Czerwony paznokieć kontra bieszczadzkie błoto, czyli wyprawa na spotkanie z poezją - aga63
Proza » Inne » Czerwony paznokieć kontra bieszczadzkie błoto, czyli wyprawa na spotkanie z poezją
A A A

 

            W czasie mojej „naukowej” wizyty w Bieszczadach, kiedy to zbierałam materiały do pracy magisterskiej, udało mi się umówić z Marią Harasymowicz na rozmowę. Tak się składało, że czas mojego pobytu tam pokrywał się z obchodami 7 rocznicy śmierci Jerzego Harasymowicza (któremu rzeczona praca była poświęcona) zorganizowanymi w ośrodku harcerskim „Berdo” w Myczkowcach. Pani Maria była, jako wdowa po poecie, oczywiście zaproszona i, kiedy udało mi się z nią skontaktować, zaprosiła również mnie, abyśmy mogły spokojnie porozmawiać o jej mężu, jego poezji oraz mojej pracy. Byłam tym wniebowzięta, bo jak zaczynałam pisać moje „dzieło”, nie śniło mi się nawet, ze uda mi się porozmawiać z osobą najbliższą Jerzemu Harasymowiczowi, a już tym bardziej, że będę miała możliwość zrobienia tego bezpośrednio, twarzą w twarz!

            Spotkanie było zaplanowane na 21.08, w ośrodku harcerskim "Berdo" mieszczącym się w Myczkowcach. Dzień wcześniej domówiłam z Panią Marią wszystkie szczegóły - pamiętam to jak dziś, jak siedziałam na schodach cerkwi w Michniowcu i rozmawiałam z nią przez telefon. Był cudowny, ciepły (aż może trochę nazbyt ciepły, bo spaliłam się na czerwono), sierpniowy dzień, a ja już byłam nieco „schodzona”, ponieważ „stopa” do Bystrego złapałam dopiero z kilometr za Lipiem, czyli pod sam koniec drogi, co oznaczało, że od Czarnej jakieś 4 km szłam piechotą. Ludzie, którzy się zatrzymali,  wysadzili mnie na krzyżówce z drogą na Bystre i Michniowiec, więc do samego Michniowca „zrobiłam” jeszcze prawie 2 km (do Bystrego i z powrotem = 1 km, a potem jeszcze do Michniowca też około 1 km), ale na tych schodach pod cerkwią zrobiło mi się tak cudownie błogo i leniwie, że na moment nawet zapomniałam, iż za chwilę będę musiała przejść w drugą stronę kolejne 6 kilometrów. Jak mi się to przypomniało, postanowiłam nieco odwlec mój powrót i stwierdziłam, że zadzwonię sobie teraz do Pani Marii, bo i tak umawiałam się z nią na telefon dzień przed uroczystością. Ustaliłyśmy więc , że dojadę autobusem do Soliny, a stamtąd dotrę piechotą do Myczkowców. Pani Maria wytłumaczyła mi drogę i zaoferowała się, że w razie problemów z trafieniem będzie „wisieć” ze mną na telefonie i mnie kierować. Z mapy wynikało, że dojście do tych Myczkowców nie będzie zbyt kłopotliwe - praktycznie cała trasa prowadziła, wydawało mi się, sporą dróżką - doszłam więc do wniosku, że jak już coś jest oznaczone na mapie, to nie może to być byle ścieżyna, ale już jakiś porządny szlak. Autobusem dojechać tam nie można było, bo ośrodek znajdował się po drugiej stronie Jeziora Myczkowskiego, ale nie obawiałam się tej drogi. Wieczorem jeszcze zrobiłam sobie pedicure dla celów estetycznych. Ponieważ głupio mi było pokazać się na tych obchodach w wersji turysty – poczochrańca, a nie miałam ze sobą nic do zrobienia choćby prowizorycznego makijażu, paznokci u rąk też nie miałam, posiadałam za to czerwony lakier, postanowiłam więc zadbać o wygląd choćby tej najbardziej dolnej części ciała. Podmalowałam sobie zatem paznokcie u stóp na piękny, czerwony kolor, rano wystroiłam się w sandałki, spódniczkę i czerwone korale i ze swoją wielką torbą ruszyłam na przystanek PKS.

            Do Soliny dojechałam szybko i bezproblemowo – o dziwo, ani żadnego opóźnienia w rozkładzie jazdy, ani nieplanowanych przystanków na trasie – ja nie wiem, ten kierowca jakiś nowy chyba był, bo podróż pozbawiona była większości cech charakterystycznych dla przemieszczania się PKS - em po Bieszczadach. Wysiadłam więc w Solinie, wywnioskowałam z mapy, w którą stronę powinnam iść i ruszyłam. Wygodna stokówka, którą podążałam, skończyła się jednak bardzo szybko i zastąpiła ją wąska, błotnista (w nocy padało...) ścieżka biegnąca między zaroślami. „No dobra, jakoś przez to przebrnę”, pomyślałam sobie, chociaż ciężka torba zaczęła mnie nieco wbijać w błoto. „No dobra, nie wiem, jak ja przez to przebrnę”, przyznałam jednak po chwili, gdy wyszłam z krzaków i moim oczom ukazała się dalsza część dróżki prowadzącej przez polanę i ginącej w gęstym lesie...Starałam się nie myśleć o niedźwiedziach, tylko iść przed siebie, nie było to jednak łatwe, bo zanim weszłam w ten las, odebrałam dwa telefony – najpierw od mojej mamy, która przestrzegała mnie, żebym uważała na żmije, bo słyszała rano w radiu, że w Bieszczadach jest właśnie wysyp żmij, potem od mojej siostry, która zadzwoniła po to, aby mnie poinformować, że usłyszała właśnie w telewizji, że gdzieś w Bieszczadach poprzedniego dnia niedźwiedź zabił żubra...No naprawdę, zrobiło mi się raźniej po tych wiadomościach. Z duszą na ramieniu zagłębiłam się więc w bukowy las i szłam przed siebie nadal ze wszystkich sił starając się nie myśleć o wszelkiej niebezpiecznej zwierzynie, która mogła czaić się po okolicznych chaszczach.

Po niedługim czasie zaistniał kolejny problem w postaci rozstaju dróg...Z mapy nie wynikał żaden, najmniejszy nawet rozstaj, ten więc, który właśnie pojawił się na mojej drodze, podniósł mi poziom stresu chyba do maksimum. Jak na złość, od początku trasy nie spotkałam ani jednego człowieka mimo, że w błocie było pełno śladów butów. Nie mogąc liczyć na pomoc skądkolwiek indziej, wyciągnęłam telefon i wybrałam numer Pani Marii. Okazało się, że zasięg, jaki taki, ale jest, więc po chwili otrzymałam radę, aby iść tak, żebym słońce miała za plecami i skręcić w prawo gdzieś przy pozostałościach jakichś wałów z II wojny światowej, czy czymś takim...Tak poinstruowana ruszyłam dalej, chociaż wcale nie byłam pewna, czy poznam te wały, czy pomylę je z naturalnym ukształtowaniem terenu i przeoczę. Szczęściem, po kilkunastu minutach spotkałam turystę spędzającego urlop w pobliskich Myczkowcach. Kojarzył „wały”, zaoferował się więc, że podprowadzi mnie pod sam ośrodek. Sądzę, iż na jego propozycję miał wpływ głównie opłakany stan psychiczny malujący się na moim obliczu, a także niemniej opłakany stan moich stóp. Jak wspominałam wcześniej, wystroiłam się tego dnia w sandałki...Bynajmniej nie sportowe tylko takie miejskie, z gładką podeszwą (nastawiłam się na spacer asfaltową, a, w najgorszym wypadku, szutrową drogą...), dzięki czemu w czasie mojej morderczej wyprawy „zaliczyłam” tyle poślizgów i zatopień stóp aż po kostki, że zdążyła się już na nich zebrać pokaźna warstwa błota, prawie w całości przykrywając czerwony lakier na paznokciach.

            Rozstaliśmy się z turystą przy wejściu do ośrodka, on sobie poszedł, ja weszłam na teren „Berda” i pierwsze, co zrobiłam, to zdjęłam buty, a następnie...straszliwie się rozpłakałam. Opuszczający mnie stres znalazł ujście w niepohamowanym i nieutulonym szlochu i w takim stanie znalazła mnie opiekunka harcerzy, a zarazem jedna z organizatorek uroczystości. Zostałam zaprowadzona do łazienki, żebym mogła doprowadzić nogi do porządku, a kobieta, która znalazła mnie taką zapłakaną, stwierdziła, że jak już tyle dzisiaj przeszłam, to w takim razie nie można mnie tak tu zostawić bez obiadu...

 

            

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
aga63 · dnia 15.07.2013 10:28 · Czytań: 601 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 8
Komentarze
Quentin dnia 15.07.2013 12:17 Ocena: Bardzo dobre
Sporo ci się przydarzyło podczas podróży w górach. Pewnie masz jeszcze kilka takich historii.
Ten fragment rozmowy telefonicznej z matką przypomina mi moje życie :) Wiecznie mam tak z matką. Stale mnie zniechęca i obrzydza wszystko, co się da i nawet to, czego się nie da. Z moją byś musiała pogadać :) Cofnęłabyś się wpół drogi ;)

Jak widać droga do poezji nie zawsze jest wybrukowana chodnikami, albo równiutkimi szlakami. Czasem trzeba się namęczyć. To jak z szukaniem Graala :)
Ale rozpisałaś się tak, a zapomniałaś o najważniejszym; mianowicie, czy dotarłaś do celu? :)

Gdzieś się ręka omsknęła na klawiaturze:
Cytat:
po­my­lę je ze z na­tu­ral­nym ukształ­to­wa­niem te­re­nu i prze­oczę.


Tekst przyjemny w równym stopniu co reszta twojej bieszczadzkiej prozy.
Pozdrawiam
aga63 dnia 15.07.2013 13:29
A jednak zdążyłeś przeczytać :) Dziękuję, w takim razie, za poświęcony czas ;)

Melduję, że błąd został naprawiony :)

Cytat:
Ale rozpisałaś się tak, a zapomniałaś o najważniejszym; mianowicie, czy dotarłaś do celu?


No jak to, napisałam przecież, że dotarłam jednak:

Cytat:
     Roz­sta­li­śmy się z tu­ry­stą przy wej­ściu do ośrod­ka, on sobie po­szedł, ja we­szłam na teren „Berda”


Tylko może wcześniej w tekście nie określiłam jasno, gdzie ja właściwie miałam dotrzeć, a więc naprawiłam to już :)

Dzięki jeszcze raz i pozdrawiam :)

P.S. Mama jak mama, moja siostra to jest dopiero jeden wielki, chodzący stres...
akacjowa agnes dnia 15.07.2013 19:43 Ocena: Bardzo dobre
Twoje wspomnienia zasługują na książkę. Szkoda tylko, że zdjęć nie zrobiłaś swoim ubłoconym stópkom, bo miałabyś już ilustrację do jednego z rozdziałów :) Przeczytałam z przyjemnością i czekam na dalsze Twoje opowieści :)
aga63 dnia 15.07.2013 20:15
No widzisz, jakoś nikt mi nie chciał wydać...a żeby to zrobić samej, to po prostu mnie nie stać :/
Bardzo mi miło, że podobają Ci się moje historie, ale już niewiele ich zostało :( Może życie dopisze kiedyś następne :)

Pozdrawiam :)
swistakos dnia 16.07.2013 17:26
Dobra historia.
aga63 dnia 16.07.2013 19:08
Witaj, swistakos i dzięki za odwiedziny :)
anna nawrocka dnia 16.07.2013 21:33
Czytam już drugą opowieść, wciągają :-)
aga63 dnia 16.07.2013 21:41
Witaj,Anno :)
Bardzo mi milo i zapraszam w takim razie do nastepnych:)

Pozdrawiam!
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Afrodyta
07/08/2022 20:37
Przeczytałam obie części Twojej opowieści i przyznaję, że… »
wolnyduch
07/08/2022 20:19
Piękny, poruszający prawdą życiową wiersz. Dobrego wieczoru… »
wolnyduch
07/08/2022 20:16
Wymowny tekst, w ciekawej formie, smutne jest to, iż to… »
wolnyduch
07/08/2022 20:07
Wiersz msz zawsze aktualny, to prawda, że młody kwiat często… »
Afrodyta
07/08/2022 20:01
Tekst wciąga w swój świat, świat wypełniony jakimś… »
Afrodyta
07/08/2022 19:44
Opowiadanie przeczytałam z przyjemnością, jest w nim… »
Klusek
07/08/2022 09:40
Dziękuję pięknie za miłe słowa :) Nie zamierzam, plan był… »
G.G
06/08/2022 23:05
skroplami Przepraszam za zwłokę z odpowiedzią. Obowiązki… »
wolnyduch
06/08/2022 22:59
Wiersz jak dla mnie trudny do komentowania, intryguje mnie… »
K.i.r.o
06/08/2022 20:47
O lol. Na początku odpuściłem, kiedy zobaczyłem słowo Kurwa.… »
wolnyduch
06/08/2022 20:34
Dla mnie piękny, niezwykle kobiecy wiersz miłosny, który nie… »
wolnyduch
06/08/2022 20:28
Wybacz, leniwie podpiszę się pod komentarzem Zoli111, bowiem… »
wolnyduch
06/08/2022 20:21
Urokliwe to dziczenie, smutne, wymowne i pięknie oddane… »
Jacek Londyn
06/08/2022 20:09
Litości, viktorio12! Oczywiście w opisach… »
wolnyduch
06/08/2022 20:08
Witaj tetu Dziękuję za wnikliwy komentarz, cóż może to i… »
ShoutBox
  • Darcon
  • 14/07/2022 20:17
  • Mało osób ma czas na "betowanie", ale możesz przysłać mi na priv opowiadanie, które skasowałaś. Sprawdzę, zasugeruję i uzasadnię półkę, tylko nie od razu. Dwa w jednym, coś jak szampon. ;)
  • Wiktor Orzel
  • 12/07/2022 08:09
  • Nie czytamy wszystkich komentarzy, bo nie mamy na to czasu. Twój akurat mi się rzucił w oczy, to nic osobistego. ;)
  • ApisTaur
  • 01/07/2022 22:13
  • W sezonie ogórkowym, tłok tylko na plażach ;)
  • Materazzone
  • 28/06/2022 17:24
  • Dawno mnie tu nie było. Strasznie mało tu życia jest :(
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas