Naprawiaczka ludzkich dusz - puma81
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Naprawiaczka ludzkich dusz
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

  Filiżanka kawy o poranku... gdy świat budzi się do życia i nawet ponury świt może być początkiem całkiem przyjemnego dnia. A ona... niepowtarzalna w smaku, świeżo zaparzona i gorąca nęci zmysły bajecznym zapachem. Wtedy ma dla nas ogromną wartość, wręcz mentalną. Jednak, gdy postoi dłużej w przezroczystym dzbanku i ostygnie, niechybnie utraci swój niesamowity aromat, a razem z nim cały urok. Podobnie rzecz się ma z ludzkim życiem, najlepiej smakuje „na gorąco”. Taka oto myśl towarzyszyła Malinie podczas ostatniej wizyty u fryzjera, kiedy dała namówić się na wygolenie do zera prawie połowy, dokładnie jednej trzeciej swojej głowy. Efekt końcowy bardzo jej się spodobał, fryzura pasowała do drobnej twarzy i porywczego charakteru, dlatego spoglądając w lustro, odetchnęła z ulgą, tym razem impulsywność nie wyprowadziła jej na manowce. Zadowolona wślizgnęła się w czarną skórzaną marynarkę, wyświergotała radosne „do zobaczenia niebawem” i włączyła się w ruch chodnikowy.
    Jako nastolatka czasami próbowała wtopić się w tłum, idąc równym rytmem, czyli tak, jak większość ludzi i gapiąc się na własne stopy, w mniemaniu Maliny bardzo przyjemnym doznaniem byłoby chociaż na moment stać się niewidzialną. Jednak jej przejaskrawiona powierzchowność, ekspresyjne zachowanie i specyficzne sploty okoliczności nie stwarzały takowej możliwości, w efekcie Malina zawsze była widoczna, nawet, gdy tego nie chciała. Posiadała także wyjątkową umiejętność szybkiego wpadania w tarapaty. Jeżeli wydarzyło się cokolwiek o negatywnym wydźwięku, a Malina akurat była w pobliżu albo nie daj Boże w samym centrum zdarzeń, w dziewięciu na dziesięć przypadków uznawano ją za winną zaistniałej sytuacji.
   Ludzie, z którymi miała jakąkolwiek styczność, począwszy od wychowawców i nauczycieli a na sklepikarzach i przechodniach kończąc, z niewiadomych powodów właśnie w Malinie upatrywali przyczyny wszelakich nieszczęść. Miała w sobie magnes przyciągający ludzką wrogość i negatywne myśli. Może, gdyby powierzchowność Maliny była niewinna i słodka, jej życie stałoby się mniej kolizyjne. Czerwonowłosa dziewczyna z dziesiątką srebrnych kółeczek w każdym uchu i mieniącej się obrączce na wardze nie wzbudzała ani zaufania, ani litości. Stereotypy myślowe często przeobrażały Malinę w kozła ofiarnego, idealnie pasującego do roli sprawcy czynu zabronionego.
   Malina spędziła całą wieczność przed drzwiami własnego mieszkania, usiłując w nieprzeniknionych ciemnościach znaleźć klucz, dzięki któremu mogłaby dostać się do środka, a miała ich co najmniej kilkanaście. W całej kamienicy nie było prądu, robotnicy wiercąc kolejną dziurę w ścianie, przecięli główny przewód i nic nie wskazywało na szybkie usunięcie usterki. Zza zamkniętych drzwi wydostawał się przeciągły jęk dzwoniącego telefonu i swoją uporczywością drażnił ucho Maliny. Przy ostatniej próbie sforsowania zamka, tuż przed gradem kopniaków, jaki miał spaść na nieruchome drzwi, trafiła na właściwy klucz. T-shirt nieprzyjemnie przykleił się do spoconych pleców Maliny, co tylko potęgowało jej irytację. Zamknęła drzwi, z ulgą odgradzając się od mroku klatki schodowej i… stanęła w równie ciemnym przedpokoju… przecież nie było prądu do cholery. Nie widziała nic oprócz czerwonego światełka wciąż dzwoniącego telefonu. Chwyciła słuchawkę i krzyknęła:
   - Słucham!
Rozmówcę najwyraźniej spłoszył rozsierdzony ton głosu Maliny, dlatego w odpowiedzi usłyszała przeciągłe yyy, po czym zaległa cisza.
   - Słucham... – powtórzyła już nieco spokojniej, starając się zachęcić kogoś, kto tak niestrudzenie dzwonił przed dobry kwadrans, do wydobycia z siebie większej ilości głosek.
   - Kochanie... cześć – po drugiej stronie słuchawki rozległ się rozedrgany głos matki Maliny.
   Lidia miała pięćdziesiąt pięć lat i pracowała w biurze dużej firmy produkującej zabawki. Była osobą rozchwianą emocjonalnie i z zasady przez nią samą ustalonej nigdy nie mogła zaznać radości oraz zadowolenia. Droga życiowa, którą bez sprzeciwu pozwoliła się prowadzić, do łatwych zdecydowanie nie należała, jednak Lidia nie miała odwagi zboczyć z trasy. 
    - Mamo... to ty... przepraszam, ale dopiero weszłam...
  - Mogę zadzwonić później, kochanie, to nic ważnego... - Malina spodziewała się wysłuchać arcyważnego komunikatu po tej telefonicznej tyradzie, myślała, że ludzkość jest zagrożona, że tylko w niej jedynej nadzieja na lepsze jutro, a tutaj nic ważnego. 
   - Nie... mamo mów, mogę rozmawiać. – Malina wykonała dwa kroki w tył i wpadła w najwygodniejszy fotel świata.
  - Chciałam tylko zapytać, czy byłaś już u fryzjera... - Głos Lidii zawsze brzmiał nienaturalnie, gdy próbowała rozpocząć rozmowę, która jak później się okazywało, nie miała zupełnie sensu. Natomiast Malina za każdym razem wierzyła, że będzie inaczej, że nie odłoży słuchawki przygnieciona poczuciem winy, że w osobie po drugiej stronie odnajdzie większy zapas siły, niż sama posiada. Zaczęło się jak zwykle, ale nie potrafiła nie dać tym rozmowom szansy.
  - Byłam i jestem zadowolona... chhh... – Głos Maliny zastygł w przestrzeni telefonicznej zafiksowany na jednej głosce, przytłoczony strzępkami wyrazów, jakie w roztargnieniu zaczęła wyrzucać z siebie Lidia.
   - A jak... to... Aha... fry... Aha... Aaa 
  - ...część mojej głowy jest łysa. – Malina ze stoickim spokojem dotknęła dłonią skóry w miejscu, w którym jeszcze niedawno wiły się loki. Lidia zawsze przerywała jej w połowie zdania tak, jakby była zaprogramowana na możliwość wysłuchania jedynie do pięciu wyrazów naraz.
  - Aha... czyli wyglądasz jak punk, albo kryminalistka. – Roześmiała się nerwowo, chcąc przepoczwarzyć złośliwą uwagę w niewinny żart.
  - Coś w tym stylu – odparła spokojnie Malina. – A co u ciebie?
  - A nic... to co zawsze... co u mnie może się wydarzyć ciekawego? Nic niewarte to życie. Tata do mnie nic nie mówi, gapi się w telewizor... tak, tak, ty stary pryku, o tobie mówię! - Lidia najwyraźniej odwróciła głowę w kierunku osoby zainteresowanej, która akurat weszła do pokoju, usłyszała komentarz na własny temat i udzieliła zwrotnego.
    Po krótkiej pauzie Lidia rzuciła jeszcze w kierunku męża kilka niewybrednych epitetów, po czym, jak gdyby nigdy nic, wróciła do rozmowy z córką. Malina miała wrażenie, że przez słuchawkę sączy się szambo i napełnia jej głowę. Wiedziała, że między rodzicami od dawna nie układa się najlepiej, że ojciec znowu zaczął zaglądać często do kieliszka, a matka, idąc przez swoje nędzne życie, zostawia ślady pełne żalu i beznadziei. Lidia wysysała z niej resztki optymizmu. Nieświadomie zazdrościła każdemu, kto miał w sobie chociażby odrobinę radości, a kiedy już zwęszyła karmę, przystępowała do zmasowanego ataku.
  - Mówisz, że fryzura w porządku, ale i tak powinnaś iść do mojego. Może, jak w końcu nas zaszczycisz swoja obecnością, to pójdziesz do fryzjera, przydałby się też dentysta, no i ten nieszczęsny neurolog! Wiesz, o czym mowa?!
   - Tak, tak... nn... – W tym momencie Malina zgodziłaby się nawet na trepanację czaszki, byleby nie wyprowadzić matki z równowagi, a co za tym idzie również i siebie.
   - Zawsze tak mówisz, w ogóle ci nie wierzę! - Lidia stawała się coraz bardziej agresywna w swoich wypowiedziach. - Nie potrafisz sama o siebie zadbać... A co powiedziała fryzjerka na wybór fryzury?
   - To ona ja zaproponowała, www... - Malina miała ochotę zakończyć tą przemiłą pogawędkę, dlaczego na miłość boską powiedziała, że może rozmawiać?
   - Jakaś dziwna... wygoliła ci całą głowę a ty jesteś zadowolona! Kiedy w końcu znormalniejesz? – Malina czuła, jak pytanie, będące wyrazem bezgranicznej i nieskażonej złem tego świata matczynej miłości, wywierca w jej sercu kolejną dziurę, przez którą lada moment wyciekną zapasy pewności siebie, skrzętnie gromadzonej od ostatniej uroczej rozmowy z Lidią.
   - Mamo, muszę kończyć, ktoś puka do drzwi… pa. – Nie czekała na odpowiedź, wcisnęła po prostu magiczny guziczek, który wyrwał ją ze zrujnowanego przez wojnę domową królestwa Lidii, może jeszcze uda się wyjść z tego bez szwanku ,odpędzając czym prędzej matczyne demony.
   Malina odłożyła słuchawkę na miejsce. Wygrzebała z szuflady, służącej za przejściową przechowalnię rzeczy zużytych i niepotrzebnych, złamanego na pół papierosa. Wrzuciła go tam kilka tygodni temu, kiedy podjęła kolejną próbę wyjścia z nałogu, jako przedmiot, który z pewnością już się nie przyda. Żyła w przeświadczeniu, że gdy nadejdzie dzień opróżnienia wypchanej po brzegi szuflady, jej włosy w dalszym ciągu będą pachnieć owocowym szamponem, ubranie płynem do płukania, a prawa dłoń kremem, natomiast złamany papieros wyląduje w śmietniku pośród gnijących resztek jedzenia, razem z całą resztą rzeczy zużytych i niepotrzebnych. Pieprzyć to… Oderwała dyndającą część papierosa, a drugą połowę, tę z filtrem, włożyła do ust. Zapalniczka, gdzie jest zapalniczka? Znalazła ją obok kuchenki. Na moment mały płomyk rozjaśnił mrok wokół posępnej twarzy Maliny. Łapczywie wciągnęła dym, po czym przez, targana gwałtownym kaszlem, o mało nie wypluła podrażnionych płuc.
   Wrzuciła niedopałek do zlewu i odkręciła wodę. Papieros zasyczał niczym przestraszone zwierzę, a po chwili żarzący się punkcik utonął w ciemności. Zgasł podobnie jak cały optymizm Maliny, który, nim przerwała połączenie, został wessanym przez słuchawkę telefonu i iskrząc, pognał po łączach do odbiorcy, a ten potrzebował cały ogrom skradzionego innym szczęścia, by poczuć się odrobinę lepiej.
  Ogromne zmęczenie opanowało Malinę. Powłócząc nogami, dotarła do wnęki salonu oddzielonej od reszty pomieszczenia granatową kotarą. Urządziła tam prowizoryczną sypialnię, upychając gruby materac i montując naokoło niego listwę z małymi lampkami. Na nocną szafkę niestety nie starczyło już miejsca. Zasnęła w oka mgnieniu, jak tylko jej bezwładne ciało dotknęło pościeli...

   Malina podążała w dobrze znane sobie miejsce, zawsze rozpoczynała wędrówkę od odwiedzin osoby, od której nauczyła się szczerze śmiać. Mimo że wizyty sprawiały jej ból nie mogła sobie ich odmówić, musiała nasycić oczy jego widokiem. Śródmieście... najstarsza zabytkowa część, pamiętająca szczęk krzyżujących się szabel i tętent końskich kopyt, szlachetna niczym diament, miejskie serce przepompowujące municypalny brud jak zatrutą krew, by skierować ją na jasne tory, tam gdzie wchłonie tlen i znowu stanie się wartościowa.
   Mieszkanie znajdowało się na poddaszu jednej z kilkudziesięciu zabytkowych pastelowych kamienic. Okna sypialni i salonu wychodziły na brukowaną spokojną uliczkę, natomiast okna wmontowane w dach były jak kwadratowe kawałki nieba, z którego nocą gwiazdy łypały czujnym okiem na lokatorów a za dnia lał się błękit albo stalowe chmury. Był w kuchni... wysoki mężczyzna mocnej postury, po trzydziestce. Na ogolonej głowie zaczynały odrastać ciemne włosy dokładnie zaznaczając granicę, do której udało mu się w tym wieku wyłysieć. Malina uwielbiała godzinami wpatrywać się w jego łagodną twarz. Mężczyzna już samym faktem, że był, poruszał się, wykonywał codzienne czynności, studził jej porywczy temperament, napełniał głowę wyobrażeniami o lepszym jutrze. Stała tuż za nim kreśląc dłońmi kształt ukochanej sylwetki. Otoczyła ją delikatna dobrze znana mgiełka ciepła przebijającego się przez cienką bawełnianą koszulkę, którą miał na sobie. Jego ciało zdawało się być wiecznie rozgrzanym bezwonnym piecem, bezustannie produkującym energię nie wydzielając przy tym żadnego charakterystycznego zapachu, a jej nadwyżką obdzielało otoczenie.
   Po raz pierwszy poczuła go przy sobie w szpitalu, gdy wybudzał ją z narkozy. Malina przeszła skomplikowaną operację lewego barku, który rozsypał się w drobny mak w wypadku samochodowym, a Adam był jej lekarzem prowadzącym. Widywała go codziennie przez miesiąc i mimo bólu związanego z obrażeniami jakich doznała, pobyt w szpitalu stał się najczęściej przywoływanym przez Malinę wspomnieniem. Zasypiała rozgorączkowana i jedyne czego chciała to, żeby jak najszybciej przywitać dzień z jego imieniem na ustach.
   Najbardziej elektryzujące dla Maliny były nocne dyżury Adama, które na nieszczęście wypadały bardzo rzadko. Wtedy miała go przez kilka godzin tylko dla siebie. Prowadzili długie pasjonujące rozmowy, żartowali albo po prostu milczeli wpatrując się w ciemność za oknem. Malina wyobrażała sobie wtedy, że znajdują się wewnątrz wypełnionego światłem balonu a naokoło nich nie ma żywej duszy tylko zżarty przez mrok wszechświat. Nikt do tej pory nie zmusił Maliny do tak szczerych wyznań i zwierzeń, nikomu prócz Adama nie udało się sforsować grubego muru dodatkowo, tak dla zachęty, okraszonego gęstym drutem kolczastym. Jej rogata dusza kuła ludzkie serca i uwierała sumienia. Adam zdawał się tego nie zauważać, jego oczy były jedynym lustrem, w które Malina mogła spojrzeć bez obawy. Widziała siebie piękną i mądrą, wolną od snujących się za nią cieni. Malina głęboko wierzyła, iż Adam odwzajemnia jej uczucie, mimo że ani razu nie sprowokował na tyle intymnej sytuacji by doszło między nimi do czegoś więcej niż zażyłej rozmowy. Rozumieli się bez słów, często zaczynali mówić w tym samym momencie, ich dłonie spotykały się w jednym miejscu, gdyż zazwyczaj obydwoje sięgali po ten sam przedmiot. Malina przyrzekła sobie, że odmieni swoje życie, stanie się lepszą osobą, bardziej akceptowalną dla świata, że nigdy więcej nie zajrzy do niczyjej głowy, nie naprawi żadnej duszy i nikomu nie wymierzy kary. Będzie wiodła spokojny, normalny żywot u boku jedynego człowieka, którego względy udało jej się zaskarbić.
   W dniu wypisu pełna optymizmu nacisnęła klamkę jego gabinetu. Scena, którą ujrzała wbiła się głęboko w jej serce niczym strzała, a przez kilka następnych miesięcy mozolnie wyciągany grot pozostawił po sobie poszarpaną bliznę. Adam trzymał w objęciach wysoką szczupła kobietę o długich kasztanowych włosach, których naturalny blask rozjaśniły jeszcze bardziej poranne słoneczne promienie wpadające przez szeroko otwarte okno. Oboje jak w zwolnionym tempie odwrócili głowy i z niechęcią spojrzeli w kierunku intruza. Jednak na widok Maliny Adam uśmiechnął się promiennie:
- Oto i moja ulubiona pacjentka! - złapał kobietę za rękę i razem podeszli do biurka, – Wejdź! Przedstawiam Ci moją ulubioną żonę! - zabawa słowem w wykonaniu Adama wywołał u Maliny silny skurcz żołądka, miała ochotę zapaść się pod ziemię i już nigdy stamtąd nie wygrzebać.
   Myśli mknęły przez głowę Maliny z prędkością światła. Zrozumiała, że nie może pozwolić by prawda o jej uczuciach względem Adama wyszła na jaw, nie teraz, nie w takiej sytuacji. Kim byłaby wówczas w oczach Adama i jego żony? Zwichrowaną pacjentką, która zakochała się w swoim lekarzu, tylko dlatego, że okazał jej odrobinę sympatii, czyli zrobił coś, czego nikt wcześniej nie chciał albo nie miał odwagi zrobić. Malina z ogromnym wysiłkiem odwzajemniła uśmiech:
   - Bardzo mi miło, jestem Malina – wyciągnęła dłoń w kierunku kobiety łypiącej na nią podejrzliwie.
   - Sonia... żona Adama – dwa ostatnie słowa wypowiedziała bardzo głośno i wyraźnie, po czym przyłożyła, gdyż trudno było nazwać ten dziwaczny ruch uściskiem, swoją dłoń do kościstej dłoni Maliny i natychmiast przyciągnęła rękę z powrotem do ciała.
   - Przepraszam, ze wam przeszkodziłam. Potrzebuję tylko teczki z dokumentacją i twojego autografu... i już mnie nie ma - Malina posłała obojgu najradośniejszy uśmiech ze swojego nowego repertuaru uśmiechów stworzonych przez Adama. Mężczyzna wygrzebał spomiędzy piętrzących się na biurku kolorowych teczek tę najgrubszą, otworzył, dokładnie przejrzał, po czym podpisał zgodę na wyjście ze szpitala i wręczył wszystko Malinie.
   - Odezwij się czasem, daj znać jak przebiega rehabilitacja i ...tak w ogóle co u ciebie – powiedział łagodnie. Przez moment jego oczy stały się dla Maliny przezroczyste, ujrzała to, co skrywał za zasłoną rozpromienionej twarzy, dotarły do niej słowa, których nie mógł wypowiedzieć na głos. Spotkaliśmy się w złym momencie, moje serce należy do innej kobiety, przez cały czas traktowałem cię i w dalszym ciągu będę traktował jak koleżankę, przyjaciółkę...miedzy nami do niczego nigdy nie dojdzie...
   - Jasne... - odpowiedziała dając tym samym Adamowi jasno do zrozumienia, że uchwyciła sens jego przekazu, – Dzięki za wszystko i do zobaczenia...miło było cię poznać Soniu.
    Malina przemierzając szybkim krokiem odległość dzielącą ją od wyjścia z gabinetu miała wrażenie, że te kilka metrów wydłuża się w nieskończoność, a ona zamiast przybliżać oddala się od drzwi.
   Ciężko sapiąc wypadła na głośny szpitalny korytarz i czym prędzej złapała za poluzowana klamkę mając cichą nadzieję, że trzask zamykanych drzwi niczym czarodziejskie dotknięcie różdżki wymaże z jej pamięci czarne oczy Adama, jego miękkie dłonie i wszystko z nim związane. Niestety tak się nie stało. Malina opuszczając szpitalne mury niosła w sobie ziarenko, które puściło już pędy z każdą chwilą wdzierające się coraz głębiej w jej duszę. Wiedziała, że będzie cierpieć...
    Adam zastygł na moment z nożem do siekania w ręku, po czym powoli odwrócił głowę i spojrzał niepewnie za siebie. Wyraźnie poczuł na plecach delikatny ruch powietrza o zdecydowanie niższej od tej panującej w pomieszczeniu temperaturze. Gdyby Malina jeszcze tam była i gdyby zabrała z sobą własne ciało, zamiast nieruchomych oczu wesołych warzyw na kafelkach napotkałby jej stalowy stęskniony wzrok. Tymczasem Malina sunęła wąskimi miejskimi uliczkami starając się wmówić sobie, że wcale nie kocha mężczyzny o imieniu Adam...
  Blok stał na rogu ulicy i wyglądał, niczym dogorywający żebrak w porwanych łachmanach. Obdrapane ściany, odpadający tynk i stare lampy, których większość była albo stłuczona albo całkowicie oblepiona od wewnątrz szczątkami zaschniętych much, przywodziły na myśl ruiny zbombardowanego miasta, a pozagarniane do kątów ludzkie fekalia wypełniały stojące powietrze oddechem ścieku kanalizacyjnego. Na pierwszym piętrze w małym cuchnącym alkoholem i rozkładająca się krwią, której krople ześlizgnąwszy się z metalowej igły wsiąkały każdego dnia w kudłaty dywan, mieszkała matka dziesięcioletniej Alicji. Kobieta siedziała na brudnej kanapie, miała zamknięte oczy, a jej ciało kiwało się to w jedną to w druga stronę. Za każdym razem gdy tułów dotknął zaplamionej narzuty kobieta przytomniała na moment i siadała wyprostowana jakby ktoś włożył jej w plecy kij od szczotki. Jednak po chwili nie mogąc powstrzymać opadających powiek ponownie zamykała oczy i przechylała w którymś kierunku. Malina widziała już setki jeżeli nie tysiące ludzkich wraków, spustoszonych przez narkotyki i zazwyczaj nie zadawała sobie trudu, by wyprowadzić ich ze stanu, do którego sami się doprowadzili. Jednak z tego żywego trupa musiała wykrzesać jeszcze odrobinę życia, dosłownie na kilka, może kilkanaście dni, a później może zdechnąć...
   Znalazła się w pomieszczeniu o przeżartych pleśnią ścianach, cała podłoga pokryta była strzykawkami, igłami, przypaloną folią aluminiową i sczerniałymi łyżeczkami. W każdej narkomańskiej głowie jest to samo, pomyślała Malina i ruszyła wprost na jedną z obślizgłych ścian. Przeniknęła przez nią bez większego wysiłku. Interesowały ją tylko i wyłącznie wspomnienia. Grzebała w pamięci kobiety niczym w kufrze pełnym niepotrzebnych rupieci wymieszanych z bezcennymi skarbami. Znalazła... pierwszy strzał, nawet całkiem niedawno. Namówił ją mężczyzna o posiniałej szerokiej twarzy z zapadniętymi oczami, w których czaiła się nienawiść do całego żywego świata, nienawiść człowieka bezsilnego stojącego na skraju własnej egzystencji. Przyświecał mu tylko jeden cel...zwabić jak najwięcej zagubionych dusz, wetknąć w dłonie ich cielesnych pieleszy strzykawki pełne śmierci i patrzeć jak krwiożerczy mrok krążąc w żyłach tłamsi płomień ich życia. Malina wyrwała z pamięci kobiety wspomnienie tępego ukłucia igły mieniącej się w ostatnich promieniach zachodzącego słońca, niczym stare niechciane zdjęcie z rodzinnego albumu. Potem usunęła kolejne, potem kolejne... aż dotarła do ostatniego, sprzed kilkudziesięciu minut, świeżego jak poranna rosa obrazu, na którym farba nie zdążyła jeszcze zastygnąć. Po chwili pamięć kobiety była wolna od trawiącej ją zgnilizny, czysta i gotowa do ponownego zapełnienia powstałych luk. Malina uzupełniła je wspomnieniem osoby, której pozostało bardzo mało czasu, by dotknąć marzeń i nacieszyć się naprawioną mamą...
   Wróciła do mieszkania narkomanki wczesnym rankiem z kieszenią pełną buteleczek z metadonem w syropie. Zastała kobietę dokładnie w tym samym miejscu, w którym leżała wczorajszego wieczora, gdy Malina opuszczała tą brudna norę. Jej spustoszone trzeźwiejące ciało, niczym wierzbową gałązkę, wyginały silne konwulsje, gałki oczne nerwowo kręciły się w oczodołach jakby chciały przewiercić czaszkę na wylot, a usta wydawały dźwięki przypominające bełkot zamroczonego alkoholem człowieka. Malina za pomocą strzykawki doustnie zaaplikowała kobiecie odpowiednio dużą dawkę przyniesionego ze sobą medykamentu, by przetrwała w nieświadomości najgorszy dla jej organizmu moment. Niedługo pozwoli narkomance się obudzić.. .kobieta otworzy oczy i natychmiast poczuje olbrzymie zniszczenie własnego ciała, ale nie przypomni sobie co jest jego przyczyną. Malina wszystko jej wytłumaczy... w taki sposób, że od tego momentu jedyną myślą zaprzątającą matczyną głowę będzie Alicja...
   - Dobra, co trzeba zrobić? - Malina usłyszała za sobą ciężki ołowiany głos. Karol stał w progu i mętnym wzrokiem wodził po ścianach próbując zgadnąć jaki miały kolor dawno temu tuż po malowaniu.
   - Posprzątać tą melinę, położyć jasną tapetę, a w pomieszczeniu obok urządzić pokój dzie...dziecięcy...skromny, bo tylko na parę... dni... - ostatnie słowa wypowiedziała bardzo ostro próbując tym zabiegiem zamaskować nagły przypływ smutku, po czym drżącymi rękoma nieudolnie podciągnęła nogawkę spodni i nerwowo wyszarpała zza długiej mocno obciskającej jej bladą nogę skarpety gruby plik banknotów, – Masz na ruchy... pamiętaj, żeby przyprowadzać do pomocy tylko sprawdzonych ludzi. Ćpunka nie powinna się obudzić, zresztą nie zwracaj na nią uwagi. Zajrzę wieczorem.
   Karol obrzuciwszy ją swoim mglistym i beznamiętnym spojrzeniem, zamknął pieniądze w ogromnej, owłosionej dłoni wyglądem przypominającej łapę goryla, po której przetoczył się ciężki walec rozpłaszczając ją do granic możliwości. Malina pomyślała, że z powodzeniem mogłaby służyć jako rakieta do tenisa, albo grabie do zagarniania siana. Karol został obdarzony gąbczastym ciałem zawieszonym na niezbyt wysokim, ale bardzo szerokim grubokościstym szkielecie, którego zwieńczenie stanowiła czaszka wielkości piłki lekarskiej. Jego sylwetka przywodziła na myśl człekokształtną małpę, zgarbioną i kuśtykającą na swoich krzywych krótkich nogach, które rozwinąwszy nieco prędkość sztywniały w stawach i kołysały tułowiem niczym morskie fale boją.
   Pochodził z szanowanej arystokratycznej rodziny, był jedynym synem państwa Marii i Rudolfa Szawrowiczów, więc siłą rzeczy pokładane w nim nadzieje od momentu narodzin rosły z każdym kolejno wziętym przez niego oddechem. Dziecko z piętnem wyjątkowości, co prawda mało urodziwe, wręcz szpetne, jednak dla arystokratycznej społeczności nie powierzchowność była najważniejsza tylko to co siedziało w środku tej na pierwszy rzut oka bezkształtnej masy, miało w przyszłości zostać sławnym uczonym, znakomitym lekarzem, adwokatem, albo kimkolwiek innym byle wybitnym. Rodzina wychodziła z założenia, iż tak unikatowe połączenie genów dwóch znamienitych rodów musi w konsekwencji zaowocować istotą obdarzoną umysłem doskonałym.
   Tymczasem chłopak nie zdradzał żadnych talentów, żadnych ponadprzeciętnych umiejętności, wręcz wydawał się znacznie odstawać poziomem inteligencji od rówieśników. Miał problemy z kojarzeniem, precyzyjnym wyrażaniem własnych spostrzeżeń, o ile w ogóle udało mu się takowe posiadać, nie potrafił myśleć logicznie i powiązać elementów jednego zbioru w całość. Wszystko to kładło się gęstym jak smoła cieniem na małżeńskim pożyciu państwa Szwrowiczów. Maria kochała chłopca miłością bezgraniczną, wolną od jakichkolwiek nierzeczywistych wyobrażeń na jego temat, a także przyszłości, której miał stać się częścią. Uważała, że na tym świecie jest miejsce zarówno dla ludzi światłych jak i dla tych o ograniczonych możliwościach umysłowych.
   Z kolei Rudolf wstydził się syna, wolał żeby w trakcie hucznych przyjęć czy spotkań rodzinnych, kiedy rezydencja była pełna ludzi, nie opuszczał swojego pokoju, a jeżeli już jakimś cudem Karol znalazł się wśród gości, dyskretnie prowadził go w najmniej oświetloną część sali bądź jadali i pod groźbą użycia kabla od żelazka nakazywał całkowite milczenie. Rudolf obarczał swoją żonę winą za niepełnosprawność umysłową chłopca, mawiał, że to wadliwe geny Marii podstępnie zdeformowały doskonałość, którą jej łaskawie ofiarował pewnej letniej nocy, że nie trzeba wnikliwych obserwacji, by dojść do takiego wniosku, gdyż podobieństwo ułomności matki i syna widać gołym okiem.
   Maria żyjąc w ciągłym napięciu, w ogniu wyzwisk i pretensji poraniała kolejne ciąże, co jeszcze bardziej prowokowało Rudolfa do pastwienia się nad wątłą żoną. Z kolei Karol wzrastał w atmosferze ludzkiej wzgardy i niechęci, których wycelowane w niego ostrze mieniące się mrocznymi odcieniami człowieczej natury, raz po raz raniło wrażliwą duszę chłopca jednocześnie oddzielając od świata drastycznymi cięciami. Któregoś wieczoru Rudolf, odpoczywając po kolejnej próbie zasiania życia w łonie Marii, oświadczył, że wydziedziczy pierworodnego syna, gdyż majątek całego rodu nie będzie bezpieczny w rękach idioty. W kilka dni po wyjawieniu najeżonych nienawiścią zamiarów względem Karola, Rudolf Szawrowicz razem ze swoją sporą nadwagą skupioną wokół pasa i kosmiczną ilością alkoholu we krwi, stoczył się niczym wielka śnieżna kula ze stromych schodów uwalniając żonę i syna od wieloletnich apodyktycznych więzów niespełnionych ambicji i wyrzutów, którymi ich spętał.
   Na pierwszy rzut oka wyglądało to na nieszczęśliwy wypadek, na zwyczajne potknięcie zamroczonego kilkunastoletnią whiskey mężczyzny. Zamocowany u szczytu schodów, ciągnący się przez całą ich długość, wąski wzorzysty dywan szarpnięty przez pozbawione równowagi zwaliste ciało zerwał całkowicie przytrzymującą go listwę i owinąwszy się wokół Rudolfa spoczął razem z denatem na marmurowej posadzce holu. Rudolf spadając uderzał głową o metalową balustradę, której powykręcane we wszystkie możliwe kierunki masywne pręty jakby zostały zaprojektowane po to, by roztrzaskać mu głowę. Mężczyzna remontując rodową posiadłość zażyczył sobie ekstrawaganckich i oryginalnych wykończeń wszystkich elementów domu, a wspomnianą balustradę uważał za swój najznakomitszy pomysł, dodający co prawda wątpliwego uroku przytłoczonemu zimnym marmurem holowi. Jednak śledztwo zostało wszczęte, głównie ze względu na pozycję społeczną pana Szawrowicza, a także z powodu nalegań ze strony rodziny zmarłego, zwłaszcza matki Rudolfa święcie przekonanej o mordzie dokonanym na jedynym synu.
   Pierwszym podejrzanym, którego policja utopiła we własnych łzach i odchodach podczas bezlitosnych, nasyconych przemocą psychiczną i fizyczną przesłuchań, był osiemnastoletni opóźniony umysłowo Karol, jedyny członek rodziny przebywający w rezydencji w momencie wypadku. Śledczym logiczne wydawało się przypuszczenie, iż to właśnie on zakończył życie Rudolfa Szawrowicza, z którym, o czym wiedzieli wszyscy od najbliższej rodziny począwszy a na sklepowej po przeciwległej stronie miasta skończywszy, łączyły go jedynie więzy krwi, pozbawione jakichkolwiek emocjonalnych i psychicznych akcentów. Dodatkowym obciążeniem były słowa jednego z najbliższych przyjaciół zmarłego, który zeznał, że Rudolf zanim jeszcze wyjawił żonie plany związane z pozbawieniem Karola praw do majątku pochwalił się swoim zacnym postanowieniem wszystkim zgromadzonym na wieczorku karcianym w jego luksusowym domostwie i gdy tak beztrosko rozprawiali o wydziedziczeniu chłopaka w drzwiach stanął sam zainteresowany. Przy stole zapanowało kłopotliwe milczenie a niezgrabne ciało Karola przedarłszy się przez gęstą zasłonę dymu tytoniowego zwisło w otaczającej go mgle tuż za plecami ojca. Rudolf nie odwróciwszy nawet głowy w kierunku syna i jego rozpalonych oczu wycedził przez zaciśnięte zęby:
    - Tak, pokrako, dobrze słyszałeś, będziesz żarł glebę, lada dzień powiem twojej roztrzęsionej mamusi... a teraz wynocha!
Karol jeszcze przez chwilę uporczywie wpatrywał się w plecy ojca, jakby chciał spojrzeniem wyciąć jego postać z rzeczywistości i zapomnieć, że kiedykolwiek istniała, po czym kołysząc się na boki opuścił gabinet Rudolfa.
   Zdarzenie to stanowiło powód, dla którego rozwścieczony Karol mógłby zabić ojca. Dlatego śledczy wykorzystując wszystkie znane im metody próbowali zmusić chłopaka do przyznania się do winy, co okazało się nie lada wyczynem. Mimo głodu i bólu Karol oprócz krzyku i cichego pojękiwania, nie wydał z siebie żadnego innego dźwięku, który chociażby w minimalnym stopniu przypominał jakieś słowo.
   Tymczasem, po dwudniowych mękach Karola, próg komisariatu na trzęsących się nogach przekroczył pomocnik ogrodnika, pracujący na co dzień u państwa Szawrowiczów. Blady, dwudziestokilkuletni mężczyzna o szczurzej twarzy głosem łamiącym każde kolejno wyduszone z własnego gardła słowo jak wysuszoną przez spływający z nieba żar gałązkę, opowiedział prowadzącym śledztwo jak to pierwszego dnia swojej pracy w luksusowej posiadłości ujrzał kruchą panią Marię Szwrowicz i natychmiast zapałał gwałtowną miłością do jej anielskiej osoby. Od tej pory wielki ogród, który zgodnie z wolą Bożą przyszło mu pielęgnować, żywił się jego namiętnością, rozkwitając wszystkimi kolorami jakie tylko można było sobie wymarzyć.
   Dariusz dbał by ukochana miała zawsze piękny widok z okna, by smutek trawiący jej duszę chociażby na krótką chwilę mógł rozpłynąć się w nagłym zachwycie. Po pewnym czasie, gdy nabrał większej śmiałości a zakazane uczucie coraz dotkliwiej paliło jego wnętrze, każdego wczesnego ranka nim brzask rozpostarł szeroko skrzydła, skradał się do jej pokoju i kładł na miękkiej poduszce tuż przy kochanej śpiącej twarzy świeży bukiet najwspanialszego kwiecia. Któregoś razu, gdy tak stał przy łóżku Marii i zachłannie pochłaniał oczyma jej subtelną pierś, która lekko unosząc się wpompowywała w filigranowe ciało niewidzialne i bezwonne życie, po czym spokojnie opadała pozbywając się trucizny, pani Szawrowicz niespodziewanie otworzyła oczy. Nie było w nich strachu ani zdumienia, tylko ledwo dostrzegalne błaganie, prośba o namacalną miłość.
   Romans arystokratki i ogrodnika trwał ponad rok i trwałby nadal, gdyby Rudolf nie przedstawił żonie planów związanych z Karolem. Maria rozpaczała i groziła samobójstwem, dlatego Dariusz postanowił raz na zawsze wyzwolić ukochaną z psychicznej, fizycznej i emocjonalnej niewoli. Wykorzystał moment, w którym pijany Rudolf dotarłszy chwiejnym krokiem do krawędzi stromych schodów przystanął na moment usiłując zatrzymać w miejscu rozjeżdżający się obraz pierwszego stopnia, na którym zamierzał postawić swą ciężką pulchną stopę, i delikatnie, niczym muśnięcie skrzydeł motyla, pchnął grubasa w otwartą paszczę śmierci.
   Maria szalała z radości na wieść o śmierci męża i wszystko byłoby w porządku, gdyby ofiarą całego zdarzenie nie padł Karol. Tak oto pomocnik ogrodnika Dariusz pragnąc uchronić swoją wysoko urodzoną kochankę od ciężkiej choroby psychicznej, wiedziony wielką miłością, przybył na komisariat i przyznał się do zabójstwa. Z kolei Karol odzyskawszy wolność i dobre imię, mógł do woli czerpać z rodzinnego majątku, którego ogrom przyciągnął uwagę kobiet pragnących wedrzeć się na salony poprzez upolowanie odpowiedniego mężczyzny. Swoje sidła na naiwnego Karola zasadzały zarówno młodziutkie panny jak i bardziej wiekowe rozwódki, wdowy oraz kobiety zdesperowane własnym staropanieństwem. Karol pozwalał się uwodzić, podejmował proponowaną grę i z rozkoszą korzystał z szerokiego wachlarza uciech cielesnych oferowanych przez damy pragnące zająć miejsce u jego boku, nie zdając sobie sprawy, że jego erotyczna egzystencja jest całkowicie kontrolowana przez przezorną matkę.
   Maria doskonale wiedziała dlaczego kobiecy świat tak bezceremonialnie wdepnął w życie jej syna i drżąc na sama myśl o grożącym mu niebezpieczeństwie, modląc się w duchu, aby Karol nie popełnił jakiegoś głupstwa, używając czasem bardzo drastycznych środków, krzyżowała plany tym dziewuchom, które poprzez niezwykłą inteligencję i urok osobisty niosły z sobą groźbę nieodwracalnego omamienia umysłu Karola. Dlatego właśnie nie wszystkie przechodziły matczyną selekcję z wynikiem pozytywnym, nie wszystkie mogły poznać zapach pościeli w łóżku Karola, a tym którym udała się ta trudna sztuka, Maria pozwalała najwyżej na kilka spotkań, by dać synowi możliwość zaspokojenia siedzącego w nim zwierzęcia, niezwykle impulsywnego i pożądliwego. Później kochanka, pod większą bądź mniejszą presją, całkowicie wyzbywała się chęci na kolejne schadzki albo w ostateczności, jeżeli była nad wyraz oporna na sugestię, znikała w niewyjaśnionych okolicznościach. Karol nie miał nawet czasu na rozpamiętywanie nagłej straty, gdyż natychmiast w jego życiu pojawiała się kolejna kobieta, równie atrakcyjna co poprzednia.
   W miarę upływu czasu kobiece ataki straciły na intensywności usypiając tym samym czujność Marii i znosząc jej surowość w doborze partnerki seksualnej dla syna, co okazało się błędem brzemiennym w skutki. Śliczna Joasia o alabastrowej skórze wykorzystała moment nieuwagi pani Szawrowicz i w okamgnieniu skradła nie tylko ciało, ale coś znacznie cenniejszego, coś, czego nie była w stanie zrabować żadna z jej starannie wyselekcjonowanych poprzedniczek, serce Karola.
   Ślub odbył się w niespełna dwa miesiące po ich pierwszej wspólnie spędzonej nocy. Od tamtej pory otumaniony świat Carol tańczył wokół zwiewnej postaci Joasi a każde spojrzenie jej błękitnych zimnych oczu wprawiało go w dodatkowe drgania. Szczęście Karola zgasło nagle, w jednej chwili niczym pochodnia wrzucona do rwącej rzeki, a stało się to pewnego letniego wieczora otulonego słodkim zapachem kwitnącego bzu. Instynkt Karola, podrażniony ciepłym lekkim powietrzem sączącym się przez otwarte okna niosącym z sobą skradziony z toaletki Joasi zapach jej perfum, wymusił na mężczyźnie impetyczne poszukiwania urodziwej sylwetki żony, jej harmonijnie zbudowanego ciała opakowanego w jasną, gładką skórę. Każda kolejna sekunda spędzona na przeczesywaniu wielkiego domostwa potęgowała impulsywne zwierzęce pragnienia Karola, który straciwszy nad sobą panowanie, biegał oszalały z kąta w kąt.
   Tymczasem Joasi nigdzie nie było, jakby pochłonęła ją ziemia. Półprzytomny Karol z popuchniętą, nabiegłą krwią twarzą wystrzelił przez tylne wejście wprost do ogrodu, gdzie mrok i błoga cisza uwięziły go w szczelnym oprzędzie studząc nieco buzującą żądzę i spowalniając niekontrolowane ruchy kończyn. Po dłuższej chwili marszu do jego uszu dotarł znajomy dźwięk, łamiący się półgłos, niecierpliwe gorączkowe westchnienie Joasi, które mając w przypadku Karola działanie hipnotyzujące, skupiło na sobie wszystkie zmysły mężczyzny i poprowadziło wprost do wymarzonego celu. Jednak podniecony szept Joasi nie nawoływał Karola, jej majaczące bielą ciało wcale na niego nie czekało, gdyż właśnie inny mężczyzna brał je w posiadanie. Ruchomy obraz wbijał się żelaznymi szponami w pamięć Karola wyrywając z uśpienia nieprzebrane pokłady nienawiści, które miały trwać w inercji do końca jego życia, zapomniane, niechciane, gdzieś na samym dnie duszy.
   Kilka dni później Karol był już przygotowany... z twarzą ukrytą za czarną chustą przemierzał ogrodowe alejki dzierżąc w dłoni niewielką szklaną butelkę pełną kwasu solnego, aż dotarł do miejsca, w którym drżącą ze zmęczenia Joasia pożegnawszy namiętnie kochanka usiadła na kamiennej ławce by uspokoić oddech. Zaszedł żonę od tyłu i wylał na jej głowę całą zawartość butelki. Joasia wydała z siebie skowyt zarzynanego zwierzęcia po czym straciwszy świadomość osunęła się na równo przyciętą murawę. Karol stał i obserwował jak kwas wchodząc w reakcję chemiczną z alabastrową skórą roztapia ją niczym płomień świecy wosk, pochłania doszczętnie kawałek po kawałku odsłaniając gdzieniegdzie kości czaszki. Gdy Karol, z kieszeniami wypchanymi po brzegi kosztownościami i banknotami o najwyższych nominałach, opuszczał rodową posiadłość, Joasia nie miała twarzy, a jej cuchnące grzechem życie zupełnie go nie obchodziło. Pragnął zniknąć, wymazać ślady własnego istnienia z historii rodziny, z pamięci ludzi, którzy go znali, a zwłaszcza z serca matki, jedynej osoby na tym świecie kochającej go ponad wszystko.
   Malina natknęła się na Karola kilka lat po jego psychicznej ucieczce ze świata żywych, kiedy to klęcząc obok nieprzytomnej kobiety, ogłuszonej tępym uderzeniem w potylicę, okaleczał jej drobną twarz robiąc żyletką małe nacięcia wokół ust. Nagły nieznaczny hałas związany z pojawienie się Maliny przerwał misterny zabieg i wywołał gwałtowną reakcję Karola, który ruszywszy z miejsca masywne cielsko zaczął uciekać na czworakach. Trącił przy tym stojącą tuż przy bezwładnym ciele kobiety szklaną butelkę, która tańcząc przez chwilę na krawędzi denka wywróciła się i uwolniła bezbarwny płyn. Głośny syk cieczy wsiąkającej w suchą ziemię sparaliżował Karola. Przez moment trwał w bezruchu, po czym usiadł ciężko wzbijając w otaczającą go przestrzeń szary tuman kurzu i ukrył brudną twarz w szerokich dłoniach. Wyglądał jak sterta szmat, poszarzałych, rozszarpanych zębami czasu i splamionych wydzielinami tego świata. Malina podeszła bardzo blisko, mógł świadczyć o tym jedynie delikatny ruch powietrza, jednak Karol z pewnością odczuł niezwykle mocno jej obecność. Usunęła z jego pamięci tylko jeden obraz, ten najważniejszy, obraz, który zatruwając duszę młodego mężczyzny przeobraził jego życie w piekło. Od tej pory we wspomnieniach Karola Joasia była pozbawiona nie tylko twarzy, ale wszystkiego co ją tworzyło, po prostu nie istniała.
   - Karolu, kiedy rano otworzysz oczy, spojrzysz w błękitne niebo. Wstaniesz i udasz się do śródmieścia. Spotkamy się przy największej fontannie w mieście. Właśnie odzyskałeś życie...
   Malina wyryła słowa w myślach Karola, pozostawiła wiadomość, którą mogła usłyszeć tylko jego dusza. Nazajutrz brudny mężczyzna o zagubionym spojrzeniu czekał w wyznaczonym miejscu i po raz kolejny był przygotowany...jednak nie na rozlewanie żrącego kwasu mającego wywabić ból i rozpacz z życia, jak starą zaschniętą plamę z ulubionej koszulki, a na niesienie pomocy, czego nigdy wcześniej nie robił. Malina z odmętów zła i agresji, spomiędzy poplątanych ludzkich ścieżek ubitych stopą demona wydobyła człowieka, na którego zawsze mogła liczyć nawet w najbardziej zagmatwanych i nieprzyjemnych sprawach, niezależnie od okoliczności.
   Prace remontowe w mieszkaniu narkomanki trwały tydzień. W tym czasie, za sprawą chemiczno zielarskich zabiegów Maliny, kobieta doszła do siebie i kiedy siódmego dnia otworzyła oczy jej spojrzenie natychmiast wessało błękit, z taką samą łapczywością i żarłocznością z jaką przyłożona do skóry pijawka wchłania krew. Gdyby nie odbijająca słoneczne promienie wypolerowana okienna szyba pomyślałaby, że jest w niebie.
   - Pójdziesz po Alicję do hospicjum, czeka już na ciebie, spakowana. W jej pokoju na łóżku leży sukienka Śpiącej Królewny. Ubierz w nią córkę, Alicja zawsze o tym marzyła. Zostało niewiele czasu, dlatego spraw by najbliższe dni były radosne... Ból twojego ciała jest pozostałością po chorobie, którą niedawno przeszłaś, leżałaś półprzytomna i bardzo słaba, dlatego nie mogłaś zajmować się Alicją... - słowa Maliny odbijały się dźwięcznym echem od ścian duszy kobiety, która nie mogąc przypomnieć sobie kto jest ich autorem, po chwili namysłu uznała tych kilka zdań za swoją własną wypowiedź. Postawiła do pionu udręczone ciało i rozejrzała się po jasnym mieszkaniu. Była dumna z efektu swojej pracy, jeszcze pamięta zapach świeżej farby rozprowadzanej pędzlem po gładkiej ścianie...

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
puma81 · dnia 14.02.2013 19:31 · Czytań: 818 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 5
Komentarze
Krystyna Habrat dnia 15.02.2013 12:21
Spodobał mi się tytuł. Niby analogiczny do: "naprawiaczki świata", a dla mnie jakby sugerujący pokrewieństwo tematyczne z moja"Pracownia powiększania serc", więc od razu zaczęłam czytać.
Pierwsze zdania świetnie wprowadzają nastrój. Dalsze też. Zresztą podobnie w drugim opowiadaniu"Promil", ale dalej poważna przeszkoda: tekst jest tak zbity, że mnie z popsutymi od czytania oczami, pomimo szczerych chęci, uniemożliwia dalszą lekturę. Spróbuj go jakoś rozrzedzić akapitami, bo jak pobieżnie przejrzałam, masz sprawne pióro, znajomość realiów i tekst zasługuje na czytanie. Trzeba coś tu ułatwić czytelnikowi, tym bardziej, że tekst długi, a tematyka ponura, bo opisujesz świat marginesu, o czym czyta się niełatwo.
mike17 dnia 01.03.2013 22:16 Ocena: Bardzo dobre
Cytat:
Filiżanka kawy o poranku...​gdy świat budzi się do życia

spacja po wielokropku
Cytat:
A ona...​niepow­ta­rza­l­na w smaku,

tu to samo
Cytat:
Jako na­sto­la­t­ka cza­sa­mi próbowała wtopić się w tłum(,) idąc równym ry­t­mem,

Cytat:
Ma­li­na spędziła całą wi­ecz­ność przed drzwi­a­mi własn­ego mie­szka­nia(,) usiłując w nie­prze­ni­k­ni­o­

Cytat:
- Słucham... – po­wi­e­działa już nieco spo­ko­j­ni­ej(,) sta­rając się zachęcić kogoś kto tak nie­stru­

Cytat:
- Mamo...​to ty...​przepra­szam, ale do­pi­e­ro weszłam...

tu daj spacje po wielokropkach
Cytat:
Blok stał na rogu ulicy i wyglądał(,) ni­czym do­go­ry­wający żebrak w po­rwa­ny­ch łach­ma­na­ch.

Cytat:
- Po­sprzątać tą melinę,

tę melinę
Cytat:
Karol(,) ob­rzu­ci­w­szy ją swoim mgli­stym i bez­na­miętnym spo­j­rze­ni­em(,) zamknął pieniądze w


Porusza...
Poważnie, i czyta się jakby czytało się dokument.
Wiele tu prawdy o człowieku, wiele o życiu.
Jest klimat, czuje się go podskórnie.
Zwarty tekst daje po czaszce, nakazuje penetrację świata opisywanego.
Trzeba chwili skupienia, by poczuć cały ogrom spraw, które poruszasz.
Trzeba to poruszyć, by w to wejść.
Wiele treści, wiele sensu, cała masa tego, co opisuje nas, ludzi.
Tu jest to wyraziste, czytelne.
Dotyka.
Zmusza do refleksji.
Bo czytając o człowieku, zawsze trzeba liczyć na zaskoczenie.
Jak tu.
Sporo się działo, sporo można stąd wynieść.
I poczuć całą tę sytuację.
Wyraźnie :)
puma81 dnia 02.03.2013 10:58
Dziękuję za komentarze :)
Sokol rozrzedziłam tekst, rzeczywiście nie dało się normalnie czytać :)
mike17 poprawiłam według Twoich wskazówek :) Dziękuję za ocenę i komentarz. Cieszę się, że mój tekst Cię poruszył. Takie było moje zamierzenie. Ludzka psychika, ludzkie losy to worek bez dna, z którego można czerpać do woli :)
Usunięty dnia 07.01.2014 19:31 Ocena: Bardzo dobre
Więc jestem. Jak obiecałam. Ale nic się nie bój, będzie łagodnie, bo właśnie przed chwilą sprowadziłam do parteru swoją Lidkę i cięty jęzor musi trochę odpocząć.

Poza kilkoma popraweczkami, które wrzuciłam Ci na pw, również zgłaszam zapotrzebowanie na większe rozstrzelenie akapitów.

Co do samego tekstu, może i chwilami zgrzyta stylistycznie, i może jest to dopiero rozgrzewka, przyrównując do świeższych tekstów, ale ja na Twoim miejscu bym go nie wyrzucała (jak straszyłaś w mailu), tylko w nim trochę podłubała. Bo tutaj paradoksalnie nie ma dużo do zmiany. Twój dość charakterystyczny (swoją drogą piękny) styl przebija mocno między tymi kilkoma wpadkami.
A drugi argument to taki, że udało Ci się mnie tym tekstem oszukać. Zresztą już nie pierwszy raz. Bo ja generalnie nie przepadam za sf. Ale tutaj jest tyle obyczajówki (przez duże "O";), i tak długo mnie przez to szambo przeciągasz, zanim pojawia się tabliczka: "przecież to tylko bajka", że już jest mi obojętne, czy za chwilę pojawi się Teletubiś, czy laleczka Chucky, bo ciuchy mam Tobą przesiąknięte, i włosy, i już wiem, że muszę dociągnąć do końca.

A poza tym na utykaniu przecinków i innych kwiatuszków spędziłam około godziny i jeśli teraz to wykasujesz, to się zemszczę.
puma81 dnia 10.01.2014 16:35
Nie będziesz się musiała mścić, Szefowo, poprawie co do najlichszego przecineczka (dodam, że już zaczęłam). Nie chciałabym ściągnąć na siebie gniewu Jej Wysokości Morfiny.
Całkiem niezły pomysł z Teletubisiem, jeszcze czerwoną torebeczkę mu do rączki i byłoby cacy. Pomyślę nad tym.
Nie wiem, co mam z sf. Dla mnie chyba ogólnie świat to takie sf.
I wiem, że oszust ze mnie skończony.
Dzięki wielkie i pozdrawiam bardzo serdecznie.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
JoannaP
02/07/2022 15:03
Dzięki :) »
Jacek Londyn
02/07/2022 07:09
Dobra Cobro. Sam nie wiem, czy dobre dla mnie to nowiny,… »
Lilah
01/07/2022 20:01
Abi, cała przyjemność po mojej stronie. :) To… »
Florian Konrad
01/07/2022 19:04
Dziękuję Wszystkim!!!!!!! Nawet Pierwszemu :) Nie, żebym się… »
Florian Konrad
01/07/2022 19:02
Dziękuję. »
Dobra Cobra
01/07/2022 17:35
Ja tu widzę SAME pozytywne zmiany u bohatera tego jakze… »
Jacek Londyn
01/07/2022 08:08
Wolnyduchu, Mareczku, dziękuję za znak na… »
Abi-syn
30/06/2022 22:57
Atutem tego wiersza jest autentyczność, wiersz pisany… »
Abi-syn
30/06/2022 22:46
Dzięki: No i trafiały się u mnie też i gorsze teksty,… »
Abi-syn
30/06/2022 22:06
Wolna Duchem, "wyciągłaś" B) B) z niebytu tekst,… »
Madawydar
30/06/2022 20:55
Taka chwila przed pierwszym aktem, oczekiwanie, kondensacja… »
Yaro
30/06/2022 19:52
Dziękuję Duszku jesteś bardzo potrzebna i niesiesz dobre… »
wolnyduch
30/06/2022 19:47
Specyficzne poczucie humoru, jak dla mnie jest to wiersz… »
wolnyduch
30/06/2022 19:44
Jak dla mnie świetny, rytmiczny 13 zgłoskowiec, a z takimi… »
wolnyduch
30/06/2022 19:29
Dobry wiersz do zatrzymania, pozdrawiam. »
ShoutBox
  • ApisTaur
  • 01/07/2022 22:13
  • W sezonie ogórkowym, tłok tylko na plażach ;)
  • Materazzone
  • 28/06/2022 17:24
  • Dawno mnie tu nie było. Strasznie mało tu życia jest :(
  • Kuba1994
  • 19/06/2022 15:13
  • Witam poszukuję kogoś kto oceni moją książkę ?
  • Dobra Cobra
  • 12/06/2022 11:46
  • Nie ma co do tego wątpliwości. Ukłony.
  • Kazjuno
  • 12/06/2022 09:01
  • Noblesse oblige
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:58
  • PS Zburzyć twierdzę i taktyczny odwrót.
  • Kazjuno
  • 11/06/2022 13:54
  • Dzięki Dobra Cobro. Aż rzuca się w oczy że jesteś obcykany w kodeksie rycerskości. Serdecznie pozdrawiam, Kaz
  • Dobra Cobra
  • 11/06/2022 08:02
  • Serwując się ucieczką uratowałeś swoją męską cześć ;) Zuch chłopak!
Ostatnio widziani
Gości online:33
Najnowszy:TakaJedna
Wspierają nas