Samotność - Miroslaw Sliwa
Proza » Obyczajowe » Samotność
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

 

                                 Samotność

 

Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy wchodzicie”

Dante Boska Komedia

 

Rozpacz jest na granicy, gdzie poryw egoizmu nędznie bojaźliwego i dumnie uparta zuchwałość spotykają się w równej niemocy”

Soren Kierkegaard

 

     Wczesne lata dziewięćdziesiąte. Karnawał. Bal piżamowy w jednym z jastrzębskich lokali.

- Mati, a on grzebie w mojej torebce!!! - Lekko wcięta, prezentująca się w różowych tiulach Cynia alarmuje o zamachu na święte prawo własności zarówno swojego chłopaka, jak i wszystkich doskonale bawiących się piżamowców.

Podekscytowane towarzystwo gromadzi się wokół miejsca przestępstwa. Kacper jakby zamarł na chwilę z ręką w pękatej, damskiej torebce. Konsternacja. Niedoszły grabieżca prostuje się nagle, poprawia szlafmycę, chrząka i oznajmia:

- Potańczyli, popili, zakąsili; taaa... trza isć. W tym momencie Mateusz wali go mocnym zamachowym prosto między oczy. Kacper fika przez oparcie siedziska na podłogę.

Kacper, więc. Kim jest ów Kacper? Ano jest pięćdziesięciosześcioletnim mizantropem, który odrazę ma wpisaną w herbie. Zresztą nie ma się czemu dziwić; czterdzieści lat temu uwierzył, a kilku ówcześnie opiniotwórczych krytyków literackich w tym go utwierdziło, że jest młodym, dobrze zapowiadającym się poetą. Uwierzył w swoją wielkość i tak mu zostało aż do teraz.

Chociaż właśnie umiera i jest sam.

     A kiedyś; rozbierane sesje fotograficzne na cmentarzu. Fiut i blada dupa między nagrobkami. Tak, tak, to było coś. Wszystkim szczeny opadały.

Spieniężenie bez wiedzy i woli kolegi jego maszyny do pisania. Maszyna do pisania za komuny! Dwa litry wódki w rewanżu, a za resztę niewielka tabliczka nagrobna dla samego siebie. Dwudziestodwuletni zdrowy byk. Eh..., ale to było coś. Szczeny poopadały wszystkim, łącznie z właścicielem maszyny.

Jego matka i siostra wiecznie zarzekające się, że „ostatni raz dostał ode mnie pieniądze” i każdego dnia finansujące go od nowa. Należność tak zwykła, że szczeny opadały.

Deklaracja na wiadomość o śmierci, zdawać by się mogło, przyjaciela: „Pierdolę go. Zawsze go pierdoliłem.” Szczeny opadły, a potem się zacisnęły.

     Nikomu nic w tym życiu nie oszczędził. Knuł, intrygował, oszukiwał, kradł i żywił pogardę. Tysiące małych świństw i żeby nie było, tylko i wyłącznie małych, cuchnących nikczemności. Jakieś tam zniesławianie dziewczyn, które odrzuciły jego awanse, jakieś to tu, to tam, niby niewinne, ale pogardliwe i nieuprawnione uwagi pod adresem innych artystów, z cicha pęk szerzone w środowisku, jakieś drobne kradzieże, prawie zawsze dostrzegane, ale których już nikt nie chciał zauważać i to wieczne, już nawet nie wypowiadane, ale dla wszystkich oczywiste roszczenie: „mnie się należy”.

     I co?

Setki, napisanych z dużym talentem, pełnych obrzydzenia wobec człowieka wierszy na dnie szuflady.

Kilka publikacji w prasie literackiej jeszcze z czasów PRL-u i chyba dwie współczesne w niszowym i prowincjonalnym pisemku artystycznym.

     Mit nadczłowieka w konfrontacji z moralnym smrodem, strachem przed odbiorcą, brakiem rozpoznawalności i bez najmniejszych szans na ziszczenie się przekonania, że „powodzenie poety rozpoczyna się z dniem jego śmierci”.

Sam wszystkich od siebie odrzucił i teraz jest sam, i za chwilę umrze.

Złajdaczałeś Prometeuszu.

 

 

Miłość to czuwanie nad cudzą samotnością”

Rainer Maria Rielke

 

     Zaciska piąstki na firanie, bo za oknem dzieje się coś niesłychanego.

- Marek! Marek! Piasek pada.

Jest dwudziesty grudnia i dzisiaj po raz pierwszy w tym roku spadł śnieg. Spadł i to jak.

- Wiesz co, Olu? Ubierzemy się ciepło i pójdziemy lepić bałwanka.

- Bałwanka? A co to bałwanek?

Jakież to urocze. Małego bąbelka spotyka nieznane i nie wiadomo groźne to, czy przyjazne może. Musi miło zapamiętać ten jej pierwszy śnieg.

Postękuje z wysiłku tocząc śnieżną kulę. Białe płatki prawie natychmiast zamieniają się w kropelki wody w zetknięciu z jej zaczerwienioną od mrozu buzią.

- Zimne, zimne - mamrocze pod noskiem, ale wytrwale lepi bałwanka i bardzo dobrze się bawi.

Mała kłania się teatralnie wszystkim przechodniom dokonując przy tym pełnej prezentacji:

- Dzień dobry. Ja jestem Ola, a to jest mój Marek.

     Marek, Krzysiek, Michał, Jurek. Eh, pogubić się można.

     W jaki sposób wytłumaczyć niespełna trzyletniemu dziecku, że jego ojciec siedzi w więzieniu, bo dopuścił się czegoś złego? Jak mu objaśnić, co to jest, to więzienie?

W dziecięcym umyśle małej Oli fochy z jej strony i co najwyżej podniesiony głos ze strony mamy wiążą się nierozerwalnie ze zjawiskiem winy i kary, i opisują zagadnienie zupełnie, jak dla niej wyczerpująco. Nic z tego więzienia nie rozumie.

Tata… tata… Kto to jest ten tata?

     Maleńkie doświadczenie życiowe poparte jednakże znakomitym zmysłem obserwacji każe jej mniemać, że tata to taki pan, który nie tylko mieszka z mamą i dzieckiem, czasem kilkorgiem dzieci, ale także je kocha. Jednakże cała ta konstrukcja myślowa, wypracowana z mozołem rozpada się, kiedy mama wieczorem, już po bajce na pytanie Oli: „Czy Krzysiek to mój tata”? - odpowiada: „Nie. Śpij już”, a przecież mieszkają u Krzyśka, a on je kocha. Wcześniej mieszkały u Michała i też jej kochał. On również nie był tatą, więc co?…

     Mała nie doznaje żadnych specjalnych krzywd, ba, naprawdę jest kochana; wszyscy ją kochają, ale kiedy słyszy inne dzieci wypowiadające to magiczne słowo: „TATA”; „Tato, daj mi”, „Tato, chodź ze mną”, „Tato, kup mi”, to w jej małym serduszku rodzi się tęsknota wielka jak ocean. Zamyśla się wtedy dziwnie; całkiem nie po dziecięcemu. Nie lubi tego bolesnego skupienia, bo ono tylko dokucza; niczego nie wyjaśnia.

Czasami, tak już między jawą, a snem, ale nie zawsze jakby na specjalne okazje i w rozmarzeniu wyszeptuje: „Tata”.

Gdyby był tata, nie musiałaby być tak czujna.

 

 

 

Marność nad marnościami i wszystko marność” (Koh 1,2)

 

- Jakim człowiekiem był zmarły? - pyta ksiądz.

- Zwyczajnym…, dobrym… - z trudem panując nad sobą, odpowiada Barbara i wybucha płaczem.

     Boże mój, jak trudno być zwyczajnym, dobrym człowiekiem.

     Przez osiemdziesiąt lat ciężkiego, steranego życia Jerzy robił po prostu to, co do niego należało. Pracował, wychowywał dzieci, troszczył się o rodzinę i żył przyzwoicie, ale los jak to los, potrafi każdym pozamiatać.

     Piętnaście lat temu opuściła go żona. Dlaczego? Ani on, ani troje już przecież niemłodych i doświadczonych życiowo dzieci, nie potrafią do końca zrozumieć przesłanek, którymi się kierowała podejmując tak dramatyczną decyzję. Jej argumentacja jest tak szokująco absurdalna, że zdrowy rozum odrzuca ją natychmiast, w całości. Niepojęta, nonsensowna, zapiekła niechęć. Skąd to tak? Dlaczego? Bóg jeden wie. Pewno drobne, a przez to ignorowane i nigdy nie rozwiązywane problemy przekroczyły kiedyś jakąś masę krytyczną i życie się rozpadło.

     Klasyczny, egzystencjalny węzeł gordyjski jakich zresztą pełno w relacjach między ludźmi. Od lat więc, nie jątrzą już tej rany, bo i po co. Do diabła z psychoanalizą dla ubogich.

     Szpiczak mnogi wysysa z Jerzego życie. Jeszcze w maju mógł wstać z łóżka, potrafił sam się umyć, jadł, nawet żartował; żył... i nagle w ciągu jednej nocy przyszedł kryzys.

     Wychudzone, pokurczone bólem ciało wymyka się woli; nie słucha. Czasami rzeczywistość nie dociera do świadomości, a pamięć wycieka z niej jak z durszlaka. Wzywa wtedy po imieniu przemieszane cienie z przeszłości. Nasłuchuje czy nie nadchodzą i znowu cicho je wzywa.

     Potem wraca trzeźwość, a razem z nią zwykły ludzki strach, pewno lęki metafizyczne, ale najgorszy jest wstyd, bo przecież… fizjologia. Sam już nic koło siebie nie zrobi. Dzieci. Synowie… nawet przed nimi czuje skrępowanie, ale córka; przecież to kobieta. Boże, kobieta i córka, i jego wstyd. Dzieci nie powinny oglądać ojca w takim stanie, zwłaszcza córki.

Podczas czynności higienicznych osłabłą dłonią przesłania oczy. Córka również stara się nie patrzeć.

Raz szepnął jej do ucha, że gdyby miał siłę, to by się zabił.

Nawet rozpacz i desperacja są jednak zbyt słabe.

Poczekaj. Już niedługo.

 

 

"Lecz kto cudzołoży, ten jest niemądry; na własną zgubę to czyni" (Prz 6,32)

 

- Eh, co za kobieta. Ależ ona ma klasę… i kocha się… Boże, jak ona się kocha… Nie ma takiej drugiej na całym świecie – wzdycha trochę pijany, ale absolutnie oczarowany Witek.

- Aleś ty pokręcony. Puściła cię w trąbę bez najmniejszych skrupułów – odpowiadam zdziwiony.

- Przecież to już chyba pięć lat minęło – przypominam sobie, wychylając kieliszek i spoglądam pytająco na bujającego w obłokach rozmówcę.

- Wiesz, ona jeszcze będzie moja i będzie pięknie - nie zrażony moim sceptycyzmem śni głośno i na jawie.

- Nie poradzisz sobie – deklaruję niewiarę wobec trwałości tego typu związków.

- Poradzę sobie, poradzę – oznajmia cicho, ale stanowczo.

     Kurwa, niektórym i piekło słodkie.

     Weronika myślała o sobie, że jest dziewczyną, z którą można konie kraść, bo wtedy, w PRL-u lat osiemdziesiątych, ona, córa prominentów, co prawda średniego szczebla i, bądźmy szczerzy, prowincjonalnych, wyróżniających się jednak na tle pipidowatego tłumu, bratała się z rówieśnikami pochodzenia robotniczo-chłopskiego bez żadnych szczególnych oporów. Między nimi mogła gwiadorzyć i brylować, no i świeciła tym odbitym blaskiem blichtru drugiej kategorii; ile wlazło. Wiadomo, światowa była. Niemniej dopiero jej pierwszy, taki na poważnie chłopak, po którym właściwie wcale niczego się nie spodziewała, ten przed nią dopiero światy pootwierał.

     Zapał i naiwna wiara z jaką traktował ideologie hippisowskie była wręcz rozbrajająca i obezwładniająca równocześnie. Kiedy z ogniem w oczach opowiadał jej te wszystkie bzdury o totalnej wolności, to patrzyła w niego jak w tęczę. Wolność od wszystkiego w atmosferze stanu wojennego; śmiech w żywe oczy, ale tej innej, jednak wymagającej, która wiązała obowiązkiem nie potrzebowali i nie chcieli. Zidiociały, dogmatyczny upór wobec prawdziwej miłości. Banalna nadzwyczajność buntu młodych przeciw prawom, na których wszechświat stoi.

     Wierzyła mu jednak żarliwie; wierzyła w ten patchwork pozszywany z niepasujących do siebie kolorami łatek.

     Cała miłość sprowadzona do seksu. Pieprzyli się bez opamiętania; jak się dało i gdzie tylko się dało. Perwersję poprzebierali w fantastyczne zaklęcia. Niszczył ich ten bzdet. Mimo wszystko, tak rozpuszczony związek trwał kilka ładnych lat. A zakochany dureń? Przecież nigdy nie chciał się z nikim nią dzielić, ale wciąż mamił i nęcił, a skoro tak, to...

     Opuściła go zaraz po ślubie, bo kilka miesięcy wcześniej, czego jakoś nie zauważył, nawiązała romans z jego kolegą Witkiem, także wielkim romantykiem, który uwiódł ją na filozofię Wschodu. Taki z niego był buddysta czy taoista jak z koziej dupy trąba, ale to nie miało żadnego znaczenia. Było romantycznie, egzotycznie i bezrefleksyjnie. Miodzio.

     Porzucony mąż, kochanek i ogłupiały idealista odchorował niefrasobliwość wobec wymogów ludzkiej natury długotrwałą depresją i prawie życia zbył, natomiast Witold pokochał Werę miłością na zabój. Marzenie mu się spełniło i chłopak pomimo taoizmów i buddyzmów, które były dla niego w istocie rzeczy tylko kartkami pocztowymi z nigdy nie widzianych krajów i klimatów, stał jednak obiema nogami mocno na ziemi, więc ślub z kobietą jak bajka, wspólne życie, mieszkanie, praca... czyli poezja życia. Tak, tak; poezja. Jasne, że podobały mu się te miłosne wygibasy, w których Wika była mistrzynią, a on młody, zdrowy jak Bruce Lee…, więc niby jak? Pozwalał jej się w to wkręcać, chociaż czuł, że to nie tak… razem powinno się żyć chyba inaczej. Nie rozpaczał oczywiście; było dobrze i jakoś turlało się to istnienie na wynaturzonym rauszu.

     Lecz, dopadło go… ni z tego, ni z owego; zadowolenie zaczęła mrowić i pożerać dokuczliwa zazdrość. Imprezy towarzyskie stały się duszne. Nie znosił, kiedy koledzy obmacywali mu żonę wzrokiem. Jej rozmowy z innymi mężczyznami, uśmiechy, które rozdawała na lewo i prawo. To wszystko sprawiało dojmujący ból.

     Chodziło głównie o Mariusza. Witek zauważył, że za dużo go między nim i jego kobietą, ale jakże się wstydził tego co widzi, bo przecież konwencja życia otwartego, którą w głupim rozanieleniu pozwolił sobie zaimplantować, była dla niego bezdyskusyjnie sprawą honoru. Jak to? Posądzać ukochaną i kolegę o knowania i zdradę; wolałby zapaść się pod ziemię. Lepiej było przeczyć rzeczywistości, podobnie jak to czynił jego poprzednik.

     Któregoś dnia Weronika oznajmiła mu, że odchodzi, więc kurwa, zbliżał się, zbliżał i w końcu nadszedł ten czas apokalipsy.

     Było gorzko, bardzo gorzko. Minęło pięć długich lat przepełnionych goryczą i złowróżbnymi zamysłami. Obserwował ją nienachalnie i w spokoju, ale czujnie. Kiedy nieunikniony kryzys dotknął trzeciego małżeństwa Weroniki Witek był na miejscu.

     Hm… bezwstydny porządek dziobania, czy romantyczna wierność aż po grób?

     Znowu są razem. Od piętnastu lat śledzi każdy jej ruch. Kiedy Wika wraca ze sklepu, czuje chwilową ulgę; jest. Bywa, że kiedy zjawia się w domu po pracy, zastaje ją kompletnie pijaną w kałuży moczu i wymiocin. Sprząta mieszkanie, z czułością myje ukochaną i układa ją do łóżka; jest.

Chowa przed nią alkohol i medykamenty, wydziela jej pieniądze, a ona jest.

Zupełnie straciła urodę i cały, dawny urok. To dobrze. Niech inni tak ją postrzegają

Ona i on; są ludzkimi wrakami, w każdym względzie. Czołgają się, ale... niektórym i piekło słodkie.

 

 

"Jak gdyby było coś nieszczęśliwszego od człowieka, nad którym panują urojenia"

Pliniusz Starszy

 

- Cierpienie. Moje cierpienie. Kurwa!!! Moje cierpienie!!! No i może jeszcze Jezusa…, ale to tyle.

- Ty, kurwa, nigdy nie zrozumiesz mojego cierpienia i wypierdalaj z tą zadowoloną z siebie michą!!! Gadzie.

     Kiedy pięćdziesiąt dwa lata temu Anna przyszła na świat, to od razu była, nie tyle małym Mozartkiem, bo mały Mozartek, dojrzały Mozart czy w późniejszych wiekach wielgachne Mozarcicho, byli jedynie antycypacją, byli bladą zapowiedzią istnienia jej, Anny; dziewczynki, dziewczyny, kobiety najpiękniejszej i najmądrzejszej w klasie i w ogóle człowieka wszech talentów; kobiety skazanej na wielkość. Takie wyroki… Eh, życie. Takie wyroki.

     W wieku dwunastu lat, jako dziecko z prowincjonalnego miasta wygrała casting na epizodyczną rolę w filmie kryminalnym. Film taki sobie, rola… rólka właściwie, ale film to film, a rola to rola. Posmak podziwu jej nie speszył.

     Kiedy zaczęła pisać, udane wiersze, teksty piosenek, recenzje, skecze, bajki, to te wszystkie teksty aż się jej perliły spod pióra. Łatwizna i nudy, nudy i łatwizna. Tworzenie muzyki też przychodziło niczym oddychanie. Nie było nad czym pracować. Zbyt małe to, zbyt niskie.

     W wieku piętnastu lat zrozumiała, że i w chłopakach może przebierać jak w ulęgałkach. Nie poczuła się tym specjalnie zaskoczona.

     Życie upływało i nadszedł czas większych wyzwań, czas naprawy świata.

     Jest religijna i bardzo pociągają ją idee lewicowe. Nie bacząc, więc na fundamentalne sprzeczności skleciła z tego jakąś miazgę światopoglądową, w której pierwsze skrzypce zaczęło grać cierpienie. Cierpienie ziemi i kosmosu, ludzi i zwierząt. Cierpienie prowadzi do zbawienia i zbawienie jest w cierpieniu.

     Tak, powodzenie sprawy mogło jej przynieść uwielbienie, jakiego jeszcze nie doznała. Propagowaniem idei zajęła się sumiennie i organicznie; rodzina, przyjaciele, znajomi i tak szerzej i szerzej. Taki plan.

     Letni wieczór. Ognisko w ogrodzie jednego z naszych znajomych. Gwar rozbawionej dziatwy i cichsze rozmowy dorosłych. Takie tam luźne ględzenie o sztuce, filozofii, religii i paradygmacie naukowym. Relaks. Pieczemy kiełbaski. Charakterystyczna woń wzmagająca wydzielanie kwasów trawiennych unosi się w powietrzu. Marysia, młodsze z dwojga dzieci Anny podbiega do rodzicielki i krzyczy:

- Mamo, mamo!!! Jaki smakowity zapach.

Odpowiedź Anny jest krótka i kategoryczna jak strzał z bicza:

- Przecież wiesz, że my nie jemy mięsa. Zwierzątka też chcą żyć.

Spogląda na nas z nieukrywaną moralną wyższością, my na nią ze zdawkowym politowaniem, a Marysia ze spuszczoną głową, powoli idzie w kąt werandy.

     Najpierw odszedł mąż, a dzieci mając poczucie, że mieszkają w domu wariatów pouciekały w swoje własne światy, tak zwane środowisko też ją wypluło z werdyktem: zbyt egzaltowana, zbyt absurdalna i zbyt zgorzkniała.

Prawie trzydzieści lat misji i nic.

Ludzie to banda skurwysynów i niedojrzałe barany. Gdzie jesteście zadowolone i zobojętniałe gady?

Sama brnie w to dalej, ale jeszcze im wszystkim pokaże… cierpienie takie... no nie do wytrzymania. CIER-PIE-NIE.

 

 

 

Przerażenie samo się zdębi ze strachu przed sobą”

Stanisław Ignacy Witkiewicz

 

     Niebo przypominające barwą błękitną lagunę, a na tym bezkresie lazuru słońce, które lśni niczym złoty medal olimpijski, ponadto wzrok i podniebienie syci kufel chłodnego, bursztynowego napoju z pianką. Niedzielne, majowe przedpołudnie. Ogródek piwny. Jestem sam, lecz oto...

     Kilka stolików przede mną, żywo dyskutując o czymś zasiada dwóch braci, Kazik i Darek. Kiedyś dużo się o nich mówiło; stara chuliganka jastrzębska, ale to już raczej wyblakłe splendory. Mają swoje lata.

     Czuję wzmożoną potrzebę oddania nadmiaru płynów naturze. Wychodzę do toalety, a tamci coś wykrzykują do siebie, gwałtownie przy tym gestykulując.

     Z ulgą wracam na miejsce. Żar leje się z nieba, ale wiaterek chłodzi rześką bryzą. Kazika już nie ma. Darek wpół siedzi, a wpół leży na stoliku. Jest nieprzytomny. Broczy krwią z rozbitego nosa. Na blacie zbiera się niewielka kałuża czerwonej, gęstej cieczy.

     Dobre samopoczucie trafia szlag. Informuję barmankę co i jak, i aby dała znać komu trzeba. Wychodzę.

- Co jest z tymi Witkowskimi? - pytam Heńka i krótko opowiadam o wczorajszych wypadkach w klubie Panorama.

- Kazik jebnął Darkowi? Norma. Silniejszy. - tłumaczy i dodaje:

- Słuchaj, niby fajne chłopaki, ale jak sobie popiją, to kłócą się o co tylko popadnie…, a każda kasa idzie na przelew; nie ma, że boli. Wiesz, wzajemnie posądzają się o jakieś drobne kradzieże, wyimaginowane najczęściej...Oj wiele by gadać; dziki syf i tyle. No i mieszkają sami w jednym mieszkaniu.

- Tak na siebie działają - kończy.

     Z głośników płynie głośna rockowa muzyka. „Forty to one” zespołu Sabaton. Patos i katedralność prawie.

     Kwaśny smród zwietrzałego piwa miesza się z kłębami papierosowego dymu. Lepkość brudu, ponure, zmęczone przepicie i duszny mrok.

- Czterdziestu do jednego!!! - schrypłym głosem wykrzykuje Kazik. Zmętniała, bombastyczna wzniosłość i łzy wzruszenia spływające bruzdami zmarszczek w kąciki zaślinionych warg. Słuszny gniew. Zaciśniętą pięścią wali w upaćkany blat stołu kuchennego, po czym głowa bezwładnie opada mu na wąską pierś. Czka głośno.

     Darek wybudza się z letargu i w wielkim znoju spotęgowanym niezbornością ruchów próbuje skręcić papierosa.

     Tytoń z gwałtownie otwartej puszki rozsypuje się po podłodze. Odstawia ją niepewnie na parapet. Dzikim, niewidzącym wzrokiem toczy wokół siebie. Coś zaczyna kojarzyć.

- Gdzie są bibułki? Gdzie są moje bibułki? - bełkocze i karykaturalnie marszczy brwi.

Gibie się na miękkich nogach wte i wewte, ale stoi. Szarpie brata za rękaw koszuli i mamrocze:

- Gdzie są moje bibułki?

     Ciało Kazika na szarpnięcia reaguje jak wiej na podmuchy wiatru. Śpi. Darek gorliwie domagający się odpowiedzi uderza go otwartą dłonią w twarz.

     Gwałtownie wybudzony Kazik spada z krzesła na podłogę i wtem gwałtowny przypływ adrenaliny.

     Jak u jednego strzał, to i u drugiego strzał. Dynamika rozjuszenia i szał bitewny. Ręka, długi kuchenny nóż, głowa, pierś, tors wroga i dźganie w zapamiętaniu, aż po sam trzonek. Darek bezwładnie osuwa się po ścianie. Jaskrawa czerwień zamalowuje brud pomieszczenia. Potęga koloru zwycięża.

     Oniemiały Kazik pyta:

- Jak to tak?

     Zakład karny. Strzelce Opolskie.

     Funkcjonariusz służby więziennej własnym oczom nie chce uwierzyć. Z przerażeniem patrzy na półnagie ciało bezwładnie zwisające na pętli, którą denat sporządził sobie z nogawek dresowych spodni.

- Ożżżż… kurwa, że też na mnie trafiło.

    Wisielec w więziennej celi… śmierć to, prawdziwa śmierć czy popkulturowa sztanca?

 

     Samotność – rozpaczliwe poczucie opuszczenia, bezradności i braku nadziei.

     Samotność – przedsionek piekła.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Miroslaw Sliwa · dnia 07.03.2017 18:41 · Czytań: 921 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 23
Komentarze
mike17 dnia 07.03.2017 19:44 Ocena: Świetne!
Mocny, korzenny tekst o tym, jak wygląda w różnych wydaniach samotność.
O tym, jak się upada, albo o tym, jak próbuje się być pomimo wszystko człowiekiem.
To czasem niezwykle trudne i wręcz przerastające.

Bardzo człowiecze to.
Mam wrażenie, jakbyś wsadził palec w ranę.
I pogmerał tak trochę.
A stamtąd płynie jakiś przekaz, jakiś głos...

Bo te kawałki tchną ludzką jaźnią jak nic innego.
Bólem, tęsknotą, upadkiem, wzlotem.
Nami.
Jest w tym wiele człowieka.
Taki codziennego, zwyczajnego.

Bardzo dobry język i forma literacka.
Czyta się jak pierwszorzędne dzieło o tym, kim jesteśmy lub nie.
Czyta się na jednym wdechu czyli bez przerw, a więc tekst wciąga i zasysa.
Żyje.
I żyje potem w nas.

I na koniec powiem, że masz ten dar grzebania w ranach.
Czynisz to bez nachalności, ale dosadnie.
Może to się ze sobą gryzie?
Myślę, że nie - robisz to bez przegięć, ale mocno.
Tak to chciałem ująć, Mirku :)
JOLA S. dnia 07.03.2017 20:05 Ocena: Świetne!
Witam Mirosławie,

zaskoczył mnie kapitalny, wciągający język. To co zdawało się niestrawne na początku (ze względu na sam temat) przeszło gładko przez gardło. Tekst pochłonęłam bez czkawki i żadnych innych objawów. Nic nie potrzebowałam na poprawienie ukrwienia. Oddychałam normalnie, choć czasem z przydechem zdziwienia i podziwu.
Jest to dobrze napisany, daje możliwość
ekspresowego zorientowania w temacie.
Dodatkowym plusem są cytaty,
doskonale dobrane,

Dobra, koniec, tekst jest znakomity, gratuluję.

Serdeczności :) :) :)

JOLA S.
Demon Kuzni dnia 07.03.2017 20:13 Ocena: Świetne!
Nie bez powodu ten tekst jest na szczycie górnej pólki prozy. Jest naprawdę zajebisty i chętnie czytałbym więcej takich opowiadań. Pzdr.
Miroslaw Sliwa dnia 07.03.2017 21:03
Michał, Jola S., Demon Kuzni

Wielkie dzięki za lekturę i podzielenie się wrażeniami.

Wiesz Michał ten tekst kosztował mnie bardzo wiele zdrowia. Każda sytuacja jest prawdziwa i z każdą jakoś byłem związany.
Przeczucie samotności to coś co wyziera z każdej z nich, a samą samotność w sensie metafizycznym rozumiem jako właściwość piekła. Według mnie to jest to czego wszyscy boimy się lękiem wręcz pierwotnym.

Jolu, to dobrze, że ten tekst jest strawny, bo kiedy go pisałem, to czasami odnosiłem wrażenie, że odzieram się ze skóry, a razem ze sobą osoby, o których piszę. Tak to jednak bywa.

Demon Kuzni, zapraszam do lektury moich wcześniejszych tekstów.

Pozdrawiam serdecznie. :)

Mirek
Dobra Cobra dnia 07.03.2017 22:26 Ocena: Świetne!
Przemijanie. Nieważne, jaką drogą człek szedł, cieleśnie na końcu idzie się do dołka.


Mirosławie,

Mocna, prawdziwa, dojmująca i piękna to rzecz. Napisana po ludzku żywym jezykiem, jaki znamy z ulicy.

Wspomnienia... czy czasem nie są wszystkim, co nam pozostaje?

Piękna rzecz, sama się czyta.


Dziękuje za zabranie do Twojego świata,

Dobra Cobra
Miroslaw Sliwa dnia 07.03.2017 22:44
Witaj Dobra Cobro.

Kurczę, no tak to jest, że kiedy stajesz w obliczu życiorysów, które napełniają cię bezgranicznym smutkiem i choćbyś nie wiem co wyczyniał to ów smutek absolutnie dominuje i nie ma nic innego tylko brak nadziei i bezradność wobec tego, to wtedy czujesz, że dotykasz żywego strachu.
Jakoś tak się złożyło, że taki miałem cały ubiegły rok, zebrałem więc te smutne refleksje i oto są.

Dziękuję Dobra Cobro.

Do poczytania. :)

Mirek
Krystyna Habrat dnia 08.03.2017 21:37 Ocena: Świetne!
Nie mogę nie wyrazić swego podziwu dla tak sprawnego pióra. Dotąd myślałam, że piszesz głównie wzniosłe, wielkie eseje na tematy filozoficzne. Tu też jest filozofia podana wprost i poprzez fabułę, ale tu głównie samo życie.
Bardzo to nowoczesne. Ostre. Emocjonalnie brutalne na granicy histerii, a podane bez patosu. W krótkich zdaniach, jak dźganie nożem. Bez zbędnych słów. Nawet te nieparlamentarne tu na miejscu.
Tylko ja, rozczytana w literaturze z minionego wieku, już nie nadążam. To trzeba teraz tak pisać? O takich bohaterach? Takimi słowami? Przesadzę, gdy powiem: "Dostojewski się rumieni"?
A więc tak teraz się pisze.
al-szamanka dnia 08.03.2017 22:30 Ocena: Świetne!
Cytat:
- Wiesz co(,) Olu?

Cytat:
„Nie. (Ś)Spij już”,

Cytat:
Mała nie do­zna­je żad­nych spe­cjal­nych krzywd, ba(,) na­praw­dę jest ko­cha­na

Cytat:
z tru­dem pa­nu­jąc nad sobą(,) od­po­wia­da Bar­ba­ra i wy­bu­cha pła­czem.

Cytat:
przy­po­mi­nam sobie(,) wy­chy­la­jąc kie­li­szek i spo­glą­dam py­ta­ją­co na bu­ja­ją­ce­go w ob­ło­kach roz­mów­cę.

Cytat:
z czu­ło­ścią myje uko­cha­ną i ukła­da do ją łóżka

kolejność
Cytat:
- Ty, kurwa(,) nigdy nie zro­zu­miesz mo­je­go cier­pie­nia


Hej, Mirku, niepotrzebnie trzy wykrzykniki, jeden robi dokładnie to samo.
No i ciut za dużo średników.

Co do tekstu.
Nie wytrzymałam i przeczytałam już rano... tak między piątą, a szóstą, ciemno jeszcze było. A gdy skończyłam, pociemniało mi w duszy.
Mocny język, drastyczne sceny, mocny tekst.
Jeden z takich, który długo pozostawia ślady, nie pozwala tak do końca się uspokoić.
A końcówka, to dodatkowe uderzenie młotem.
A jako że odbieram wszystko bardzo emocjonalnie, sama poczułam się uderzona.
I to jest to.
Pogłaskana, zauroczona, czy uderzona... jeżeli tak czuję, to znaczy, że tekst poruszył mnie od środka, że był prawdziwy i napisany jak trzeba.

Pozdrawiam serdecznie :)
Miroslaw Sliwa dnia 08.03.2017 22:35
Witaj Krystyno, witaj Aldono.

Dziękuję za lekturę i komentarze.

Różnie dzisiaj piszą. Myślę, że skoro można, to należy używać środków adekwatnych do klimatu, w który pragnie się jak najwierniej wprowadzić czytelnika.

Tematem tego tekstu, przynajmniej w moim zamyśle, było zobrazowanie tego niepojętego lęku wywołanego przeczuciem samotności. Jest emocjonalny, bo taki być musi.

Pierwotnie chciałem zrobić z tego esej, chciałem definiować samotność na różne sposoby, ale kogo by to zainteresowało? Kto by zechciał to czytać?
Zresztą, może by tam ktoś przeczytał; nie wiem.

Myślę, że suma kilku dramatycznych zdarzeń, które jakoś wplotły się w mój życiorys sama ukierunkowała wektor energii pomysłu na takie tory, to znaczy podsunęła mi taką formę tekstu i tak wyszło.

Wasze opinie są dla mnie bardzo istotne, poza tym już teraz obiecuję, że przynajmniej dwa kolejne teksty będą bajkowe, magiczne i pełne pozytywnej energii.

Aldonko dzięki za poprawki redaktorskie.

Pozdrawiam Was serdecznie.

Mirek
Niczyja dnia 11.03.2017 12:34 Ocena: Świetne!
Mirku,
Czytałam Ciebie dziś rano. Jestem pod wrażeniem, choć nic, co Twoje nie powinno mnie dziwić:)
To bardzo dobry, żywy i obrazowy tekst. Całość zbudowana z fragmentów krótkich opowiadań. Sama napisałam kiedyś coś podobnego, tylko znacznie krótszego, bardziej w formie narracji i bez dialogów oraz cytatów.

Samotność, ten stan rozumiem doskonale, towarzyszy mi od dziecka, bo dzieci też bywają straszliwie samotne. Tylko dorośli tego nie rozumieją, nie dostrzegają lub udają, że nie dostrzegają zajęcie tysiącem ważniejszych spraw. I tak z samotnego dziecka wyrasta samotny młodzieniec, potem dorosły i starzec. Rodzisz się i umierasz samotny, w samotności idąc przez życie...

Najbardziej podoba mi się cytat:
Cytat:
„Miłość to czuwanie nad cudzą samotnością”

Rainer Maria Rielke


Świetny tekst Mirku!:)

Pozdrawiam z empatią,
Niczyja
Miroslaw Sliwa dnia 11.03.2017 18:50
Witaj Niczyja.

Jakoś tak w kontekście treści jaką zawarłaś w komentarzu chyba zrozumiałem znaczenie Twojego nicka.
Znam Cię tylko z tekstów, które czytam, więc nic nie wiem o Twoim życiu, ale to nieistotne, wierzę, że w sensie metafizycznym samotny nikt z nas nie jest, choć na taką potępieńczą samotność może się skazać sam. Chyba ze trzydzieści lat temu przeczytałem bardzo krzepiącą duchowo książkę ojca Thomasa Mertona, noszącą tytuł "Nikt nie jest samotną wyspą". Jakby co; polecam.

Zdaję sobie, jednak sprawę z tego, że ty piszesz nie tyle o samotności, co o poczuciu samotności. No to jest zawsze dręczące. Świeżo przecież jestem po lekturze twojego tekstu i świadom jestem, jak bardzo idealizujesz przyjaźń. Zresztą to dobrze, że masz taki ideał, jeśli się nie ma punktu odniesienia, to całe życie pływa. Koniecznie jednak trzeba pamiętać, że w życiu sytuacji idealnych nie ma. Nie zwalnia nas to, co prawda od dążenia do doskonałości, ale często musimy, niestety iść na kompromis. Co zrobić?

Domyślam się, że jesteś bardzo wrażliwym człowiekiem i prawdopodobnie odczuwasz wieczny dyskomfort huśtawek nastroju.
Cóż, ktoś taki musi zmusić się do surowego realizmu nie pozbawionego wszakże przyjaznej życzliwości wobec świata.
Uwierz mi, żyje się lżej, a tego co dobre w zasadach i tak nie utracisz.

Serdeczne dzięki za lekturę i opinię.

Pozdrawiam. :)

Mirek
Niczyja dnia 12.03.2017 20:12 Ocena: Świetne!
Mirku, dziękuję za taką mądrą odpowiedź, właściwie komentarz do mojego komentarza:)
Warto czytać nie tylko Twoje teksty, ale również odpowiedzi - rozmowy z Czytelnikami.

A polecany tytuł książki zapiszę sobie gdzieś, na przyszłość. Może uda mi się ją przeczytać.
Dziękuję i pozdrawiam:)
Niczyja
Miroslaw Sliwa dnia 13.03.2017 07:30
Dziękuję Niczyja.
Jak to się mówi: człowiek wart jest słowa. Zawsze słucham swoich interlokutorów, bo to, co ja mam do powiedzenia jest mi znane, a dopiero punkt widzenia drugiej osoby rozszerza moje horyzonty poznawcze.
Mogę zgodzić się z rozmówcą albo nie, ale zawsze wiele na tym zyskuję, choćby materiał do przemyśleń.

Pozdrawiam. :)

Mirek
retro dnia 13.03.2017 08:48 Ocena: Świetne!
Rewelacyjny tekst.

Ukazane zostały różne aspekty samotności: pseudoprzyjaciele, będący tylko wtedy, gdy odnosi się sukcesy; idee przysłaniające to, co ważne (rodzina); brak stałości w wyborach skutkujące krzywdzeniem najniewinniejszych (dzieci); brnięcie w toksyczny układ skazujący na ciągłe cierpienie, a tylko wzmagający osamotnienie.

Historia z braćmi nie jest dla mnie klarowna. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że tekst czytałam dni temu kilka, to co zapamiętałam staram się teraz lapidarnie nakreślić (wręcz wydarłam czasowi tę chwilę, aby móc naskrobać tych parę słów).

Świetnie poprowadzone dialogi, oddające realizm zdarzeń oraz sceneria wtórująca autentyczności.

I przyznać muszę, iż sądziłam, że kolejny tekst jednego z moich ulubionych pisarzy będzie o miłości. Ale może zaakceptowanie (a nawet polubienie) samotności pozwala na świadome i pełne przyjęcie miłości? Przepraszam za filozoficzne, poranne rozważania, z którymi walczę, a jakże!

Powtórzę: rewelacyjny tekst. Oby więcej było takich, skłaniających do refleksji.

Pozdrawiam serdecznie,
Retro:)
Miroslaw Sliwa dnia 13.03.2017 13:28
Dzień dobry Retro.

Serdecznie dziękuję za lekturę i tak krzepiącą opinię.
Tak to już jest, że autor pisze tekst z jakąś tam intencją, a każdy czytelnik odbiera to po swojemu. Ale to przecież cały urok tworzenia. I bardzo dobrze kiedy autor konfrontując się z czytelnikiem tego się dowiaduje. Twócy, którzy się na to gniewają są niemądrzy.
Ale do rzeczy; najprościej temat ujmując; moja sugestia była taka, że w tym życiu doświadczamy tylko poczucia samotności, a jeszcze lepiej przeczucia, bo SAMOTNOŚĆ w sensie metafizycznym jest składową Piekła, dlatego ostatni epizod, według mnie, jest jak najbardziej spójny z całością tekstu.
Z pewnością dwa kolejne teksty, które mam zamiar opublikować będą miały zupełnie inny klimat. Będzie miło, magicznie, trochę tajemniczo, trochę zabawnie i przyjaźnie.

Jeszcze raz dzięki za odwiedziny.

Pozdrawiam bardzo. :)

Mirek
Jaga dnia 13.03.2017 22:11
„Samotność to taka straszna trwoga...” Długo zastanawiałam się, co napisać, lecz nadal nic mądrego nie przychodzi mi do głowy. Każda z tych historii zasługuje na osobne opowiadanie i o każdej z nich można napisać esej. Życie. Pisze piękne scenariusze, choć w wypadku wyselekcjonowanych przez Ciebie historii słowo „piękne” nie jest najlepszym określeniem. Są prawdziwe do bólu, wiercą dziurę w brzuchu, spłycają oddech i wyciskają łzę.
Nie będę skupiać się na treści. Napiszę tylko, iż wzruszyłeś mnie, poruszyłeś, utwierdziłeś w przekonaniu, że warto być zwykłym, dobrym człowiekiem i walczyć o każdy dzień, by później nie dziwić się ze „drobne, a przez to ignorowane i nigdy nie rozwiązywane problemy przekroczyły kiedyś jakąś masę krytyczną i życie się rozpadło.” Warto dobrze wybierać ojca swoich dzieci, o Boże, ileż to rzeczy warto robić...niby to takie proste, a tak bardzo skomplikowane...

Twój tekst momentami jest wstrząsający, na pewno smutny i bardzo potrzebny.

Opisałeś różne rodzaje samotności, począwszy od małej Oli, która mimo otaczającej ją miłości tęskni za tatą, jak i w tle- jej matki, poprzez Jerzego i jak mniemam jego żonę- zdecydowaną na tak drastyczne rozwiązanie...Witka, który dla poczucia, iż jest z Weroniką jest w stanie zaakceptować koszmar istnienia, bo „     Kurwa, niektórym i piekło słodkie.”
A ona? Myślę, iż właśnie z samotności skończyła w kałuży wymiocin i moczu z Witkiem, który nie koi jej wewnętrznego bólu. Dziwne, prawda?

Mogłabym tak jeszcze pisać i pisać o każdym z bohaterów, którzy stali mi się bliscy, dzięki temu iż pozwoliłeś mi na nich spojrzeć na nich Twoimi oczami. Dziękuję. Czytając miałam wrażenie, jakbyś opowiadał mi to wszystko, tak jak opowiada się komuś bliskiemu o swoich przyjaciołach i znajomych. Strasznie smutne życiorysy. Anna, Kacper, Kazik...

To jest profesjonalnie skrojony tekst, jak garnitur uszyty u najlepszego przedwojennego krawca. Nie ma słabych punktów.
Język znakomicie oddaje klimat i charaktery postaci. Dobrane cytaty są ponadczasową ramą dla przedstawionych historii. Przecież wiemy, że historia się lubi powtarzać...


Mirku, cóż mogę napisać? Świetny tekst. Do bólu.
Pozdrawiam :)
Jaga
Miroslaw Sliwa dnia 14.03.2017 08:23
Witaj Jago.
Przytoczony przez Ciebie cytat z Ryśka Riedla znakomicie opisuje nastrój, który towarzyszył mi przez prawie cały ubiegły rok. Z tym, że ja już potrafię sobie wytłumaczyć, że taka jest natura życia; szczęścia, nieszczęścia, radości, smutki; po prostu, to przecież nasz chleb powszedni.
A jakieś życie stale przed nami i nigdy nie wiadomo, co Ci się przytrafi.
Dziękuję Ci bardzo za tak wnikliwą analizę i jako autor zadowolony jestem z tak przejmującego odbioru tekstu przez czytelników. Ostatecznie jest to jeden z pierwszych powodów pisania.
Każdemu pisarzowi, w tym i Tobie, życzę tak wrażliwych i mądrych czytelników jak Ty. (Ale się pętla zrobiła. :))

Pozdrawiam serdecznie. :)

Mirek
Jaga dnia 14.03.2017 21:21
Miroslaw Sliwa napisał/a:
opisuje nastrój, który towarzyszył mi przez prawie cały ubiegły rok.

Aby po latach chudych, nastąpiły tłuste :) I tu paradoks. Moim zdaniem lata chude przynoszą lepsze teksty ;)
Pozdrawiam,
Jaga
Miroslaw Sliwa dnia 14.03.2017 21:42
Wiesz Jago, niech te lata będą sobie chude, zresztą nigdy inne nie były, byleby nie były tragiczne.
Co do wartości tekstów; sprawa jest prozaiczna - pomimo niemłodego już wieku, ciągle się rozwijam. W każdym razie taką mam nadzieję. :)
Pozdrawiam. :)

MIrek
retro dnia 20.03.2017 10:53 Ocena: Świetne!
Cytat:
Tak to już jest, że autor pisze tekst z jakąś tam intencją, a każdy czytelnik odbiera to po swojemu. Ale to przecież cały urok tworzenia.


Poza tym ilu ludzi, tyle interpretacji, które poniekąd zależą od momentu w życiu, w którym się znajdujemy. Pewna jestem tego, że gdybym wróciła do Twego opowiadania za rok, dwa, czy pięć lat, widziałabym więcej, inaczej.

Cytat:
Samotność – rozpaczliwe poczucie opuszczenia, bezradności i braku nadziei.

Samotność – przedsionek piekła.


Pod tym spokojnie mogłabym się podpisać, ale... Próba dostarczenia argumentu jest dosyć skomplikowana i nie wiem, czy mi się to uda za pomocą zapisu słownego... Nie, jednak się poddaję.

Czekam na kolejne Twoje opowiadania, zapraszając przy okazji do tego, w trakcie którego jestem (jeśli w końcu znajdę czas, aby je dokończyć). Ale ostrzegam: ma wywołać uśmiech! Inaczej nie spełni intencji autora;)

Pozdrawiam przedwiosennie :)
Miroslaw Sliwa dnia 20.03.2017 12:22
Witaj Retro.
Masz rację; doświadczenie życiowe, nastrój, oczytanie, to są przecież zmienne, więc i percepcja dzieła, wszystko jedno, z tej czy innej dziedziny ulega zmianom i większości zależy od odbiorcy. Sam tak mam, więc co pięć lat na nowo czytam teksty z mojego prywatnego topu.
Jednakże w jakiejś mierze autor może i powinien wektor wrażliwości odbiorcy kształtować według przesłanek, które nim kierowały podczas aktu twórczego.

Warunkiem koniecznym, choć niewystarczającym każdego dzieła sztuki, a tym bardziej literackiego jest jego komunikatywność.
Jeśli nie prowadzimy dialogu z odbiorcą, to ów się od nas odwróci. Uważam, że dzieło powinno być jakoś otwarte, ale teza czy też puenta postawiona przez autora powinna być w miarę czytelna. Odbiorca jak już się z tym zgodziliśmy i tak odczyta to po swojemu i za każdym razem inaczej.

Dziękuję za bardzo interesujący komentarz.

Pozdrawiam serdecznie. :)

Mirek
Quentin dnia 18.04.2017 20:12 Ocena: Świetne!
Życie

Oto prawda: żeby pisać takie teksty, trzeba znać życie.
Jasne, że można być dowcipnym, odkrywczym, wnikliwym, mądrym, albo dosadnym. Nic to jednak w porównaniu z prawdziwą mądrością, którą może dać wiek, okoliczności i umysł myśliciela. Pewnie jest jeszcze kilka innych rzeczy.

Lubię bród w literaturze. Kiedy czujesz zapach wódy, papierochów i smród zmarnowanych żyć. Uważam, że jeśli coś może nas otrzeźwić i uleczyć z urojonych cierpień, najlepiej zrobi to przygnębiający życiorys. Czasem tak jest, że zapatrzeni w czubek własnego, pierdolonego nosa nie dostrzegamy wielu rzeczy. Jest źle, myślimy sobie, a przecież zawsze może być jeszcze gorzej...

Lubię twoje filozoficzne podejście do twórczości. W ludziach dostrzegasz to, co najważniejsze - bagaż doświadczeń, umiejętności i słabości. Z tego właśnie się składamy. Pytanie brzmi tylko, co jest na górze.

Często łapię się na tym, że wiele myślę o tekstach piosenek. Czasem trzeba je sobie "podśpiewać" milion razy, zanim zaskoczy i odkryjesz to, co jest do odkrycia. Z twoją "Samotnością" na pewno będę miał podobnie. Wgryzło mi się w świadomość i na pewno będę wracał, żeby odkrywać.

Za to wielkie dzięki, Mirku.
Czytać cię, to wielkie doświadczenie.

Pozdrawiam
Quen
Miroslaw Sliwa dnia 19.04.2017 19:46
Witaj Quen.
Kiedyś przyszło mi do głowy, że ludzie traktują samotność, w sensie, że tak o niej mówią, niczym jakąś romantyczną dyrdymałę.
Obejrzałem samego siebie, rozejrzałem się wokół i uświadomiłem sobie ile tego nieszczęścia, ot na wyciągnięcie ręki.
Mogłem poteoretyzować, nawet na początku tak chciałem, ba nawet kilka stron w ten sposób wyprodukowałem, ale dotarło do mnie, że: po co tak?
Życie jest ciekawsze od teorii i przebija wyobraźnię; w każdym razie moją na pewno.
Trochę bolało kiedy pisałem ten tekst, ale wyszedł prawdziwie i tylko o to mi chodziło.
Cieszę się, że go wyhaczyłeś. Dzięki za wnikliwy komentarz.
Do poczytania.

Pozdrawiam

Mirek
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
vincent
12/11/2019 01:28
Dzięki, że przeczytałeś! O tlen niestety niełatwo i czasami… »
Marco Petrus
12/11/2019 00:57
Marzenko Dzięki za poczytanie i uroczy komentarz... :)»
Hubert Z
11/11/2019 23:36
Przyznaję, że i mi odebrało mowę. Piękny wiersz, każdy wers… »
kamyczek
11/11/2019 22:09
- witaj, Marukjo, sprawiłaś mi wielką radość swoją… »
Nuria
11/11/2019 22:09
Zaniemówiłam z wrażenia. JEST WIERSZ! Dziękuję i… »
marzenna
11/11/2019 18:27
Greg Zimno, chłodno i leje deszcz. Ale jest pierzyna, ciepły… »
marzenna
11/11/2019 18:22
Same obiecanki, macanki i mała tragedia w tym prostym… »
marzenna
11/11/2019 18:16
Blue Jedna zima, zmieniała całe życie. Kamień, chłód, lód,… »
marzenna
11/11/2019 17:58
:) oddech uniesienia pocałunkiem musnął w… »
marzenna
11/11/2019 16:50
https://www.youtube.com/watch?v=9iarpXiuEl8 Kobra chyba cię… »
Marek Bogacz
11/11/2019 16:21
:) Merci :) »
Marek Adam Grabowski
11/11/2019 14:41
Klimatyczne i pełne empatii. Jako król dyslektyków raczej… »
Wiktor Mazurkiewicz
11/11/2019 13:18
wiosenka Z tym ją / jej. to ja nadal tkwię w wyczuciu.… »
Kobra
11/11/2019 13:16
Dużo powtórzeń. »
marzenna
11/11/2019 12:37
https://www.facebook.com/watch/?v=213705465311183 :) »
ShoutBox
  • mike17
  • 10/11/2019 17:42
  • Jeszcze 5 dni pozostało, by nadesłać swoją pracę na MUZO WENY 8, konkurs dla prozaików. Sprężcie się i ślijcie swoje utwory : [link]
  • Kazjuno
  • 09/11/2019 13:56
  • Przepraszam, Dobra Kobro za długie teksty... Kto wie? Może się kiedyś uda napisać krótki?
  • Dobra Cobra
  • 09/11/2019 13:19
  • Kazjunio, to Internet - każdy czyta co chce i komentuje, jak mu się chce. Nie wymuszaj komentów. Długie formy słabo się sprzedają w tym medium. Pisz dla wlasnej satysfakcji, a nie poklasku. Bez urazy.
  • Kazjuno
  • 09/11/2019 10:06
  • Dzięki Antosiu. Już od dawna wiem, że jesteś poczciwcem o gołębim serduszku.
  • AntoniGrycuk
  • 09/11/2019 09:33
  • Dobra, Kazjuno, jestem czuły na płacz, więc wieczorem postaram się przeczytac ;)
  • Kazjuno
  • 09/11/2019 08:38
  • Chlip, chlip... jest mi przykro. Poza odważną Al-Szamanką, reszta Koleżanek i Kolegów, olała komentowanie Gry cz. 12. Czyżbym na PORTALU wywołał zgorszenie?...
  • Dobra Cobra
  • 08/11/2019 18:02
  • Star Wars kontra Marvel kontra DC na przestrzeni lat: [link]
  • mike17
  • 08/11/2019 12:22
  • Jeszcze mamy tydzień na nadsyłanie prac do MUZO WEN 8, konkursu dla prozaików. Serdecznie zapraszam do udziału : [link]
Ostatnio widziani
Gości online:24
Najnowszy:ugumejawu
Wspierają nas