Gatunek 827-34 - JoannaP
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Gatunek 827-34
A A A

Ziemia, wyrzucona ze swojej orbity, dryfowała w przestrzeni kosmicznej, coraz bardziej oddalając się od Słońca, które widziane z powierzchni tej dawniej pełnej życia planety, było obecnie niewiele jaśniejsze od innych gwiazd. Mdłe światło nie dawało ciepła, skuta lodem, pogrążona w wiecznym mroku Ziemia zmierzała nieuchronnie ku granicom Układu Słonecznego.
     Nie było już na niej życia, atmosfera skropliła się, spadając jako ostatni deszcz. Wiatr nie zakłócał spokoju tej krainy, nic nie tłumiło blasku gwiazd na nieskazitelnie czarnym niebie. Księżyc pomknął dawno w przestrzeń kosmiczną.
       Ucieczka Ziemi zaskoczyła ludzi. Kiedy zagłada stała się nieunikniona, było za późno na ratunek. Echa dawnych sporów ucichły. Ostatni komunikat radiowy ..Robi się za zimno. Kończę nadawanie. Niech Bóg czuwa nad nami” zabrzmiał jak ostatni krzyk agonii w lodowatej pustce.
          Ziemia milczała.
Jednak nie wszyscy umarli. Garstka ludzi przetrwała, ryjąc długie tunele. Kryli się tam podobni do duchów, które nie chcą opuścić swojego domu.
       Pierwsze pokolenie ocalałych starało się pielęgnować pamięć o ciepłej przyjaznej Ziemi, ich potomkowie byli już ludźmi z tuneli, ludźmi - kretami, cierpliwymi, bezkompromisowymi, walczącymi o przetrwanie. Starsi, odchodząc kolejno, jedno po drugim, patrzyli na nich z przerażeniem.
        Eta leżała na łóżku z rękami pod głową. Blade sztuczne światło rozjaśniało ściany sypialni 123/45 A, zajmowanej przez cztery. Kilka dziewczynek siedziało razem na jednym z łóżek, szeptały, wybuchając od czasu do czasu głośnym śmiechem. Reszta lokatorów znajdowała się albo w pracy albo w świetlicy.
            Brat Ety, Dan, szesnastolatek w okularach starszy od siostry o cztery lata, majstrował przy czymś, co wyglądało na samodzielnie skonstruowany radioodbiornik. Wierzył, że uda mu się złapać jakiś sygnał, wiadomość od innych ocalonych, radio odbierało jednak tylko nieprzyjemne trzaski.
              Brat i siostra - oboje bladzi, małomówni, cierpliwi, pomimo sporej różnicy wieku dogadywali się całkiem nieźle, prawdopodobnie dlatego, że rzadko ze sobą rozmawiali.
               Nic nie zapowiadało mających wkrótce nastąpić wydarzeń. Tamten dzień zaczął się jak wszystkie inne dni w tunelach, nikt nie wiedział, że zapoczątkuje wielkie zmiany.
                   Tamtego dnia Eta znalazła maszynę.
Nudziła się. Do kolacji została prawie godzina. Dobrze byłoby pójść na spacer, rozprostować nogi.
                   Wędrowała powoli zatłoczonymi korytarzami. Z rozwieszonych co kilkadziesiąt metrów głośników sączyła się pogodna muzyka, przerywana regularnie przez ważne komunikaty.
              W tłumie ludzi ubranych w jednakowe szare kombinezony wyróżniali się funkcjonariusze Biura Bezpieczeństwa w czarnych mundurach, patrolujący korytarze i pilnujący porządku. Chodzili powoli, uważnie obserwując, wiedzieli wszystko o wszystkich.
Tłum sunął powoli niczym ogromna podziemna rzeka, gdzieniegdzie tworzyły się wiry i wysepki - dzieci biegały pomiędzy wolniejszymi dorosłymi, Najstarsi siedzieli na ziemi, snując opowieści o lepszych czasach, nawet kiedy nikt ich nie słuchał, patrzyli przed siebie pustym wzrokiem, czasem uśmiechając się do dawno minionych dni.
Eta przyglądała się ich wyblakłym twarzom, w powszechnym gwarze łowiła pojedyncze słowa. O tej porze korytarze były zwykle zatłoczone, nie mogła więc iść zbyt szybko. Nie spieszyła się, nie zmierzała do żadnego określonego celu, płynęła z tłumem, pozwalając mu się nieść.
To stało się nagle, bez ostrzeżenia. Oślepił ją błysk. Przez moment stała, nic nie widząc ani nie słysząc. Po chwili odzyskała wzrok, ale w uszach jej dzwoniło, obraz był niewyraźny, zamglony. Nie czuła swojego ciała, jakby została od niego oddzielona. Coś poruszyło jej nogami. Lewa. Prawa. Szła do przodu.
Nie bała się. Nie próbowała się opierać. Jej umysł zepchnięto, spoglądał z zewnątrz na ciało, które dotychczas do niego należało, obojętny, pozbawiony emocji, bierny. Obserwował.
Eta mijała kolejne korytarze, opuściła już strefę ,,nową” i znalazła się w ,,starej”, od dawna opuszczonej. Była sama.
Usłyszała huk. Zapadła ciemność.
Kiedy Eta odzyskała przytomność, spostrzegła, że leży na ziemi. Wstała powoli. Korytarz za nią został zasypany.
    Siła, która wcześniej nią zawładnęła, zniknęła. Eta bała się. Serce waliło jej jak oszalałe, brakowało jej tchu.
    Rozglądała się, szukając drogi ucieczki. Nigdzie nie dostrzegła lamp.
Skąd więc to światło?
- Ratunku! Pomocy! Czy ktoś mnie słyszy?
Nikt nie mógł dosłyszeć jej wołania. Jedyne, co jej pozostało, to cierpliwie czekać. Jednak, czy ratunek nadejdzie?
***
    Tymczasem ponad Ziemią zawisło coś ogromnego, co przysłoniło sobą gwiazdy. Nie poruszało się, zdawało się czekać: olbrzymia, czarna, nieskazitelnie gładka kula.
***
    Kilka kilometrów pod powierzchnią, Eta wpatrywała się w mały sześcian, jednolicie szary, o matowej powierzchni. Otaczało go rozproszone, łagodne światło nie mające określonego źródła. Wydobywały się z niego głosy, tysiące głosów. Przyzywały Etę. Dotknęła pudełka.
    Przestała być sobą. Stała się czymś więcej, samą myślą, czystą energią, duchem? Mogła przenikać światy, przemierzyć Wszechświat i dotrzeć do jego kresu. Wystarczyła jedna myśl, by pomknąć poprzez skorupę ziemską i znaleźć się na zewnątrz.
    Wszędzie wokoło były gwiazdy! Eta uleciała poprzez przestrzeń i czas. Kosmos stał się niezmiernie prosty, pojęła go całą swą istotą, wypełnił ją. Przemierzała nieskończoną przestrzeń.
    W jakiś sposób wyczuła, że nie jest sama, miliardy istnień, podobnych do niej, składających się z samych tylko myśli towarzyszyły jej w tej podróży. Dzieliła ich radość, smutek, tęsknotę, wypełniające Wszechświat jak muzyka salę koncertową.
    Kolosalne mgławice, podobne do wielobarwnych pióropuszy, zastygłe w mroźnej otchłani, mijali w skupieniu, widzieli narodziny jednych gwiazd - iskierki rozbłyskujące w obłokach gazu i pyłu, oraz śmierć innych.
Odwiedzali obce światy, podziwiali wschody i zachody odległych słońc oraz stworzenia wygrzewające się w ich promieniach. Niektóre z tych istot były prymitywnymi organizmami, inne zdawały się przejawiać świadomość. Liczne cywilizacje powstawały, rozwijały się i ulegały zagładzie.
Tymczasem ogromna czarna kula wirowała nad Ziemią. Gdyby ktoś zajrzał do jej wnętrza, zobaczyłby wiele złotych pasm, płynących po ścianach. Nie usłyszałby żadnego dźwięku, panowała tam niczym nie zmącona cisza, całkowity bezdźwięk jak w kosmicznej próżni.  Być może ten ktoś domyśliłby się, że nie jest sam, że kulę zamieszkuje inteligentny byt, potomek istot starszych niż Układ Słoneczny.
    Kula odebrała sygnał. Zebrano wystarczająco dużo danych. Gatunek 827-34 uznano za zdolny do transformacji. Należało zgromadzić dodatkowe informacje konieczne do jej przeprowadzenia. Kula wysłała sygnał w kierunku planety. Czekała.
Eta wróciła do domu. Powrót przypominał zjazd ze zjeżdżalni, została ściągnięta, wessana, momentalnie znalazła się z powrotem w zasypanym tunelu.
Minęło czternaście lat.
***
 Pokój był mały i ciasny, po ścianach, niegdyś białych, spływały krople wody. Powietrze wypełniał odór potu, wchodząc odruchowo zasłonił nos. Jeszcze nie zdołał się przyzwyczaić. Pod każdą ścianą stało proste, metalowe łóżko, tak wąskie, że należało w nim spać na baczność, na łóżkach siedziały lub leżały wychudzone, nędzne postaci. Światło zapalało się punktualnie o siódmej rano, gasło o dwudziestej drugiej. Z kranu umieszczonego nad umywalką kapała woda. Kap, kap, kap…
    Odmierzała czas.
Eta siedziała na jednym z łóżek ze skrzyżowanymi nogami, oczy miała zamknięte. Brudna koszula zwisała luźno na wątłym ciele, długie, potargane włosy spływały na ramiona.  Nie zareagowała, kiedy wszedł. Uśmiechała się, jakby pod zamkniętymi powiekami dostrzegała obraz, przeznaczony tylko dla niej.
    Gość usiadł na wniesionym przez siebie krześle.
- Eta.
Nic.
- Eta, wiem, że mnie słyszysz. Odezwij się. - Kobieta otworzyła oczy. Uśmiech zniknął z jej twarzy, która przybrała obojętny, znużony wyraz.
- Ach, to ty, braciszku.
- Nie ucieszyła cię moja wizyta.  
Eta oparła się o ścianę, zwiotczała, przypominała teraz porzuconą szmacianą lalkę. Dan przyglądał się jej w skupieniu.
- Ależ cieszę się zawsze, kiedy przychodzisz. Wszyscy twoi podopieczni cieszą się, kiedy cię widzą, prawda? Nie uciekaj wzrokiem, nigdy nie patrzysz mi w oczy, kiedy o nich mówię. Nie lubisz rozmawiać ze mną o swojej pracy, wiem. Porozmawiajmy o czymś innym, braciszku. Chcę zobaczyć rodziców.
- Nie teraz.
- Dlaczego?
- W tej chwili to niemożliwe.
- Ostatni raz widziałam ich rok temu. Chcę, żeby tu przyszli.
- Nie.
- Co się z nimi stało?
- Nic!
- Mów prawdę, do cholery!
- Nic im nie jest, rozumiesz? Po prostu nie mogą cię odwiedzać przez jakiś czas! I nie będziemy teraz o nich rozmawiać, jasne? - Nie był zadowolony, że podniósł głos, ale puściły mu nerwy. Poprawił zsuwające się z nosa okulary. Pocił się.
- Po co tu przyszedłeś, Dan? Lepiej by było, gdybyś sobie poszedł.
- Może po prostu chciałem cię zobaczyć? Może martwię się o ciebie? O tym nie pomyślałaś, co?
- Przynieś mi maszynę.
- Co takiego? Jaką maszynę!? - To zawsze zdumiewało go w Ecie. Jej niezdolność do skupienia uwagi na jednym temacie.
- Tę, którą znalazłam w tunelu czternaście lat temu.
- To szare pudełko?
- To nie pudełko, to maszyna. Jest ważna. Zrób to dla mnie, dobrze? Proszę. - Jej oczy zaokrągliły się, przez chwilę przypominała tę małą dziewczynkę, którą była wiele lat temu, zanim wszystko uległo zmianie.
- Przyniosę ją. Skoro tego chcesz. - Nie odpowiedziała, nawet nie patrzyła na niego. Dan wstał, chwycił krzesło, podszedł z nim do drzwi. Zapukał, drzwi otwarto.
- Dan?
- Tak?
- Pozdrów panią Dell. - Dan wyszedł. Eta usłyszała zgrzyt klucza przekręcanego w zamku.
    Została sama. Z kranu kapały krople. Czas mijał.
Dan zamknął się w swoim gabinecie, niedbale rzucił fartuch na oparcie krzesła. Gabinet dzielił z trzema innymi lekarzami, był tak ciasny, że ledwo się mieścili, na szczęście tamci wyszli, więc Dan miał chwilę spokoju. Usiadł przy jednym z biurek, chowając twarz w dłoniach.
    Stanowisko Lekarza Naczelnego, które zajmował od czterech lat, wymagało nieustannej, ciężkiej pracy oraz wielu poświęceń. Czasem myślał, że zbyt wielu. Niełatwo przyszło mu podjęcie niektórych decyzji, jednak nie miał wyjścia.
    Przypomniał sobie panią Dell. Zazwyczaj starał się o niej nie myśleć. Jej przypadek był największą zawodową porażką Dana. Nie zorientował się, że przestała przyjmować tabletki antykoncepcyjne. Miała już prawie czterdzieści lat, nie dostałaby pozwolenia na dziecko.
    Udało jej się ukryć ciążę i poród. Dellowie ukrywali się w opuszczonym szybie. Sprawa wkrótce się wydała. Znaleziono ich. Dan zrobił dziecku zastrzyk. Miało zespół Downa, w przeciwnym razie pewnie pozwoliliby mu żyć. Nie byli przecież barbarzyńcami.
Patrzył, jak machało kończynami, kwiląc cichutko, niemal bezgłośnie. Musiał przytrzymać małą rączkę, żeby wbić igłę. Po chwili było po wszystkim. ,, Zawsze chciałem zostać lekarzem.”
Z zamyślenia wyrwał go sygnał interkomu.
- Proszę natychmiast zgłosić się do Biura Bezpieczeństwa. Dyrektor Eggstroff oczekuje pana.
- Tak jest. - Dan założył fartuch. Spojrzał w lustro, przygładził lekko sterczące kosmyki. Wziął głęboki wdech. Wyszedł z gabinetu.
    Eggstroff, dyrektor Biura Bezpieczeństwa, przyjął go natychmiast. Dan starał się nie okazywać zdenerwowania. Po co go wezwano?
Dyrektor siedział w fotelu. Biurko i szafy wypełniały dokumenty, z sufitu sączyło się jaskrawe światło.   
Dan usiadł.
- Witam, doktorze. Jak idzie praca? - Głos Egstroffa był niski, łagodny, okrągła, blada twarz okolona strzępkami siwych włosów wyglądała niemal dobrodusznie. Uśmiechał się dobrotliwie, jakby za chwilę miał wyciągnąć torebkę cukierków. Mrużył wąskie, szare oczy, spoglądał na Dana, przechylając lekko głowę na bok.
- Wszystko mamy pod kontrolą. Nie zanotowaliśmy żadnych poważnych problemów, jedynie parę niegroźnych infekcji… Przyrost naturalny znajduje się na optymalnym poziomie.
- Nie było więcej pań Dell? - Blada twarz Dana nieco poczerwieniała. Kto jeszcze pamiętał tamtą historię?
- Nie.
- To dobrze. To naprawdę dobrze. Podobno odwiedził pan siostrę. Co u niej słychać? Jak się czuje? - Dobroduszny uśmiech Eggstroffa stał się jeszcze szerszy, jeszcze bardziej przyjazny, doktor pomyślał, że jeszcze chwila, a przepołowi dyrektorowi twarz.
- Myślę, że nie czuje się gorzej - powiedział, ostrożnie dobierając słowa.
- Cóż. To było do przewidzenia, prawda? Urojenia od początku były niezwykle silne. Terapia okazała się nieskuteczna. Czy mam rację, doktorze? - Dyrektor potarł policzek.
- Tak. Sądzę jednak…
- Zna pan przepisy. Jest mi naprawdę przykro. - Zimny dreszcz przebiegł Danowi po kręgosłupie, zmusił się do pozostania na krześle.
- Oczywiście, nie musi pan brać w tym udziału. Naprawdę, nie chcę tego robić. - Eggstroff przez chwilę sprawiał wrażenie, że naprawdę nie chce - ale nie mamy wyboru. Dyrektywa 1B dotycząca pacjentów nieuleczalnie chorych… Oczywiście, damy rodzinom czas na pożegnanie. Myślę - Patrzył przez moment w sufit, zastanawiając się.- Myślę, że tydzień wystarczy. - Nagle wstał, Dan podniósł się również.
- Życzę panu powodzenia w pracy, doktorze - rzekł, wyciągając rękę. Dan ją uścisnął. Wyszedł z gabinetu.  Dyrektor odczekał chwilę, po czym nacisnął guzik.
- Proszę przyprowadzić tu pana Carsona. Chciałbym z nim porozmawiać.
    Eta leżała na łóżku. Nawiedziło ją kolejne wspomnienie, jeden z tych krótkich przebłysków, pojawiających się niespodziewanie.
Widziała pustynię, daleko, daleko stąd. Po niebie wędrowały trzy słońca, błękitne, czerwone i żółte. Żar niemiłosiernie palił ziemię, nagie skały nie dawały schronienia. Nagle coś pojawiło się w oddali, coś srebrzystego, migoczącego w promieniach trzech gwiazd. Płynęło chyżo po wysuszonym na wiór piasku, drgając i falując jak strumień wody. W pewnej chwili zatrzymało się. Ze środka niemal idealnego dysku wystrzelił cienki, długi na jakieś dwadzieścia metrów, pręt. Po kilkunastu minutach pręt schował się, srebrny twór ruszył dalej.
Eta uśmiechnęła się. Ostatnio przypominała sobie coraz więcej.
Ktoś zapukał do drzwi. Wszedł Dan, ściskając niewielki szary sześcian.
    Gość został tym razem przyjęty dużo serdeczniej, a może raczej Eta była tak zaabsorbowana maszyną, że nie zwracała na niego uwagi. Sześcian wyglądał tak samo jak czternaście lat temu, mały, o gładkich matowych ścianach, dziwnie ciężki pomimo małych rozmiarów. Nikt nie wiedział, czym jest, ani do czego służy, tylko Eta wierzyła, że może przenieść ludzki umysł daleko poza Ziemię.
    Dan patrzył na siostrę, na jej drobne palce muskające szare pudełko. Uważał, żeby się nie zdradzić, obserwowali go, śledzili każdy krok, niemal czuł na sobie ich wzrok. Byli wszędzie, widział ich w zmęczonych przechodniach, nawet własna sypialnia przestała być bezpieczna. Grał swoją rolę, także wtedy kiedy zdawało mu się, że jest sam. Bo wiedział, że nie był sam już od dawna. Zmuszał się, by nie patrzeć za siebie, jak zaszczute zwierzę, którym się stał. ,,Jednak - pomyślał skubiąc nerwowo rękaw - i tak już za późno.”   
    Usiadł obok Ety na łóżku, ścisnął lekko jej ramię.
- Eta - wyszeptał jej do ucha - posłuchaj! Musisz z tym skończyć. Wiesz, że to wszystko bzdury. Wiesz, prawda? - W jego głosie zabrzmiała nieśmiała, słaba nadzieja.
- Kiedyś zbudowałeś radio, pamiętasz? Próbowałeś złapać sygnał od innych ocalałych. Wierzyłeś, że są jeszcze jakieś grupy. Teraz w nic nie wierzysz. Ja tak nie chcę, Dan.
- Eta…
- Nic już nie mów. Idź. Chcę z nią zostać sama. - Wpatrywała się w sześcian głodnym wzrokiem. Dan wyszedł, nie żegnając się. Cicho przekręcił klucz.  
    Poszedł prosto do swojej kwatery. Ciasna klitka oświetlona sztucznym światłem zdawała się jeszcze bardziej przygnębiająca niż zwykle, w dodatku czuć było jakiś przykry zapach, przykry, męczący, niemożliwy do zidentyfikowania swąd, znowu szwankowała wentylacja. Należało przywyknąć, do smrodu i wielu innych rzeczy.
Wiedział, że to, co chce zrobić to czyste szaleństwo, nie uda się im, złapią ich. Niemożliwością było wieczne ukrywanie się w nieczynnych tunelach. Jednak musiał to zrobić. Podjął decyzję. Żyłem jak szczur - pomyślał - ale umrę jak człowiek.
    Miał mało czasu, musiał działać szybko. Zaspanej pielęgniarce powiedział, że zabiera pacjentkę na dodatkowe badania. Nie zdziwiła jej późna pora, nie grzeszyła, na szczęście, zbyt wielką inteligencją.
Eta zabrała ze sobą maszynę, schował ją do kieszeni fartucha.
Wszyscy spali, trwała pora nocna. Nie spotkali żadnego nocnego patrolu. To zbyt proste, to pułapka. Ucieczka jest niemożliwa, opór bezcelowy. Ścisnął mocniej dłoń Ety.
    Eta o nic nie pytała, szła obok brata, skupiona na czymś, co całkowicie ją pochłaniało. Dan rozglądał się trwożliwie, prowadził ją opuszczonymi korytarzami, wąskimi tunelami, przez które nieraz musieli się czołgać. Słyszeli tylko własne oddechy, brzmiące w ciemności jak sapanie jakiegoś monstrum. Danowi zdawało się, że wyczuwa czyjąś obecność, przystawał, oświetlał korytarz malutką latarką, byli sami, szli dalej. Starał się uspokoić, jednak przejmował go jakiś dziwny lęk.  Jego siostra myślała tylko o gwiazdach, tęskniła za nimi, tak jak tęskni się za domem rodzinnym.
Na końcu jednego z tuneli znajdowała się spora jama. Dan zajrzał do niej.
- Wszystko w porządku. Możesz wejść.  
Barłogi na gołej ziemi, mała lampka, dwie osoby w znoszonych, brudnych kombinezonach: mężczyzna i kobieta. Wstali, kiedy weszła. Długie, splątane włosy opadały im na ramiona, kombinezony wisiały na wychudzonych ciałach, kulili się z głodu i zimna. Rysy twarzy zatarły się, jakby próbowały zniknąć, by zmylić pościg.
- To Eta. - Głos Dana zadudnił w ciszy jak grom, aż zadrżeli. - Przyprowadziłem ją.
- Eta! Moja Eta - kobieta krzyknęła, a jej ręce wyciągnęły się ku dziewczynie, objęły ją, oplotły, mężczyzna gładził Etę tak, jak dawno temu, gdy była dzieckiem.
    Eta płakała.
- Nie zabili was. - Uścisnęła ich mocno. W końcu oderwali się od siebie niechętnie, Dana i Etę bolały nogi, usiedli na stertach szmat służących za posłanie. Siedzieli przytuleni do siebie, milczący, światło lampki otuliło ich jak kokon, chroniąc przed ciemnością.
- Co się stało? Dlaczego tu jesteście?
- Dan nas tu sprowadził, kochanie. - Głos mamy był łagodny i kojący.
- Widzisz - wtrącił ojciec - Kiedy byłaś w szpitalu… w zeszłym roku… wyszło zarządzenie Biura Bezpieczeństwa, osoby powyżej sześćdziesiątego roku życia mają być poddane eutanazji. Dan nas uratował, ukrył nas tu. Jego przyjaciel, Carson, mu pomógł. W rejestrze jesteśmy martwi.
- Więc Najstarszych też już nie ma? Nikt nie pamięta życia na powierzchni?
- Nie ma Najstarszych, a za tydzień znikną nieuleczalnie chorzy. W ciągu dziesięciu lat zabraknie nam zasobów. Czeka nas głód. Wymieramy. Musieli… musieliśmy zmniejszyć populację.
- I co, warto było, Dan?
- Nie wiem. Boże, nie wiem! Daj mi spokój! - Dan ukrył twarz w dłoniach, ramiona mu drżały, usiłował powstrzymać szloch. Nagle krzyknął, szybkim ruchem wyciągnął coś z kieszeni i rzucił na ziemię - małe, szare pudełko.
- Co się dzieje?
- To pudełko! Jest gorące!
- To nie pudełko, to maszyna. Mówiłam ci. - Eta uśmiechała się, patrząc na obce urządzenie, wokół którego drgało rozgrzane powietrze.
***
    Ciemna kula wirowała powoli nad zamarzniętą planetą. Odległe Słońce świeciło w oddali.
- Wysłałem sygnał do odbiornika. Za chwilę zaczniemy transformację.
- Ile osobników?
- Czterdzieści tysięcy. Do transformacji zakwalifikowano piętnaście tysięcy. Pozostałe osobniki do likwidacji. Planeta zostanie zniszczona. Transformowane osobniki zostaną zachowane w Transkosmicznym Rezerwacie  Świadomości przez dziesięć tysięcy lat.
***    
- A więc tu się ukrywacie. No, ale koniec zabawy. - Otoczyła ich grupa funkcjonariuszy Biura Bezpieczeństwa. Do jamy wszedł Eggstroff.
- To koniec moi mili. Myślisz, Dan, że byłem taki głupi? Wiedziałem od początku. Twój kumpel cię wydał. - Uśmiechnął się dobrodusznie. Jego pełna twarz lśniła od potu w ruchomym świetle latarek. - Kolejne polowanie zakończone. A co to jest? - Wszyscy odwrócili się, patrzyli w kierunku wskazanym przez Eggstroffa. Małe pudełko rozżarzyło się, pulsowało i brzęczało. Raptem zapadła głucha cisza. Wszyscy zamarli. Oślepiło ich jaskrawe światło. Wszystko zniknęło.
    Eta znowu widziała wokół siebie gwiazdy, nieskończona przestrzeń przyciągała ją. Nie była sama, wielu ludzi przemierzało Wszechświat razem z nią, wyczuwała ich obecność. Dan i rodzice też tam byli. Bali się, ale wkrótce zrozumieją, że niepotrzebnie. Posłała im swe myśli pełne spokoju i nadziei.  
    Nie oglądali się za siebie. Pozostawili Ziemię, która rozprysła się na miliardy drobin, jak bombka choinkowa. Nic po niej nie zostało oprócz skał oraz pyłu.
    Ogromna kula uleciała ku innym światom. W przestrzeni panowała odwieczna cisza.
 


 
    
 








 
    

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
JoannaP · dnia 04.11.2016 12:43 · Czytań: 406 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 4
Komentarze
JOLA S. dnia 05.11.2016 09:26 Ocena: Świetne!
Janino, ile obrazów... bardzo, bardzo podoba mi się takie pisanie. niesamowite. :)
pozdrawiam :)
JoannaP dnia 05.11.2016 14:14
Dzięki Jolu :)
Nathaniel Sathirian dnia 08.11.2016 22:38 Ocena: Świetne!
Ciekawy tekst, dobrze napisany. Ta bezcielesna wędrówka przez Wszechświat kojarzy mi się z zakończeniem "2001:Odysei Kosmicznej" C.Clarke'a. Ogólnie te motywy, które wykorzystałaś (postapokaliptyczna ziemia, nieskończenie bardziej zaawansowana od nas cywilizacja, która decyduje o naszych losach i ewolucja do bytów transcendentnych) przywodzą mi go na myśl.
Podoba mi się też ten element socjologiczno-etyczny, który tu zawarłaś, bo przecież wysokiej klasy SF to nie bajdurzenie niestworzonych historii, tylko wykorzystanie możliwości tego gatunku dla rozważań nad realnym światem, nad człowieczeństwem, Bogiem, systemami politycznymi itp.
Chętnie zajrzę do innych Twoich tekstów ;)
Pozdrawiam,
NS
JoannaP dnia 09.11.2016 15:20
Dzięki. Cieszę się bardzo, że Ci się podobało :)
Pozdrawiam,
JP
Proza: Górna Półka
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Marek Adam Grabowski
18/02/2019 12:04
Jeśli chodzi o pióro, opowiadanie zaczyna się nieźle; potem… »
faith
18/02/2019 10:23
Kushi, teraz kiedy napisałaś o tym skojarzeniu i mnie ono… »
faith
18/02/2019 10:20
Jak miło Cię znowu widzieć u siebie, Skroplami. :)»
Ritha
18/02/2019 08:33
- dobre - dokładnie to samo pomyślałam :) -… »
Ritha
18/02/2019 08:18
- co Ty gadasz :p Tzn. może i tak, ale nie ma reguły,… »
Ritha
18/02/2019 08:12
W zasadzie to jest tak, że skrót Alt + 0150 tworzy półpauzę,… »
Zola111
18/02/2019 00:55
Nalko, dziękuję bardzo. Cieszę się, że wiersz wywiera… »
introwerka
17/02/2019 23:55
Nalko, "przygoda zwana człowiekiem" - piękne… »
introwerka
17/02/2019 23:52
Zolu, dziękuję bardzo za komentarz i wszystkie pochwały… »
Nalka31
17/02/2019 23:48
Intro, to w głównej mierze zasługa tematów i zajęć w… »
introwerka
17/02/2019 23:47
Dokładnie, Nalko, nie tracę nadziei, że podobne filmy,… »
Zola111
17/02/2019 23:41
Intro, że umiesz do głębi zanalizować wiersz, odnaleźć… »
introwerka
17/02/2019 23:41
Nalko, dziękuję bardzo za zajrzenie do tego starocia,… »
Nalka31
17/02/2019 23:40
Jest krótko i treściwie. Dobrze też, że nie narzucasz w… »
introwerka
17/02/2019 23:34
Zolu, dziękuję bardzo za rzetelny komentarz. Cieszę się, że… »
ShoutBox
  • SanaiStark
  • 17/02/2019 11:37
  • Esy - do redaktora czyli do kogo?
  • Esy Floresy
  • 17/02/2019 11:36
  • Napisz prośbę do redaktora.
  • SanaiStark
  • 17/02/2019 11:24
  • Niech mi ktoś powie, jak usunąć teksty i konto?
  • Esy Floresy
  • 17/02/2019 00:27
  • Pozostawmy to miejsce, miejscem literatury, proszę.
  • mike17
  • 16/02/2019 22:50
  • Odszedł Jan Olszewski, postać wielka, patriota, obrońca biednych z czasów komuny, gdy jako adwokat bronił ich za darmo, człowiek niesłusznie odsunięty od władzy. Wielki Polak i nic tego nie zmieni.
  • Vanillivi
  • 16/02/2019 18:11
  • Witaj, Arku :) Miło Cię czytać znów
  • Kushi
  • 16/02/2019 15:37
  • Mówisz i masz Arku ;) XD, Odpozdrawiam równie serdecznie:), ...bo dobrze jest wrócić w przyjazne kąty;) Miłego dnia:)
Ostatnio widziani
Gości online:34
Najnowszy:apyhikik
Wspierają nas