Jak Popowicz Wania przed wilkami umknął i życia nie postradał. - 100mk
Proza » Historie z dreszczykiem » Jak Popowicz Wania przed wilkami umknął i życia nie postradał.
A A A

Pewnej zimy, między katolickim Bożym Narodzeniem, a jego prawosławnym odpowiednikiem, Popowicz Wania wybrał się w podróż do guberni wileńskiej. Nie powstrzymał go, przed podróżą, ani siarczysty mróz, ani śnieg który pokrył całą krainę w nieznanej, nawet tu, obfitości. Nawet opowieści parafian, o wilkach grasujących po zmroku w wielkich gromadach, nie dały rady powstrzymać Popowicza Wani. Bowiem ufny w miłosierdzie boskie, Panu Bogu powierzył swą podróż i ruszył w trasę.

Szczęśliwie dojechawszy na miejsce, z wielką radością został powitany, przez starego przyjaciela, Jerzego Wilkowieckiego, prywatnie proboszcza tutejszej niewielkiej parafii. Gospodarz, czyli ksiądz Jerzy, człowiek niezwykle przyjacielski, uradowany dawno niewidzianym znajomym, a do tego rodakiem, bowiem trzeba dodać, że on i Wania byli rodem z Mińska, wyprawił hucznego Sylwestra, by godnie pożegnać stary rok, a zarazem powitać nowy i Popowicza Wanię.

Dzięki temu Wania poznał prawie wszystkich Polaków zamieszkujących parafię proboszcza jak i też paru Żydków, z którymi się ksiądz Jerzy przyjaźnił. Bowiem trzeba wiedzieć, że parafia księdza Jerzego była jedną z najbardziej polskich w guberni i dzięki temu Popowicz Wania przypomniał sobie język matuli już mocno zruszczony.

W Sylwestra bawiono się więc na całego w domu parafialnym. I podczas tejże zabawy, ksiądz Jerzy zwrócił się do Wani tymi oto słowami:

- Pamiętasz Waniulka, jak za młodych lat z twoim ojcem chodziliśmy polować na zajęce?

- A jakże Jerzyku – odparł zadowolony Wania.

- Bo wiesz, pomyślałem, że może też byśmy się wybrali na jakieś polowanie. Bowiem, jak w drodze pewnie zauważyłeś, moja parafia leży wśród nieprzebytych lasów i borów gdzie zwierza pełno. I choć wiem, że za bardzo nie lubisz polować to jednak składam taką propozycję byśmy za parę dni udali się na łowy we dwójkę – po czym zamilkł i intensywnie patrzał w oblicze Wani.

- Mój drogi Jerzyku – odrzekł po chwili Wania – Z radością pójdę ze starym przyjacielem na łowy. Bo choć słusznie zauważyłeś, że nie mam zamiłowania do strzelania do zwierząt, a dodam, że w ostatnich latach jeszcze ono bardziej osłabło, to dla ciebie zrobię wyjątek i nawet sam ustrzelę jakiegoś zająca lub lisa.

Na te słowa pojaśniała twarz proboszcza i obłapiwszy przyjaciela rzekł:

- A więc zgoda bracie. Po nowym roku jedziemy na łów.

- Dobrze, ale teraz mnie puść bo udusisz – a gdy uścisk zelżał dodał – Ale pamiętaj byśmy się udali przed prawosławną Wigilią i Bożym Narodzeniem. Nie chcę mieć grzechu w tak ważny dzień.

- Będzie jak rzekłeś Wanu – odrzekł ksiądz Jerzy.

I tak oto dwaj przyjaciele zmówili się na noworoczne polowanie na zwierza.

 

                                                                  &

 

Drugiego dnia, nowego roku, dwaj przyjaciele obudzili się skoro świt. Dzień zapowiadał się wprost idealny. Mimo siarczystego mrozu świeciło jasno żółte słońce. Uznali przeto, że dzień jest wprost wymarzony na polowanie. Ubrali się przeto i zeszli do kuchni na śniadanie.

Obfite śniadanie, serwowane im przez gosposię, a zarazem ciotkę proboszcza, przeciągnęło się znacznie w czasie. Przez to Wania i Jerzy opuścili zabudowania parafialne dopiero w południe i na saniach zaprzężonych w dwa rącze konie udali się w bory by polować.

Ile na polowaniu czasu stracili? Trudno rzec, w każdym razie łów był obfity. Ksiądz Jerzy, ze swej dubeltówki, ustrzelił 3 lisy, 5 zajęcy i 6 cietrzewi. Sam Wania miał na koncie 2 lisy i jednego zająca.

Mrok już zapadał gdy nasi przyjaciele, stojąc na ogromnej polanie wśród borów sosnowych, ładowali na sanie swoją zdobycz i gdy już mieli wejść na nie i odjechać ku domowi do uszu ich dobiegł dźwięk który przyprawił ich o ciarki na plecach.

Obydwaj odwrócili się i skierowali oczy ku najbliższej partii lasu. Jeszcze przez chwilę, tliła się w nich nadzieja, że był to odosobniony odgłos wydany przez pojedyncze zwierzę. Życie szybko rozproszyło tą nadzieję, bowiem z lasu zaczęły dochodzić kolejne podobne dźwięki.

Ksiądz Jerzy i Wania nie mieli już żądnych wątpliwości, w pobliżu znajdowała się dość spora wataha wygłodniałych wilków, które musiały zwęszyć zapach krwi z ustrzelonych zwierząt. Niewiele myśląc, obaj, wskoczyli na sanie, Jerzy na kozioł, Wania na tył i zacinając konie batem pognali do wsi. W tej samej chwili, gdy sanie oderwały się od ziemi i ruszyły przed siebie, z lasu wypadła masa, czarnych jak noc, czteronożnych stworzeń. Nie zatrzymując się, nawet na chwilę, popędziły za uciekającymi ze  skowytem. Najwidoczniej już wcześniej zwietrzyły zapach swojej zdobyczy.

Ksiądz Jerzy, mocno zacinał konie batem by przyśpieszyć ich bieg. Nie było to jednak potrzebne. Biedne zwierzęta także zwietrzyły już zagrożenie, czające się za nimi i gnały ile sił w nogach byle tylko ujść grożącemu niebezpieczeństwu.

Konie, a wraz z nimi sanie, toczyły się przez polanę uchodząc przed żadnymi krwi bestiami. Za nimi podążała głodna wataha, cały czas się zbliżając. Pojazd podskakiwały na każdej nierówności, skrywanej przez śnieg, a wraz z nimi pasażerowie, nic sobie jednak nie robiący z tego powodu.

W pewnym momencie traf, albo diabeł, chciał, że sanie najechały na większą muldę ukrytą pod śniegiem. W wyniku tego mocno podskoczyły do góry i wraz z nimi Popowicz Wania, który nie dał rady się utrzymać w pojeździe. Przeleciał w powietrzu z metr i wylądował w głębokim śniegu tuż przed watahą, która jakimś cudem ominęła nieszczęśnika i pognała za pojazdem.

Po chwilowym szoku, nie dłuższym niż kichnięcie, Popowicz Wania wygramolił się ze śnieżnej zaspy, która nota bene uratowała go od jakichkolwiek potłuczeń, i taki ujrzał widok: Oddalające się sanie z księdzem Jerzym oraz tumany białego pyłu, a właściwie niewyraźną oddalającą się ciemną plamę z białym ogonem świetnie widoczną na tle ciemniejszego boru oraz stado czarnych wilków które patrzyło w jego kierunku.

Bestie ogarnięte rządzą krwi, choć początkowo pominęły nieszczęśnika, szybko wyczuły, że trafia im się dogodniejsza ofiara niż uciekające sanie. I w tym momencie, pewne sukcesu, powoli zbliżały się do Popowicza Wani. Ten niewiele myśląc, rzucił okiem w około i widząc dużą, samotną sosnę, chyżo ruszył w jej kierunku po głębokim śniegu.

Gnał go taki strach, że nie tylko pokonał dzielący go od drzewa dystans szybciej niż wilki, ale też zdążył się wdrapać na sam czubek sosny nim bestie dopadły drzewa. Jakim cudem to się stało? Tego nawet sam Popowicz Wania nigdy nie umiał wyjaśnić.  .

Wdrapawszy się na sam czubek, oburącz chwycił się drzewa i z przestrachem spojrzał w dół. Na tle białej pokrywy odbijało się od dziesięciu do piętnastu ciemnych, jak noc, postaci. Krążyły one w około drzewa, raz po raz spoglądając ku górze, gdzie siedziała ich ofiara.

- Idźcie precz, piekielne istot – zakrzyknął Wania – Zostawcie mnie w spokoju – dodał już ciszej. Mróz szybko zaczął mu doskwierać. Z każdą chwilą zimno powiększało władzę nad jego członkami. Powoli ogarniała go coraz większa senność. Na skutek utraty ciepła umysł robił się coraz bardziej otępiały. W walce z zimnem nie pomagało grube, ciepłe okrycie. Jedyny ratunek jaki mógł dojrzeć Wania w swym położeniu był u Niego. Przeto nie dziwią słowa jakie popłynęły z jego ust.

- O Panie miej nad swym marnotrawnym synem litość. Czymże mogłem zgrzeszyć, żeś mnie tak pokarał. Przecie pozwalasz jadać stworzenia żywe maluczkim, a i polować nie zabraniasz. Czyżbym, aż tak złym był popem? – tak właśnie, próbując się ratować przed pogrążeniem się w nieświadomość, modlił się do Pana Boga Popowicz Wania. I gdy to robił zdało mu się, że słyszy jakiś wrogi, odrażający i zły głos mówiący:

- Za późno na modlitwy popie.

- Kto to powiedział? – wykrzyknął Wania, obudzony nagle w jednej chwili z odrętwienia. Gdy niczego nowego nie usłyszał, zaczął podejrzewać, że już nie umie odróżnić snu od jawy i śmierć już bliska jest. Nie żeby Wania bał się śmierci. Jako dobry chrześcijanin i sługa Pański wiedział, że jest nieuchronna, ale też jak przystało na człowieka, chodź wiedział, że to grzech, chwytał się życia najmocniej jak umiał. I gdy dochodził do przekonania, że umysł jego płata mu figle ponownie usłyszał ten sam głos:

- Za późno popie. Już do nas należysz.

- Kto to mówi? – rzekł Wania, mocno przestraszony, jeśli dało się być bardziej wystraszonym niż Wania w tym momencie, oglądając się na wszystkie strony wokół siebie. Był teraz pewny, że nie stracił świadomości i umysł jego działa jak należy – Pokaż się w Imię Boże.

- Boga nie wzywaj. Nie pomoże ci popie Waniu.

- Kim jesteś? Skąd znasz moje imię? Miej odwagę ukazać się.

- Spójrz na dół popie – odrzekł inny, choć tak samo wrogi, głos na to.

Po tych słowach wzrok Popowicza Wani skierował się na ziemię. I to co zobaczył spowodowało, że włosy pod papachą, stanęły mu dęba. Wilki, z głowami skierowanymi ku górze, zasiadły w kółko otaczając sosnę kordonem. Niczym wokół ogromnego ogniska lub stołu. Z ich strasznych ślepi buchała ogromna nienawiść w kierunku przerażonego człowieka. Raz po raz jeden z nich oblizywał się ze smakiem na widok ofiary. Na ten widok z ust Wani wydobył się stłumiony dźwięk który miał znaczyć:

- Co to za diabelne sztuczki?

- Hi, hi,hi,hi,hi – odpowiedziały mu wilki.

- Święci Pańscy! Boże ratuj! – zawył Wania.

- Nie pomoże ci. Popowiczu Waniu, do nas należysz.

- Bóg jest od was potężniejszy. Demony!

- Nie w mroku. Noc do nas należy. Synowie mroku teraz rządzą. Póki księżyc jasny na niebie ty jesteś nasz.

- Nasz,  nasz,  nasz – dodały kolejne głosy.

- Nie! – krzyknął przerażony Wania.

- Tak, tak, tak. Hi, hi, hi – odpowiedziały mu wilki. Po czym rozległ się z ich paszcz, mrożący krew w żyłach, śpiew, przerywany złowrogimi śmiechami i chichotami. Popowicz Wania ze wszystkich sił przycisnął się do sosny i za wszelką cenę, powtarzając modlitwy do Boga, Jego Matki i wszystkich świętych, starał się nie słuchać wilczego skowytu.

Mróz robił jednak swoje i powoli opadał z sił. Wilki z coraz radośniejszym nawoływaniem śpiewały swoją pieśń. I trwało to długo, choć trudno powiedzieć jak długo. Aż w końcu Popowicz Wania nie wiedział już czy to sen czy jawa. Zaczął się pogrążać w mroku i nie wiedział już czy jest na drzewie czy leci gdzieś na skrzydłach oraz czy te wybuchy co słyszy to prawda czy zwodnicze omamy osłabionego umysł.  W ostatnim przebłysku świadomości zdało mu się, że słyszy swojego dobrego przyjaciela księdza Jerzego i widzi jego i jakiś innych ludzi. Po tym widział już tylko ciemność.

 

                                                                  &

 

Pierwszą rzeczą po przebudzeniu, jaką ujrzał Popowicz Wania była zapłakana twarz człowiecza. Minęła dobra chwila nim zorientował się, że twarz ta należy do gosposi Teresy, jak wiemy ciotki księdza Jerzego. Kolejne chwile minęły, gdy zorientował się, że niewiasta ta nie tylko płacze, ale też coś mówi. Znowu upłynęło trochę czasu, a może i nie bowiem umysł Wani ciągle był ociężały i nie umiał powiedzieć czy to co się działo to była przelotna chwila czy też nie, gdy zrozumiał dźwięki wydobywające się z ust gosposi:

- Chwała Przenajświętszej Panience. Żyjesz dziecinko. Żyjesz! Naprawdę żyjesz! – po czym zerwała się i wybiegła z pomieszczenia obwieszczając innym tą radosną nowinę.

Nim jednak nowina obiegła wszystkich znajdujących się w domu i zdążyła do Wani wrócić, zorientował się, że znajduje się w znanym sobie pokoju i łóżku w którym ulokował go przyjaciel Jerzy. I w tej samej chwili, gdy dokonał tego odkrycia, do pokoju wtoczył się tłum ludzi z Jerzym na czele.

Wielka radość zapanowała na obliczach gości. Wśród zgromadzonych, rozpoznał Wania parafian Jerzego którzy byli na Sylwestrze. I od nich dowiedział się co wydarzyło się po jego upadku z sań i odjechaniu Jerzego ku wsi. A wyglądało to tak:

Gdy ksiądz Jerzy wreszcie dotarł, do swojego probostwa, z wielkim przerażeniem odkrył, że jego towarzysz zniknął. Natychmiast zaalarmował społeczność całej wsi i zebrawszy ludzi ruszył w powrotną drogę, modląc się w duszy by przyjaciel jeszcze żył. Bóg najwidoczniej wysłuchał modłów swego sługi, bowiem przybyli w tym samym momencie gdy Popowicz Wania spadał z drzewa. Bez problemu odpędzili wilki z pod drzewa, kładąc trupem cztery z nich i zauważywszy, że Wania ciągle dycha załadowali go na sanie, okryli skórami i popędzili do domu.

- Wszystko to ładnie – odrzekł na to Wania – Ale rzeknijcie mi jak to się stało żem przeżył upadek z drzewa?

- Szczęśliwie dla was była tam kupa śniegu którą najwidoczniej zawiał wiatr – odrzekł sołtys wsi.

- Śnieg utworzył sporą górkę, miękkiego, puszystego puchu na który spadliście Waniu i dzięki temu nic wam się nie stało – dorzucił ksiądz Jerzy.

- Chwała Panu! – dodała gosposia Tereska.

- Chwała Mu! – gromkim głosem powtórzyli obecni wraz z Wanią.

Przyszło jeszcze kilka dni, Popowiczowi Wani, poleżeć w łóżku u swego przyjaciela. Święta Bożego Narodzenia, w asyście Jerzego, gosposi Teresy i całej parafii, także musiał w nim spędzić i dopiero po nich, uprzednio odzyskawszy wszystkie siły był zdolny powrócić, ku smutkowi mieszkańców których polubił i vice versa, do domu.

                                                                 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
100mk · dnia 20.10.2017 11:00 · Czytań: 199 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
xolowr
22/07/2019 01:06
Do wielkich liter jestem przywiązana tak samo jak do małych… »
domofon
21/07/2019 23:34
Dzięki za wnikliwe potraktowanie tekstu. Temat znam niejako… »
JOLA S.
21/07/2019 19:44
Kocanko, ogólnie tekst mi się podoba, chociaż nie… »
Leopold Mysz
21/07/2019 19:40
Wow. Właśnie mi uświadomiłeś, że gość od lobotomii dostał… »
JOLA S.
21/07/2019 19:12
Kazjuno, przepięknie jest czytać Twój komentarz. Daje… »
22227
21/07/2019 17:20
Bardzo dobry wiersz, Pan Cogito, Sofista, Zosima. Jest… »
22227
21/07/2019 17:13
Podobało mi się i fajnie, że poruszasz takie tematy. Mam… »
Kazjuno
21/07/2019 16:49
JOLU.S Spodobało mi się to krótkie i treściwe opowiadanie.… »
Opheliac
21/07/2019 12:48
Powiem tak - ogólnie niezły - ale znając już jednak Twoje… »
AntoniGrycuk
21/07/2019 11:01
Zdzichu, cały sens, jaki chciałem zawrzeć w tym wierszu,… »
Zdzislaw
21/07/2019 10:21
Konstrukcyjnie wszystko utrzymane, rytmicznie i ze… »
Indyphar
21/07/2019 01:39
@Skuul, dzięki za opinię. Co do "wyjaśniania",… »
Skuul
21/07/2019 00:11
zamiast wyjaśnić działanie dajesz czytelnikowi opinie,… »
Skuul
20/07/2019 23:42
czy wieko trumny? mocno poetyckie opisy, w całym tekście… »
Marek Adam Grabowski
20/07/2019 19:45
Patrząc na kategorię spodziewałem się jakieś baśni. Napisane… »
ShoutBox
  • Zdzislaw
  • 21/07/2019 22:15
  • Nie ma sprawy, Vinillivi :) Sprawa opóźnień wyjaśniona. Człekowi wypoczynek też należy się.
  • Vanillivi
  • 21/07/2019 15:21
  • Tak, zajmuję się prozą. Właśnie wróciłam. Odsapnę moment i wieczorem biorę się za Wasze teksty. Przepraszam za wszelkie opóźnienia.
  • Zdzislaw
  • 20/07/2019 09:36
  • Witam poranno-sobotnie. Czy red. Vanillivi (która wyjechała na dwa tygodnie) jest od prozy? Jeżeli tak, to ok. Rozumiem, czemu nie ukazuje się wysyłana proza.
  • AntoniGrycuk
  • 18/07/2019 01:06
  • Jakie jutro? Ja to wczorajszy ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 23:52
  • Pozdro600 Antoni :D U Was też już prawie jutro? ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 20:25
  • Miłego wieczoru :)
Ostatnio widziani
Gości online:11
Najnowszy:bertygoforo
Wspierają nas