Las noches de San Antonio - część pierwsza - Dom - Jarevas
Proza » Długie Opowiadania » Las noches de San Antonio - część pierwsza - Dom
A A A

I

DOM

 

          Pamiętam ten dzień bardzo dokładnie. Szliśmy wtedy wąską, brukowaną drogą do A. i moje ciało drżało ze strachu i zmęczenia. Byłem dzieckiem bardzo wrażliwym i łatwo popadałem w zachwyt, ale tamtego poranka nie czułem ekscytacji, która tak często towarzyszyła ciągłym wędrówkom. Nie dzieliłem zachwytu mojej matki, której serce, wibrujące w klatce piersiowej niczym nadpobudliwy kanarek, drżącą amplitudą naruszało pracę mojego. Właśnie wstawało słońce i wszystko mieniło się najróżniejszymi odcieniami złota. Była to ta krótka chwila, kiedy wszystko błyszczy; krótkie przejście między intensywną czerwienią wczesnego wschodu, przywodzącą na myśl dojrzałe pomidory, a zwykłą żółcią, która miała trwać aż do południa, kiedy to surowe, włoskie słońce farbuje i pola, i dachy, i drzewa na ten dziwny odcień mlecznego błękitu.
         Nie miałem już sił, ale mama wciąż powtarzała, że za niedługo będziemy na miejscu, że chwilę się prześpimy, a ona przygotuje mi dulce de leche, a ja odpowiedziałem jej, po hiszpańsku, choć dobrze wiedziałem, że nie lubi, kiedy posługuję się tym językiem:
        – Nosotros estamos ramando en dulce de leche, mamá, a rzekłem to na tyle głośno, że usłyszała i wyczułem u niej moment zawahania. Mocniej ścisnęła mi rękę, jakby obawiała się, że ucieknę. Jej dłoń była mokra, drżała, a jednocześnie jej uścisk zawierał w sobie zapewnienie, że to jest to miejsce. Nie będzie wiecej tułaczki, bezkresnego szukania tego, czego nie mogła nigdzie znaleźć. Tu czuła się dobrze.
       Kiedy dotarliśmy na miejsce, żar spływał z nieba - bezlitosny i zwodniczy. Monumentalna brama przecięła nam drogę; jej nieprzejednany ogrom jednoznacznie wyznaczył koniec naszej wędrówki. Matka przesunęła ją na tyle, że zdołałem się przecisnąć, a potem i ona, choć z większym trudem i z większą ilością wymruczanych pod nosem przekleństw. Zanim przekroczyliśmy ogrodzenie, miejsce to wydawało mi się wysuszone i martwe - zdołałem dojrzeć w końcu tylko koronę drzew i bramę z białego kamienia, wykonaną z należytym dla kruszcu szacunkiem setki lat wcześniej. Lecz było ono raczej jak pudełko z czekoladkami - to, co najpiękniejsze kryło się w jego wnętrzu.
      Po obu stronach żwirowej drogi rosły żywotniki. Były na tyle rozległe, że odcinały nas od świata z zewnątrz znacznie skuteczniej niż kamienne ogrodzenie. Przytulone blisko siebie oddzielały sferę sacrum od profanum. Pomiędzy nimi nic nam nie groziło. Na zewnątrz świat był niebezpieczny i agresywny; w tym niewielkim wycinku, jak mrówka zamknięta pod szklanką, mieliśmy żyć jak w mydlanej bańce, nieskalani grzechami społeczeństwa z krwi i kości. Na czubku cabeza de alfiler, główki od szpilki, trwaliśmy z dala od trosk, a przynajmniej tak mi się wydawało. Pamiętam dokładnie jeden ze snów, który często pojawiał się podczas popołudniowej sjesty, kiedy to ogień panoszył wszystko wokół, ale zatrzymywał się przed naszą bramą i jakby niechętnie się cofał.
        Po paru chwilach marszu droga rozdzielała się. Mogliśmy kontynuować wędrówkę i iść prosto, albo skręcić w lewo, po drodze z zakurzonego kamienia, który pozostawiał na czubkach naszych butów pomarańczowy pył. Skręciliśmy, ponieważ moja matka zawsze kierowała się ciekawością godną profesora historii.
        Łączyły mnie wtedy nikłe powiązania z życiem. Moje ciało, niczym pajacyk w teatrze lalek, drżało niekontrolowanie, uwiązane na wątłych nitkach, których wytrzymałość wystawiana była każdego dnia na co raz większą i pyszniejszą próbę. Co wieczór zasypiałem przy akompaniamencie własnego kaszlu, w nocy budziłem się mokry, próbując odkaszchlnąć wydzielinę, która zalewała mi płuca, a rano przyglądałem się w lustrze, nie zdając sobie sprawy, że niknę w oczach, że kości przebijają mi skórę, a ta traci kolor i nie ma już koloru moreli, jak z ormiańskiej flagi, a przypomina teraz barwę karraryjskiego marmuru, upstrzonego paroma plamami pastelowego różu. Latem opalałem się ile mogłem, wedle przesądu, że słońce wyleczy wszystko, od gruźlicy po kiłę. Ale il sole è nuovo ogni giorno, słońce każdego dnia jest nowe - dzień po dniu zapominało musnąć mnie na tyle, aby uspokoić moją matkę, dać jej odrobinę nadziei, że następnego dnia nie znajdzie mnie sztywnego w łóżku.
      Do Włoch przyjechaliśmy z różnych względów. Matka dostała dobrze płatną pracę na uniwersytecie w B., na tyle dobrą, że po opłaceniu leków, ciągle zostawało coś na czynsz i na coś do przekąszenia. W B. znajdował się też świetny ośrodek, zajmujący się beznadziejnymi przypadkami, takimi jak mój. W tamtym momencie nie wiedziałem jeszcze, że umieram i nie miałem dowiedzieć się o tym przez długi czas. Wtedy liczyła się tylko droga, skrawek łóżka, kawałek stołu, krzesło, które mógłbym wreszcie oswoić i nazwać własnym.
      Minęliśmy starą szopę, okrążyliśmy zagajnik z gęsto zrośniętych ze sobą tui i ukazała nam się willa z litego kamienia, ale trzeba zobaczyć to, co nigdy nie było widziane, zobaczyć jeszcze raz to co już zobaczone, zobaczyć na wiosnę to, co widziało się latem i zobaczyć za dnia to, co widziało się w nocy. Aby wydać opinię, musiałem usidlić to miejsce, musiałem się tu kiedyś wkurzyć, rozpłakać, zaśmiać i umrzeć.
       Kiedy spałem, czułem dotyk mojej matki; delikatne, niemal niewyczuwalne ciepło, które co chwilę upewniało się, że mój organizm jest jeszcze w stanie wykrzesać na tyle energii, by unieść choć odrobinę klatkę piersiową. Moje ciało niczym Wieczne Miasto zapadało się pod własnym ciężarem, a ona nic nie mogła na to poradzić. Dlatego tylko bezradnie obserwowała mnie we śnie, jeszcze wtedy nieświadomego, że śmierć stoi nad tym łóżkiem i łaskocze mnie w stopy i że to może właśnie ciepło śmierci co chwilę mnie budzi i otwiera mi oczy. Nienawidziła dormilónes, sama była rannym ptaszkiem i wstawała jeszcze przed wschodem słońca, ale zdawała sobie sprawę, że potrzebuję dużo snu, szczególnie po tak intensywnym dniu, a podobno słońce i sen działają cuda. Pozwoliła mi więc spać, a ja, przykuty do jej biodra upewniałem się, że wciąż jesteśmy tą samą gliną, tym samym blokiem kamienia, którym byliśmy jeszcze kilka lat temu przed moim narodzeniem.
       Obudziło mnie zachodzące słońce, sączące się leniwie przez na wpół otwarte drzwi. Nigdzie jej nie widziałem. Rozglądnąłem się po pokoju, wreszcie odnosząc wrażenie, że nie śnię na jawie, ale że fizycznie przebywam w tym pomieszczeniu, które jest mi tak obce. Ze ścian zwisała sromotnie tapeta, która z pewnością pamiętała jeszcze lata sześćdziesiąte. W kącie stał telewizor obity drewnianą sklejką. Teraz potrafię sobie wyobrazić całą rodzinę, osiadłą na kanapie jak nietknięty do niedawna kurz, matkę i córki, oglądające z zaangażowaniem La Stradę, zazdroszcząc urody Giulietcie Masinie albo może i Arabeskę z Sophią Loren, albo ojca, wciągniętego w urywki Igrzysk Olimpijskich, które akurat miały miejsce w 1960 roku w Rzymie. To zabawne, jak nawarstwiamy wspomnienia własnymi przemyśleniami. Najpierw zauważyłem tylko kolor tapety. Lata później doszedłem do wniosku, że prawdopodobnie przyklejono ją w latach sześciedziesiątych. Teraz dorysowuję postaci, takie jakie się rysuje na tyłach zeszytu i umiejscowiam je na wysłużonej kanapie. Choć dopiero obecnie nadaję im jakieś sylwetki, nawet najprostsze i dające ogólne pojęcie jak ludzkie ciało powinno wyglądać, czułem ich obecność już w najmłodszych latach, w rzeczach znalezionych, porzuconych i niechcianych, a może w biegu zapomnianych. Wydawało mi się, że widziałem ich cienie pod figowcem, kiedy słuchałem już jako nastolatek The Cranberries albo Enyi, w błogim upojeniu, spowodowanym słodkim farniente. Miałem wrażenie, że czułem ich zapach, kiedy budziłem się na tarasie wczesnym rankiem - słodką woń daktyli, przegotowanego makaronu, śmietany i cacioricotty ze świeżo zebraną bazylią. Słyszałem ich tupot w deszczu, nerwowe przesuwanie książek, ale kiedy wstawałem wszystko było na miejscu, nietknięte, ciche i martwe. Kiedy w ciemności próbowałem znaleźć drogę do pokoju, myślałem, że jestem tak blisko złapania gościa, który wtedy stał się gościem, a wcześniej był lokatorem, za poły płaszcza, albo przynajmniej za halkę, jeśli ten gość okazałby się być kobietą, o ile duchy uniżają się jeszcze do utożsamiania się z jakąkolwiek z płci. Ale nic takiego się nigdy nie zdarzyło. Niewiele martwych, a jeszcze mniej żywych przewinęło się przez nasz dom.
       Kanapa, na której leżałem obita była zielonym materiałem w barwne bohomazy. Tuż obok telewizora stał mały, czarny piecyk, który od czasu do czasu pohukiwał ostrzegawczo. Ciemny korytarz po prawej prowadził do nieznanego mi pomieszczenia. Co to mogło być za miejsce? Nie chciałem odkrywać wszystkiego od razu. Pragnąłem oswoić pomieszczenie, w którym się znajdowałem. Dotykałem szorstkiego obicia; czułem intensywny zapach zgnilizny i wilgoci, pomieszanej z odorem zwietrzałych ubrań, nie wiedząc, że ta woń będzie mnie nawiedziała jeszcze przez długie lata, niczym duch, którego możesz złapać w nierozsądnie kupionej zabawce na pchlim targu. Trwało to dłuższą chwilę, ale moja pamięć skutecznie wytępiła wszystkie zmysły, które próbuję uwolnić z chłopca, który jeszcze teraz siedzi w zabitej dechami chacie zwanej umysłem. Jedyne, co mogę odtworzyć, to kolory - pasek żółci, który niedbale rzucało słońce na przeciwległą ścianę, szarość podłogi i biel szafek. Kiedy delikatnie zamykałem oczy, pod powiekami tańczyły różne odcienie pomarańczu, kiedy zaciskałem je mocniej, widziałem tylko purpurę. Jako dziecko zawsze miałem problemy ze zaśnięciem, szczególnie w ciemności, kiedy wydawało mi się, że widzę białe plamy, które wydawały się spływać po gałkach ocznych, aby zaraz potem pojawić się z powrotem, niespodziewanie. Był to horror rodem z obrazu Kandinskiego - bohomazy, rzucone niedbale, spędzające sen z powiek.
       Mamy nie było jeszcze przez chwilę. Kiedy wróciła, zapytała, dlaczego nie zjadłem dulce de leche i że zaraz ugotuje coś na szybko, może locro, jeśli mam ochotę, albo makaron z pomidorami. Zmierzyła mi temperaturę i pogładziła czoło, delikatnie, tak, jak to robi matka.
       Spędziłem w tym domu lata, ale mój umysł, który nie potrafił umiejscowić siebie na osi czasu, ani zamknąć siebie w żadnym przedziale, spędził tam setki lat, zanurzony w literaturze i muzyce, w kinematografii, w całkowitej ciszy, albo i wręcz przeciwnie - we wrzaskach albo w beczeniu owiec. Zanurzałem się w tym świecie, płakałem, bo tak bardzo poruszało mnie piękno wysuszonych od sierpniowego słońca źdźbeł trawy, i ciepłych promieni na policzku, i szumu wysokich drzew, i zapachu cytrusów z drzew państwa C.. Il dolce far niente - słodka radość nierobienia niczego. Mój umysł, zaburzony dyschronometrią, nie odmierzał już czasu i nie wiedziałem, czy w środku nicości spędziłem już dziesięć lat, czy dopiero pół godziny, czy to już czas wracać do domu, czy też to właśnie teraz zaczynało się życie. Odnosiłem wrażenie, że żyję w przeszłości, w alternatywnej rzeczywistości - nie docierało do mnie to, że to, co przeżywam to nie są wspomnienia, ale to dzieje się  t e r a z, że mam prawo naruszyć bieg tej historii. Żyłem sierpniem dziewięćdziesiątego szóstego.

      Właścicielem willi, naszego skromnego domku oraz wszystkiego aż po kamienne mury, była rodzina C., bogata i wpływowa, będąca bardzo dobrze znana w A., głównie dzięki najmłodszemu z synów, który angażował się w politykę regionu. Budynek, w którym mieszkali, zbudowano na początku szesnastego wieku, a pamiątką tego był ciężki, granitowy blok z niedbale wyrytą datą, spoczywający w sali jadalnej obok małej spiżarni. Moja mama używała go do blokowania drzwi, które miały tendencję do przygniatania palców i zatrzaskiwania się w najmniej oczekiwanych momentach. Często pomagaliśmy urządzać przyjęcia, które wystawiali państwo C., głównie dlatego, że potrzebowaliśmy pieniędzy, a oni potrzebowali rąk do pracy. Przepych w ich spiżarni zawsze przyprawiał nas o niekontrolowane skurcze żołądka.
      Przyjęcia organizowano przeważnie na tyłach willi, w miejscu oddzielonym od naszego domu, tworząc bańkę wewnątrz bańki, jeszcze bezpieczniejszą niż tą, w której mieszkaliśmy my. Dokładnie pamiętam ciężkie, kamienne ławy wystawione w ogródku, pochylające się nad nimi drzewa, na których zawieszono okrągłe lampy, dzięki czemu ogródek wydawał się być oddzielnym pokojem w willi, na tyle ogromnym, że ich nikłe światło nie docierało do ścian, które spowijał gęsty mrok. Na kolację przychodziły panie w wielkich kapeluszach i długich czarnych sukniach, których tren zbierał igiełki i liście. Przychodzili też panowie, którzy znali się na polityce i mieli własne pomysły na to, jak poprawić dobrobyt mieszkańców miasta, albo przynajmniej swój własny. Była też zawsze Rosamunda, matka Lorenzo, właściciela willi i babcia Cipriano, polityka, do którego tak tłumnie ustawiali się pseudo entuzjaści. Ona przychodziła jednak tylko po koreczki serowe i nie angażowała się w żadną rozmowę - siedziała na tarasie i odgrodzona od tłumu wykładała karty, pilnując by wosk ze świec, które tak bardzo lubiła, nie zalewał wizerunków królów, dam i waletów. Podczas przyjęć, z kuchni zawsze wydobywał się cudowny zapach gotującego się mięsa, woń ziemniaczanego purée i cytrynowej sałatki, a wszystko to w postaci gęstej, wiszącej nisko chmury porywane było przez wiatr, a ja wdychałem to jak obłok z tytoniowego dymu. Całą posiadłość okalała winnica, której winogrona wykorzystywane były do produkcji jednego z najlepszych win w całej Puglii, a przynajmniej tak słyszałem, choć to pewnie był jedynie marketingowy bądź polityczny chwyt. Winem tym, które nazwano Negroamaro, zawsze częstowano podczas uroczystości i każdy podziwiał jego smak, który ponoć był idealnie kwaśny i słodki, z perfekcyjną nutą goryczy i kwiatowym posmakiem. Posesja była zlepkiem historycznej nostalgii i uporczywą, choć nieudaną próbą ratunku tego, co już dawno upadło, a więc znaczenia rodziny C. na arenie politycznej. Dlatego był tu też kort do tenisa, boisko do piłki nożnej z zieleniutką trawą, którą wymieniano co wiosnę, ale mimo to zawsze rosły na niej stokrotki i boisko do siatkówki, które stało akurat za naszym domkiem. Wszystko to miało na celu udowodnić, że rodzina C. potrafi funkcjonować w nowoczesnym świecie, pozbawionym tak dokładnie zarysowanej hierarchii. Był też i garaż z jasnego kamienia, w środku którego znajdowały się przeróżne ciekawe artefakty - arabskie flety, figurki greckich i rzymskich bożków z brązu i gipsu, wysłużone maski z papier mâchée, które były pewnie pozostałością poprzednich lokatorów, ale też przedmioty, które z założenia do garażu należą - czyli błotniki, pompki do rowerów i wytarte kierownice. W garażu stały zawsze dwa samochody marki Volkswagen 1300. Biały należał do pani C. - Appii, granatowy zaś do Lorenzo. Należeli bowiem do ludzi, którzy uważali, że mężczyźni powinni jeździć samochodami o ciemnym kolorze, a kobiety jasnym.
     Państwo C. mieli również sad owocowy, tuż obok boiska do piłki nożnej, w którym rosły cytryny i klementynki. Cytryny nigdy nie stawały się większe niż piłeczki do ping ponga, a klementynki okazywały się co roku niesamowicie kwaśne i miękkie. Gniły szybko, czasem jeszcze na gałęziach, a jeśli udawało im się przeżyć odrobinę dłużej, to natychmiast stawały się ofiarami żerujących kruków. Była też i wiśnia, która jednak niemal nigdy nie kwitła, a nie ścięto jej tylko z powodu zawieszonej nań huśtawki, która kojarzyła się Lorenzo z dzieciństwem. Moim ulubionym drzewem był jednak zawsze figowiec, który rósł za garażem, w miejscu najbardziej nasłonecznionym i suchym. To po nim się wspinałem - na samym czubku owoce były najsłodsze. Pakowałem je do plecaka, a później dawałem mamie, a ona przygotowała figówkę, którą zachowywała na specjalne okazje. Tuż za naszym domem rosły oleandry, których zapach zawsze motywował mnie do wstania z łóżka. Były to niewysokie krzewy o kwiatach różowych bądź białych, które wypełniały powietrze słodkim zapachem śmierci. Przywodził on na myśl panie z telewizora, z wyszminkowanymi ustami i ostrym makijażem, które okazywały się być płatnymi mordercami. Oleandry rosły też blisko boiska, a ich historia była jeszcze mocniej związana ze śmiercią niż cokolwiek innego, co znajdowało się na podwórzu państwa C..

     W sierpniu 1956 roku Lorenzo C. wrócił z dwumiesięcznych wakacji w Brazylii, gdzie miał pojechać ze swoim ojcem, Francisco, którego tak brakowało mu przez dzieciństwo, bowiem ojciec spędził większość czasu w okupowanym przez Włochy Egipcie, gdzie ponoć gdzieś walczył albo coś bronił, albo był jakimś komendantem. Niemniej jednak to właśnie temu okresowi swojego życia Francisco przyporządkował wszystkie choroby, kaszle i bóle kręgosłupa. Zwykł mówić każdemu, że to wojna sprawiła, że wygląda mizernie i że to przez nią tak właśnie się czuje. Wszyscy wiedzieli, że cały okres wojny Francisco spędził w Egipcie, ale dzięki narzuconej odgórnie od prawieków zasady savoir-vivre, według której nie należy o nic pytać, tylko usilnie podpowiadać, o czym opowiadający może jeszcze napomknąć, Francisco żył pełnią życia, wiedząc, że nie musi się przed nikim spowiadać. Każdy wiedział, że zostawił swoją żonę i małego wtedy synka we Włoszech, nikt natomiast nie spodziewał się, że to w Egipcie przeżył najwspanialszą miłość, dużo gorętszą i bardziej namiętną niż ta, która z utęsknieniem czekała na niego w domu. Zastanawiano się natomiast, jakie miał zasługi, dlaczego nie dostał żadnej nagrody ani nie został uhonorowany przez władze państwowe; wiedziano jednak, że to w końcu konflikt zbrojny musiał wyniszczyć Francisco. Był bowiem mężczyzną o szlachetnym sercu, zawsze szczerym i o silnym kręgosłupie moralnym, czego nie mógł powiedzieć o swoim własnym, który ucierpiał podczas batalii - choć on sam w żadnej nie brał udziału. Jedyną walkę, jaką stoczył, była ta z własnym organizmem, który odmówił mu posłuszeństwa zaraz po ataku syfilisu, który złapał niczym nieostrożny żołnierz na polach minowych w rynsztoku z którąś z napalonych panien, których wtedy było tak wiele. Francisco, oprócz oczywistych mankamentów, był jednak mężczyzną wciąż silnym jak na swój wiek. Pieniądze przeznaczone na sacrum i profanum oddzielał bardzo restrykcyjnie. Wszyscy jednak wiedzieli, na co wolał trwonić swój majątek. Ksiądz spowiednik, który sam zresztą dzielił swoje życie na sferę świętą i ludzką, przychodził co niedzielę z kilkugodzinnym wyprzedzeniem, wpraszając się tym sposobem na obiad, który w dzień święty zawsze składał się z kilku dań. Chwilę później udzielał rozgrzeszeń, którymi sypał jak z rękawa, zwracając równocześnie uwagę na grzechy, których powinni się wystrzegać, sam zapominając o jednym, a istotnie bardzo kluczowym, który zawsze wypadał mu z głowy podczas konsumpcji duszonej dziczyzny.
     Pewnej lipcowej niedzieli, podczas cotygodniowej homilii, którą spowiednik czytał Francisco vis-à-vis w bibliotece, która przybrała już woń kadzidła i wina, ksiądz Alberto odniósł się do wypowiedzianych wcześniej słów żony swojego pobratymca. Zwróciła ona bowiem uwagę na istotne braki w budżecie, jakich nie umiała wytłumaczyć. Podliczyła rachunki, wydatki na jedzenie, wypłaty dane szwaczkom, kucharkom, służbie zajmującej się odkurzaniem, praniem, prasowaniem i porządkiem na podwórzu i wciąż brakowało jej dość istotnego zera na fakturze, którą wystawiała co pół roku, dla własnego, świętego spokoju. Wiedziała, że liczne wyjazdy męża do Egiptu obciążyły nieco budżet, a ten więcej tracił niż zarabiał, ale nie spodziewała się, że aż do tego stopnia. Alberto, znając jednak dobrze naturę mężczyzn - przecież sam był jednym z nich - wiedział, z czego wynikają wydatki Francisco. To było pewne, Francisco musiał wydać pieniądze na kobiety, alkohol, tytoń, garnitury, drogie mieszkania, pokoje hotelowe, a może nawet hazard. Pewien był też fakt, że groźba wiecznego potępienia w płomieniach piekła nie wydawała się Francisco zbyt rzeczywista, skoro ten kłamał raz po raz podczas cotygodniowej spowiedzi, zatajając tak wiele grzechów ciężkich, niemal kpiąc z sakramentu pokuty. Zadaniem księdza Alberta było więc wyciągnięcie jak najwięcej informacji, upewniając Francisco, że jego świętym obowiązkiem jest zapewnienie mu miejsca w domu Pana - choć na pewno jest to miejsce mniej ekskluzywne niż to, na które ten wydawał tyle pieniędzy w Kairze.

      - W domu Ojca jest mieszkań wiele - powiedział Alberto. - Ale ty musisz się teraz postarać choćby o schowek na miotły.

      Francisco, który niemal natychmiast dodał dwa do dwóch, łącząc stan swojego zdrowia z jakże grzesznym życiem, które przez ostatnie lata wiódł, natychmiast się skruszył i wyjawił spowiednikowi wszystko, wiedząc, że jego koniec może być bliżej, niż sądził. Zaczął od płatnych prostytutek, których było tak wiele w jego życiu, później opowiedział o hazardzie, nadużywaniu alkoholu, a nawet sodomii, aby zakończyć historię, która ciągnęła się aż do zachodu słońca - przez co obydwoje nie stawili się na wieczornej mszy - na romansie z niemiecką aktorką, którą poznał w Tripoli. Wyjawił, że to ona jest miłością jego życia, że to ją utrzymuje, upewniając się, że każde miejsce, w którym mieszka, spełnia jej standardy, że to jej wysyła najdroższe prezenty, aby nigdy nie zapomniała o jego obecności. Wyznał też, że nie znosi swojego życia we Włoszech, że irytuje go jego żona, która uchyla się od pewnego niechlubnego obowiązku, o którym nie wypada mówić podczas spowiedzi, że jego syn wcale nie widzi w nim autorytetu i że nie zamierza już dłużej prowadzić tak dennego, pozbawionego ekscytacji życia. Wystarczyło jednak jedno westchnienie księdza Alberto, aby uświadomić mu, że rozmawia z Bogiem, a nie z sędzią i nie powinien się z niczego tłumaczyć. Natychmiast się przeżegnał, zamknął oczy i czekał na pokutę, a może z braku nadziei nawet na groźbę wiecznego potępienia, która usprawiedliwiałaby jego ucieczkę. Ten jednak nie zamierzał go potępiać, spojrzał nań czule, poprawił okulary i kazał mu, w ramach pokuty, przekazać tyle pieniędzy, ile wydał na własne zachcianki podczas ostatnich pięciu lat na budowę dowolnego kościoła w słabiej rozwiniętym kraju. W ten sposób Francisco stał się głównym fundatorem bazyliki pod wezwaniem świętego Józefa w Barbacenie, której budowa zakończyła się osiem lat później. Nagrodą za jego wstawiennictwo miała być kamienna tablica, ukryta i niewidoczna na tyłach kościoła, jakby samoświadoma i okryta wstydem, i odpuszczenie win, których w końcu było tak wiele. Miał on również wstawić się na jej otwarcie, zjeść uroczystą kolację z biskupem i uśmiechać się do zdjęć. Życie dokonało jednak własnych weryfikacji i samo wymierzyło sprawiedliwość, zabijając Francisco trzy lata przed ukończeniem budowy jego bazyliki pod kołami pędzącego tramwaju. Sama postać niemieckiej aktorki przewijała się jeszcze parę razy, dlatego też nikt nie był pewien, czy sam pokutnik dostąpił życia wiecznego u boku Pana, czy trafił do bram piekieł, czy może też dryfuje gdzieś po próżni.
     Dlatego też do Brazylii Lorenzo musiał jechać sam, choć wspomnienia o ojcu jeszcze nie wyblakły i tkwiły w nim głęboko zakorzenione jak drzazgi. Każda próba wyciągnięcia choć jednej z nich wywoływała w nim obezwładniający wstyd, ponieważ trzy lata nie wydawały mu się wystarczająco długim okresem boleści, zdając sobie sprawę, że jego matka będzie nosiła żałobę do końca życia. Kiedy próbował choć na chwilę wyrwać się z wszechogarniającego go poczucia winy, uderzała go ponura rzeczywistość sytuacji - na tym świecie był zawsze tylko on sam i jego matka. Okres, w którym jego ojciec był w domu, był krótki i niewyraźny, jakby zamazany w pamięci. Pamiętał go podczas polowań, świąt i uroczystości, ale w jego rozpamiętywaniach zawsze stał do niego tyłem, zaangażowany w rozmowę z nieznajomymi albo ze wzrokiem skupionym na wszystkich, tylko nie na nim. To chyba właśnie tego Lorenzo bał się najbardziej - że jego śmierć nadejdzie niespodziewanie, a wszystkie niedopowiedzenia, które tak tliły się w jego głowie już na zawsze tam pozostaną. Lorenzo do Brazylii pojechał więc sam. Miał być gościem honorowym, zastępującym ojca. Matka była przeciwna; może bała się, że jej serce nie wytrzyma już więcej samotności.
       Pewnego lipcowego wieczoru - już w Brazylii - Lorenzo wybrał się do cyrku. Występy rozgrywały się pod gołym niebem; kiedy na chwilę zgasły światła reflektorów, które miały przygotować widzów na gwiazdę wieczoru, widział miliony gwiazd na ciemnym niebie, tak bardzo podobnym do tego we Włoszech. Może dlatego zakochał się w Donie de Marco, ubranej tamtego dnia w skąpy strój w barwach złota, iskrzący się w bladym świetle - kojarzyła mu się z gwiazdami, te kojarzyły mu się z jego rodzinnym miastem, a to kojarzyło mu się z dzieciństwem, za którym tak bardzo w tamtym momencie tęsknił. Jej makijaż błyszczał w świetle lamp, wymierzonych w niej jak złowróżbne armaty, gotowe rozerwać jej malutkie ciałko na kawałki. Była najcenniejszym nabytkiem cyrku - to dla niej zjawiały się tłumy, pomimo że reszta atrakcji była równie imponująca, bo były i słonie, i kobieta z brodą, i malutkie kobietki z Andów, i mężczyźni, połykający ogień, aby zaraz potem wypuścić go nosem. Mimo to wszyscy przychodzili tylko i wyłącznie dla Dony de Marco - mężczyźni, których pociągała wątłość jej ciała, biseksualne kobiety, które pragnęły gładzić jej brzuch, matki w nieszczęśliwych małżeństwach, które pożądały jej wolności i homoseksualiści, którzy przyszli tylko po to, by podziwiać jej najróżniejsze kreacje, zdobyte w obu Amerykach, wyszywane złotymi nićmi, ciężkie od nadmiaru kamieni, wszytych w najróżniejsze miejsca, nawet te niewidoczne. Ale tej nocy Dona de Marco wybrała Lorenzo, który bardziej od jej mięsa pragnał poznać tajniki jej duszy.
       Ich historia miała być jednak krótka i tragiczna. Dona de Marco, uciekłszy z kochankiem do Włoch, została znaleziona martwa zaledwie trzy dni po przyjeździe, w nocnej koszuli i boa, które nosiła tylko na specjalne okazje, z kwiatami oleandrów, wplecionymi we włosy i wystającymi z jej ust. Znaleziono ją nad ranem, kiedy dopiero świtało, piękną, w tajemniczym półuśmiechu, odrobinę może kpiącym z zebranych nad nią ludzi. W delikatnym świetle Lorenzo rozpoznał swoją ukochaną, zaraz po tym jak matka po niego posłała, ale nie odważył się wziąć jej w ramiona. Bał się chłodu jej ciała, które zawsze było tak gorące; obawiał się, że ostatnim wspomnieniem, jakie po niej by pozostało, byłaby sztywność jej kończyn. Kiedy się zjawił, nic nie powiedział, nie zareagował w żaden sposób; pomyślał tylko, że do złudzenia przypomina Ofelię z obrazu Millais. Natychmiast kazał posłać po księdza i grabarza, miała zostać pochowana w dokładnie tym miejscu - zagajniku z krzewów oleandrów. Stwierdził, że może nawet sama wybrała miejsce swojego spoczynku, jakby spodziewając się, że przyczyną śmierci było samobójstwo. Nie zdecydował się jednak na sekcję zwłok - chciał, aby sprawa szybko ucichła. W tym kraju za często wlecze się za nami śmierć, pomyślał smutno i odszedł. Kiedy zapytano go, czy powinien napisać list do jej rodziny, powiedział, że ona nigdy nie miała rodziny. W ostateczności zaadresował list do jednej z małych kobietek, z którą się przyjaźniła, ale w końcu go nie wysłał, ponieważ sam nie wiedział, gdzie cyrk może się w tym momencie znajdować.

Powiedziano mi tę historię lata później, ale już wcześniej zapach oleandrów kojarzył mi się ze śmiercią. Kiedy chowałem swojego psa, Azję, starą suczkę rasy Kuvasz, która była tam zanim ja się pojawiłem, wiatr miał zapach nerium. Zamknąłem oczy, pogładziłem gęste futro Azji, poczułem słodki odór kwiatów i mój umysł już na zawsze zespoił tę woń z wizją nieuchronnej śmierci. A w ogrodzie było przecież i więcej kwiatów. 





Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Jarevas · dnia 31.07.2018 17:00 · Czytań: 724 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 8
Inne artykuły tego autora:
Komentarze
Niczyja dnia 31.07.2018 22:48 Ocena: Bardzo dobre
Nie jesteś tutaj, jak widzę, nowym autorem, ale dla mnie jesteś. Witaj nieznajomy. Kim jesteś?
Przeczytałam teraz piękny kawałek literatury i... nie muszę nic mówić, sam wiesz :)
Wszystko mi się tutaj podoba, historia smutna i wciągająca zapowiadająca się na wielowątkową i długo trwającą, atmosfera czasem gęstniejąca od tajemnic, wyczuwalna nieuchronność końca, a jednak upór i walka by trwać, mimo wszystko.

Mogłabym zakochać się w Autorze takich słów.
Słowo zawsze jest zaczątkiem wszystkiego, przynajmniej dla nie. Tak było z "Cieniem wiatru", "Komu bije dzwon", "Idiotą", "Anną Kareniną" i innymi perełkami.

Z uwag, to przydałyby się tłumaczenia i odnośniki do zwrotów hiszpańsko i włoskojęzycznych. Gdzieś na dole tekstu. Nie każdy przecież uczy się hiszpańskiego, jak Ty i nie każdy potrafi go zrozumieć, choć trochę znając włoski, jak ja ;)

Pięknie przygotowałeś mnie na dobranoc swoją opowieścią.
Dziękuję :)
Niczyja
Jarevas dnia 31.07.2018 23:37
Droga Niczyja,

Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak wiele radości sprawił mi Twój komentarz. :)

Jestem tutaj nowym autorem. Kiedy miałem lat naście postanowiłem wstawić tu wiersz i w sumie nigdy później już tu nie zawitałem. Później pisałem i pisałem, ale wszystko wkładałem do szuflady. Głównie dlatego, że wszystko, co piszę jest dla mnie bardzo personalne. To opowiadanie to po części moja historia, poprzeplatana fikcją literacką. Bałem się przez długi czas wstawić to, co nabazgrałem, bo jest to dla mnie coś tak osobistego, że czułem, że słowa krytyki potrafiłyby mnie w pewnym momencie złamać i zmienić percepcję i moje odczucia co do dzieciństwa. Dlatego tak niesamowicie się cieszę, że moje słowa przypadły Ci do gustu.

Dziękuję serdecznie i śpij dobrze, Niczyja :)
AntoniGrycuk dnia 01.08.2018 22:45
A więc tak... Po przeczytaniu tekstu, najpierw spojrzałem na Twój profil. Zadziwiło mnie, że ktoś w Twoim wieku potrafi pisać takie rzeczy. Bo, pomijając mój subiektywny gust, to jest dość dobrze napisane. Chciałbym w Twoim wieku tak pisać.
Ale do rzeczy.
Całość mnie piekielnie znudziła. Ale to subiektywna ocena, więc nie przyjmuj się nią za bardzo. Bo zapewne znajdą się tacy, którzy się tym zachwycą. Dla mnie to przerost formy nad treścią. Mnóstwo tu upiękrzaczy, metafor itp. Czasami nie wiem, o czym czytałem, bo aż roiło się od "ponad-treści". Ale wiem, że są amatorzy takiego pisania i im to może się podobać.

Interpunkcję masz dobrą, choć czasem zdarzają się błędy, a że sam nie jestem w tym asem, to nie wtrącam się w to. Słownictwo bardzo bogate. Język ładny, kwiecisty, dla mnie zbyt kwiecisty.
Jednak przyczepiłbym się do stylu. To, co rzuca się najbardziej w oczy, i męczy, to powtarzanie konstrukcji opartej na słowie "który".
Cytat:
Była też i wi­śnia, która jed­nak nie­mal nigdy nie kwi­tła, a nie ścię­to jej tylko z po­wo­du za­wie­szo­nej nań huś­taw­ki, która ko­ja­rzy­ła się Lo­ren­zo z dzie­ciń­stwem. Moim ulu­bio­nym drze­wem był jed­nak za­wsze fi­go­wiec, który rósł za ga­ra­żem, w miej­scu naj­bar­dziej na­sło­necz­nio­nym i su­chym. To po nim się wspi­na­łem - na samym czub­ku owoce były naj­słod­sze. Pa­ko­wa­łem je do ple­ca­ka, a póź­niej da­wa­łem mamie, a ona przy­go­to­wa­ła fi­gów­kę, którą za­cho­wy­wa­ła na spe­cjal­ne oka­zje. Tuż za na­szym domem rosły ole­an­dry, któ­rych za­pach za­wsze mo­ty­wo­wał mnie do wsta­nia z łóżka. Były to nie­wy­so­kie krze­wy o kwia­tach ró­żo­wych bądź bia­łych, które wy­peł­nia­ły po­wie­trze słod­kim za­pa­chem śmier­ci. Przy­wo­dził on na myśl panie z te­le­wi­zo­ra, z wy­szmin­ko­wa­ny­mi usta­mi i ostrym ma­ki­ja­żem, które oka­zy­wa­ły się być płat­ny­mi mor­der­ca­mi.

Zobacz. W tym fragmencie użyłeś tego słowa, w różnych formach, aż 7 razy. Postaraj się na przyszłość to zmienić.

A teraz a propos przerostu formy nad treścią. Przytoczę jeden fragment, który wybrałem przypadkowo:
Cytat:
Do­ty­ka­łem szorst­kie­go obi­cia; czu­łem in­ten­syw­ny za­pach zgni­li­zny i wil­go­ci, po­mie­sza­nej z odo­rem zwie­trza­łych ubrań, nie wie­dząc, że ta woń bę­dzie mnie na­wie­dzia­ła jesz­cze przez dłu­gie lata, ni­czym duch, któ­re­go mo­żesz zła­pać w nie­roz­sąd­nie ku­pio­nej za­baw­ce na pchlim targu. Trwa­ło to dłuż­szą chwi­lę, ale moja pa­mięć sku­tecz­nie wy­tę­pi­ła wszyst­kie zmy­sły, które pró­bu­ję uwol­nić z chłop­ca, który jesz­cze teraz sie­dzi w za­bi­tej de­cha­mi cha­cie zwa­nej umy­słem. Je­dy­ne, co mogę od­two­rzyć, to ko­lo­ry - pasek żółci, który nie­dba­le rzu­ca­ło słoń­ce na prze­ciw­le­głą ścia­nę, sza­rość pod­ło­gi i biel sza­fek. Kiedy de­li­kat­nie za­my­ka­łem oczy, pod po­wie­ka­mi tań­czy­ły różne od­cie­nie po­ma­rań­czu, kiedy za­ci­ska­łem je moc­niej, wi­dzia­łem tylko pur­pu­rę. Jako dziec­ko za­wsze mia­łem pro­ble­my ze za­śnię­ciem, szcze­gól­nie w ciem­no­ści, kiedy wy­da­wa­ło mi się, że widzę białe plamy, które wy­da­wa­ły się spły­wać po gał­kach ocznych, aby zaraz potem po­ja­wić się z po­wro­tem, nie­spo­dzie­wa­nie. Był to hor­ror rodem z ob­ra­zu Kan­din­skie­go - bo­ho­ma­zy, rzu­co­ne nie­dba­le, spę­dza­ją­ce sen z po­wiek.

Oprócz tego, że w tym fragmencie masz znów 5 powtórzeń z "który", to własnie jest tu dla mnie za dużo formy. Można by było to opisać połową tych słów, a sens i treść pozostałaby taka sama.

A teraz błędy:
Cytat:
Nie mia­łem już sił, ale mama wciąż po­wta­rza­ła, że za nie­dłu­go bę­dzie­my na miej­scu

To nie jest wielkie halo, ale ja pominąłbym słowo "za".

Cytat:
Jej dłoń była mokra, drża­ła, a jed­no­cze­śnie jej uścisk za­wie­rał w sobie za­pew­nie­nie, że to jest to miej­sce.

Osobiście pominąłbym drugie "jej". Poradniki zalecają, aby unikać niepotrzebnych zaimków, szczególnie tych osobowych.

Cytat:
Jej ma­ki­jaż błysz­czał w świe­tle lamp, wy­mie­rzo­nych w niej jak zło­wróżb­ne ar­ma­ty, go­to­we ro­ze­rwać jej ma­lut­kie ciał­ko na ka­wał­ki.

Nie wiem, czy o to chodzi w tym zdaniu, ale jeśli tak, to są tu dwa błędy: Po pierwsze powinno być "w nią jak...", a po drugie, "gotowych rozerwać...".

A tak to gratuluję tekstu, bo mimo iż mnie się nie za bardzo podoba, to wiem, że to kawał dobrej roboty.

Pozdrawiam
Jarevas dnia 01.08.2018 23:00
Dzięki, Antoni, za komentarz.
Zgadzam się, że to już subiektywny gust. Ja osobiście kocham kwieciste słownictwo i rozbudowane zdania, wydaje mi sie ze odziedziczyłem to po moim ulubionym autorze, Marquezie i pewnie zainspirowalem sie tez Saramago :).
Co do powtórzenia słowa "który" - zauważyłem to, ale jakos trudno mi bylo pozbyc sie tego slowa,aby sens pozostal ten sam. Postaram się na przyszlosc omijac zaimki, taki moj wlasny challenge :)
Z góry przepraszam za bledy,pisze z telefonu. Dzieki, ze wpadles :)
AntoniGrycuk dnia 01.08.2018 23:16
To może coś zaproponuję. Wiem, że to mój autorski pomysł, może nie do końca przemyślany i sensowny, ale chcę Ci pokazać, jak można zastąpić słowo "który".
Cytat:
Była też i wi­śnia, która jed­nak nie­mal nigdy nie kwi­tła, a nie ścię­to jej tylko z po­wo­du za­wie­szo­nej nań huś­taw­ki, która ko­ja­rzy­ła się Lo­ren­zo z dzie­ciń­stwem. Moim ulu­bio­nym drze­wem był jed­nak za­wsze fi­go­wiec, który rósł za ga­ra­żem, w miej­scu naj­bar­dziej na­sło­necz­nio­nym i su­chym. To po nim się wspi­na­łem - na samym czub­ku owoce były naj­słod­sze. Pa­ko­wa­łem je do ple­ca­ka, a póź­niej da­wa­łem mamie, a ona przy­go­to­wa­ła fi­gów­kę, którą za­cho­wy­wa­ła na spe­cjal­ne oka­zje. Tuż za na­szym domem rosły ole­an­dry, któ­rych za­pach za­wsze mo­ty­wo­wał mnie do wsta­nia z łóżka. Były to nie­wy­so­kie krze­wy o kwia­tach ró­żo­wych bądź bia­łych, które wy­peł­nia­ły po­wie­trze słod­kim za­pa­chem śmier­ci. Przy­wo­dził on na myśl panie z te­le­wi­zo­ra, z wy­szmin­ko­wa­ny­mi usta­mi i ostrym ma­ki­ja­żem, które oka­zy­wa­ły się być płat­ny­mi mor­der­ca­mi.

Zapiszę ten fragment po swojemu:

Była też nigdy niekwitnąca wiśnia, a nie ścięto jej tylko z powodu zawieszonej nań huśtawki, kojarzącej się Lorenzo z dzieciństwem. Moim ulubionym drzewem był zawsze jednak figowiec rosnący za garażem, w miejscu najbardziej nasłonecznionym i suchym. To po nim się wspinałem - na samym czubku owoce były najsłodsze. Pa­ko­wa­łem je do ple­ca­ka, a póź­niej da­wa­łem mamie, a ona przy­go­to­wa­ła zachwycającą na spe­cjal­ne oka­zje figówkę. Tuż za na­szym domem rosły ole­an­dry motywujące mnie swoim zapachem do wsta­nia z łóżka. Były to nie­wy­so­kie krze­wy o kwia­tach ró­żo­wych bądź bia­łych, wypełniąjące po­wie­trze słod­kim za­pa­chem śmier­ci. Przy­wo­dził on na myśl panie z te­le­wi­zo­ra, z wy­szmin­ko­wa­ny­mi usta­mi i ostrym ma­ki­ja­żem, które oka­zy­wa­ły się być płat­ny­mi mor­der­ca­mi.

Zostawiłem tylko jedno "które". Owszem, wiem, że zmieniona konstrukcja: "zachwycającą na specjalne okazje figówkę" jest szczególnie pokraczna, ale właśnie chodziło mi o to, że można zastąpić słowo "który" innymi formami, a nie o poprawność czy styl.

Powodzenia i jeszcze raz gratuluję.
Jarevas dnia 01.08.2018 23:27
Na pewno wezmę Twoje rady do serca :)
Dzięki, rzeczywiście lepiej to brzmi :)
Darcon dnia 02.08.2018 12:12
Przeczytałem gdzieś do połowy, Jarevasie. Mam podobne odczucia, co Antoni. Widzisz, ja lubię formę, nawet bardzo, ale wszystko ma swoje miejsce. Gdybyś napisał utwór czysto o uczuciach, emocjach, powiedzmy o miłości, czy tęsknocie, to owszem, chętnie bym poczytał. Ale opowiadasz konkretną historię, w której forma całkowicie przysłania treść. Nie angażuję się emocjonalnie, nie identyfikuję z bohaterami, ot czytam piękny obrazek.
Myślę, że jest w tej historii zbyt dużo formy, bo ze wszystkim można przedobrzyć, a brak szarości, czystej treści, tak dla równowagi.
Polecam Ci opowiadania Edmunda de Amicisa tzw. opowiadania miesięczne, a zwłaszcza utwór "Od Apeninów do Andów". Skojarzył mi się z Twoją opowieścią, to utwory kierowane do dzieci, ale bardzo piękne. Będziesz mógł porównać sobie ilość formy do treści.
Pozdrawiam.
Jarevas dnia 02.08.2018 13:35
Dzieki, Darcon, na przyszlosc postaram sie nie przesadzac z forma.:) Na pewno przeczytam! :)
Wydaje mi sie, ze mimo wszystko druga czesc ma w sobie mniej "formy" :).
Pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
mike17
13/12/2018 17:38
Wiersz kładą rymy gramatyczne i to nie zawsze nawet… »
Zola111
13/12/2018 17:23
Retro, bardzo piękna opowieść o siostrzanej miłości.… »
Marian
13/12/2018 16:56
Dziękuję Mike17 za odwiedziny i miły komentarz. Chata… »
viktoria12
13/12/2018 13:21
Tu je jesce, Mocium Panie, brak przecinka przed: ,,… »
czarnanna
13/12/2018 13:05
Przeczytałam z przyjemnością. Jestem pewna, że każdy… »
pociengiel
13/12/2018 11:34
Dawniej pisano romanse - teraz harleqiny, śpiewano po… »
MarcinD
13/12/2018 08:41
Dziękuję za szczególiki, które mi umknęły ;-). Rzeczywiście… »
allaska
13/12/2018 08:28
Gdyby teksty literackie miały świadomość swoich uczuć, ten… »
kmmgj
12/12/2018 22:29
Uwagi wydają mi się bardzo celne. Wezmę je pod rozwagę.… »
czarnanna
12/12/2018 22:22
Bardzo mi się podobało :) Twój styl pisania mocno przypadł… »
Vanillivi
12/12/2018 21:50
Kmmgj, moim zdaniem ten tekst o wiele bardziej dawałby do… »
Ananke
12/12/2018 21:10
oj tam, zaraz do młodszego ;) To trzeba czytać jako… »
Gramofon
12/12/2018 21:06
Nic mnie nie ugryzło. Jestem szczery i tyle. Jest to nie… »
Ananke
12/12/2018 21:02
a co Ciebie Gramofon ugryzło?, toż napisałam, że i ona,… »
Gramofon
12/12/2018 20:55
Wszystko po kolei. To nie jest stare porzekadło, tylko tak… »
ShoutBox
  • Zola111
  • 13/12/2018 17:11
  • Liliium! Jak długo Cię nie było!
  • liliium
  • 13/12/2018 15:35
  • Wyproszone się nie liczy. Jest tu kto znajomy jeszcze? Czy same nowe twarze? :p
  • liliium
  • 13/12/2018 07:09
  • Nie było mnie tyle czasu i nikt nie przywita??
  • Zola111
  • 13/12/2018 01:35
  • Głosujmy do 15 grudnia!
  • Zola111
  • 12/12/2018 21:41
  • oj tam, głosujmy!
  • Gramofon
  • 12/12/2018 21:15
  • Bo głosowanie skończyło się dwa dni temu. ;]
  • Zola111
  • 12/12/2018 21:12
  • Czy już zagłosowałeś na Zaśrodkowanie#29? Nie? A dlaczego?
  • Zola111
  • 12/12/2018 00:46
  • Jolu S. Niczyjko, sprawdzacie się na medal. Dzięki i oczekiwania na twórczość do nowej edycji Wirtajek.
Ostatnio widziani
Gości online:17
Najnowszy:mlodepioro
Wspierają nas