Jedno życie, dziewięć goli, czyli ja też miałem kiedyś kota - Antabuss
Proza » Obyczajowe » Jedno życie, dziewięć goli, czyli ja też miałem kiedyś kota
A A A

Jedno życie, dziewięć goli, czyli ja też miałem kiedyś kota

Znalazła go matka. Któregoś dnia doglądała nasz niewielki ogródek, podczas gdy ja starałem się unicestwić, rozkwitającą beztrosko cywilizację, tych czerwonych karaluchów, których odwłoki przypominają malowidła Azteków.
Dziesiątkowałem ich wojowników, mordowałem zdezorientowaną starszyznę i uciekające kobiety i dzieci, gdy matka nagle wstała i powiedziała:
- Zobacz synku, w naszym ogródku znalazł się kotek - Przerwałem na chwilę masakrę, pozwalając ocalałym szczęściarzom ukryć się pod kamieniem i spojrzałem na matkę.
W rękach trzymała małego, szarego kota, który próbował bezsilnie wyswobodzić się z jej uścisku. Miał duże, żółte oczy, wielką głowę i sterczące uszy. Był wychudzony, przerażony i brudny.
- Chodź, dajmy mu mleka, jest pewnie bardzo głodny – powiedziała matka i ruszyła z kotem w kierunku domu.  Spojrzałem na pobojowisko. Wszędzie roiło się od ciał karaluchów, niektóre z nich jeszcze się ruszały, próbując w desperackim akcie rozpaczy doczołgać się pod kamień. Postanowiłem skrócić ich cierpienia. Potem poszedłem po miotłę, wszystko ładnie sprzątnąłem i wróciłem do domu.
Kot stał ledwo na nogach i niepewnie siorbał mleko z nakrętki po słoiku. Miał sporo pcheł i napitego porządnie kleszcza, sterczącego za uchem. Matka wyszła z nim na zewnątrz, usiadła na ławce i zaczęła go obracać na wszystkie strony. Potem położyła na grzbiecie i obejrzała uważanie brzuch. Kot wyrywał się i nie ułatwiał jej zadania, jednak kilka minut później, dno słoika pokryło się stertą martwych pcheł i innym niezidentyfikowanym robactwem. Unicestwianie owadów, jak widać, mieliśmy chyba w genach.
Matka postanowiła zatrzymać kota. Przynajmniej do czasu, aż nabierze sił. Dotychczas prócz niewielkiej rodziny myszy, mieszkającej sobie w kuchni, za lodówką, do czasu wyłożenia trutki, w naszym domu, nie było żadnego futerkowego zwierzęcia. Nigdy zresztą za bardzo go nie chciałem, bo wiedziałem, iż wiąże się to z pewnymi obowiązkami, a wówczas wtedy, tak samo jak i teraz, obowiązki nie należały do moich mocnych stron. Ojciec oczywiście nie przejawiał zbytniego entuzjazmu. Nie lubił zwierząt, a tym bardziej kotów. Brzydził się nimi i uważał je za fałszywe i niewdzięczne stworzenia. Protestował, nie chciał, by kot spał w jego domu, jednak w tamtych czasach, gdy moja matka była młodą i piękną kobietą, to jej zdanie było zdaniem ostatecznym. Kot zamieszkał pod naszym dachem.
Matka nazwała go Mruczek. Nie było to oryginalne imię, bynajmniej nie dla kota, jednak nikt nie dawał lepszych pomysłów. Kot został Mruczkiem, a jego legowisko znalazło się przy grzejniku w przedpokoju. Nie miał więc, powodów do narzekań.
Szybko przytył, nabierając przy tym niepokojącej pewności siebie. Jego sierść stała się puszysta i całkiem ładna, mimo iż był to najzwyklejszy dachowiec, jakich mnóstwo dziennie wydawały na świat ulice. Sporo wcinał, matka zaczęła kupować mu karmy i jakieś zabawki, w nadziei, iż porzuci gryzienie kapci i mebli. Ojciec kręcił nosem, ale szczery uśmiech matki powodował, iż nie odezwał się ani słowem.
Czasami zdarzało mi się wziąć kota do siebie. Lubiłem mu się przyglądać. Zrobiłem nawet domek z kartonu po butach, ze spiczastym dachem i dwoma pomieszczeniami. Wyciąłem okna i zamykające się wejście. Byłem bardzo dumny ze swojej budowli, ale kot jedynie na chwilę, wetknął do domku łeb, po czym już nigdy się w nim nie pojawił. Wiedział, że najwygodniej będzie mu na moim łóżku.
Tam też potem spał.
Wkrótce dorósł i coraz częściej wypuszczaliśmy go na zewnątrz. Któregoś dnia po prostu sobie gdzieś poszedł i nie wrócił na noc. Matka próbowała wytłumaczyć mi, że koty to zwierzęta, które za wszelką cenę umiłowały sobie wolność. Że chodzą swoimi ścieżkami i nie przywiązują się do właścicieli tak, jak na przykład psy. Że są włóczykijami. Panami swoich kocich losów. Samotnymi wędrowcami, polegającymi wyłącznie na własnych instynktach. Siedziałem przy oknie do późnej nocy w nadziei, iż w końcu przyjdzie. Obawiałem się najgorszego. Że już nigdy nie zobaczę swojego kota.
 Następnego dnia kot wylegiwał się na schodach, rozkoszując się porannymi promieniami słońca, jakby nigdy nic. Odetchnąłem z ulgą, jednocześnie będąc wściekłym, że wczoraj tak po prostu sobie poszedł. Przecież tu jest jego nowy dom, ma wszystko czego potrzebuje; ciepłe posłanie, jedzenie, bezpieczeństwo. Który mądry zwierzak rezygnuje z takich przywilejów? Mój dziecięcy umysł nie potrafił tego pojąć.
Trzymałem kota w swoim pokoju i wychodziłem z nim na podwórek, uważnie go pilnując.
W szerokich szparach ogrodzenia poustawiałem różne blokady, tak by kot nie mógł się przez nie przecisnąć. Biegałem dookoła trzymając w ręku sznurek z zawiązaną na jego końcu plastikową zabawką, lecz kot nie przejawiał większego zainteresowania. Kładł się w kącie pod krzakiem i patrzył na mnie dziwnym wzrokiem. Ostatecznie, pod namową matki pousuwałem blokady.
Następnego dnia wyszedłem, trzymając w ręku miseczkę mleka, wyszedłem na zewnątrz. Spojrzałem na schody jednak kota nie było. Odstawiłem miseczkę i przeszedłem się po podwórku. Zaglądałem pod krzaki, do schowka na drewno, wyszedłem na ulicę. Czułem powoli narastającą panikę i ból w gardle, jaki się odczuwa podczas tęsknoty za czymś bliskim i ważnym. Widząc nadjeżdżającego na rowerze sąsiada, zatrzymałem go i spytałem, czy nie widział przypadkiem „naszego” kota. Sąsiad z zakłopotaniem zapytał o szczegóły wyglądu tego „naszego” kota, a gdy mu je podałem, z udawanym smutkiem pokiwał przecząco głową.
Wróciłem do domu. Do oczu napłynęły mi łzy. Za wszelką cenę usiłowałem zachować spokój. Wiedziałem, że jeśli się rozpłaczę wyjdę na mięczaka, chociażby przed samym sobą. To tylko głupi kot. Wróci. A jak nie wróci, to krzyżyk mu na drogę. Ojciec miał rację. Koty to fałszywe i niewdzięczne zwierzęta.
Następnego dnia kota również nie było.
Następnego i kolejnego też.
Po dwóch tygodniach, gdy zacząłem już powoli przyzwyczajać się do jego nieobecności, kot leżał na schodach. Był brudny, a z jego futra wystawały kępki sierści. Próbowałem go wziąć na ręce w obawie, że może być ranny, jednak czmychnął nim zdążyłem go dotknąć. Wściekły wystawiłem na zewnątrz jego posłanie, miskę z kocią karmą i zamknąłem z hukiem drzwi.

Potem pojechaliśmy na wakacje do rodziny, nad morze. Na wieść o tym, że jedziemy, ogarnęła mnie radość, jednak nie trwała ona zbyt długo, bo od razu pojawiło się pytanie:
„a co z kotem?”. Ostatnimi czasy, rzadko znikał na więcej niż trzy dni. Spał w różnych miejscach, ale przeważnie wylegiwał się na naszym podwórku. Zapytałem matkę, co się stanie z kotem, na czas naszej nieobecności. Uspokoiła mnie, informując, że będzie on pod okiem babki, mieszkającej nieopodal. Matka przekazała jej już karmę i podstawowe instrukcje, na co babka podobno się obruszyła mówiąc: „a co, ja nigdy w życiu kota nie miałam?” Uspokojony nieco, odetchnąłem z ulgą, jednak pobyt u rodziny nad morzem, nie należał do w pełni udanych. Cały czas myślałem o kocie.

Gdy wróciliśmy, kota nie było. Babka powiedziała, że ostatnio widziała go wczoraj wieczorem, włóczył się po jej podwórku, a potem zniknął. „Kot jak to kot” mówiła, „opowiadajcie lepiej jak było”.


Minęła połowa wakacji. Początek sierpnia. Kota nie widziałem już coś około miesiąca. Byłem   
wprawdzie nieco przygnębiony, ale zdążyłem przyzwyczaić się do tych jego zniknięć. W końcu były to zwierzęta, które ponad wszystko ukochały wolność i nie lubiły dzielić się swoim światem z ludźmi. Podróżowały we własnych wymiarach. Oddawały się swoim pragnieniom i były cholernymi egoistami, ale chcąc nie chcąc, musiałem to zaakceptować.
Pamiętam jak tego dnia z chłopakami z osiedla, szedłem na polne boisko, które sami sobie postanowiliśmy zaaranżować. W rzeczywistości była to dzika, zarośnięta parcela, nie należąca do nikogo. Żadnych narzekających sąsiadów, samochodów i innych niedogodności. Wolna przestrzeń, na której osadziliśmy cztery, większe, w miarę proste gałęzie, służące za dwie bramki. Jedynym mankamentem naszego wspaniałego boiska, było to, że zawsze trzeba było biegać po piłkę, obojętnie czy trafi się do bramki, czy nie.
Biegał bramkarz, czyli najsłabszy, ewentualnie najgrubszy z chłopaków. Strzeliłem wtedy niezłego gola, niemal z połowy boiska, piłka wpadła między gałęzie i przekoziołkowała w zarośla. 9 do 1 nam. Przybijałem chłopakom z drużyny „piątkę” kiedy usłyszałem bramkarza z drużyny przeciwnej.
„Chłopaki chodźcie szybko, o ja”. Jednak wszyscy staliśmy, przekonani, że ten tłusty trzecioklasista, który niedawno wprowadził się na nasze osiedle znów nas nabiera. Nikt za nim nie przepadał, ale zawsze brakowało nam kogoś do pełnego składu, a on na bramkarza, nadawał się idealnie.
„No chodźcie szybko!” Kilku chłopaków ruszyło w jego kierunku. Ja, nasz bramkarz i ktoś tam jeszcze postanowiliśmy poczekać. Wiedzieliśmy, że tłuścioch nie ma nic ciekawego do pokazania, gdy nagle niektórzy stojący obok niego, zaczęli rzygać i łapać się za usta. Podszedłem w ich kierunku. W zaroślach leżał Mruczek. Z jego żeber zionęła, wielka na kilka centymetrów dziura z której widać było wnętrzności. Larwy much powoli zajmowały jego ciało. Miał je na oczach i w pysku z którego zwisał język. Zewsząd unosił się niezbyt mocny smród rozkładu. Ktoś szturchnął go patykiem i wtedy moja pięść mimowolnie poleciała w jego kierunku.

Matka mówiła, że to na pewno nie „nasz” kot, lecz ja wiedziałem swoje. Chciałem go pochować w naszym ogródku, jednak ojciec powiedział, że nie będziemy rozkopywać ogródka, dla jakiegoś obcego kota. Czułem, że mnie okłamują. Widziałem, że z ich twarzami dzieję się coś dziwnego. To był Mruczek, a oni doskonale o tym wiedzieli.

Po zimie poszedłem na „boisko” Teraz stało się placem budowy. Tu i tam, rozstawione były ciężkie budowlane sprzęty. Musiałem przejść przez siatkę by się dostać na jej teren.
Szkielet mojego kota leżał nienaruszony. Pozbierałem wszystko starannie i włożyłem do kartonowego pudełka. Potem postawiłem pudełko w bezpiecznym miejscu, a gdy zapadł wieczór i upewniłem się, że wszyscy są zajęci swoimi sprawami, wykopałem dół i pochowałem swego kota, dokładnie tam, gdzie znalazła go moja matka. Miał na imię Mruczek i był moim pierwszym i ostatnim kotem.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Antabuss · dnia 14.10.2017 09:45 · Czytań: 136 · Średnia ocena: 4,5 · Komentarzy: 4
Komentarze
Jacek Londyn dnia 14.10.2017 13:42
Spokojnie tocząca się opowieść o miłości do kota, jeśli nie o miłości to podobnym uczuciu. :)
Szkoda, że zwierzak nie miał dziewięciu żyć. A może miał, kto to wie? Trzeba w to wierzyć, i związać się z następnym kotem lub kocicą. :)
Dobrze napisany tekst, rzadko widziałem tak poprawne stylistycznie.

Jedno mi przeszkadzało na początku - ta opowieść o unicestwieniu cywilizacji karaluchów. Ująłbym to prosto, bo taki jest tekst.

pzdr
JL
gabi dnia 14.10.2017 14:49 Ocena: Świetne!
Powędrowałam za Jackiem. Poruszająca opowieść! Mam dwa koty, więc odchodzę z łezką w oku :(

Pozdrawiam Autora.
Niczyja dnia 14.10.2017 22:20 Ocena: Bardzo dobre
Ładnie napisana historia, smutna i prawdziwa, jak w życiu...
Pozdrawiam serdecznie,
Niczyja
Antabuss dnia 16.10.2017 16:04
dzięki za wizytę i również pozdrawiam ciepło
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:19
fajny manifest; ale nierealny czy tu nie zachodzi pewna… »
Berele
24/11/2017 01:15
"Na rozpaloną duszę utopioną w winie" Trzeba… »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:12
kiedyś na PP publikowała autorka o ksywce Shortia /z… »
Berele
24/11/2017 01:10
Uśmiechy dla nowych komentatorów :) Niech jeszcze poleży;… »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:08
3 zdanie, wiersza brak pomimo wersyfikacji pozdrawiam »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 01:06
karkołomne porównanie pozdrawiam »
Miladora
24/11/2017 00:56
Na pewno pozostanie zagadką, Mrówciu. :) Jej uśmiech… »
Leszek Sobeczko
24/11/2017 00:56
czytam Dolną Półkę a tu taka perełka, naprawdę mi się… »
Miladora
24/11/2017 00:40
A może jednak nie przeminął, Apisku? :) W weekendy tłumy… »
Miladora
24/11/2017 00:33
A wiesz, że to bardzo dobry pomysł, Jago? :) Może… »
Miladora
24/11/2017 00:28
Bardzo mi miło - dziękuję pięknie, Uleńko. :) Serdeczności… »
Miladora
24/11/2017 00:26
To najlepsza pochwała dla autora, Uleńko. :) Bardzo… »
JOLA S.
23/11/2017 23:56
Słynny uśmiech Mony Lizy należy do najbardziej czarujących w… »
Zola111
23/11/2017 23:02
Ależ to urokliwe! bardzo! z. »
Miladora
23/11/2017 22:41
Tekst po korekcie. Rekomenduję do wirtajek. :) »
ShoutBox
  • Leszek Sobeczko
  • 24/11/2017 01:22
  • czemu Dolna Półka nie ma komentarzy? czy to jakaś strefa kwarantanny?
  • mike17
  • 23/11/2017 23:27
  • WYNIKI w MUZO WENACH 5 są już dostępne, zapraszam serdecznie : [link]
  • mike17
  • 23/11/2017 23:20
  • Bardzo Wam dziękuję za "Kwasiżurka" - powstał w chwilę, ale liczę, że dłużej pozostanie w pamięci :)
  • Niczyja
  • 23/11/2017 22:44
  • Wzajemnie:)
  • maak
  • 23/11/2017 22:43
  • Tak zrobię :). Dobrej nocy.
  • Niczyja
  • 23/11/2017 22:38
  • Dobrze, zgadzam się. Na pewno będzie pięknie:) Może być też tłumaczka wiatru lub deszczu. Albo wysokich traw bujających się na wietrze. Jak zechcesz, tak napisz:)
  • maak
  • 23/11/2017 22:36
  • Dobrze. Napiszę o kobiecie nie kobiecie. O tłumaczce chmur? :)
  • Niczyja
  • 23/11/2017 22:26
  • Coś co nie jest bajką, ale ma w sobie całe jej piękno:) To bym chciała przeczytać...
  • maak
  • 23/11/2017 22:21
  • A co wolisz, bajkę, czy nie bajkę? :)
  • Niczyja
  • 23/11/2017 22:17
  • Maaczku, napisz coś nowego. Ty tak pięknie piszesz...:)
Ostatnio widziani
Gości online:17
Najnowszy:Jaclynndda
Wspierają nas