Historia jednej nocy - labedz
Proza » Historie z dreszczykiem » Historia jednej nocy
A A A
Od autora: Miało być polemiką z estetyką dekadentów, a wyszło coś dla prawdziwych Emo.

 

 

 

 

 

 

Zmarł dość dawno temu. Raczej głupio, bo przecież nie do końca tragicznie. Poszło, jak zwykle, o zakład. W towarzystwie, z którym zadawać się miał niezdrowy zwyczaj, panowała wielce naganna zasada – tchórzy gnębiło się niemiłosiernie, po czym albo wykorzystywało – w sposób rozmaity, albo odrzucało poza nawias grupy. Najczęściej jednak takiego nieudacznika, który brakiem odwagi bądź honoru wykazać się miał sposobność, spotykało i jedno i drugie. Grupa wydoiła zeń wszystko, czym dysponował taki, po czym odstawiła go na boczny tor – a to do domów poczęto go nie wpuszczać, pod nikczemnie prozaicznymi powodami, a to umawiać się z takowym i na spotkania się nie stawiać, a to na listy nie odpowiadać, a co bardziej namolnych i wytrwałych, gdy poprzednie środki okazywały się niewystarczające, brutalnie i bezpośrednio o zerwaniu znajomości informować. Nie raz wszakże zdarzało się, że nieszczęśnik takowy – w procesie dojenia – znaczną część majątku u wątpliwych przyjaciół utopił. Nie dziwne więc, iż po wypięciu się nań całej grupy ludzi, których do tej pory mienił przyjaciółmi, pieniądze – a nierzadko kosztowności, dzieła sztuki, elementy garderoby – odzyskać chciał bez chwili zwłoki, nim kontakt przepadnie. Takowych, co to o swe majętności mieli czelność żebrać, prosić albo grozić, traktowało się zwykle w jeden stary i sprawdzony sposób: nasłana na nieszczęśnika zgraja zbirów, za kilka dosłownie groszy, tak dotkliwie zainteresowanego zwrotem należności okładała, iż czym prędzej o nich zapominał. Zdarzali się jednak i tacy, co to byli na tyle wytrwałymi, nie wiedzieć czemu – czy z odwagi, którą jednak gdzieś posiadali, czy z głupoty, co to jej nigdy u ludzi nie brakuje, aby targać się na rozsądek i policją szczuć, tak gdzieś na drugi dzień po pobiciu. Takich, zgraja zbirów ściągała z tego świata. Po cichu, bez rozgłosu. Po prostu umierał, ciało znajdowano, bądź nie. Trzech tak właśnie skończyło. A towarzystwo całe bawiło się dalej, choć już o jednego członka mniej. Nie był to jednak powód do rozterek choćby części członków nikczemnej loży – w ich grona wstępowało co miesiąc kilku nowych, chłonnych i spragnionych wrażeń intelektualistów. To przyznać należy – byle przygłup z ulicy nigdy nie stałby się punktem zainteresowania zmanierowanych panów, którzy uciekać od rzeczywistości zwykli w wizje wywoływane najdroższymi narkotykami, nie zaś pospolitym alkoholem; nigdy nie stałby się smakowitym ciasteczkiem w oku wygłodniałych i znudzonych panien z dobrych domów, które miały zwyczaj poszukiwać ciągle to nowych wyszukanych rozkoszy cielesnych; nie stałby się także interesującym partnerem rozmów, choćby i miał wiele do powiedzenia na wszystkie tematy. Członek loży po prostu nie mógł być nikim.

Ale z nim, to była zupełnie inna sprawa. Zarzucono mu, że nie przejdzie po dachu choćby i dwóch metrów w stanie w jakim się znajdował. A w stanie, zaiste, był niezwykłym: uraczony kilkoma gatunkami narkotyków, bądź to palonych, bądź to w postaci proszków wciąganych nosem, bądź to w winie, które smakowało tak wybornie, i którego wypił tego dnia tyle, że starczyłoby na bez mała trzydzieści pucharów, pitych sowicie do obiadu. Nie zarzucano mu, jak zwykle zresztą w tym towarzystwie, iż nie dałby rady, co to, to nie. Twierdzono, że nie potrafiłby tego dokonać, powodowany wszechwładnym, paraliżującym lękiem, spotęgowanym zgubnym skutkiem zażycia narkotyków. Nie miał jeszcze swojej wielkiej próby, która udowodniłaby jego odwagę, towarzystwo jak dotąd nie poddało go swym okrutnym zabawom. Spodziewał się czegoś takiego, prędzej czy później, liczył na to. Przejście takiej próby zapewniało mu przecież uznanie w oczach przyjaciół, szacunek i poważanie. Przechodząc taki test nabywał prawa do testowania innych. A i opowiadać miałby o czym. Wrażliwość, tak typowa dla poetów takich jak on, nakazała mu niezwłocznie zmyć hańbę ze swego imienia, nie bacząc na konsekwencje. Wstał, uniósł kielich z wybornym winem, duszkiem wypił zawartość i cisnął nim mocno o podłogę, patrząc pogardliwym spojrzeniem w oczy tego, który ot, dla zabawy, rzucił mu wyzwanie. Dynamicznie i szybko poszedł w kierunku korytarza, po czym udał się na taras. Wszyscy obecni, wielce zaciekawieni, wśród chichotów, szeptów, śmiechów i wołań, udali się za nim. Wyszedł na taras, rozejrzał się. Wiało, padał gęsty śnieg, którego zdawał się nie zauważać. Podszedł do barierki, odwrócił się. Za nim stały trzy rzędy elegancko wystrojonych dam i dżentelmenów, z zainteresowaniem przyglądających się każdemu z jego ruchów. Zimno, pomyślał. Zobaczył połyskujący lód na grzbiecie spadzistego dachu, który zaczynał się zaraz za barierką tarasu. Przejdę te zasrane dwa metry, i ani kroku dalej, po czym wrócę na taras i po krzyku, myślał. W końcu to zadanie nie było jeszcze takie trudne, przypomniał sobie wyczyn dziewczyny, która, tak nawiasem, przyglądała mu się teraz z szyderczym uśmieszkiem. Kiedyś, podczas dość wyuzdanej, orgiastycznej wręcz imprezy, pewien jegomość, którego pieściła po francusku, uniósł ją do góry, zdjął z niej suknię i pozostawił w samej bieliźnie. Tak przystrojoną wysłał do portowej knajpy, z zadaniem oddania się co najmniej pięciu oprychom, bez względu na to, czy będą kulawi, brzydcy, brudni czy śmierdzący. Wysłał ją tam swym powozem, a sam, wraz z trójką innych w przebraniu, aby nie zostać rozpoznanym, udał się tam migiem w celu obserwacji całego zdarzenia, z mocnym postanowieniem nie angażowania się w nic, co ewentualnie by tam zaszło. A zaszło wiele. Półnaga dziewczyna, w samych tylko pończochach, pantofelkach na wysokim obcasie i koronkowym, białym gorseciku mocno uwydatniającym obfity biust, od razu przykuła uwagę zapitych mord knajpianej społeczności. Zdecydowanym ruchem usiadła okrakiem na kolanach pierwszego lepszego, rozpięła mu spodnie i zabrała się do rzeczy, rozpinając już drugiego, siedzącego obok. Długo na rezultat czekać nie musiała, oprychem wstrząsnęła fala rozkoszy. Ze wszystkich stolików poderwało się kilkunastu innych, wygłodniałych obwiesiów. Wielu z widocznym, odrażającym kalectwem, brzydkich i pochorowanych, od których bród wręcz odpadał, a smród zdawał ciągnąć się na milę. Wszystko tam, cuchnąc ohydnie, zdawało się gnić, zwłaszcza klientela. Brali ją po kilka razy, od tyłu, od przodu, nawet wchodząc brutalnie w usta. Bito ją i opluwano, drapano i oblizywano, ktoś nawet oddał na jej umęczone ciało mocz. Czuła pierwszych dziesięciu, potem zupełnie otępiała. Później poderwała się reszta, zachęcona bezkarnością poprzedników, czyniąc to samo, choć jakby brutalniej, z większą pogardą. Po wszystkim, zabroniono w towarzystwie pokazywać się dziewczynie, dopóki nie dostarczy zaświadczenia od lekarza, iż żadnej choroby, na które tak licznie cierpi plebs, nie złapała, podczas swojej ekscytującej przygody, jak wyraził się jeden z dżentelmenów.

Tak więc, jego zadanie wydawało się o wiele prostsze i, co tu kryć, mniej krępujące. Popatrzył raz jeszcze na grzbiet dachu, rozejrzał się dookoła. Widok, jaki rozciągał się z dachu, był do prawdy imponujący. Zdawało mu się, iż wieje coraz bardziej, gdy tylko pomyśli o przejściu przez barierkę. Ktoś coś jeszcze ironicznie wrzeszczał do niego, ale już nie słuchał, koncentrował się na zatrzymaniu wirującego zawrotu, jaki panował w jego głowie. Serce waliło jak młot, nogi stały się słupami waty. Ręce, całkiem już zmarznięte, przestawały czuć barierkę. Pociągnął nosem i począł przerzucać rozdygotane ciało na drugą stronę, stając delikatnie na oblodzonej krawędzi. Przeszedł kilka chwiejnych kroczków, na odległość wyciągniętej ręki, wciąż trzymając się kurczowo barierki. Wreszcie zdecydował się ją puścić, stanął prosto, poczuł wiatr. Zawiało mocniej, choć wydawało mu się, że od pięciu minut dmie jak podczas huraganu. Zatracił równowagę zupełnie, poślizgnął się efektownie i upadł jak długi na krawędź dachu. Cała gawiedź jęknęła w zachwycie i podbiegła bliżej, chcąc zobaczyć wszystko dokładnie, w najmniejszym szczególe. Przerażony uczepił się kurczowo dachu rękami i nogami, chciał się przyssać, przymarznąć. Strach sparaliżował go zupełnie, oczyma wyobraźni widział siebie toczącego się w szalonym tempie po zboczu stromego dachu, odbijającego się od rynny i znikającego za krawędzią, pędząc w dół na spotkanie śmierci. To zabawne, pomyślał, gdy przypomniał sobie nagle wszystkie swoje wiersze, czytane z zamiłowaniem tym damom, przyklaskującym teraz jego odwadze, która to doprowadziła go w to właśnie, jakże zaszczytne w tym momencie, miejsce chwały bohaterów niespełna rozumu – żaden wiersz nie wzbudzał tylu owacji. Zebrał się w sobie, podniósł ostrożnie. Ze strachu chciało mu się wymiotować. Nie doprowadził się do pozycji pionowej, ale lekko zgarbiony stanął na nogach. Kolejnych kilka kroków dłużyło się w nieskończoność. Zdawało mu się, także dzięki narkotykom, iż upłynęło z pół godziny. Chciał wiedzieć, czy naprawdę tyle czasu upłynęło, ale nic w świecie nie zmusiłoby go w tym momencie do zerknięcia na zegarek tkwiący w kieszeni kamizelki. Kolejne trzy kroczki, właściwie przesunięcia stóp po podłożu, posunęły go dalej. Obejrzał się; wciąż za mało, jeszcze musi trochę przejść. Kolejne kroki stawiał jakby pewniej, wiadomo – rutyna. Doszedł do miejsca, na którym będąc usłyszał nawoływanie do powrotu. No to świetnie, pomyślał, zadanie wykonane, udowodniłem co trzeba, jestem cholernie odważny; teraz trzeba wrócić w jednym kawałku i pić do samego rana. Ucieszyła go ta myśl, uśmiech rozpromienił jego twarz, którą ukazał wiwatującemu tłumowi. Ktoś nawet otworzył szampana. Powoli stawiał kroki, wracając w stronę barierki. Teraz to już jakby wiało słabiej, jakby lód był mniej śliski, jakby cieplej się zrobiło, no i jakby odległość szybciej się zmniejszała. Po kilku pewniejszych krokach znalazł się tak blisko, że barierka była prawie w zasięgu jego ręki. Wysunął się pewnie i wyprężył, w jednym susie dopadł jej i chwycił mocno. Przyciągnął się do niej i zaśmiał głośno. Patrzył jak wszyscy wiwatowali i krzyczeli, niektórzy już zmarznięci, wracali do ciepłych wnętrz. Chwycił jedną dziewczynę za kark, przyciągnął do barierki i silnie pocałował, przywierając mocno do jej pełnych i gorących ust. Tańczył wulgarnie swym językiem w czeluściach między jej wargami, aż trafił na jej język, spragniony obcej śliny bohatera, w ochoczo odwzajemnionym pocałunku. Bezceremonialnie położył jej rękę na piersi, wsuwając palce pod koronkę sukni, szukał chciwie i łapczywie wyprężonego sutka. Gdy znalazł, ścisnął go brutalnie kilka razy, po czym odepchnął dziewczynę. Szczęśliwy i dumny, śmiejąc się głośno, odchylił się tryumfalnie, chciał spojrzeć jej w oczy i ujrzeć pożądanie. Nie ujrzał, niestety, gdyż ześlizgnął się z krawędzi, upadł na bok z chrzęstem i potoczył się bo zboczu. Ostatnim gestem chciał uczepić się rynny, ale zamiary te spełzły na niczym, jego dłoń rozminęła się z miedzianą rynną zanim zrozumiał, że i tak urwałaby się pod jego ciężarem. Z mlaskiem i chrzęstem łamanych kości uderzył o chodnik – to ostatnie jeszcze zdołał usłyszeć.    

Najpierw poczuł mrowienie w policzku. Potem powoli, aczkolwiek coraz mocniej, odczuwał uderzenia otwartą dłonią w swoją twarz. Wreszcie odważył się otworzyć oczy, te same, których miał już nigdy więcej nie otwierać. Ujrzał przed sobą gnijącego człowieka, o zamglonych oczach. Skóra odpadała od niego płatami, miała kolor granatowo szary i okropnie cuchnęła. Ów człowiek zęby miał okropnie przegnite, o ile w ogóle je miał. Nie chciał na niego patrzeć, postanowił zatem skoncentrować się na swoim położeniu, które, jak później miało się okazać, mimo iż niegodne pozazdroszczenia, mogłoby mieć także swoje dobre strony. Leżał. Dłonie miał skrzyżowane na piersi, dokoła natomiast pełno było koronek. Podniósł się powoli, rozejrzał się. Mimo grobowych ciemności, dostrzegał wszystko doskonale, bez problemu zauważył oprócz gnijącego człowieczka jeszcze trzy, w równie zaawansowanym stanie rozkładu ponure osoby, oddalone nieco, stojące w rogu ciemnego i zimnego pomieszczenia, w którym wszyscy zmuszeni byli się znajdować. Kobieta i dwóch mężczyzn. Przyglądali mu się ze zdziwieniem i aprobatą. Nie musiał się ich obawiać. Rozejrzał się jeszcze, chciał ocenić swe łoże. Nie zdumiał się zbytnio widząc trumnę, podejrzewał wszakże, iż umarł. Bardziej niepokoiła go obecność tych groteskowych potworów i fakt, w który najtrudniej mu było uwierzyć – obudził się.

- Uspokój się, jesteś bezpieczny. – wyrzęził gnijący człowieczek, który dopiero co skończył okładać go po twarzy. Głos miał chrapliwy i skrzeczący, brzmiał jeszcze gorzej niż wyglądał. Postanowił mu nie odpowiadać, zerwał się na równe nogi, sięgając do wejścia wydrapał się na powierzchnię, wyszedł przed grób. Rzucił okiem na tabliczkę: Artur Lambert Tyszkiewicz II. 1866 – 1889. Więc jednak umarł, z całą pewnością. Uklęknął przed grobem, zarył kolanami głęboko w wilgotny śnieg, na którym noc kładła smugę dziwnego koloru. Popatrzył na swe ręce. Gniły. Szaro granatowa, ściągnięta skóra odpadała miejscami od kości. Nie zachowała nic ze swej gładkości i delikatności, przypominała raczej gnijącą korę przemoczonego drzewa, błagającego o ścięcie. Delikatnie dotknął swej twarzy, którą pamiętał, i chciał wciąż pamiętać, jako piękną i gładką, jako obiekt zazdrości wielu mężczyzn i obiekt pożądania niejednej kobiety.

- Niestety, na to nic nie poradzimy. – rzężący głos rozpadającej się kobiety z grobowca warknął za plecami niczym turbina zardzewiałej maszyny. Obejrzał się, chciał przyjrzeć się jej dokładnie. Trzymała w rękach lustro, duże, stare, bogato zdobione. Chwycił prędko, łapczywie owe zwierciadło, zapewne wiekowe jak i właścicielka, przyciągnął do siebie, przejrzał się szukając dowodu rozpadu, żywiąc nadzieję, że jednak jakimś cudem jego ten problem nie dotyczy, że okrutny ząb czasu ocalił od zniszczenia to pomniejsze dzieło sztuki. Mile zaskoczony zauważył, że destrukcja nie postąpiła tak znacznie jak u tamtych. Skóra była blada i szaro granatowa, miejscami delikatnie przebarwiona plamami, ale za to w całkowicie jednym kawałku. Wciąż był przystojny, w pewien sposób, wielce osobliwy oczywiście. Tylko te oczy... dziwnie puste, rozmydlone. Oddał lustro dziewczynie; widząc jego minę, zupełnie zdezorientowaną, dziewczyna ubiegła jego pytanie i rzekła:

- Mam na imię Aneta, wysłuchaj mnie, proszę. – uśmiech gnijącej kobiety wywołuje przeważnie ambiwalentne uczucia, jej był zdecydowanie przyjemny. – Jakiś czas po śmierci, jeśli ciało jeszcze zupełnie się nie rozpadło, można przywrócić do życia, lub do egzystencji, jak niektórzy wolą, każdą istotę. To nie żadna magia, ot, czysta biologia, choć faktem jest, że pewien rytuał musi być zachowany. Kilka lat temu pewien człowiek przeprowadził go na jednym z nas, ożywił ponownie umarłego i opowiedział mu o całym procesie. Wtedy został zabity. To nie życie, nie łudź się. To ubarwienie monotonii umierania. Można wszakże gnicie spowalniać, prawie zatrzymać. Nie czekaj na Sąd, nie licz na Niebo, nie lękaj się Piekła. Tylko bezradność wobec rozkładu pozostaje naszym udziałem i przeznaczeniem. Rytuał Powtórnego Powołania, gdyż tak ten proces się nazywa, zapewnia jednak czekanie na rozkład w pełnej świadomości. Śmierć wszakże, wywołuje ogromny wstrząs, blokuje świadomość, nie unicestwiając jej całokształtu. Świadomość zatem, znajduje się tylko w specyficznym stanie śpiączki, dlatego śmierć ludzie zwą wiecznym snem. Rytuał jest tylko ponownym przebudzeniem, odzyskaniem świadomości. Ten stan ma wiele zalet: od teraz nie będziesz potrzebował snu, ale radzę mimo wszystko, sypiać w dzień. Nigdy odtąd nie odczujesz zimna, choć to dziwne uczucie chłodu będzie prześladowało cię już zawsze. Nie będziesz odczuwał głodu, ale powinieneś spożywać to, co jemy wszyscy. Chcesz chyba maksymalnie długo patrzeć na księżyc?

- Na księżyc? – zapytał rozglądając się bezradnie. Tamci trzej mężczyźni, którzy byli z nią w jego grobie, znikli gdzieś przed chwilą.

- A, tak... To jedno jest najistotniejsze. Nigdy nie wychodź za dnia ze swego grobu, bo promienie słoneczne przyspieszają rozkład. – na swój sposób, odnajdywał ją powoli jako piękną – Zgniłbyś wieczorem tegoż dnia, którego świt chciałbyś obejrzeć, przykro mi.

- Jak gnicie można powstrzymywać? – stanął przed nią, chciał ujrzeć jak dalece posunął się proces rozkładu jej ciała, zapewne niegdyś kusząco pięknego. – Czy to możliwe?

- Trzeba dostarczać organizmowi żywych, witalnych tkanek. Uzupełniać. Przykro mi, że wciąż muszę cię rozczarowywać, złoty chłopcze, ale znów nie ma w tym ani krzty nadprzyrodzoności. To znów szara i prozaiczna biologia. W tym celu zjadamy żywych. Tak, to wysoka cena, ale i jedyny sposób. Jedzenie zwierząt zaś, mija się z celem, te inną mają budowę, nie dostarczają potrzebnych organizmowi składników budulcowych w takiej ilości, co ludzkie mięso. Przywykniesz do popijania krwią świeżego, ludzkiego mięsiwa. Mięso ludzkie jest pożywne, wartościowe. Poza tym, jest słodkie. – uśmiechnęła się wyjątkowo życzliwie. Ujęła go pod rękę, delikatnie prowadząc w głąb cmentarza. – Chodź, przedstawię cię Pierwszemu Powtórnie Powołanemu.

Spacerowali cmentarnymi alejami, otaczani strzelistymi konstrukcjami wielkich, rodowych grobów, małymi kurhanami biedaków, mogiłami żołnierzy z wszystkich chyba wojen, oraz szarymi i zwyczajnymi grobami pragmatycznych mieszczan, którzy chcieli mieć domek po śmierci solidny, ale nie specjalnie drogi. Wszędzie porastały drzewa, które były równie stare co groby i starsze, choć wydaje się to niemożliwe, od mieszkańców owych grobów. Pochylały się nad całą nekropolią tworząc rysy, rozchodzące się jak pęknięcia na lustrze, na tle rzadko w zimie rozgwieżdżonego nieba. Kołysały się na wietrze lekko i rytmicznie, szumiąc cicho, wciąż nieprzerwanie rozbrzmiewający marsz pożegnalny, requiem świata dla odchodzących. Większe alejki oświetlały stylowe, staromodne lampy, rzucające światłość dzięki dobrodziejstwu wszędobylskiej, jak później miał stwierdzić, elektryczności. Z lamp biło ciepłe, żółte światło. U niektórych wisiały sople lodu; roztopiony ciepłem żarówki śnieg budował je wodą ściekającą kropla po kropli. Potężne posągi obłupanych aniołów, smutnych i posępnych świętych, samotnych płaczących, wyszczerbionych i skorodowanych krzyży, nawet równo ściętych i całkiem prostych kolumn, które w niepisanym języku cmentarnych architektów wyróżniały miejsca pochówku samobójców, zionęły potwornym żalem, emanowały przygnębieniem i porażały chłodem. Przy grobach leżało pełno wypalonych zniczy i obumarłych kwiatów, w których dostrzec można ból, dręczące cierpienie wywołane obsesją przemijania. Artur nie odzywał się, próbował odnaleźć się w nowej sytuacji, wszystko to nie chciało mu się pomieścić w głowie, w tej głowie, która znów mogła cokolwiek mieścić.

Mijali duży pomnik powstańców styczniowych, jedno z najważniejszych miejsc na cmentarzu. Ujrzeli tam Powtórnie Powołanych, osobliwie tańczących w szalonym transie; zarówno kobiety jak i mężczyźni, krzyczeli i śmiali się głośno, popijając wino prosto z butelek. Całowali się i obnażali, tuląc i obmacując się wzajemnie, wyraźnie bez skrępowania. Kilku łapczywie odrywało mięso od ciała świeżo zamordowanej osoby, zlizując dokładnie krew z grobowca, na którym urządzili sobie prowizoryczny ołtarz. Artur nie czuł jednak odrazy w stosunku do tych obrazów, które same cisnęły mu się do oczu, nie był nimi także zafascynowany. Zrozumiał, że powoduje nim zupełna obojętność. Zastanawiał się, czego jest ona następstwem. Czy jest konstytutywną cechą stanu, w jakim się znalazł, czy też wynika z jego charakteru i doświadczenia, które, bądź co bądź, niejedno już widziało. Choć niewątpliwie istniał nadal, głupstwem byłoby nazwanie tego stanu życiem. Czuł tylko niektóre funkcje swego istnienia, nie słyszał bicia serca, nie czuł krążącej w żyłach krwi, nie posiadał lepszego węchu, słuchu czy czucia, niczym mityczny wampir. Wręcz przeciwnie; wszystkie zmysły zdawały się być raczej przytępione, suche, prócz wzroku, który przyzwyczajony do oglądania ciemności przez długi okres czasu był teraz jakby znacznie czulszy i wyostrzony.

Doszli do kaplicy, tej większej, znajdującej się w samym centrum cmentarza, gdyż owa nekropolia dorobiła się ich aż dwóch. Wejście do środka chronione było przez duże, okute drzwi, które teraz były uchylone, odsłaniając znikomą część wnętrza, z którego wydzierał się słaby blask palonych świec. Aneta weszła sprawnie po schodach, z gracją, zapewne wrodzoną. Nie miała w swych ruchach nic z rozdygotanego kroku obrzydliwych mumii czy martwiaków, którymi straszono go w dzieciństwie. Przy drzwiach odwróciła się, popatrzyła na niego zachęcająco, ponownie się uśmiechając. Szybko pokonał schody i wślizgnął się do środka, przymykając drzwi za sobą. Wewnątrz wszystko lśniło, pozapalane świece rzucały setki blasków, powodując tańczące na ścianach cienie. Witraże w oknach odbijały światło, dodatkowo je załamując. W środku znajdowało się około dwóch tuzinów Powtórnie Powołanych, elegancko ubranych i wyprostowanych. Popijali z gustownych kielichów, niektórzy palili cygara. Dyskutowali spokojnie i z właściwą sobie klasą umarłej inteligencji. Aneta szła przodem, dystyngowanie, lekko. Artur chcąc dotrzymać jej kroku, podbiegł kilka kroczków, rozglądając się dyskretnie po zgromadzonych, wśród których jednak nie wzbudził spodziewanego zainteresowania. Zajęci swoimi żartami, dyskusjami, sprzeczkami i wzajemnymi pochlebstwami, niemal nie zauważyli nowoprzybyłych. Jeden tylko z tam obecnych, starszy, wysoki, równie blady co inni i tyleż samo szaro pozieleniały, z gęstą siwą brodą i nielicznymi włosami, w wielce wytwornym fraku i kielichem w ręku, przyglądał się im, odkąd weszli. W trzech innych stojących przy nim, Artur rozpoznał tych, którzy razem z Anetą przebywali w jego grobie. Dziewczyna podeszła do starszego jegomościa, dygnęła przed nim w ukłonie, po czym wskazała na Artura.

- Witaj wśród umarłych, chłopcze. Nazywałem się Ignacy Tarczyński, jestem pierwszym, który ujrzał światłość mroku. – powiedział straszy dżentelmen, wyciągając dłoń w stronę Artura. – Mam nadzieję, że otrząsnąłeś się z pierwszego szoku?

- Raczej tak, jak sądzę. – Artur podjął dłoń, odwzajemnił życzliwie uścisk. – Choć przyznam, iż jako szalenie niebywałą odnajduję tę sytuację.

- Z pewnością – zaśmiał się życzliwie pan Ignacy. Miał wyjątkowo zabawny, mocny akcent angielskiego arystokraty. – Przywykniesz. Bądź mym gościem, napij się.

Pod nos pewien nieżyjący, sprawujący rolę kelnera podstawił mu tacę z pełnymi kielichami.

- To świeża krew, prosto z ostatniej ofiary, zanim oddaliśmy ją w ręce pozostałych braci. Najlepsza, pierwszogatunkowa. – zachwalał kelner.

- Dziękuję... – Artur ujął delikatnie i z gracją pełny kielich. Wstrząsnęła nim fala obrzydzenia, kiedy wypił zawartość. Nie spodziewał się tego, myślał, że nic nie poczuje, że wypije jak wino. Zrobiłoby mu się słabo, gdyby nie to, że nie żył i jako trup do takich reakcji nie czuł się upoważniony.

- Pozwól ze mną. Przejdziemy się kawałek, jeśli nie czujesz się zakłopotany. – pan Tarczyński skierował się z nim w stronę wyjścia, odstawiając swój kielich. Wyszli z kaplicy, przeszli kawałek, poszli na wprost, po zaśnieżonej alejce.

- Ludzie boją się przypuszczać, że po śmierci nie ma nic. – podjął po chwili pan Ignacy – Chcą się łudzić, mieć jakąś nadzieję, że ich marna egzystencja ma jakiekolwiek znaczenie w wieczności, że będą kiedyś wieczność tworzyć. Człowiek jest egocentrykiem, co tu ukrywać. No i ma wielkie wyobrażenie o sobie. Uważaj, zawsze się o to potykam. Tak, drogi przyjacielu, ludzie chcą być pępkami kosmosu, patrzeć jak się rozwija, istnieje, trwa. Chcą patrzeć już zawsze, skoro się urodzili. Z uwagi na kruchość swego bytu, stworzyli sobie alternatywę wieczności, którą przyłatać można było tylko do pojęcia śmierci. Sami będąc słabymi, tworzą sobie wszechmocnych bogów, którzy w ludzkim mniemaniu, mają zapewnić im wieczność w nagrodę za odmawianie sobie pełni życia. Ufają, że życie, to tylko pomost. Boją się myśleć, czy aby pełnia ludzkiego istnienia zawierać mogłaby się jedynie w krótkich latach ich dreptania po ziemi, a przy tym żyją wielce oszczędnie. Niestety, mistyczna śmierć rozczarowuje. Nie ma niczego tajemniczego, nie ma jasnego światełka na końcu tunelu, nie istnieje Absolut, nie czeka nigdzie Prawda. Śmierć to tylko bezwzględny rozkład materii organicznej, z prochu w proch, cal po calu. Zasilanie gleby, tworzenie nawozu. W tym sensie, to jest wieczność. Człowiek będąc prochem, ziemią, trwać będzie po śmierci na wieki. Ale nic ponadto, żadnego zbawienia, żadnej nagrody, żadnego ucztowania, żadnej nirwany. Poniekąd reinkarnacja, jeśli będzie się miało tyle szczęścia, aby zasilić powstanie jakiejś nowej substancji, dać początek nowej formie życia. Jeśli bycie, dajmy na to, drzewem, kogoś usatysfakcjonuje, rzecz jasna. Wtedy na powrót będzie się żyło.

- A dusza? – Artur szedł o pół kroku za panem Tarczyńskim, nie starał się zwiększać tempa, ani tym bardziej wyprzedzać. Zastanawiał się, czy ktoś zwrócił uwagę na jego ubłocone nogawki, których stan zauważył przed momentem.

- Ach, dusza, dusza... Mistyczny bilet ludzkości do wieczności, bo to dusza wszakże jest nieśmiertelna. Ponoć duszy nie można zlokalizować czyż nie? Nie jest w żadnym narządzie umieszczona. Odetniesz sobie rękę – duszę wciąż posiadasz. A jeśli wytną ci mózg? Czyż jest się dalej człowiekiem, który kocha, myśli i czuje? Dusza, mój drogi, to są skomplikowane procesy, to chemia, biologia. Natura. Tylko natura jest cudem.

- Więc po co to wszystko? Życie, kochanie, bycie, postęp... Jaki jest cel? – wycierał nogawki, jedna o drugą. Spacerowe tempo skutecznie mu to umożliwiało.

- Sam cud bytu jest celem, nie środkiem ku czemukolwiek. Piękno krótkiego istnienia, czar cudowności chwili bycia! Tak skomplikowana harmonia zjawisk i złożonych przypadków, mająca miejsce po to, aby pojawił się byt, który na kilka lat, będących w istocie błyskiem w oku natury, mógł cieszyć się świadomością istnienia! Najwyższy z cudów Natury! Byt wiedzący o swym bycie, który wie, że jest, po czym przemija.

- Czyż zatem może powstać istnienie przypadkiem? Musi być siła która wszystkim kieruje.

- Nonsens! Natura, z istoty bezosobowa, tworzy świadome istnienie, sama będąc nieświadomą swego bytu! To wszakże jest jedyny cud, w jaki świat został obdarzony. – pan Ignacy mówił spokojnie, ani na moment nie podniósł głosu. Jego wypowiedzi, stonowane artykulacyjnie, emanowały cierpliwością godną profesorów, jakich Artur spotkał studiując filozofię.

- Zatem wszystko jest dziełem ślepego przypadku? – po chwili milczenia, jakiej potrzebował Artur na ułożenie sobie słów pana Ignacego w rozsądną całość, młodzieniec odezwał się z pozorem zrozumienia sprawy w głosie.

- Ależ skąd! Natura nie zna pojęcia Przypadku. Nie kieruje się także żadnym procesem planowania. Ludzie mają tendencję do planowania, wszystko co wydarza się poza określonym działaniem bądź zjawiskowością, obdarzane jest łatką przypadkowości. Ale Natura nie zna pojęcia planowe działanie. Wszakże już Darwin odkrył, że w prawach natury nie istnieje twardo określona zależność tylko prawidłowość wynikająca ze statystyki. W tym właśnie miejscu narodziło się przecież, trochę później, serce Teorii Chaosu. Tak więc ludzie mają plan bądź przypadek. Natura jest daleko szersza. Natura po prostu się tworzy. Ewoluuje, zmienia, wiruje. W sposób nieprzewidywalny, aczkolwiek uzasadniony logicznie. To jest postęp, przyjacielu, to jest rozwój! Tworzy się stale na bazie tworów poprzednich, procesem, który daleko szerszy jest od naszego wytartego pojęcia Przypadku, a stroniąc od mile łechtającego ludzką naiwność uzurpatorskiego pojęcia Porządku. Pojęcie Porządku wszakże pozwala człowiekowi czuć się panem sytuacji, władcą Natury. Nic bardziej mylnego, doprawdy.

Obaj szli dalej, w ciszy. Pan Tarczyński zapalił cygaro, delektując się wybornym aromatem, Artur myślał o tym co właśnie usłyszał. Śnieg zaczął mocniej sypać, Tarczyński udał się zatem z powrotem do kaplicy, ukłoniwszy się Arturowi uprzednio. Młodzieniec odwzajemnił ukłon, lecz nie podążył za nim dalej. Cieszył się śniegiem, opadającym na jego zimną twarz. Martwą twarz. Chciał aby popłynęły mu łzy, pragnął zapłakać jak dziecko – na próżno. Ani jedna łza nie była w stanie wytoczyć się z pustej studni jego oka. Szedł dalej, wzdłuż zaśnieżonej alejki. Drzewa leniwie pochylały się nad nim, w całej swej posępności. Wrócił do swego grobu, przetarł tabliczkę z własnym nazwiskiem. Dość duży, bogato zdobiony grobowiec, z dwiema kolumnami i wiszącymi na nich czarnymi, stalowymi lampionami, miał być teraz jego domem. Przez całe życie żywił się nadzieją, że kiedyś dowie się kim jest, kim ma być i czemu jest przeznaczony. Myślał, że dowie się, gdzie jest jego miejsce na świecie, które nazwie swoim domem. Miejsce, skąd mógłby zarzucać sieci marzeń. Umarł. Tu było jego miejsce. Ogarniający go strach przekonywał go, że prędzej czy później, zacznie żałować zmarnowanego życia, zacznie żałować śmierci. Wiedział, że nie ma już od niej odwrotu, będzie tylko zgorzkniała pustka po istnieniu. Bał się, bo śmierć już się stała. Klęczał w śniegu, zanurzył w nim ręce. Nie mógł ciągle uwierzyć w brak sensu. Bezsensownie żył, bezsensownie umarł, bezsensownie oczekiwał będzie rozkładu. Tylko tyle. Podniósł się wolno, obejrzał, po czym poszedł w kierunku pomnika powstańców. Czuł się bardziej zagubiony, niż kiedykolwiek za życia. Jeżeli wtedy nie mógł znaleźć sobie miejsca, to tym bardziej teraz nie mógł tego zrobić. Był jak ścięty kwiat wstawiony do wazonu. Już nigdy nie zakwitnie, mógł czekać tylko na uschnięcie.

Przed pomnikiem wciąż trwała lubieżna zabawa. To był plebs, najzwyklejsi głupcy, których zawsze jest pełno, niezależnie od czasów. Nie widzieli prawdziwego sensu istnienia za życia, nie widzą go i po śmierci. Najważniejszą wartością w życiu jest dla nich licha i prymitywna rozrywka, oraz ciężka, bezmyślna praca, która daje to, co jest wymiernym świadectwem sukcesu – pieniądze. Umierają, nawet nie ocierając się o prawdę. Nigdy w życiu nie zadawali sobie wielkich pytań, trawili podawaną im przez świat papkę. Banalne poczucie estetyki, proste poczucie sprawiedliwości. Żyli bogobojnie, grzesząc po kątach, po czym pędzili do kościołów świątobliwie się wyspowiadać, po to, aby grzeszyć ponownie. Żyli nudno, każdy dzień był taki sam. Ciężka praca, tani obiad, krótki sen. Raz na tydzień dająca ułudę relaksu nudnie spędzona niedziela. Ale niedziela albo trwa cały tydzień, albo nie ma jej wcale. Odchowali gromadkę dzieci, które, tak jak oni, ciężko harować będą na system, wyciskający z nich całą energię życia i siły. Życie potrzebne było im do pracy, nie praca do życia. Kiedyś czytali o piramidach, ale nigdy ich nie widzieli, nie czuli ich pod butem, przez całe życie ani jednym tchem nie wciągnęli powietrza z pyłem z ich wierzchołków. Inni za nich myślą, tworzą, walczą, bawią się, żyją. Mówią o sobie, że są prostymi ludźmi, bojąc się przyznać, że są prostakami.

Młoda dziewczyna w rozchełstanej bluzce, śmiejąc się histerycznie, zarzuciła Arturowi ręce na szyję. Przycisnęła go do siebie w mocnym uścisku, jej długi język siłą wdarł się do jego ust. Był nad wyraz giętki i żwawy, wielce przy tym ruchliwy. Całowała go długo i namiętnie, potem odsunęła twarz Artura i przycisnęła ją do swych falujących piersi, śmiejąc się głośno. Artur odepchnął ją energicznie, dreszcz obrzydzenia przebiegł mu po kręgosłupie, wykrzywiając w grymasie twarz. Uderzył ją wierzchem dłoni. Upadła miękko w śnieg, rechocząc bez przerwy. Reszta towarzystwa nie przeszkadzała sobie. Tańczyli i podskakiwali, rzucali do siebie kości z resztkami, pili i kopulowali na grobach. W najprzeróżniejsze sposoby, bez ograniczeń. Podszedł do niego dobrze zbudowany, mało gnijący człowiek, na oczy nasunięty miał kaszkiet. Jego szara, zniszczona kurtka słabo okrywała barczyste ciało, na nogach miał buty, które Arturowi wydawały się dziwne. Rude włosy płonęły wystając mu spod czapki, na czubku wysoko zadartej głowy.

- To suka, ale dobra. – powiedział rudy podchodząc bliżej. – wiele potrafi. Za życia była jedną z lepszych w swoim fachu.

- Zapewne. – Artur odpowiedział donośnie, oceniając zamiary dryblasa. Rudy nie sprawiał wrażenia nastawionego do niego agresywnie. – parszywe plugastwo. Pieni się to jak piana na ustach wściekłego kundla. Rzygać się chce.

- Wiem coś o tym, pilnuję, żeby nie szaleli za bardzo, ale ludzi trzeba czymś zająć.

- A kim pan jest właściwie? – Artur zapytał, patrząc nieznajomemu w oczy.

- Napije się pan wina? – rudy z uśmiechem podsunął butelkę. – Jestem Zbigniew Krzak, to ja tu wszystko zaopatruję. Ja załatwiam wino, cygara, to ja dostarczam ofiar. Beze mnie, nikt nie miałby tu co jeść i pić, nudziliby się jak psy.

- Ach tak? Skąd pan to wszystko bierze? – Artur łyknął, wino rozlało się po gardle. Drapało, nie wiedział, czy to jego odzwyczajenie od picia, czy też specyfika taniej marki.

- Wychodzę za bramę. Umarłem całkiem niedawno, wiem gdzie co teraz można załatwić. Tanie wino, papierosy, cygara, książki dla pana Tarczyńskiego... Wszystko.

- A ofiary?

- To też moja sprawka, po śmierci na pewno czekałoby mnie piekło, gdyby nie to, że piekło to życie – Zbigniew zaśmiał się głośno, niskim, basowym głosem.

- Tak po prostu kupuje pan te rzeczy w sklepie? – Artur nie ukrywał zdziwienia dla prostoty sprawy. Wydawało mu się to zupełnie nie pojęte.

- W hurtowniach, wie pan, to takie duże sklepy, jakby magazyny. Dozorca cmentarza ciągle jest pijany, nigdy nie wie co tu się wyprawia. A ludzie w hurtowniach, panie, to rzadko przyglądają się człowiekowi, zwłaszcza gdy taki kupuje, płaci i wychodzi. Żywi, to mogliby pocałować trupa, i mało który zorientowałby się, że tamten już od dawna nie żyje. Poza tym, do wyborów nie kandyduję, nie? Rzecz jasna, że ze swoją śmiercią nie obnoszę się zbytnio, rzadko pokazuję się ludziom. A każdy człowiek, to jest tak zajęty sobą, że nie zwraca uwagi na innych. Egoiści, panie. A zabijam głównie bezdomnych, mało kto za nimi płacze, a i policja palcem nie kiwnie, bo to im na rękę. Mniej syfu na ulicach, czyściej w aresztach. Zimą, panie, bezdomny to duży kłopot. – Zbigniew pociągnął nosem. Ciekawe, czy mógł mieć katar, pomyślał przez chwilę Artur.

- To co, pan myślisz, że nam wolno? Że mamy prawo? To jest sprawiedliwe?

- Nie wiem. Ale spójrz na Agnieszkę. – Aneta nagle pojawiła się za nimi. Odwrócili się obaj, Zbigniew zdjął czapkę i ukłonił się. Wskazywała na małą dziewczynkę, bawiącą się zniczem w śniegu. – Zmarła jak miała osiem lat, na grypę. Myślisz, że to jest sprawiedliwe? Przecież ona jeszcze nic z życia nie zabrała, niczego nie przeżyła. Niczego nie potrafiła jeszcze doświadczyć w pełni. Zresztą, ludzie żywi nie potrafią żyć w pełni. Prawdziwy walor życia można poznać dopiero po śmierci. Żywi, przejęci ubieganiem się o prawo do zbawienia marnują swój potencjał, gaszą w sobie ogień. Nawet ci, którzy nie wierzą, skrycie boją się, co będzie po śmierci. Żywi tracą tyle czasu na budowanie fortun, na gromadzenie zbytków, w ogóle nie doceniając tych chwil. Nie żyją pełnią życia. Nie potrafią zachwycać się zachodem słońca. Potem umierają i nic im z tego nie zostaje. Nawet nie mają ciekawych wspomnień, bo całe życie ciężko przepracowali. A to paradoks – żeby wiedzieć jak żyć, trzeba umrzeć. Ale wtedy jest już za późno.

- To zabawne – Artur wyszeptał, patrząc na niegramotne ruchy dziewczynki. – każdy mój wiersz traktuje o śmierci, ale żaden nie opisuje tego, czym ona jest w istocie.

- Chodź, czekają na nas. – Aneta podała Arturowi rękę. Chwycił ją delikatnie, wstał. Zrozpaczony, patrzył w jej oczy oczekując odpowiedzi na pytania, których nie potrafił nawet zadać. Zbigniew pomachał im czapką na pożegnanie, potem dołączył do pozostałych, tylko po to, aby uciszyć wrzaski i stonować jęki. Artur szedł do kaplicy wolno, nieświadomie tuląc się do ramienia Anety. Chciała tego, objęła go w pół, kładąc głowę Artura na swym ramieniu. Śnieg przykleił się jej do spódnicy, upstrzył ją setkami lśniących igiełek. Pocałowała go w czoło.

Wewnątrz kaplicy wszyscy wciąż rozmawiali, w niezbyt, jak od razu zauważył Artur, zmienionych grupkach. Dyskutowali zaciekle, wciąż popijając krwią i winem, zagryzając świeżo przygotowanymi mięśniami i ścięgnami. Artur nie podchodził do żadnego z wytworzonych kręgów, przyglądał się wszystkim bacznie. Podszedł do stolika, napił się wina, nie chciał już krwi. Aneta, zatrzymana przez jednego z dżentelmenów, wciągnęła się w rytm nudnej pogawędki. Wyglądała bardzo korzystnie, w atmosferze wypełniającej kaplicę. Za życia musiała być ozdobą salonów, to z całą pewnością był jej żywioł. Rozrzucała uśmiechy, ukłony, mrużyła oczy, przytakiwała, zaprzeczała, podawała rękę do pocałunku, dygała w ukłonach. Wszystko z niebywałą gracją i z równie zachwycającym wdziękiem, jak na, bądź co bądź, trupa. Piękna suknia falowała w rytmie jej zgrabnych i płynnych ruchów, podkreślając tym jej delikatność i kruchość. Delikatność i kruchość, która w obecnej sytuacji nabierała zupełnie innego znaczenia. Artur chciał wiedzieć, czy można kochać po śmierci. Nie chodziło mu o to, czy byłby w stanie, byłby na pewno, czuł to. Szło o to, czy mu wolno. Nie chciał kraść uczucia zarezerwowanego dla żyjących, tego uczucia, które dodawało skrzydeł, które obdarzało zakochanych poczuciem nieśmiertelności. Teraz już przecież nie żył. Nie miał żadnych praw, zwłaszcza do jakiejkolwiek nieśmiertelności. Mimo to, ściągał ją wzrokiem. Wpatrywał się w jej śliczną sylwetkę tak długo, aż rzuciła w jego kierunku dyskretne spojrzenie. To było życzliwe spojrzenie, ciepłe. Przeprosiła rozmówców, ukłoniła się wdzięcznie i podążyła za spojrzeniem, jednym krótkim rzutem oka, dostrzegającym opartą nonszalancko postać Artura. Kołysząc przesadnie biodrami w rytmie zgrabnych kroków, podeszła do nowo przebudzonego członka trupiej społeczności. Z uśmiechem patrzyła na Artura. Oczy miała rozmarzone. Za życia często widział takie spojrzenia u kobiet, doskonale wiedział co oznaczają. Doskonale wiedział, jak mógł je wykorzystać. Teraz, nie był już niczego pewien. Chciał raz prawdziwie pokochać. Chciał się łudzić, że może właśnie ją.

- O czym marzysz? – zapytał. Artur przenikał głębię jej rozpływającego się spojrzenia, docierał aż na samo dno, chciał wyczuć intencje i pragnienia kobiety umarłej.

- Marzenia? Niby o czym można marzyć po śmierci? Chyba nie o długim życiu, nie o szalonej i wiecznej miłości, nie o szczęściu i powodzeniu w życiu. Tu mamy to, co jest nam potrzebne. Nie ma już o czym marzyć. – Aneta spuściła głowę i przymknęła oczy.

- Rozumiem. – w istocie wszystko zrozumiał. Była taka, jak reszta, choć trzeba przyznać, że urocza.

- Wiele osób chce pana poznać. Był pan kimś wielce ciekawym. Zechce pan przybliżyć tu zgromadzonym swoją sylwetkę? – Artur usłyszał ciężki, męski głos, z odległego kąta kaplicy. Podszedł do ołtarza, na który szybko wskoczył, popatrzył dookoła. Wszyscy patrzyli na niego, uśmiechali się. Jedni życzliwie, inni zupełnie ironicznie.

- Ja jestem niepoprawnym marzycielem. Czy ktoś z was marzy? O czymkolwiek? Pragnie czegoś? – wykrzyczał jednym tchem po czym zamilczał, słuchając jak echo roznosi brzmienie jego słów. – mimo iż żyjecie, jesteście puści, jak butelka po winie, brak wam treści, tej treści, która jednak umarła. Trwacie tak, jak puste naczynie, które zalega na półkach!

Wszyscy zamilkli. Słuchali go uważnie nikt nawet nie śmiał przerwać.

- Egoiści! – kontynuował Artur, biorąc głęboki oddech. – Marnujecie czas! Nie jesteście obciążeni czekaniem na śmierć, a nie potraficie zapełnić ostatniego czasu sensownym działaniem! To po co tak istnieć? Cóż można robić ze świadomością rozpadu? Odbieramy życie innym, nic nie dając w zamian. Żeby tylko przedłużyć trochę swoje puste trwanie! Niczego nie naprawiamy, nic nie zmieniamy. To kradzież, zwykła, ludzka kradzież! Czy ktoś z was zaryzykowałby dla ujrzenia tylko jednego zachodu słońca? Czy ktoś z was pokusiłby się o jeszcze jedno przeżycie miłości? Do cholery, czy ktoś z was myślał o wyjściu poza bramy cmentarza?

- Umarłeś dawno temu, rzeczy które teraz zobaczyłbyś na świecie, przeraziłyby cię zupełnie, zaufaj mi zarozumiały młodzieńcze! Poza tym, jeśli ktoś z żywych dowiedziałby się... – Ignacy przerwał mu stanowczo.

- Być może przeraziłaby mnie odmienność rzeczywistości, ale dzięki temu czułbym, że umieram pełnią życia... – odpowiedział Artur, znacznie ciszej. - Cieszcie się pustym życiem, póki jeszcze możecie, głupcy. Już nie długo. Idzie wiosna.

Zeskoczył z ołtarza, wybiegł szybko z kaplicy, przepychając oniemiałych z wrażenia trupów. Nikt nawet nie próbował go zatrzymać. Uciekał szybko, potykał się o wystające korzenie, zahaczał o groby. Pędził, chciał czuć wiatr w uszach. Jeszcze jeden raz chciał słyszeć jak szumi. Aneta biegła za nim, krzycząc rozpaczliwie i głośno. Wołała, błagała, aby się zatrzymał, na próżno. Artur biegł w stronę głównej bramy, biegł zbyt szybko jak dla niej. Suknia plątała się jej między nogami, zaczepiała o wszystko. Chciała go zatrzymać, błagać aby z nią został. Spróbowaliby razem miłości. Byłaby mu całym światem. Pragnęła go. Gdy dobiegła do zamkniętych na noc krat, Artur był już daleko za bramą. Zafascynowany obecnością samochodów przystanął na moment, po czym pędził dalej, w stronę odległego dworca kolejowego. Uwieszona na kratach Aneta, szlochała cicho, a z jej trupich oczu, pierwszy raz popłynęły łzy.

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
labedz · dnia 19.10.2014 20:06 · Czytań: 1553 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 7
Komentarze
Usunięty dnia 20.10.2014 12:01
Łabędziu piękny ptaku, ale horror wysmarowałeś. Szczerze powiedziawszy, nie wiem, co napisać. Napiszę moje ogólne wrażenia.
W tekście zostało poruszonych wiele spraw dotyczących ludzkości oraz życia. Jednak trudno mi się zgodzić z wizją życia po śmierci i funkcjonowania świata, która została tu przedstawiona. Dobrze, że to tylko fikcja literacka.
Bardzo podobał mi się język jakim został napisany tekst. Mam słabość do tamtych czasów, dlatego pod tym względem, tekst bardzo mi się podobał. Napisany tak obrazowo, że miałam wrażenie, że oglądam film. W sumie niezły mógłby być.
Podoba mi się też końcowa postawa głównego bohatera. Całkiem mądre rzeczy mówił, które można by odnieść to ludzi żyjących obecnie.

Wiele rzeczy zastanowiło mnie w tej opowieści, szczególnie to:
"Natura, z istoty bezosobowa, tworzy świadome istnienie, sama będąc nieświadomą swego bytu!", czy oby na pewno?
Skąd Ty wziąłeś takie stwierdzenia?

W tym bardzo długim tekście zauważyłam jedną literówkę: [quote]i potoczył się bo zboczu [quote]

Muszę powiedzieć, że tekst zrobił na mnie duże wrażenie, choć momentami był przerażający.

Pozdrawiam:)
labedz dnia 20.10.2014 13:59
Ciesze się, że tekst na tyle Cię wciągnąl, że zdolalaś przebrnąć przez całość, to dla mnie niemały jednak sukces.
Językowa stylizacja, jak widzę, też jako tako swoją rolę odegrała, więc jestem kontent.
Rozumiem, że nie zgadzasz się z taką, a nie inną wizją świata i życia po śmierci, nie martw się - ja też nie. Fikcja, fikcja, i jeszcze raz gra konwencją. Tylko tyle. Nie szukaj tu mojej osobistej wykładni metafizycznej, bo jej tu nie ma.
Z tego samego powodu, nie odpowiem Ci na pytanie "czy na pewno" w stosunku do przytoczonego fragmentu, bo nie mój to pogląd, zatem nie czuję się kompetentny by go bronić. A skąd takie mądrości wziąłem? Chyba z filozofów epoki, do której piję, ale jak zapytasz o źródła, to będę się musiał napocić.:)

Dzięki za poświęcony czas i nieocenione wrażenia!
euterpe dnia 20.10.2014 20:25 Ocena: Bardzo dobre
Wizja lekko przerażająca. Przywodzi na myśl komedię "Mój chłopak zombie". Podobna fabuła pośmiertna. Tam też trzeba było jeść ludzkie surowe mięso i nie powinno się wychodzić poza cmentarz.
Mimo wszystko na mnie największe wrażenie zrobił opis sceny w barze i ogólnie pierwsza część opowiadania, która z kolei przywodzi na myśl inny film, którego tytułu niestety nie przytoczę, gdyż głupio przyznać- zapomniałam.
Jako kobieta jestem wstrząśnięta. Jako człowiek bojący się własnego cienia, jeszcze bardziej zmieszana:)
Cytat:
ne­kro­po­lia
- to najtrafniejsze i najzabawniejsze słowo:D
Pozdrawiam serdecznie,
Ewa
labedz dnia 20.10.2014 20:38
Niestety, słowo "nekropolia" nie jest mojego autorstwa, ale też mi się podoba.
Nie znam komedii "Mój chłopak zombie", ale po tytule wnioskuję, że swoim pomysłem wstrzeliłem się gdzieś blisko tamtejszej wizji świata przedstawionego.:) Cóż, to dowodzi, że mamy jednak ten cholerny postmodernizm.
Dzięki, Ewo, za zajrzenie, pozdrawiam!
euterpe dnia 20.10.2014 22:18 Ocena: Bardzo dobre
Cała przyjemność po mojej stronie:)
al-szamanka dnia 23.10.2014 00:11
Hmm, moim zdaniem przesadziłeś.
Cały czas miałam wrażenie, że bardzo starałeś się wywołać w czytelniku odrazę.
Fakt, nie lubię takiej tematyki i przeczytałam tylko ze względu na nick.
To znaczy, zmusiłam się do przeczytania.
Trochę zadziwia mnie szybka przemiana Twojego bohatera.
Najpierw narkotyki, towarzystwo właściwie degeneratów... a potem moralizowanie.
Nie przekonało mnie to.

Aha, co najbardziej rzuciło mi sie w oczy:
Cytat:
Już nie długo. Idzie wio­sna.

niedługo
Cytat:
prze­py­cha­jąc onie­mia­łych z wra­że­nia tru­pów.

oniemiałe z wrażenia trupy.
labedz dnia 23.10.2014 11:57
Droga Al-u, przelknąłem, na klatę przyjąłem. Masz dużo racji tak odbierając ten tekst. Wezmę to pod uwagę, dziękuję za to!
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Leszek Sobeczko
31/01/2023 21:09
Opheliac - dziękuję, mało tutaj bywam i bardzo mnie ucieszył… »
akacjowa agnes
31/01/2023 20:18
Dobrze czytasz, Ekslibrisie :p To jest wiersz o drodze do… »
ekslibris
31/01/2023 20:09
Wiele przekonań przemija, uczucia, jedność itd. Odbieram ten… »
Yaro
31/01/2023 20:02
Jesień jest bisko ale ja czuję lato i późną wiosnę zawsze… »
Yaro
31/01/2023 20:00
Dziękuję Dachu64. Bestie są dookoła należy uważać.… »
Yaro
31/01/2023 19:58
Dziękuję bardzo za odwiedziny Burak to burak i nikt go nie… »
retro
31/01/2023 19:15
Wolnyduchu, dziękuję:) »
Piotrusss
31/01/2023 10:56
Dziękuje »
Miladora
30/01/2023 19:52
Całkiem nieźle, Żołnierzyku, chociaż... :) Niby jest… »
Kasia Koziorowska
30/01/2023 17:57
Dzięki serdeczne dla Was! Pozdrawiam słonecznie. :) »
dach64
30/01/2023 13:03
Bestie tak niestety mają - mieszają we łbie i robią się… »
Marek Adam Grabowski
30/01/2023 11:28
Smakowicie napisane dzieło, oddające historyczny klimat i… »
dach64
30/01/2023 10:48
Oczywiście przekaz i wreszcie odbiór przez czytelnika -… »
mlodepioro
30/01/2023 07:56
Nie wiem, czy tak wypada... Ale stylistycznie i estetycznie… »
mlodepioro
30/01/2023 07:51
Nic dodać, nic ująć! Klasa sama w sobie! Życzę dalszej… »
ShoutBox
  • Tjereszkowa
  • 30/01/2023 18:28
  • Super znajome nicki znaleźć!
  • Szymon K
  • 30/01/2023 13:19
  • Polecam ksiązkę,
  • zawsze
  • 29/01/2023 22:51
  • Tjereszkowa! jak miło Cię tak po latach :)))
  • TakaJedna
  • 27/01/2023 15:43
  • To tylko wrażenie takie.
  • Tjereszkowa
  • 27/01/2023 14:24
  • A może to tylko wrażenie takie! A userzy za fotelami i regałami kryjąc się, czekają by przestraszyć gości znienacka!
  • Tjereszkowa
  • 27/01/2023 14:23
  • Ahoj! Przybyłam w odwiedziny. Troszkę tu pustawo.
  • akacjowa agnes
  • 25/01/2023 22:34
  • Droga Redakcjo. Przez przypadek dodałam dwa razy ten sam tekst. Nie wątpię, że wiecie, co zrobić z tym faktem ;)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas