dzie czas na od­ma­lo­wa­nie domu, de­cy­zja za­pa­dła.

– bez wątpienia.

Jesteśmy tym, co o sobie myślimy. Wszystko, czym jesteśmy, wynika z naszych myśli. Naszymi myślami tworzymy świat – Budda Siakjamuni.

Przeczytałam z zainteresowaniem.

Pozdrawiam serdecznie.
mike17 dnia 03.01.2016 09:05
Dziękuję, Kamyczku, za wizytę i podróż do świata mojego bohatera :)
Cieszę się, że Ci się podobało.
Sugestie zaraz wprowadzę w życie.

Pozdrawiam mroźnie :)
marukja dnia 03.01.2016 13:22
Witaj, Mike, jak miło Cię poczytać. Po przerwie, zadowolenie jest tym większe, bo w trakcie czytania, miałam wrażenie, że wracam do Twojego tekstu, jak do starego przyjaciela. Bo nie zawiodłeś - jest w stylu, tempie i tonie, który sprawia, że czyta się lekko, niemal płynąc. Po drodze można delektować się detalami, bo przemycasz tu wiele: spuchnięcie czasu przybiera na sile, a atmosfera, którą roztoczyłeś przypomina mi troszkę film 'Bezsenność', a bohatera przybliżasz za mgłą, budząc zaciekawienie.
Podoba mi się zabieg z kursywą, gdzie zwracasz się w drugiej osobie - fajnie wymyślone.
A puenta sprawia, że odchodzę ukontentowana, pozdrawiając Cię ciepło. :)
Miło pobyłam, good man!
mike17 dnia 03.01.2016 14:10
Hello, Good Woman, nareszcie jesteś :)
Już tak długo sekundujesz mojej pisaninie, że Twoje komenty to i dla mnie jak spotkanie z dawno niewidzianym przyjacielem, a to piękne i cenne przeżycie.
Bardzo się cieszę, że wchodzisz w te teksty i zawsze coś dla siebie zabierasz.
Bo po to je piszę, by móc potem czytać, że komuś sprawiłem przyjemność.
To dla mnie największa nagroda, potężna radocha.
Że pobudziły do refleksji, zatrzymały na chwilę, coś tam dały.

Lubię ten bajer z kursywą, działa nieźle na wyobraźnię :)
Sporo wnosi do tekstu.

Kończę tego komenta ukontentowany, że mogliśmy się dziś tu spotkać :)

Gorące pozdro w ten arktyczny dzień :)
introwerka dnia 03.01.2016 14:34 Ocena: Świetne!
Świetny thriller metafizyczny, Mike, dreszczący i wciągający od rewelacyjnego, oksymoronicznego tytułu po ostatnie słowo :) Poruszasz w nim wiele tematów, mnie najbardziej zafrapowało pytanie jak z Makbeta - na ile fakt, że usłyszymy przepowiednię zwiększa prawdopodobieństwo jej sprawdzenia. Osobiście skłaniam się ku myśli, że zwiększa je bardziej niż znacznie - choćby sama przepowiednia była urojeniem - co wywołane może być zarówno siłą (auto)sugestii, jak i wieloma bardziej złożonymi mechanizmami psychologicznymi. Co bynajmniej nie oznacza, że brak w tym pierwiastka tajemniczego, niezbadanego - sama scena pisania na serwetkach wygląda jak seans spirytystyczny z martwym za życia bohaterem! :)

Całość pomyślana ogromnie misternie, jestem pełna podziwu :)

Pozdrawiam serdecznie :)
mike17 dnia 03.01.2016 15:31
introwerka napisała:
Świetny thriller metafizyczny, Mike, dreszczący i wciągający od rewelacyjnego, oksymoronicznego tytułu po ostatnie słowo

Jakże miło mi to czytać, Werko, to miód na moje artystyczne serducho :)

Chciałem zasiać ferment, polegający na tym, czy istnieje przypadek, czy jest tylko przeznaczenie.
Skoro nasz bohater "bezwiednie" niby napisał numer telefonu, poszedł tam i usłyszał ostrzeżenie, lub też coś w rodzaju przepowiedni, jak to logicznie wytłumaczyć?
No i finał - przepowiednia się spełnia, kiedy zostaje uśpiona uwaga bohatera, wyciągającego błędne wnioski z prawdziwych niby faktów (rozmowa z kobietą).
A może nasz wymiar ma punkty styczne, w których przecina się z "tamtym"?

introwerka napisała:
Całość pomyślana ogromnie misternie, jestem pełna podziwu

Werko, rozpieszczasz mnie, ale to bardzo miłe i budujące.
Sama wiesz, że dziś bardzo trudno już "dreszczyć" - wszystko już kiedyś napisano.
Tym bardziej bardzo dziękuję Ci za dobre słowo :)

Pozdrawiam zachodem słońca :)
faith dnia 03.01.2016 17:46 Ocena: Świetne!
Wieje grozą już od samego tytułu:)

Ciekawe i jak zwykle refleksyjne opowiadanie z nie tak wcale małą dawką tajemniczości i magii. Pytanie, które wysuwa się po lekturze, zostało już postawione bardzo dawno temu. Ale, czy ktokolwiek zna na nie odpowiedź? Co nami rządzi? Zwykły przypadek, czy przeznaczenie? Sama często zadaje sobie to pytanie. Są tacy racjonaliści, którzy twierdzą, że wszystko jest tylko zbiegiem okoliczności. Ale, czy rzeczywiście im nigdy nie przydarzyło się w życiu nic, co mogłoby obalić to twierdzenie?

Wracając do Twojej historii, Michale, chapeau bas za zastosowanie wcale nie najłatwiejszej narracji, gdzie narrator zwraca się nie bezpośrednio do odbiorcy, ale do głównego bohatera opowiadania. To pozwala wysunąć pytanie, kim jest ów narrator? Czy wie, jak skończy się ta historia? A może jest tylko w jakimś stopniu alter ego naszego bohatera? Zastanawiające i zagadkowe :) Trudno to rozgryźć, bo ni słowem nie wspomina o swojej roli w całej tej historii, co jednak nadaje jej jeszcze bardziej intensywnego smaku.

Bardzo lubię w Twoim pisaniu to, że nie podajesz nam gotowych odpowiedzi. Zasiewasz tylko ziarenko pytań, które kiełkuje i nie daje o sobie zapomnieć.

Pozdrawiam ciepło, naprawdę zadowolona ze spędzonego na czytaniu czasu :)
ajw dnia 03.01.2016 18:21 Ocena: Świetne!
A ja myślałam, że mnie - rozleniwioną przeciągającym się świętowaniem, nie jest w stanie nic 'zadreszczyć', a tu proszę - mike to zrobił.
Lubię takie metafizyczne historie, bo sama jestem chwilami 'nie z tego świata' i wyczuwam różne wibracje. Rozum ludzki, choć jest skomplikowanym narządem nie jest w stanie wszystkiego wytłumaczyć. Wiele rzeczy poddanych innym prawom niż prawo natury, dzieje się poza logiką. Jest to dziwne, ale niezwykle interesujące.
I takie też jest Twoje opowiadanie, napisane w mikeowskim stylu :)
mike17 dnia 03.01.2016 18:32
Witaj, Katarzyno, pod tym dreszczowym kawałkiem :)

Tak, to pytanie zapewne nigdy nie doczeka się odpowiedzi: jedni będą uparcie twierdzić, że "tylko przypadek", inni wręcz przeciwnie, że "all is written in the stars" jakby to to ujęli Anglicy.
Ja osobiście w przypadek nie wierzę.
Mam na to wiele dowodów, ale nie miejsce, bym tu cokolwiek próbował udowadniać.

W tym opowiadaniu starałem się tak zakręcić, by o tę odpowiedź było jeszcze trudniej.
I oczywiście pierwiastek metafizyczny, jak to słusznie zauważyła Werka - czemu nasz bohater napisał tamten numer telefonu?
Cz można nazwać to przypadkiem?
Nie.
A więc przekaz "stamtąd"?
Kto wie...

faith napisała:
Wracając do Twojej historii, Michale, chapeau bas za zastosowanie wcale nie najłatwiejszej narracji, gdzie narrator zwraca się nie bezpośrednio do odbiorcy, ale do głównego bohatera opowiadania.

Bardzo Ci dziękuję za zauważenie tego - ufff, nie było łatwo tak pisać, to bardzo trudna forma narracji, ale ja lubię wyzwania :)
A jeśli zrobiło to na Tobie takie wrażenie, tym bardziej jestem spełniony.

Nigdy nie dowiemy się, kim był narrator.
To część tej "zagadkowości" tej historii, kolejny mój zasiany ferment.

faith napisała:
Bardzo lubię w Twoim pisaniu to, że nie podajesz nam gotowych odpowiedzi. Zasiewasz tylko ziarenko pytań, które kiełkuje i nie daje o sobie zapomnieć.

Bo o to mi właśnie chodzi - super, że to czujesz, chciałbym, by te kawałki długo pamiętano, dlatego tak "mącę", by nie było na tacy :)

Bardzo miło było mi dziś Cię gościć :)

:)
Miroslaw Sliwa dnia 03.01.2016 19:40 Ocena: Świetne!
Cześć Michał.

Powiem Ci; naprawdę dobre opowiadanie. Trochę nadrealistyczna potężniejąca groza tekstu atmosferą przypomina, czy ja wiem, chyba uwspółcześnionego Allana Edgara Poe.

Świetny rys psychologiczny bohatera, jego samotności i zmagania się z obsesją, która ściga go jak wyrok śmierci. Przecież, to opowiadanie można również czytać jak studium choroby psychicznej; na początku nieuzasadniona euforia, potem pogłębiająca się depresja, a na końcu zwidy i strach, lęk i ucieczka. Owszem rozciągnąłeś to w czasie, ale przez niektórych chorych czas tak właśnie jest postrzegany.

Cóż, współczesny człowiek jest i samotny i duchowo pusty. Samotność i pustka budzą lęk. Dzisiejszy człowiek długo, długo umiera drżąc ze strachu. A najbardziej przeraża go nieistnienie.

Kiedyś ze zdziwieniem przeczytałem, że działają jakieś stowarzyszenia immortalistów - ludzi, którzy wierzą, że będą żyli wiecznie, ale im nie chodzi o duchowe życie po śmierci; oni wierzą, że tutaj na ziemi będą wiecznie żyli. Dobrze, to jest jawny absurd, ale przecież kult młodości... temu ulegają prawie wszyscy. Spróbuj zachorować przewlekle, a gwarantuję Ci, że stracisz 90% znajomych w ciągu pół roku. Nie będą chcieli Cię oglądać cierpiącego. Żle im się będziesz kojarzył.

Trochę nie na temat się rozpisałem, ale i takie refleksje się we mnie obudziły po lekturze Twojego opowiadania.

Tak, że tekst bardzo dobry, acz nienastrajający optymistycznie.

Pozdrawiam serdecznie. :)

Mirek
mike17 dnia 03.01.2016 20:31
Iwonko, bo czasem trza zadreszczyć!
A co tam, zima nastraja do takich akcji.
To opko to moja mała gloryfikacja irracjonalizmu.
Niewiary w to, co wyliczalne i namacalne.
Taki świat byłby nudny i nic nieobiecujący.
A tak mamy to, co nie ma nazwy.
Obleka się w ciało, ale skąd ono?
Tego już się nigdy nie dowiemy...
Wierzę w mnogość wymiarów bytu.
Nie jesteśmy tu sami.
Warto o tym pamiętać.

Wielce się cieszę z Twej wizyty w krainie grozy :)

Mirku, celowo wstęp jawi się jak wybuch psychozy, ale...
Cała reszta to już ciąg realnych wydarzeń, i jak to powiązać?
Chciałem dać taką zmyłkę, że on niby "dwubiegunowy", że ma górki i dołki.

A czy przypadkiem jesteśmy pewni, że nasz świat to jedyny istniejący?
A może są inne wymiary, zaludnione przez tych, którzy kiedyś byli nami, ludźmi?
Bez tego nie byłoby chrześcijaństwa i wiary w nieśmiertelność duszy.

Chciałem dać tu część siebie - a mianowicie, że dla mnie nie ma przypadku na tym świecie.
Chcielibyśmy wierzyć w tzw. zbiegi okoliczności, ale...
Czy naprawdę nimi są?
Jest tyle dowodów na "tak", co na "nie".

Zależało mi na "otwartych drzwiach" - niech każdy z czytaczy dośpiewa swoją prawdę.
Nie lubię nic narzucać.

Wiem, że tekst nienastrający radośnie, ale czasem i tak trzeba.

Pozdrawiam wesoło, Mirku :)
bened dnia 03.01.2016 23:57
Udało Ci się znów namieszać , Mike.
Najciekawszym elementem tej historii jest fakt, iż główny bohater boryka się z problemami natury emocjonalnej, które można sklasyfikować jako zaburzenia schizofrenioformiczne, popada w stany apatii, zobojętnienia, otępienia i ma problemy natury anhedonicznej, co w świetny sposób opisałeś.
Cytat:
Coś dła­wi­ło, nie­zno­śnie du­si­ło, znie­nac­ka gnio­tło do nie­daw­na ra­do­sną pierś nie­re­al­nym, przy­kro praw­dzi­wym cię­ża­rem. Coś pod­stęp­nie na­ra­sta­ło, wy­su­wa­jąc bez­cie­le­sne macki coraz dalej i pew­niej. Od­czu­wa­łeś ilu­mi­na­cje izo­lu­ją­ce­go nie­po­ko­ju, jak gdyby świat za oknem nie­ocze­ki­wa­nie tonął, nie­na­zwa­ne se­kun­dy niby pier­wot­ne­go lęku przed nie­zna­ną zmia­ną, która nie wia­do­mo co mogła przy­nieść. Ni stąd, ni zowąd przy­plą­ta­ła się uciąż­li­wa bez­sen­ność – spa­łeś czte­ry go­dzi­ny na dobę.

Cytat:
Cza­sem sia­da­łeś na mo­ment, niby zmę­czo­ny, niby wy­czer­pa­ny, jakby od­po­czy­wa­jąc po dłu­gich, bez­owoc­nych mar­szach po miesz­ka­niu, kiedy to ner­wo­wo pa­li­łeś pa­pie­ro­sa za pa­pie­ro­sem i bez­wied­nie ry­so­wa­łeś na ga­ze­tach.Były to mało ważne gry­zmo­ły, fi­gu­ry geo­me­trycz­ne, oso­bli­we

Daje to czytelnikowi bardzo duże pole do interpretacji tego tekstu.
Można przecież wysunąć wnioski, że spotkanie ze starcem było jedynie epizodem psychotycznym, halucynacją ciężko chorego człowieka cierpiącego na urojenia prześladowcze.
Nawet ściany obklejone zdjęciami przypominają mi sceny z "Pięknego umysłu".
Ale słowa tajemniczego mężczyzny spełniły się. Czy to może być jedynie przypadek?
Podobno zbiegi okoliczności nie istnieją :)
Miroslaw Sliwa dnia 04.01.2016 00:56 Ocena: Świetne!
Przypadek czy fatum; fakt o tym zapomniałem, a to istotne.
Według mnie przypadkiem nazywamy zdarzenie, którego nie potrafimy sensownie umiejscowić we wszechświatowej pajęczynie związków przyczynowo skutkowych.
Człowiek coś rozumie, coś wie i będzie tego coraz więcej, ale nie rozumie wszystkiego i wszystkiego nie wie i nigdy w tej materii nie osiągnie pełnej satysfakcji, a bardzo by chciał.
Wszechwiedza to boski atrybut, ale po coś Bóg dał nam rozum, wyobraźnię, uczucia i wolną wolę.
Pycha walczy z pokorą, a polem bitwy są nasze umysły i nasze serca. Same paradoksy, a my, czy nam się to podoba czy nie, musimy umieć się w tym znaleźć.
Same dylematy.
Najprawdopodobniej ograniczenia jakoś nas chronią, ale są aspekty naszych jestestw, które każą nam te bariery usuwać, co też czynimy i weź bądź mądry w kwestii tej naszej natury.
Mogę Ci powiedzieć tyle, że wszystkiego o sobie wiedzieć nie chcę. Literalnie nie.

Pozdrawiam. :)

Mirek
mike17 dnia 04.01.2016 09:36
Witaj, Beniu, celowo "namieszałem" wstępem, by mylnie popchnąć interpretację w kierunku schizofrenii, co zupełnie gryzłoby się z późniejszym faktem napisania numeru telefonu, który okazał się prawdziwy :)
A jednak to "coś" kazało napisać takie a nie inne cyfry.
Potem mamy spotkanie i ostrzeżenie, i wszystko wydaje się realne, aż do momentu, gdy po latach bohater (nawet nie znamy jego imienia) odkrywa, że "podobno" mężczyzna nigdy nie istniał.
I to zapętlenie daje pole do popisu dla interpretacji.
Fakt, że wróżba się spełnia wprowadza jeszcze większy ferment.

Bo czy w życiu mamy przypadki, czy przejawy Przeznaczenia?
A czymże byłaby odwieczna sztuka wróżenia, gdyby wszystko było zbiegiem okoliczności?
A jak potoczyłoby się to wszystko, gdyby bohater faktycznie zamieszkał w łodzi?

Masz rację, Mirku, przypadek nas nieco przeraża, bo nie umiemy go wytłumaczyć.
I brniemy w uproszczenia.
A nie tędy droga, bo czasem "wszystkie znaki na niebie i ziemi" świadczą o tym, że coś się musi wydarzyć, i nazywanie tego przypadkiem to błąd w sztuce.
A czymże byłoby nasze życie, gdybyśmy wszystko na zapas wiedzieli?
Toć to koszmar jakiś!
Ja też nie chcę poznać całej prawdy o sobie, zresztą, co ma być, będzie, i wątpię, by było to dziełem przypadku :)

Wielkie dzięki za pojawianie się pod tym tekstem i garść ciekawych refleksji.

Pozdro znad kawki :)
Druus dnia 04.01.2016 16:11
No Michale ;)

Rzeczywiście kameralnie (co uwielbiam) i z lekkim dreszczem. Nie dajesz lipy. Dawno Cię nie czytałem, ale widać, że cały czas się rozwijasz, szukasz. Nie klepiesz banałów. Dajesz tutaj kilka ciekawych refleksji. Dobrze budujesz nastrój. No nic, warto Cię czytać.

Starzy portalowicze muszą się trzymać ;) Pozdro!
mike17 dnia 04.01.2016 16:40
Hej, Krystianie, jakże miło Cię widzieć po tak długiej przerwie :)
No tak, ciągle szukam, zmieniam, nie stoję w miejscu, to nie w moim stylu.
Lubię zmiany, eksperymenty, nowe konwencje, stylizacje językowe.
Zabawę tym, co zwie się pisaniem :)

Wpadaj częściej, postaram się nie zwieść.
Pomysłów pełna głowa.
Więc może znajdziesz coś dla siebie?

Gdzie się podziali starzy portalowicze, ciągle pytam?
Co jest na rzeczy?

Trzymajmy się razem, przyjacielu :)

Pozdruffki :)
bened dnia 06.01.2016 00:07
mike17 napisał:
celowo "namieszałem" wstępem, by mylnie popchnąć interpretację w kierunku schizofrenii, co zupełnie gryzłoby się z późniejszym faktem napisania numeru telefonu, który okazał się prawdziwy

Do objawów psychopatologicznych należą również zniekształcone spostrzeżenia pochodzące od prawdziwych bodźców zmysłowych , istniejących przedmiotów oraz przeżytych wydarzeń.
Numer telefonu mógł być jedynie iluzją, derealizacją otoczenia, gazet, czasopism, snem odczytywanym jako jawa.
Narracja w drugiej osobie także pozostaje zagadką i dodaje utworowi tajemniczości.
mike17 napisał:
A może są inne wymiary, zaludnione przez tych, którzy kiedyś byli nami, ludźmi?

Uważam, że to bardzo prawdopodobne. Wiele osób twierdzi, że ma kontakt z duchami.
Wciąż słyszymy o nadprzyrodzonych, paranormalnych zjawiskach.
To bardzo ciekawy temat, ale nauka w tej dziedzinie dopiero raczkuje.
A co sądzicie o eksperymencie dr McDougalla twierdzącego , że dusza waży 21 gramów?

Pozdrawiam
mike17 dnia 06.01.2016 09:48
Najprościej byłoby wszystko ujrzeć w świetle psychiatrii i tego, że bohater sfiksował.
Ale w tekście nie ma żadnej wzmianki, by miał objawy psychotyczne w życiu po spotkaniu ze starcem - więc co, jednorazowa halucynacja w domu starca?
A numer telefonu i jego przewidziana śmierć, jeśli pozostanie na lądzie - jak to wytłumaczyć psychiatrycznie?
Widział własne zdjęcie z przyszłości i to też się potwierdziło - mamy scenkę, gdzie odkrywa siwe włosy i zmarszczki - a więc i tu pobyt w domu starca dał prawdziwy efekt.

Nie wiemy nic o życiu bohatera.
Nie ma nic o tym, by potem miał problemy natury psychicznej.
Najwyżej można za takowe uznać "przymus" przeprowadzki, jak coś na kształt urojenia prześladowczego.

Chciałem, by prawda i elementy metafizyczne mieszały się tutaj, nie wykluczając nawet interpretacji psychiatrycznej, ale na tę opcje najmniej bym stawiał.

Wielu ludzi ma kontakt ze zmarłymi, w snach, w myślach, w przekazach "stamtąd".
Czasami oni wracają.
By ostrzegać zwłaszcza przed grożącym niebezpieczeństwem.
To znane przypadki.
Dla mnie to żadna rewelacja, że obok mojego istnieje inny wymiar, zawsze w to wierzyłem, bo nie raz miałem na to dowody na własnej skórze.

Tak więc jawi się problem nie taki łatwy...
bened dnia 06.01.2016 23:39
Z punktu widzenia psychiatrii różnie zjawiska da się wytłumaczyć w sposób racjonalny. Odnotowano przypadki pojedynczych epizodów. Fakt, że nic nie wiemy o życiu bohatera daje możliwość takiej interpretacji, co wcale nie oznacza, że czytelnik będzie skłonny wybrać właśnie taką wersję wydarzeń, bo nie wszystko jest takim jakim się wydaje.
Trzeba mieć otwarty umysł na to czego nauka nie potrafi wytłumaczyć i to przesłanie jest dla mnie najbardziej widoczne w tym tekście.
mike17 napisał:
A jak potoczyłoby się to wszystko, gdyby bohater faktycznie zamieszkał w łodzi?

To jest bardzo dobre pytanie, bo skłania do refleksji nad tym co się dzieje, gdy próbujemy za wszelką cenę oszukać przeznaczenie.
Cytat:
Jed­nak nie za­grza­łeś tu długo miej­sca: lęk przed „ostrze­że­niem” oso­bli­we­go czło­wie­ka po­py­chał cię przez na­stęp­ne lata do cią­głych, na­głych wy­pro­wa­dzek, a trwo­ga przed „nie­zna­nym” za­do­mo­wi­ła się na dobre na dnie duszy jak chwast, co buj­nie wy­rósł wśród zbóż, nie­chcia­ny, lecz obec­ny, z każda ko­lej­ną próbą wy­rwa­nia, od­ra­sta­ją­cy na nowo. Miesz­ka­łeś w tak wielu miesz­ka­niach, że nie spo­sób ich zli­czyć, cza­sa­mi kilka mie­się­cy, by­wa­ło, że kilka dni, cza­sa­mi dłu­żej, w róż­nych czę­ściach mia­sta, jed­nak­że za­wsze nad­cho­dził ten dzień – dzień bo­le­sne­go od­kry­cia: trze­ba zwi­jać ma­nat­ki, dalej w drogę.To spa­da­ło na cie­bie jak grom z ja­sne­go nieba.Jak nakaz, bez­względ­ny, i w tej bez­względ­no­ści wy­ma­ga­ją­cy na­tych­mia­sto­we­go wy­ko­na­nia.Wie­dzia­łeś, że czas nie gra na twoją ko­rzyść, zatem mu­sia­łeś po­dej­mo­wać szyb­kie de­cy­zje.Zwło­ka mogła wszak wiele kosz­to­wać, może i „ceny” le­piej nie znać? Pew­nie to wie­dza zu­peł­nie nie­po­trzeb­na, szko­dli­wa wręcz, jak pryszcz na tyłku, więc tych drzwi nie trze­ba było otwie­rać, to oczy­wi­ste.I trwał tak exo­dus, i nic nie mogło tego po­wstrzy­mać.Od drzwi do drzwi, od uciecz­ki do uciecz­ki.I tylko po­ran­ne prze­bu­dze­nia z lę­kiem w umy­śle zna­czy­ły ten szlak.Gdzieś obok gasły lata, po­dob­ne do sie­bie, bliź­nia­cze.

Zastanawia mnie jeszcze dlaczego ten zastraszony biedak mimo panicznego lęku przed spełnieniem wróżby nie przeprowadził się jednak do łodzi?
Miał przecież taką możliwość, a dzięki temu zyskałby chyba większy spokój wewnętrzny.
mike17 dnia 07.01.2016 09:36
bened napisała:
Zastanawia mnie jeszcze dlaczego ten zastraszony biedak mimo panicznego lęku przed spełnieniem wróżby nie przeprowadził się jednak do łodzi?
Miał przecież taką możliwość, a dzięki temu zyskałby chyba większy spokój wewnętrzny.

Beniu, bo często tak jest, że próbujemy załatwiać sprawy na własną rękę, negując dobre rady przyjaciół, ostrzeżenia rodziny, nawet czasami logikę.
Mój bohater pogubił się w tych wyprowadzkach i to nawet można by nazwać stanem psychotycznym - żył przeca w lęku, a tu już objaw chorobowy, ale...
Łodzi nie kupił, czyli w jakiś irracjonalny sposób nie uwierzył starcowi do końca.
I to jest straszne.
Budując postać bohatera, chciałem dać sporo sprzeczności.
A początek mógł być czystym przypadkiem - stan niby depresyjny, apatyczny...
I nie wiemy (sic!), co go wywołało, i co spowodowało zmianę linii życiowej.

Kim był starzec?
Kim był narrator?

Cieszę się, że zasiałem wątpliwości, o to mi przecież chodziło.
Każdy może to wszystko zobaczyć w innej optyce :)
bened dnia 09.01.2016 00:38
mike17 napisał:
Każdy może to wszystko zobaczyć w innej optyce

Owszem, taki właśnie urok tego utworu.

Cytat:
- Kim je­stem, nie ma zna­cze­nia, tu prze­cież cho­dzi o cie­bie... - rzekł sta­rzec. - Mam ci coś do za­ko­mu­ni­ko­wa­nia. Wiem, że masz pewną szan­sę. Po­słu­chaj uważ­nie: to jest ostrze­że­nie. Za­pa­mię­taj każde słowo. NA DRO­DZE SWEGO ŻYCIA UNI­KAJ DOMÓW - cią­gnął zga­szo­nym gło­sem męż­czy­zna. - Wtedy może prze­zwy­cię­żysz mnie w sobie. Za­miesz­kaj na barce albo kup sobie dużą łódź ka­bi­no­wą. Mo­żesz mieć nie­wiel­ki sta­tek. Kup bodaj uży­wa­ny. Wiem, że cię na to stać. Cza­sem w życiu trze­ba po­sta­wić wszyst­ko na jedną kartę. I za­po­mnieć o lęku. Za­po­mnieć o la­tach, które już nie wrócą. Nie wie­dzia­łeś o tym? Innym to się udało. Ubity ląd nie dla cie­bie, tu nigdy nie za­znasz spo­ko­ju. Zwróć się ku wo­dzie, idź za cio­sem. Tylko wtedy…To ci chcia­łem dziś po­wie­dzieć. Po to tu je­steś. Wcze­śniej czy póź­niej spo­tka­li­by­śmy się. To pewne. To była je­dy­nie kwe­stia czasu. Wła­ści­we­go czasu. Świat jest bar­dzo mały.

Patrząc przez pryzmat irracjonalizmu można by przypuszczać nawet, że starzec był uosobieniem przeznaczenia :)
mike17 dnia 09.01.2016 10:09
I ja to tak widzę, Beniu, to był Pan Przeznaczenie :)
Ale nie każdy umie posłuchać głosu intuicji - nasz bohater tego nie zrobił.
Przecież starzec okazał się niezwykle łaskawy, dając mu "namiary". choć nie musiał.
Zamieszkanie na łodzi załatwiłoby wszystko, a bohater umarłby kiedyś tam śmiercią naturalną.
Quentin dnia 11.01.2016 23:58 Ocena: Bardzo dobre
Coś wisi na górze...

Przypomina mi się scena ze "Skazanego na bluesa", jak filmowy Riedel staje na krawędzi dachu i mówi do Indianera coś w rodzaju: "a gdybym teraz skoczył, to byłoby to przeznaczenie czy przypadek...?".

Przypadek, przeznaczenie gdzieś się to stale ze sobą ściera. Teorii pewnie jest wiele więcej niż ludzi ;) Dla mnie twoja opowieść, Mike, to świetny dreszczowiec wykorzystujący cwany zabieg. Wyobraziłem sobie już po lekturze, że pewnego dnia spotykam gościa, który mówi mi, w jaki sposób umrę... Niezależnie od tego, jak bardzo byłbym rozsądny i wierzył czy nie, słowo daję, że narobiłbym w gacie :) Wystarczyłoby spotkać byle staruszka, menela, krawaciarza albo kwiaciarkę. Słowa mają potężną moc i nie ma co przeczyć, że jest inaczej.

Dla mnie to także uniwersalna opowieść o każdym z nas. W końcu stale czegoś unikamy w obawie przed śmiercią, czasem wierzymy w coś, bo jakby łatwiej. Jak coś złego się przydarzy uznajemy, że to kara albo pech. W gruncie rzeczy wszyscy mamy jakiegoś "starca" podszeptującego do ucha różne rzeczy, przez które nie możemy spać. Stale coś wisi w górze.

Wyczynem jak dla mnie jest też psychologia tekstu. Zdawałoby się, ile można relacjonować myśli bohatera bez nużenia czytelnika. Okazuje się, że można i to zacnie.

Nic dodać, nic ująć, Maestro.
Świetna robota i wielka przyjemność dla odbiorców.
Niedługo i ja wracam na portal ze swoim bajzlem, więc do zobaczenia :)

Pozdrawiam
Quen
mike17 dnia 12.01.2016 11:02
Witaj, Quentinie, w świecie, gdzie do końca nie wiadomo, czy istnieje w życiu przypadek, czy przeznaczenie :)
Dużo by po tym pisać, temat-rzeka, nigdy nie poznamy zapewne odpowiedzi.
Tak, to prawda, mamy skłonności do "magicznego" tłumaczenia tego, co nam się przytrafia - a więc nic nie jest dziełem przypadku?
Osobiście uważam, że bardzo niewiele, że te najważniejsze wydarzenia z naszego życia zostały już dawno spisane w naszej księdze żywota i staną się, czy chcemy, czy nie.
Quentin napisał:
Wyobraziłem sobie już po lekturze, że pewnego dnia spotykam gościa, który mówi mi, w jaki sposób umrę..

Faktycznie, można narobić w gacie :)
Albo zignorować, ale i tak ta myśl nie da spokoju.
Quentin napisał:
Dla mnie to także uniwersalna opowieść o każdym z nas.

Jasne, bo każdy z nas wciąż ucieka przed przeznaczeniem, lub go poszukuje, albo też usiłuje oszukać.
Jednak cały czas mamy świadomość, że "coś" istnieje, czego nie unikniemy, że nasza wolna wola objawiać się może jeno w drobnych sprawach.
Quentin napisał:
Wyczynem jak dla mnie jest też psychologia tekstu.

Dzięki :)
Starałem się, jak mogłem, by coś z tego wyszło i by nie nudzić.

I chciałem zawrzeć myśl, że przed Losem-Przeznaczeniem się nie ucieknie, co komu pisane... itd, itp.

Wielkie dzięki, stary, za czytańsko i jak zwykle dogłębny koment :)
To się wielce ceni :)

Pozdro wesołe!
ipsylon dnia 15.01.2016 11:25
Witaj Mike :)
Interesujący tekst. Pierwsze akapity bardzo przypadły mi do gustu, bo tematyka dość bliska, w jakiś tam sposób. Ładnie ująłeś kwestię potrzeby bliskości i dzielenia się życiem z drugą osobą. Tak przynajmniej ja odebrałem początek tekstu, jako swego rodzaju przestrogę przed odcinaniem się od innych, nawet jeżeli czasem tak wydaje się łatwiej. Bo Dom to ludzie, a bujany fotel może cię nawet wysłuchać, lecz nie będzie miał niczego do powiedzenia.
Jedyną rzeczą, jaka mi osobiście przeszkadzała (odrobinę), była mnogość zdań pojedynczych, ale to już jakieś moje widzimisię. Wybacz. Na tym koniec malkontenctwa.
Jako fan wszystkiego, co wiąże się ze śmiercią, brzydotą, ciężkostrawnymi tematami w ogóle, pomyślałem, iż tytuł zaprowadzi mnie do prawdziwej trumny i śmierdzącego trupa z robalem między zębami. Szybko zorientowałem się, że będzie to wnikliwe studium ludzkiej psychiki. A po lekturze wątek nieboszczyka powrócił, tylko ujęty po Twojemu :)
Podobała mi się ta opowieść. Nie czytałem komentarzy, by nie mącić sobie własnej interpretacji, zwłaszcza na świeżo. Wyczuwam w tekście ból przemijania, bezsilność wobec życia, które pokazuje nam dostatecznie dużo, by tęsknić, a daje tak niewiele, że przestajemy czerpać z niego jakąkolwiek radość, racząc się mrzonkami. Czasami to wina priorytetów, które po prostu się zmieniają, i nie mamy na to wpływu, czasami pecha, lenistwa, strachu... wielu czynników. Ostatnio sam zaczynam przewartościowywać sobie pewne rzeczy, może dlatego ten tekst wywarł na mnie takie wrażenie.
Tak w ogóle, za ten fragment:
Cytat:
bo cza­sem wahać się to wie­lo­krot­nie umie­rać

masz u mnie piwo ;)
Przyjemności!
Tomek
mike17 dnia 15.01.2016 14:39
Cześć, Ipsylonie, miło Cię widzieć pod tym kawałkiem :)
Wiem, że tytuł mógł sugerować opko o jakichś zombiakach na przykład, jednak mnie chodziło o przenośnię - bohater już na starcie był przegrany, czego by nie zrobił.
I stąd moje uporczywe pytanie o przypadek i przeznaczenie w życiu człowieka.
Co nami kieruje?
Czy my sami, czy inne siły?
Bo w przypadek ja osobiście nie wierzę.
ipsylon napisał:
Szybko zorientowałem się, że będzie to wnikliwe studium ludzkiej psychiki.

Bo o to mi właśnie chodziło.
By pokazać losy kogoś, kto całe życie ucieka, kto nie umie stanąć twarzą w twarz z Losem.
Jedynie jakieś półśrodki, jakieś samooszukiwanie się...
ipsylon napisał:
Ostatnio sam zaczynam przewartościowywać sobie pewne rzeczy, może dlatego ten tekst wywarł na mnie takie wrażenie.

No się podwójnie cieszę :)
Jeśli tekst Ci jakoś podpasował, to jest git.
Po to się pisze, czyż nie?
ipsylon napisał:
masz u mnie piwo ;)
Przyjemności!
Tomek

Ty u mnie też :)

Pozdro piwne :)
SanaiStark dnia 17.01.2016 23:12
Wow. Czuję się, jakbym właśnie przeczytała o sobie. O sobie obecnej i o sobie z przyszłości. I o swojej śmierci, choć raczej nie będzie to upadek ze schodów (chociaż kto wie...). Swoim tekstem świetnie pokazałeś, że koniec może nas spotkać w każdej chwili, często zupełnie niespodziewanie.
Dobry tekst. Taki prawdziwy.

Pozdrawiam!
mike17 dnia 18.01.2016 09:28
Witaj, SanaiStark, pod tym opowiadaniem o ludzkim losie, cokolwiek by to nie znaczyło :)
Cieszę się, że się w nim odnalazłaś.
Odnośnie końca, tak, lepiej go nie znać, ale nasz bohater miał pewne namiary, tyle że je zbagatelizował, no i skończył, jak skończył.
Miał prawo wyboru, my go nie mamy.
Tekst miał brzmieć wiarygodnie, tak jak brzmi życie - co jest przypadkiem, a co już przeznaczeniem.

Dzięki wielkie za czytanie i refleksje :)

Pozdrawiam kawowo :)
SanaiStark dnia 18.01.2016 12:19
A ja herbatkowo, choć kawa lepiej grzeje i świetnie zaspokaja chęć na słodkie :) Zapraszam też do pomęczenia się nad moimi bazgrołami :)
mike17 dnia 18.01.2016 13:54
Obiecuję zajrzeć :)
Joan Mart dnia 24.01.2016 18:01 Ocena: Świetne!
Wiedziałam już po wstępie, że będę potrzebowała spokoju i czasu, by przeczytać tę opowieść.
Po pierwsze, pięknie malujesz słowami obrazy - wstęp czyta się sam, a ja spaceruję jesiennym krajobrazem.
Po drugie, tytuł od razu skojarzył mi się z poezją Rilkego ("Wielką jest śmierć" i "Rycerz";) - tak, rodzimy się w trumnie - i tak właściwie wędrówką życie jest człowieka do grobowej deski.
Po trzecie, tak prowadzisz bohatera, że ukazujesz jego egzystencjalne rozterki, tak naprawdę związane z poczuciem przemijania - właściwie sama już przeżyłam ten moment, gdy siebie w lustrze nie poznałam - po prostu się starzeję i pewnie jeszcze nieraz doznam tego wstrząsu ;) .
Tekst jest niezwykle hipnotyczny, podziwiam bogactwo słownictwa i styl.
Dziękuje za przeżyte doznania w trakcie czytania.
mike17 dnia 24.01.2016 19:00
Joan, dla takich komentów chce się pisać te kawałki :)
Ja nie piszę do szuflady, ten etap za mną, piszę dla ludzi, i jeśli oni to kupują, to jestem w siódmym niebie.
A tu opowiastka z dreszczykiem...hm, dziś niełatwo już straszyć, wszystkie rekwizyty się zużyły.
A i tematów jakby mniej.
Więc tym bardziej mi miło, że odnalazłaś się w tej historii o ludzkim przeznaczeniu.
O tym, że mało tak naprawdę możemy...
Joan Mart napisała:
Tekst jest niezwykle hipnotyczny, podziwiam bogactwo słownictwa i styl.

Miło to czytać :)

Zapraszam Cię serdecznie do innych moich rzeczy, do miniatur, opowiadań i wierszy, zwłaszcza że poeta ze mnie żaden, w tej materii eksperymentuję.

Dziękuję za wizytę :)
Joan Mart dnia 24.01.2016 19:06 Ocena: Świetne!
mike17 - dziękuje za zaproszenie, ale od razu przyznaję, że ten wstęp sprowokował mnie już do dawno do przeczytania innych Twoich rzeczy, a nawet zakupu Twoich opowiadań, co polecam też innym - naprawdę oprócz przyjemności to też skarbnica słownictwa i stylu.
pozdrawiam
mike17 dnia 24.01.2016 19:12
Mogę tylko podziękować i polecać się na przyszłość :)

:)
Zbigniew Szczypek dnia 26.01.2016 10:38 Ocena: Bardzo dobre
Cześć Michał
Obiecałem – przeczytałem, chociaż liczyłem na rozrywkę typu – opowieści z krypty, to i tak jestem zadowolonym czytaczem. A co do tematów na horror, jest ich bez liku np.: ceny jachtów poszły w górę(A. Mleczko), komornik już puka do mych drzwi, windykatorzy znowu czekają pod klatką lub jak przeżyć 2 tygodnie za 10 zł, ewentualnie PiS zmienia konstytucję.
Podobało mi się i tak, jak Mirek Śliwa jestem wielbicielem E. A. Poe. Twój dreszcz, jak go nazywasz, przypomina mi narastającą, nieokreśloną grozę, strach , jak w „Zagładzie domu Usherów” tegoż autora. I tak, jak Ty nie wierzę w przypadek, osobiście spotkałem „Anioła dziwnych przypadków”(E. A. Poe) i myślę, że coś nami kieruje, popycha do takiego, a nie innego działania. Wiedźmy z „Magbeta” też spotkałem, przewrotne manipulantki.
Michał uświadamia nam, jak wielu z nas, niemal od urodzenia, siedzi w „trumnie”, nie mogąc lub nie chcąc przebić wieka. Tak bardzo unikamy śmierci, walczymy z nią, że nie mamy czasu żyć, zapominamy lub nie wiemy po co przyszliśmy na świat.
Co do narratora i starca, to oczywiście mogą stanowić jedno. Mam jakieś skojarzenie (nie komediowe) z „Ewanem wszechmogącym”. Opisujący zdarzenia, losy bohatera, rejestruje jego zachowanie, nieomal je punktuje, jakby chciał mu je później przedstawić – „Popatrz dałem ci szansę, a co ty zrobiłeś?!”
Starzec/Przeznaczenie/Wujek Dobra Rada dobrze się bawi – A co tam, dam mu nikłą szansę na zmianę. Niech myśli, że jest mną, oszuka przeznaczenie i samodzielnie zdecyduje o swoim losie. Pobawię się nim, jak kot złapaną myszą, puszczę żywą na wolność i zobaczę co zrobi, a później i tak złapię zmęczoną uciekaniem. Odwlekę tylko to, co i tak nieuniknione. Po za tym, co to za frajda uśmiercać już martwego – O nie! Najpierw niech doceni życie! Niech będzie mu drogie! Zbudzi się, zapragnie żyć od nowa! W tedy się upomnę o to, co i tak moje!
Michał jedno co jeszcze mnie niepokoi w Twoim tekście, naprowadzony przez Bened-a, to lęk bohatera przed wodą. No przecież mógł zamieszkać na barce. A może miał wodowstręt (nie jako objaw wścieklizny), nie lubił szczurów na łodziach, albo w ogóle – bał się otwartych przestrzeni (agorafobia). Mógł przezwyciężyć ten lęk w sobie (rada starca), innym przecież się udało.
Woda – życie. Wychodzi na jedno!
Pozdrawiam serdecznie
Zbyszek
mike17 dnia 26.01.2016 12:08
Witaj, Zbyszku, w krainie Przeznaczenia i tego, co przynieść może :)
Dzięki wielgaśne za tak obszerny, dający mi wiele do myślenia koment, dla takich Czytaczy warto tworzyć nowe światy, zadawać w nich pytania, siać ferment niedopowiedzeniami.
Bo tu, nie wszystko jest oczywiste, o czym pisałem już wcześniej.
Starzec może być panem Przeznaczenie, albo panem Śmiercią.
Co do faktu, iż on jest narratorem chyba nie ma wątpliwości, ale nie chciałem tego pisać wcześniej, bo lubię, jak czytający sami dochodzą do własnych spostrzeżeń.
Ja tylko daję im wędkę :)

Czy starzec wiedział, że bohater umrze?
Na pewno.
Jednak dał mu szanse niejako wbrew sobie.
Czemu to uczynił, próżno by myśleć.
Może celowo zabawił się nim, wiedząc, że "woda nie dla niego" - może bał się jej i nigdy nie zamieszkałby na barce.
Pytań może być wiele.

Jeśli udało mi się nieco zakręcić Ci w głowie, tom rad :)
Staram się w mojej pisaninie tak układać opowiadania, by nie pozostawiały czytacza obojętnym, by potrząsnęły, skłoniły do refleksji.

E.A.Poe to jeden z moich Mistrzów, lubię czasem napisać coś w jego stylu.
Zawsze zimową porą nachodzi mnie na opowieści z dreszczykiem, stąd powstanie "Urodzonego w trumnie".

Masz rację, mamy swoje "trumny", które nas ograniczają, lub wręcz popychają w objęcia śmierci.
Ale co komu pisane...

Miło było mi Cię gościć - zapraszam do miniatur i innych opowiadań :)
Zbigniew Szczypek dnia 26.01.2016 16:41 Ocena: Bardzo dobre
Bardzo się cieszę, że mój komentarz przypadł Ci do gustu, a że długi no cóż, rewanż, mała rekompensata, za Twoje Michale odwiedziny.
Podzielę się z Tobą jeszcze jedną refleksją - gdy czytałem to opowiadanie, przypomniał
mi się "Wymiar cudów" chyba Schekley-a. Jest tam, pomijając całą treść, takie genialne zjawisko, nazwane, z braku lepszego pomysłu, "drapieżnikiem". Bohater przeniesiony do innego świata (światów), nie jest narażony na śmierć, tak jak zagrażała mu ona na Ziemi. Zadaniem "drapieżnika" jest stworzenie owego zagrożenia, wciągnięcie go w pułapkę i unicestwienie. Bohater oczywiście zostaje o tym poinformowany i istnieje, żyje w ciągłym strachu i niepewności, czy piękna dziewczyna, kwiat, drzewo nie uśmiercą go na dobre. Polecam.
A E. A. Poe to nie tylko opowieści niesamowite ale także pierwszy, nowoczesny kryminał/opowiadanie sensacyjne, jeszcze na długo przed Scherlockiem Holmesem - Conana Doyle'a.
Pozdrawiam cieplutko
Zbyszek
mike17 dnia 26.01.2016 19:42
Zawsze będę mówił, że najważniejsza jest interakcja między czytelnikiem a autorem, tylko to daje autorowi możliwość rozwijania się, informację na temat własnej twórczości, wartościowe sugestie, opinie o tym, czy to się w ogóle podoba czy nie.
Dlatego tak sobie cenię podobne do Twego, Zbyszku, komenty.
One mi coś mówią, bo widzę w nich prawdę o mojej pisaninie, jak jest odbierana, czy moje zamysły znalazły oddźwięk w oczach czytelnika.
Staram się ciągle rozwijać, zmieniać tematy, konwencje, stylizować język, nie stać w miejscu.
Nie zawieść :)

Pozdrawiam, sącząc wieczorne piwko :)
przem dnia 05.03.2016 21:59
czuje że to będzie ciekawe. :) muszę to przeczytać choć jestem powolny w czytaniu obrazowo piszesz TO dar
mike17 dnia 06.03.2016 09:37
Dzięki, Przem, za wizytę i pozdrawiam serdecznie :)
Aronia23 dnia 11.05.2016 20:36 Ocena: Bardzo dobre
Napisałam komentarz. Zawierał dużo informacji, chciałam wysłać a on mi zniknął... . Coś jest na rzeczy z tym czarodziejskim i tajemniczym opowiadaniem. No cóż, mike17, piszę jeszcze raz, ale to już trochę inaczej, niż w tym pierwszym.
Tekst bardzo dobry, bohater tożsamy z odbiorcą, po stosujesz 2. osobę liczby pojedynczej. Niesamowite spostrzeżenia. Starzec, zdjęcia - medaliony. Bohater biega jakby w "czasoprzestrzeni", tak bym to nazwała. Trochę się z nim utożsamiam. Poruszanie się w domu nocy z palącym się papierosem.
"I trwał tak exodus, i nic nie mogło tego powstrzymać.
Od drzwi do drzwi, od ucieczki do ucieczki.
I tylko poranne przebudzenia z lękiem w umyśle znaczyły ten szlak.
Gdzieś obok gasły lata, podobne do siebie, bliźniacze."

Nigdzie nie było spokoju, gdy nadszedł, to bohater gaśnie.
Tekst przypomina mi w swoim nastroju "Portret Doriana Greya". Klasykę.

Bardzo fajnie się czytało, fragment z lustrami dobry.
"Żyjąc sam, nigdy tego nie odczuwałeś, postrzegając wszystko w jasnych barwach, czując się doskonale „we własnym sosie”, patrząc z zadowoleniem w lustro, którego nigdy nie zbiłeś.
Nie potrzebowałeś towarzystwa za wszelką cenę."
Trochę trans bohatera znam. Pozdrawiam A23
mike17 dnia 12.05.2016 10:43
Dzięki wielkie, Aronio, za czytelniczy nalot :) i że się podobało.
Nieczęsto piszę kawałki z dreszczykiem, jakoś tak zawsze zimą, może ta pora mnie nastraja?
To opowieść o tym, że Przeznaczenia nie można oszukać, wypełni się, czy tego chcemy, czy nie.
Starzec o tym wiedział, dając mu radę, i to jest najstraszniejsze.
Bo tak jest w życiu - wszystko zostało zapisane gdzieś w gwiazdach, cała nasza księga życia...

Raz jeszcze bardzo mi miło, że wpadłaś i że wciągnęła Cię ta tajemnicza opowieść.
O to mnie chodziło.
A więc jest dobrze :)

Pozdrawiam wesoło :)
Aronia23 dnia 12.05.2016 10:50 Ocena: Bardzo dobre
MNIE też chodzi o to w opowieściach z dreszczykiem. Lubię hor - chory, jak mawiała moja babcia. Mike17, zajrzyj do mojej opowieści "Pani Janina - ocalona?" Jeśli tylko znajdziesz czas. Krótka. Pozdrawiam, A23
mike17 dnia 12.05.2016 10:53
Zajrzę, ale trochę później :)
A pisanie "dreszczyków" - fajna rzecz, tylko coraz trudnej jest dziś straszyć, bo wszystko już było...
Aronia23 dnia 12.05.2016 10:59 Ocena: Bardzo dobre
"Ale to już było...", choć fajnie, ze wraca. Tylko masz rację, trudno dziś przyciągnąć do różnych rzeczy. Miłego dzionka, panie M17.
mike17 dnia 12.05.2016 11:03
A miłego i dla Ciebie :)
Usunięty dnia 20.05.2016 07:57 Ocena: Świetne!
Wiem, że miałem wpaść wieczorem ale znajomi... :D. Jako HORRORMANIAK Lubię horrory, thrillery, historie z dreszczykiem. Wow tele dużych komentarzy, ale postaram się coś dodać ;)! Widać, że masz gadane bo by tworzyć prozeę to trzeba mieć taki gawwędziarski zapał, bakcyla. Już ciebie widzę przy ognisku i opowiadasz historie hahahahahh. Tekst jest bardzo dobrze skrojony. Fantastyka grozy, widać, że budujesz świat przedstawiony na wzór rzeczywistości i praw nią rządzących po to, aby wprowadzić w jego obręb zjawiska kwestionujące te prawa i nie dające się wytłumaczyć bez odwoływania się do zjawisk nadprzyrodzonych. Bardzo ciekawy zabieg taki zaskakujący. Chcesz wywołać u czytelnika niepokój, strach nie posługując się jakimiś wilkołakami itp. Tylko ta atmosfera i dziwne zjawiska. Potwory są nudne, co innego demony. Lubię demonologię a ty ? ;) widać, źe nie lubisz elementów gore raczej inspirujesz się gostycyzmem lekkim. Fajny ten zabieg np uderzyłeś itp. Narrator to jakby nasz jakiś duch który komentuje nasze czynności. A może to ten hostel co uderzył głową jest duchem i przeżywa swą smierć cały czas, dzień za dniem i tak całą wieczność. O cholera wtedy to do kitu byliby umrzeć, lepszy jest stan nirwany : D. Lubię niepokojące zjawiska ;) tekstowo daję z 6x2 bo warty był przeczytania. Dobre opowiadanie, warte czasu inpoczytania. Życzę powodzenia z z Twoją książką Amerykański sen, nie lubię self-publishingu bo to wciąż raczkuje ale myślę ze będzie w porzo ;) Nie no spoko piszesz masz talent, tylko że rynek tradycyjnych wydawnictw jest jaki jest :/ i często nie wspiera tych utalentowanych.

Pozdrawiam z rana ;)!!!!
mike17 dnia 20.05.2016 10:05
Ano widzisz, Czyngis, dziś już bardzo trudno jest czymkolwiek straszyć, bo wszystko już było i wszystko zostało już napisane przez innych, więc nowych ścieżek na pewno nikt już nie przetrze.
Ale można mixować różne stare elementy w nowe układanki i dawać nowe treści.
A motyw Przeznaczenia zawsze będzie w cenie, tak się coś widzi.
I dlatego z niego tu skorzystałem.
Człowiek od zawsze próbuje je oszukać i ciągle przegrywa, ale potem znów próbuje itd.
Mój bohater nieco się pogubił w swoim rozumowaniu i to go zgubiło.
A czy był to przypadek - nigdy.
Co do gawędziarskiej nuty to zgadłeś - jestem kimś takim :)
Lubię przy ognisku czy grillu snuć różne opowieści.

Wielkie dzięki za nawiedzenie mnie o tak wczesnej porze :)
I za wartościowe przemyślenia :)

Pozdro!
Margharet dnia 08.07.2016 22:59 Ocena: Świetne!
Witaj mike 17, jestem pod ogromnym wrażeniem. Urzekło mnie to w jaki sposób posługujesz się naszym pięknym językiem. Prawdziwe mistrzostwo. Drażni mnie jak ktoś niechlujnie pisze. Czytanie Twojego tekstu było prawdziwą przyjemnością. Chciałabym kiedyś dojść do takiego poziomu. Fajnie też budujesz napięcie, szkoda, że Alfred Chitchock nie żyje. Zrobił by z tego świetny film, najlepiej czarno biały. A wyobrażasz sobie jak Cary Grant wciela się w postać tego nieszczęśnika? Byłby idealny do tej roli. Miał w oczach pewne szaleństwo, do którego zapewne doprowadzony był Twój bohater. Ja na jego miejscu na pewno udałabym się do psychiatry. Jak dla mnie zaskakujące zakończenie. Przez jakiś czas siedziałam przed ekranem laptopa myśląc sobie z niedowierzaniem, że facet jednak nie zwariował Chętnie zajrzę do innych Twoich dzieł.
Pozdrawiam
mike17 dnia 09.07.2016 10:39
Bardzo dziękuję, Margharet, za fantastyczny koment, który sprawia, że aż się serce raduje z rana :)
Cieszę się, że doceniasz walory utworu i moje umiejętności, starałem się jak mogłem, by dać właśnie coś takiego a la Hitchcock, tajemniczość + mocny suspens.
Bo wiele tu tajemnic i niedopowiedzeń.
No i zmyłka z tym, że bohater mógł zwariować.
Okazuje się, że nie.

Strasznie się cieszę z Twojego odbioru i zapraszam do innych moich kawałków :)

Pozdrawiam!
Kazjuno dnia 25.05.2018 21:56
„Urodzonego w trumnie” dzisiaj przeczytałem po raz drugi. Wczoraj? Cóż totalny stupor jak u twego bohatera, gryzmolącego coś na gazecie, by wreszcie dojrzeć feralny numer telefonu.
Przyczyna?
Dostałem tenisowy łomot od chłopaka, wychowanka, o którym Ci pisałem, że jeszcze ze mną nie wygrał.
No i zatrute przewody myślowe. Analizy, co się do kurwy nędzy ze mną dzieje? Skąd nagły spadek formy?
Wniosek? Żyłem ostatnio zbyt uczciwie. Nie obijałem się, żona kiwała z uznaniem głową, gdy jak pantoflarz wypełniałem jej zachcianki. Naprawiłem to i tamto.
A przecież starą prawdą jest, że sportowcy to lenie, śpiochy, obibocy, cwaniacy, hedoniści i krzyworyjowcy. A ja, jak ten durny frajer, byłem ostatnio tego zaprzeczeniem.

Wracając jednak do „Urodzonego w trumnie”, dopiero dzisiaj byłem w stanie docenić walory tej opowieści. Bardzo podobało mi się wprowadzanie Czytelnika w stan jesiennej depresji bohatera.

Cytat:
Chwi­le przy­tła­cza­ją­ce­go na­tło­ku myśli, po­plą­ta­nych jak leśne chasz­cze, prze­pla­ta­ne były ab­so­lut­ną pust­ką, za­ni­kiem ja­kich­kol­wiek czyn­no­ści in­te­lek­tu­al­nych, kiedy obok bez­sze­lest­nie ucie­ka­ły ko­lej­ne dni i noce, nie­za­pa­mię­ta­ne w swej ni­ja­kiej sza­ro­ści.Nawet pa­mięć pła­ta­ła figle: pa­mię­ta­łeś, co ro­bi­łeś dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej, lecz wspo­mnie­nie tego, co było nie­daw­no, nie da­wa­ło ci spo­ko­ju, bo go nie od­naj­dy­wa­łeś. 


Wybrałem ten cytat, ale powinienem wybrać całą stronę przeprowadzania Czytacza do zawartości zwojów myślowych głównej postaci.

Żeby być choć trochę oryginalnym i nie powtarzać komentujących przeleciałem ich oceny. Niestety, przede mną o podobieństwie do prozy Alana E. Poe napisał Mirek Śliwa i mogę się pod jego zdaniem jedynie podpisać.

Spodobało mi się zaskakujące zakończenie. Dosadne i trafne. Pewnie, gdy je wymyśliłeś poczułeś jak ja i może inni Czytacze ulgę.

Całość dowodzi Twoich wszechstronnych możliwości, ale czy to jest twój ulubiony gatunek?
Bardziej podobał mi się twój utwór „Miłość zmienia wszystko”.

Może moje kwękanie to pesymistyczny relikt tenisowej porażki? Sam nie wiem.

Ale za całość duży szacun.

Serdecznie pozdrawiam, Kaz

PS No i jak zwykle zapominam o ocenie. Ma się rozumieć, że powinienem kliknąć "świetne".
mike17 dnia 26.05.2018 14:09
Kaz, w tym opku nie wiadomo do końca, o co poszło.
Mamy jakiś nagryzmolony w transie numer telefonu, który okazuje się prawdziwy.
Mamy starca, który okazuje się zwidem, ale przepowiada prawdziwą przyszłość.
Jak to ugryźć?
Interpretacji może być naprawdę wiele.
I czemu narracja jest w II os.l.p?
To też coś znaczy.
Nie bez powodu tak to napisałem.

Ale przeznaczenia się nie oszuka...
I bohater się o tym dowiaduje.

W chwili, gdy poczuł się już "bezpieczny", nastąpił cios.

A mógł rzeczywiście kupić sobie wielką łódź i na niej zamieszkać.

Kaz, dzięki wielkie za obszerny, konkretny koment :)
Cieszę się, że moje pisanie żyje.

Teraz chciałbym Ci zarekomendować JESTEM Z LEBENSBORN.

Pozdrawiam, sącząc browarka :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
JOLA S.
15/08/2018 11:17
Antoni, powtórzę za Kazjuno, po przeczytaniu mam mieszane… »
Gramofon
15/08/2018 11:01
Można byłoby to poskracać, pozmieniać formę i byłby zgrabny… »
Darcon
15/08/2018 10:51
Oryginalny pomysł. :) I całkiem dobrze zrealizowany, kolejne… »
AntoniGrycuk
15/08/2018 09:44
Hej Kazjuno, Już druga osoba powtarza mi, że są dłużyzny.… »
Kazjuno
15/08/2018 08:32
Mam mieszane czucia. Przeczytałem na raty, bo tekst do… »
Zola111
15/08/2018 00:32
Barbaro, dziękuję Ci bardzo. Pozdrawiam, z. »
Abi-syn
14/08/2018 21:32
co miał Autor na myśli a co czytelnik strawi - inna para… »
amaranta
14/08/2018 20:15
Esy Floresy, jestem wdzięczna za wnikliwy komentarz. Pustka… »
22227
14/08/2018 20:15
To chyba najlepszy twój tekst, można w nim coś poprawić, coś… »
Marian
14/08/2018 19:42
Jola, co za spotkanie! Dzięki za wizytę i pozdrawiam. »
amaranta
14/08/2018 19:27
Berele, dziękuję bardzo za komentarz. Powtórzenia słówka… »
Milena1
14/08/2018 19:02
Podobnie jak poprzednicy - uważam, ze świetnie piszesz. Aż… »
22227
14/08/2018 18:23
Trudno mi to oceniać, łapiesz się pierwszych lepszych słów.… »
22227
14/08/2018 17:45
Rozumiem, że chodzi tu trochę o grę słów, ale to jest bardzo… »
Esy Floresy
14/08/2018 16:34
Amaranto, w odpowiedzi na Twoją prośbę przychodzę ze słowem… »
ShoutBox
  • JOLA S.
  • 15/08/2018 11:27
  • OK, bardzo dziękuję :)
  • JOLA S.
  • 15/08/2018 10:47
  • Szukam mojej ostatniej wirtajki, została opublikowana,:) ale gdzie? Znalazłam w wykazie moich tekstów i tyle.:) Może czegoś nie wiem?:)
  • Gramofon
  • 14/08/2018 21:03
  • ano świetny cover
  • allaska
  • 14/08/2018 20:55
  • Pozdrawiam wszystkich gorąco :)
  • Darcon
  • 13/08/2018 08:53
  • Teksty w poczekalni ułożone są wg daty i godziny dodania. Czasami dodany jest jeden tekst, czasami kilka jednego dnia.
Ostatnio widziani
Gości online:12
Najnowszy:Vertizes8
Wspierają nas