Madonna Ciemności - Figiel
Proza » Inne » Madonna Ciemności
A A A
Od autora: Bohaterka tej historii naprawdę nazywała się Enriqueta Martí i Ripollés, a opisane zdarzenia, z wyjątkiem nie mających wpływu na bieg wydarzeń drobiazgów, zaistniały w rzeczywistości. Osoby przywołane w tekście noszą cechy pierwowzorów, natomiast ich nazwiska są fikcyjne.
Myślę, że o ile pewna część mroku jest w każdym z nas, to u większości ludzi jest ona marginalna i uśpiona, nie wypływa nawet na światło dzienne. Niektórzy jednak karmią się ciemnością. O tym jest ta opowieść.
Klasyfikacja wiekowa: +18

Słoneczne promienie tańczyły wśród konarów drzew i na trotuarach, gdy pewnego lutowego dnia, tysiąc dziewięćset dwunastego roku Marita Pabón niespiesznie przemierzała wąskie uliczki El Raval.

Barcelona, jak żadne miasto świata, upojna winem, pieszcząca zmysły mnogością barw, dźwięków, smaków i zapachów, przesączona erotyzmem, pożądliwa, pełna gorącokrwistych kobiet oraz mężczyzn była miejscem, które w swej mrocznej duszy pożądało Marity, i którego ona potrzebowała tak samo, jak barcelońska elita jej usług.

Nigdy nie miała pobożnej natury. W rodzinnym Sant Feliu de Llobregat, w południowej Katalonii, długo musiała ukrywać swoje prawdziwe oblicze przed wiecznie rozmodloną matką i surowym ojcem, którzy pragnęli uczynić z niej przyzwoitą panienkę, przyszłą matkę gromadki rozkosznych dzieci, a także cnotliwą żonę, choć widzieli, że córka skłania się ku cielesnym uciechom oraz bezbożności, okrywającej hańbą szanowaną rodzinę.

Nie pomogło nawet wysłanie córki do Barcelony na posadę niańki, co w przekonaniu matki miało rozbudzić w dziewczynie łagodność oraz uśpione uczucia macierzyńskie. W Maricie nie pojawił się nawet cień życzliwości dla rozwrzeszczanych, wiecznie usmarkanych bachorów, a całą uwagę poświęciła na doprowadzenie pana domu do odbierającego zmysły pożądania, które w końcu znalazło ujście w niemal zwierzęcym akcie, w biały dzień, na schodach prowadzących na piętro, a odgłosy, które wydawali kochankowie miały jeszcze długo rozbrzmiewać echem w głowie oszalałej z rozpaczy małżonki.

Od tamtego dnia Marita nigdy więcej nie spojrzała na obraz Madonny Miłosiernej, czule okrywającej płaszczem skupione u jej stóp postacie, wpatrzone z nadzieją i wiarą w zatroskaną twarz Panienki. Ten obraz podarowała jej matka, by strzegł córkę i kierował ku dobroci. Jednak dziewczyna niepomna rodzicielskich nauk ruszyła w zaułki Barcelony, szukając miejsc  podobnych swojej naturze: mrocznych, karmiących się złem i przemocą, pełnych zakazanych fantazji i magii wspierającej ludzkie pożądliwości.

Bywała w domach publicznych, gdzie ochoczo świadczyła usługi, nie odmawiając klientom uciech, przed którymi wzdragały się inne ladacznice. Włóczyła po portowych ulicach i złodziejskich spelunkach pełnych indywiduów, obok których nikt choć odrobinę przyzwoity nie chciałby nawet stanąć, spotykała się z kobietami o twarzach wiedźm, szepcącymi jej do ucha przerażające tajemnice. Za dnia ubrana w obszarpane łachmany żebrała po ulicach, kościołach oraz parafiach, czerpiąc radość z oszukiwania istot czułych i wrażliwych, nocą zakładała luksusowe ubrania i kapelusze, pojawiając się w Teatre del Liceu, Casino de la Arrabassada czy innych miejscach, gdzie zbierała się śmietanka towarzyska Barcelony. Doskonale poznała ich pragnienia, wiedziała wszystko o mrocznej stronie ludzkiej natury i umiała to wykorzystać.

***

Tego słonecznego dnia tysiąc dziewięćset dwunastego roku, ulicą kroczyła kobieta kusząca  dojrzałą urodą, ciemnowłosa, o brwiach wygiętych w łuki na kształt rozłożonych w locie skrzydeł ptaka. Mocno zarysowany podbródek i wąskie usta nadawały jej twarzy co najwyżej wyraz stanowczości. Tego dnia nie założyła łachmanów, lecz ubrała się skromnie, w szarą gładką suknię z delikatną koronką wokół szyi, a na ramiona narzuciła długi płaszcz z kapturem.

Szła powoli, jakby znudzona brakiem zajęć udała się na zwykłą przechadzkę, choć w rzeczywistości czujnie, niczym łowca tropiący zwierzynę, obserwowała otoczenie. W pewnej chwili przystanęła, uważnie przyglądając się kilkuletniej dziewczynce zapatrzonej w wystawę z łakociami. Dziecko miało około siedmiu lat i buzię okoloną burzą loków związanych kokardami. Ubrana była w skromną, lecz czystą sukienkę, okrytą jasnym płaszczykiem. Dziewczynka, zajęta wyobrażaniem sobie smaku ciastek i kolorowych cukierków nie zauważyła wysokiej pani, która stanęła obok.

– Jak masz na imię, moje dziecko? – usłyszała i wtedy dopiero podniosła w górę twarzyczkę, a jej wzrok napotkał czuły uśmiech ładnej pani.

– Emelina – odpowiedziała. – Emelina Girón – poprawiła się grzecznie.

– A gdzie twoja mama?

– Tam! – Dziewczynka machnęła ręką w kierunku domu, znajdującego się po drugiej stronie wąskiej uliczki. – Odbiera od krawcowej suknię na urodziny papy. Kazała mi czekać pod bramą, ale ja wolę tu, bo mogę patrzeć na cukierki.

– Lubisz słodycze, Emelino?

– Bardzo! Ale mama mówi, że nie można ich jeść za dużo, bo od tego dzieci robią się niegrzeczne.

– Naprawdę? – Marita udała zdziwienie, a potem nachyliła się do dziewczynki. – Wiesz, Emelino, mieszkam tu, niedaleko, a w domu mam słodyczy, ile tylko dusza zapragnie. Dostaniesz je wszystkie i sama zobaczysz, że wciąż będziesz grzeczną dziewczynką. A potem szybko wrócimy, zanim mama skończy mierzyć suknię. Co ty na to? – szeptała gorączkowo, jakby w pośpiechu powierzała dziecku najtajniejszy sekret.

– Naprawdę dostanę cukierków, ile będę chciała? I będę mogła je wszystkie zjeść?

– Oczywiście, choćby naraz! – roześmiała się Marita. – Tylko musimy się pośpieszyć.

– To chodźmy! – Emelina podskoczyła radośnie i wsunęła rękę w dłoń nieznajomej.

– Przytul się do mnie, a ja cię okryję, jest chłodno. –  Marita rozchyliła poły płaszcza. Zanim je zamknęła spojrzała na uniesioną do góry twarzyczkę Emeliny przytulonej do jej boku. Nada się. Jest dobrze odżywiona, ufna i głupia, nie będzie z nią kłopotów – pomyślała, a potem szybko ruszyła przed siebie.

***

Korytarz domu numer 29 przy ulicy Ponent był wąski, przesiąknięty dusznym zapachem dawno nie wietrzonych pomieszczeń, stęchlizny i wilgoci. Emelina, ukryta pod połą płaszcza odruchowo skrzywiła nosek; w jej domu nigdy tak brzydko nie pachniało.

– Jesteśmy na miejscu. – Marita energicznym ruchem zdjęła nakrycie z dziewczynki. – Czego się krzywisz? – zapytała, a w jej głosie zabrzmiały nieprzyjemne nuty.

– Bo tu brzydko czuć… – Zapach uderzył w nozdrza dziewczynki ze zdwojoną siłą. Emelina potoczyła wzrokiem po ścianach dawno nie malowanych, z odpadającymi płatami złuszczonej farby, bez jednego choćby obrazka, a potem spojrzała na schody prowadzące na piętro – drewniane, stare i brudne, jakby nigdy nie zmywane, ze śladami plam przypominającymi te, które widziała na podłodze w kuchni, gdy kucharka niechcący rozlała gorący tłuszcz. Grymas niesmaku objął już nie tylko zmarszczony nosek, ale też wyginające się w podkówkę usta. – Chodźmy stąd! – powiedziała cicho.

– A cukierki? – przypomniała Marita. – Są na górze, to tylko kilka schodków. No, chodź! – popchnęła dziewczynkę, która z oporem położyła rękę na chybotliwej poręczy.

Wspięły się po trzeszczących schodach na piętro. Był tam długi korytarz oświetlony jedynie nikłym światłem samotnej lamy naftowej, a w panującym półmroku Emelina zauważyła kilkoro drzwi. Wszystkie były zamknięte.

– Wejdź tu i poczekaj – Marita otworzyła pierwsze z brzegu i wepchnęła dziewczynkę do środka. – Nigdzie nie odchodź i niczego nie dotykaj! – poleciła. – Ja pójdę po tacę z cukierkami.

Emelina została sama. Było ciemno, jak w całym tym dziwnym domu, a na dodatek do brzydkiej woni, tej samej, którą czuła na dole, dołączył jakiś mdlący, nieznany zapach. Zbyt wystraszona, by ciekawie rozglądać się po pokoju, stała w bezruchu wpatrzona w jedyny jaśniejszy od otoczenia punkt  – wysokie okno z podpiętymi nisko kotarami, przez które ledwo przesączały się promienie słoneczne, kładące się na meblach pełnymi wirujących pyłków kurzu smugami. Gdy skrzypnęły drzwi, dziewczynka aż podskoczyła.

Do pokoju weszła Marita, ale nie miała w ręku tacy z kolorowymi słodkościami, lecz duże, ciężkie nożyczki. Na ramieniu niosła naręcze szmat. Emelina cofnęła się pod ścianę i przywarła do niej plecami, patrząc na kobietę wzrokiem spłoszonego zwierzęcia. Nieznany głos, gdzieś wewnątrz niej, dotąd uśpiony w czułości matki i łagodności ojca, przebudził się i szeptał, że nie będzie żadnych słodyczy, a ta pani wcale nie jest miła. Łzy zaczęły spływać dziewczynce po policzkach, a gdy próbowała je wytrzeć, moczyły mankiet płaszczyka i kapały na podłogę.

– Przestań się mazać! – Marita skarciła dziecko. – Rozbierz się i załóż to! – Rzuciła dziewczynce pod nogi stertę szmat. Podeszła do Emeliny, odwróciła plecami do siebie, zdjęła płaszczyk i rozpięła guziki sukienki. – Resztę zrobisz sama, no już, nie guzdraj się! – poleciła.

Przyglądała się milczeniu, jak dziewczynka zsuwa z ramion jasną, wełnianą sukienkę wykończoną haftowaną falbanką. Gdy posłusznie sięgnęła po przyniesione ubranie, powstrzymała ją ruchem ręki.

– Bieliznę też. Nie będzie ci potrzebna – rzuciła sucho i powiodła wzrokiem po okrągłych ramiona i pulchnych udach dziecka.

Za chwilę uciechy z taką nimfą bogate barcelońskie byczki zapłaciłyby fortunę  – pomyślała, ale szybko odpędziła pokusę powrotu do zajęcia, które jeszcze trzy lata temu przynosiło jej pokaźne zyski. Gdyby nie zamęt Tragicznego Tygodnia, kiedy policja przeczesywała burdele w poszukiwaniu buntowników ciągnęła w myślach nigdy nie odkryliby moich małych ladacznic. A jak ci bogacze się za nimi uganiali! Wciąż chcieli nowych i młodszych! To przez tych przeklętych buntowników zabrali je wszystkie, od trzyletniej Benity do smukłej, czternastoletniej Mirei, a także chłopców. Dobrze, że wtenczas jeden z gości zabawiał się z Manuelem, zamożna  rodzina stałego bywalca zamknęła usta komu trzeba… Nie… To, co teraz robię jest o wiele bezpieczniejsze i też nieźle na tym wychodzę. Wyrwała się z rozmyślań i spojrzała na Emelinę: dziecko stało w bezruchu, ze skrzyżowanymi rękoma i dłońmi złożonymi na ramionach, które podnosiły się i opadały w rytm bezgłośnych spazmów.

– Dobrze. – Skinęła głową, widząc, że dziewczynka bez protestów założyła starą sukienkę Mirei, zbyt długą, opadającą niezgrabnymi fałdami na podłogę.

Podeszła do lampy stojącej na małym stoliku, zdjęła szklaną osłonę i zapaliła knot. Gdy ją ponownie nałożyła, płomień wzmocniony przez okrągłe lusterko rozjaśnił pokój bladym światłem.

Pomieszczenie w niczym nie przypominało wygodnego salonu, czy choćby skromnego pokoju gościnnego. Stał tam wyszorowany do białości stół z samotnym krzesłem, a ściany zabudowano sięgającymi od podłogi do sufitu drewnianymi szafkami, zamykanymi na klucz. Na prawo od wejścia, znajdowały się wąskie drzwi.

Marita sięgnęła po krzesło, postawiła na środku pokoju i przywołała dziewczynkę. Gdy podeszła, kazała jej usiąść.

– Posłuchaj, co ci powiem! – Wbiła w Emelinę zimny wzrok, bez cienia współczucia czy zrozumienia. – Od dziś nie jesteś Emeliną. Masz na imię Felicidad, a ja jestem twoją mamą. Tak  powiesz każdemu, kto cię zapyta.

– Ale ja… jestem Emelina… i mam swoją mamę – wyjąkała cicho dziewczynka.

– Milcz i rób co każę! Będziesz mieszkać w pokoju obok. – Ruchem głowy wskazała drzwi po prawej stronie. - Pamiętaj, ilekroć cię przywołam, masz przyjść prosto do mnie. Nie wolno ci podchodzić do balkonów i okien. Jeżeli to zrobisz, nie dostaniesz jeść tak długo, aż zmądrzejesz. Rozumiesz?

Emelina w milczeniu skinęła głową.

– Dobrze. A teraz, moja Felicidad, obetnę ci włosy. – Sięgnęła ręką kokard, by je rozwiązać, ale dziewczynka szarpnęła całym ciałem do tyłu.

– Nie! – pisnęła cichutko Emelina. – Nie jestem chłopcem!

– Nie bądź głupia! – zirytowała się Marita i wymierzyła dziewczynce policzek. – One tobie na nic, a mnie są potrzebne. Pamiętasz, co mówiłam o jedzeniu, Felicidad? – Wzięła nożyczki i zbliżyła do loków, a potem systematycznie zaczęła ciąć lśniące pasma, tuż przy samej skórze.

Ale mała Emelina nie słyszała szczękających ostrzy, ani nie widziała rosnącej u swoich stóp kupki włosów, które matka z taką starannością czesała co wieczór. Dziewczynka zapadła się gdzieś, głęboko w sobie, a gdy Marita skończyła i kazała jej wstać, bez słowa wyprostowała kolana. Pozwoliła zaprowadzić się do wąskich drzwi, a potem została wepchnięta do ciemnego pomieszczenia. Z odrętwienia wyrwał ją zgrzyt klucza w zamku.

***

     – Kim jesteś? – szepnął mrok.

Emelina struchlała, nie wiedząc skąd dochodzi głos. Milczała. Dopiero po chwili, gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności, zobaczyła dziewczynkę, na oko równą jej wiekiem, siedzącą w kącie, na barłogu ze szmat.

– A ty? – zapytała ostrożnie.

– Ja jestem Angelita. Tobie też ścięła włosy? Zawsze je ścina… Tylko Pepito mógł mieć, ale to chłopiec…

– To wasza mama? – zapytała Emelina kucając obok dziewczynki.

– Tak mówi, ale to nieprawda. Mamy są dobre, a ona nie jest. Biła cię?

– Raz.

– Mnie bije często. Za wszystko, a najbardziej gdy płaczę, bo jestem głodna. Potem daje czerstwy chleb i ziemniaki, nigdy nic innego. Pepito czasem oddawał mi swoje…

– Pepito? Kto to? Jest tu z tobą?

– Nie, jest tam! – Angelita wskazała palcem sufit.

– Na piętrze? Przyjdzie do nas?

– Nie. Nie może… Jest w Niebie. Ona go zabiła.

– Kłamiesz!

– Nie kłamię… Ja… ja to widziałam! – Angelita objęła kolana, potem kołysząc się w przód i w tył zaczęła mówić urywanym głosem:

– Dwie noce temu przyszła tutaj… obudziła Pepita i kazała iść ze sobą…  Byli… w pokoju obok…. Pepito strasznie krzyczał, myślałam, że go bije… A potem nagle przestał…. Długo było cicho, więc… więc myślałam, że już sobie poszła. Podkradłam się do drzwi i uchyliłam je. Ale wciąż tam była… – Angelitą wstrząsnął dreszcz , lecz mówiła dalej. – Stała przy stole, a na nim leżał Pepito, nie ruszał się. Ona…  kroiła go wielkim nożem…  Widziałam odciętą rękę,  w misce, na podłodze… Wszędzie była krew… Zamknęłam cichutko drzwi i pobiegłam na posłanie… Nakryłam głowę kocem i udawałam, że śpię…  Rano nic już tam nie było, tylko plamy na podłodze i w całym domu śmierdziało , jakby coś się spaliło. A może… może to wszystko mi się przyśniło?

Emelina  w milczeniu skuliła się na posłaniu. Podciągnęła nogi pod brodę i szklistym wzrokiem patrzyła w ciemność. Nie czuła nawet strużki ciepłego moczu wsiąkającego w wypełniony słomą materac.

 ***

 – Znów zginęło jakieś dziecko. – José Torres przy śniadaniu przekazał żonie najnowsze wieści z miasta. – Szukają go od dwóch tygodni i nic.

 – Tyle bezdomnych dzieciaków włóczy się po ulicach El Raval – westchnęła Lucinda i podała mężowi posiłek. – Nie sposób ich zliczyć, co i rusz któreś znika. Pewnie, biedactwo, umarło z głodu.

– Ludzie mówią, że to córka Álvaro Girón.

– Tego sklepikarza?! Święta Madonno! – Lucinda wyrzuciła obie ręce do góry. – Taka szanowana rodzina! Znam panią Girón, jest bardzo uprzejma… Straszne, straszne nieszczęście… Będę się modlić do Świętej Panienki o szczęśliwy powrót tego dziecka. Takie nieszczęście!

Gdy mąż wyszedł, Lucinda udała na górę, do sypialni, gdzie zapaliwszy świece przed obrazem Madonny Miłosiernej  padła na kolana i żarliwie błagała o opiekę nad zaginioną  dziewczynką, a także siłę dla pani Girón.

Gdy skończyła, podeszła do okna, by rozsunąć kotary. Nie zrobiła tego rano, bo José wychodził dziś wcześniej niż zwykle, więc tylko narzuciła suknię i pobiegła do kuchni, by na czas przygotować posiłek.

 Teraz ujęła w dłonie ciężki materiał, z rozmachem rozsunęła na boki i starannie podpięła po obu stronach okna. Rzuciła okiem na znajomy widok kamienic ulicy Ponent, ale tym razem zobaczyła coś, co przykuło jej uwagę. W jednym z okien stało dziecko z ogoloną głową. Pewnie kolejna ofiara tyfusu pomyślała. – A co, jeśli Antonietta bawiła się z nim? Mogła się przecież zarazić! – Przestraszyła się i głośno zawołała swoją ośmioletnią córkę.

Dziewczynka pojawiła się natychmiast i niepewnie wsunęła do sypialni matki.

– Mamo?

– Podejdź tu, kochanie.  – Lucinda szerokim gestem zachęciła córkę, a potem wzięła ją na ręce. – Widzisz tamto okno i stojące w nim dziecko? Na wprost, na piętrze.

– Tak, mamo.

– Znasz je? Bawiłaś się z nim?

– Nie, mamo. Nigdy go tu nie widziałam.

Lucinda postawiła córkę na podłodze i w zamyśleniu gładziła po głowie.

– Dobrze.  A teraz posłuchaj, Antonietto: ubierz się szybko i pójdziemy na spacer. Po drodze mamy coś do załatwienia. Pospiesz się, moje dziecko!

***

      Huk, straszny huk wstrząsnął drzwiami. Razem z nim pojawiły się głosy.

 Emelina z Angelitą skuliły się w kącie i objęły ramionami. Oczy miały suche, szeroko otwarte, pełne strachu. Wiedziały, że cokolwiek czeka jedną z nich lub obie, nie będzie to nic dobrego.

Drzwi z trzaskiem wpadły do środka, wzbijając tuman kurzu. Tuż za nim pojawiły się ciemne postacie oraz jedna, ubrana na jasno, która wysunęła się naprzód i przyklęknęła na kolano. Dziewczynki mocniej wtuliły się w siebie. Mężczyzna w kremowym płaszczu patrzył na nie wzrokiem pełnym współczucia.

– Nie bójcie się – powiedział łagodnie. – Przyszliśmy wam pomóc. Jak się nazywacie?

– Jestem Felicidad – powiedziała cicho Emelina. – A to  moja siostra Angelita.

– A nazwisko? Znasz swoje nazwisko?

– Girón – wyszeptała Emelina. Nie umiała kłamać.

Mężczyzna pokiwał głową.

– Zabierzcie dziewczynki do komisariatu – polecił stojącym w korytarzu mundurowym, a gdy weszli do pokoju, złapał jednego z nich za ramię i przyciągnął do siebie. – Nieście je na rękach tak, by zdołały jak najmniej dostrzec…  Dość  już wycierpiały – powiedział cicho.

Policjant w milczeniu skinął głową.

***

Sędzia  Benito Suárez miał swoje lata i wiele widział w życiu, ale to, co zobaczył w mieszkaniu Marity napawało go nie tylko obrzydzeniem ale i autentycznym strachem. Wiedział, że do końca swoich dni nie zapomni widoków z ulicy Ponent i kilku innych mieszkań wynajmowanych przez panią  Pabón na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat.

W czasie inspekcji przy ulicy Ponent znaleziono nóż do trybowania kości i kilka worków pełnych zakrwawionej, dziecięcej odzieży. Natrafiono na trzydzieści ludzkich kości, sądząc z rozmiaru, należących do dzieci od niemowlęcia do lat dziewięciu. Część z nich była wystawiono na działanie ognia, ale nie spłonęły doszczętnie.  W pozostałych mieszkaniach ukryte ściany i fałszywe sufity skrywały ludzkie szczątki: kości, włosy paznokcie i czaszki w ilości budzącej grozę. Część z nich była  schowana również wśród książek i  w wazonach.

Na biurku, przed Suárezem leżała stara książka w skórzanej oprawie, pełna tajemnych przepisów na różnorakie mikstury, uzupełniona kaligraficznymi notatkami. Składnikami niektórych receptur były dziecięce narządy, kości, włosy i tłuszcz wytopiony z tkanek.

W jednym z ukrytych pomieszczeń znaleziono pięćdziesiąt dzbanków i słoików z zachowanymi organami, zastygłym tłuszczem, krwią, włosami, sproszkowanymi kośćmi oraz niezliczoną ilość butelek z eliksirami, maściami i balsamami przygotowanymi do sprzedaży. Była też lista nazwisk najznamienitszych rodzin w Barcelonie oraz korespondencja, w której arystokracja składała zamówienia na mikstury leczące gruźlicę, choroby weneryczne lub maści i balsamy służące zachowaniu ciała w młodości.

Wszystko to potwierdzało słowa Marity Pabón, która przyznała, że jest uzdrowicielką, najlepszą w swoim fachu, i wie, jak zrobić z dziecięcego surowca  środki zaradcze na wszelkiego rodzaju choroby, ale nie przyznała się do zabicia żadnego dziecka. Nie ukrywała, że odbiorcami jej specyfików byli arystokraci i choć nie wymieniła nikogo, nazwiska z listy mówiły same za siebie, a niektórych mian rodowych nie wypadało nawet wymawiać bez czci należnej najwyższemu urodzeniu. Byli tam również znani politycy, bankierzy, lekarze i adwokaci.

Marita Pabón utrzymywała, że Angelitę i Emelinę przygarnęła z dobrego serca, gdy pozbawione opieki dziewczynki włóczyły się  po zaułkach EL Raval.  Pragnęła je wychować jak własne córki  i tym samym uchronić od niebezpieczeństw, czyhających na niewinne duszyczki w dzielnicy pełnej biedy i wyuzdania. W rzeczywistości, jak ustalono, Angelita  była córką Marii Olivárez, kobiety, której Marita asystowała przy porodzie i wmówiła, że urodziła martwe dziecko.

Benito Suárez w duchu zgadzał się z otrzymanymi instrukcjami: publiczne prowadzenie tej sprawy niechybnie spowodowałoby rozruchy społeczne, przy których zdarzenia Tragicznego Tygodnia wydawać się mogły niewinną igraszką. Lud na pewno zażąda dla Marity kary publicznej garoty i on, jako sędzia, będzie musiał się do tego przychylić.

Jednak – rozmyślał – nie uda się uchronić przed udziałem w procesie wszystkich tych znamienitych nazwisk, które przez swoje świadectwo mogą okryć hańbą nie tylko siebie, ale i przyszłe pokolenia. Groziłoby to niewyobrażalnymi konsekwencjami, również dla państwa.  Zatem, rozpoczęcie procesu należy odroczyć, aż sprawa przycichnie i w tym czasie przekonać lud, że wszyscy klienci uzdrowicielki zostali przez nią podle oszukani. Tym zajmą się redaktorzy dzienników. A tymczasem, pani Pabón zostanie odesłana do więzienia Reina Amalia pod zarzutem porwania małej Emeliny Girón i Angelity Olivárez.

 Tak postanowiono.

 ***

Dwunastego maja tysiąc dziewięćset trzynastego roku prasa doniosła, że Maritę Pabón znaleziono martwą na jednym z dziedzińców więzienia. Przyczyną śmierci była długa, wyniszczająca choroba. Radosna nowina lotem błyskawicy obiegła Barcelonę.

W zaciszu gabinetu sędzia Suárez raz jeszcze przeczytał tajną notatkę, którą z samego rana wręczył mu zaufany kurier. Lekarz więzienny donosił, że na ciele zmarłej znalazł liczne ślady pobicia, które okazały się śmiertelne. Straże – i on sam – podejrzewają, że dokonali tego  współwięźniowie. Dotychczas nie rozpoczęto szukania winnych.

Suárez przez chwilę niezdecydowanie obracał w ręku papier zapisany pochyłym pismem. Po chwili sięgnął do kieszeni marynarki, z której wyjął srebrne, płaskie etui. Wyłuskał z niego papierosa, włożył do ust, a potem przypalił. Zbliżył płonącą zapałkę do rogu notatki i patrzył, jak ogień trawi papier. Gdy zaczął go parzyć w palce, wrzucił resztki do popielnicy, czekając, aż zmienią się w popiół.

Sięgnął po kapelusz i wyszedł na ulicę. Nad Barceloną znów świeciło słońce.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Figiel · dnia 22.05.2015 16:37 · Czytań: 2032 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 23
Komentarze
Miroslaw Sliwa dnia 22.05.2015 18:22 Ocena: Świetne!
Wstrząsający w swojej treści, ale jakże znakomicie napisany tekst.

Zabieg z sięgnięciem do annałów kryminalnych Barcelony z początku XX wieku - bardzo ciekawy. Podobno Dostojewski konstruując swoje powieści też posiłkował się zdarzeniami opisanymi w kronikach kryminalnych. Jak widać daje to świetne efekty.

O ciemnej stronie ludzkiej psychiki można by pisać i pisać, zresztą literatura na ten temat jest przebogata, a i tak chyba, nie obejmuje wszystkich dewiacji, którym potrafi ulec ludzki umysł.
Nie mam zamiaru w związku z tym zbytnio się wymądrzać i powiem tylko tyle, że nie wolno nam sobie zbytnio folgować. Żądze trzeba trzymać na krótkiej smyczy, bo sami nie wiemy jakie demony w nas drzemią.

Figielku, wielkie dzięki za kawał świetnej literatury.

Pozdrawiam serdecznie. :)

Mirek
Figiel dnia 22.05.2015 21:55
Mirku, dziękuję za tak życzliwy komentarz i wysoką ocenę.
Na informację o Enriquecie trafiłam czytając o zaburzeniach psychopatycznych u seryjnych morderców. Ponieważ psychopatie są moim "konikiem" po części zawodowym, myślałam, że wiem sporo. Informacje o poczynaniach tej damy wbiły mnie w fotel i autentycznie przeraziłam się, jak dalece człowiek może mieć zblokowane podstawowe emocje i umiejętność odróżniania dobra od zła, by móc robić coś takiego. Niby doskonale wiem, że może i powinnam wiedzieć, że nie istnieje żadna granica,ale pani Martí i Ripollés, autentycznie mną wstrząsnęła. I nie tylko to. Działanie hiszpańskiego systemu sądowniczego w początkach XX wieku jest jakoś dziwnie podobne współczesności. Ale to zupełnie inna bajka.
Dzięki za poczytanie, pozdrawiam serdecznie :)
palenieszkodzi dnia 22.05.2015 22:53
Do Figla!

Czytając opowiadanie, od początku domyśliłam się, że powstało na kanwie dawnych kronik policyjnych. Nie jest to więc fabuła wymyślona przez Autorkę. Trudno odmówić takiemu tekstowi racji bytu, niemniej fakt pozostaje faktem. Tobie, jako Autorce, należało jedynie ubrać całość w słowa. I to zapewne się udało, choć nie było zbyt trudne. Dlatego ciężko dać wysoką ocenę, co napisała
palcia:)
Figiel dnia 22.05.2015 23:31
palenieszkodzi,
szczerze? Ten tekst przysporzył mi więcej trudności, niż którykolwiek wcześniej, właśnie dlatego, że jego kanwą są fakty. Szalenie wąska możliwość manewru fabułą w pewien sposób utrudniała pisanie, mimo zwolnienia z konieczności obmyślania następstwa zdarzeń. A to tylko jeden z problemów, więc z ostatecznego wyniku mojej pracy jestem zadowolona i niezadowolona zarazem. Idiotycznie brzmi, ale tak jest. Cóż, uczymy się przez całe życie:) Nie ukrywałam od samego początku, że tekst bazuje na zaistniałych zdarzeniach, prawdę mówiąc, nie odważyłabym się "ulepszać" go fikcją. Obawiam się, że w jego kontekście moja wyobraźnia była najmniej istotna
Miło mi,że znalazłaś czas na przeczytanie i skomentowanie :)
Pozdrawiam serdecznie:)
Miroslaw Sliwa dnia 23.05.2015 11:40 Ocena: Świetne!
Wiem; dobrym obyczajem panującym na tym portalu jest niekomentowanie komentarzy.
Odniosę się jednak do jednego zdania z Twojej odpowiedzi do komentarza Palci.

Napisałaś: "Ten tekst przysporzył mi więcej trudności, niż którykolwiek wcześniej, właśnie dlatego, że jego kanwą są fakty".
Oczywiście, że tak jest.

Czy z marmurowego bloku, z którego Michał Anioł wyczarował Pietę musiało powstać arcydzieło, którym ludzie zawsze będą się zachwycać? Nie. Odłupał tylko trochę skały i powstało cudo. Rzecz w tym, że zrobił to człowiek wyposażony w genialny talent.

Bohumil Hrabal nie wymyślił ani jednej historii, które są kanwą całej jego literatury.
Jego literatura, to albo jego życie, albo życie jego przyjaciół. Podobnie jak Michał Anioł nadał tylko właściwy kształt surowemu życiu. Rzecz w tym, że był wyposażony w genialny talent.

Mam kolegę artystę - malarza, który mawia: "Nie ma złych tematów, są tylko tematy źle zrobione".

Jeszcze raz potwierdzam, że Ty Figielku przepracowałaś temat znakomicie.

Pozdrawiam. :)

Mirek
Figiel dnia 23.05.2015 12:31
Mirku, nie zawstydzaj mnie przywoływaniem tych wielkich nazwisk pod moim tekstem, bo nie wiem gdzie się podziać, choć cieszę się niezmiernie, że doceniasz moją pracę.
Pozdrawiam :)
Miroslaw Sliwa dnia 23.05.2015 12:47 Ocena: Świetne!
Wcale nie zawstydzam.

Przecież wiesz o co mi chodzi. Natomiast o wielkości człowieka świadczy albo jego życie, albo jego dzieło; bywa, że obydwa na raz.

Co do Ciebie; nie przesądzam, ale kto wie... :)

Trzymaj się ciepło. :)

Mirek
Figiel dnia 23.05.2015 12:57
Wiem, Mirku, wiem :)
Dobra Cobra dnia 23.05.2015 21:32 Ocena: Świetne!
Bardzo mocna sprawa!


Figlo,

Arcydzieło. A w takim wypadku jakikolwiek dalszy komentarz mija się z celem.


Idę płakać...


Pozdrawiam wstrząśnięty.

Cobra Dobra
Figiel dnia 25.05.2015 19:11
Nie płacz, DoCo... :) Rzeczywiście, wstrząsająca historia, tyle że żadne arcydzieło, a po prostu praca, którą starałam się wykonać najrzetelniej jak umiem. I obawiam się, że poziom rzetelności to wszystko, na co mnie stać, prawdę mówiąc, bardziej lubię czytać innych niż siebie:)
Pozdrawiam ciepło:)
Miroslaw Sliwa dnia 25.05.2015 19:43 Ocena: Świetne!
Przepraszam, że to jeszcze raz ja, ale Figielku, Ty sobie tak nie bierz lekko rzetelności :)
A tak serio, niby o co w tym naszym życiu chodzi jeśli nie o rzetelność?

Wiesz, że w tym całym postmodernistycznym bełkocie, literatura z zero jedynkowym przekazem i bardzo dobrze zrobiona, to jak samorodek złota wielkości pięści, dla biednego poszukiwacza tego kruszcu?

Oczywiście, że wiesz.

Jak ja lubię mądrych, dobrych i inteligentnych ludzi.

Jeszcze raz; wszystkiego dobrego. :)

Mirek
Figiel dnia 25.05.2015 20:33
Rzetelność to cecha rzemieślnika z sercem wykonującego swoją pracę. Dobry szewc stworzy obuwie o giętkiej podeszwie, zadba o mocny szew i dobrą jakość skóry, użyje nierozwodnionego kleju. Pracowicie wyprofiluje but i wyważy środek ciężkości. Odbiorca otrzyma produkt trwały oraz wygodny, choć niekoniecznie budzący podziw finezją kształtu, barwy, faktury. Chyba,że rzemieślnik jest zarazem artystą.
Ja próbuję buty robić. Takie, żeby się nie rozpadły. I cieszę się jak diabli, gdy ktoś mówi, że dobrze mi idzie. A zero jedynkowość bardzo sobie cenię, nie tylko w literaturze.

Pozdrawiam ciepło:)
Miroslaw Sliwa dnia 25.05.2015 20:56 Ocena: Świetne!
Robisz bardzo dobre buty.

Jeszcze jednego nie napisałem o Twoim opowiadaniu; czuć w nim klimat iberyjski, a to chyba też niełatwo osiągnąć.

Ta, swoista moralność współwięźniów głównej "bohaterki" i "spokój grabarza" sędziego wobec tego aktu sprawiedliwości.

Nie tak dawno widziałem zdjęcie pedofila, wykonane w jednym z krajów iberoamerykańskich; w jego ciało, leżące na ulicy, wbitych było chyba ze sto noży.
Zrobił coś w akcie wolnej woli i zostało mu oddane. Mnie to nie oburza.

Trzymaj się Figielku. :)

Mirek
al-szamanka dnia 28.05.2015 13:36 Ocena: Świetne!
Cytat:
Tego dnia nie (w?)zło­ży­ła łach­ma­nów


No cóż, Figielku, makabryczny temat podjęłaś. Zwykle przestaję czytać takie teksty, gdy załapię o co chodzi. Nie potrafię bowiem znieść cierpienia dzieci. Krzywdzicieli potrafiłabym rozszarpać żywcem.
Ale wytrwałam do końca, gdyż Ty to napisałaś.
I to jak!
W doskonałym stylu, przejmująco i przerażająco, gdyż normalny człowiek nie potrafi zrozumieć takich patologii, nie potrafi pomieścić w głowie takiego okrucieństwa... nie tylko bezpośredniego sprawcy.
Bardzo mocny tekst, świetnie napisany.

Pozdrawiam :)
Figiel dnia 29.05.2015 11:57
Al, to chyba najpiękniejszy komplement, gdy czytelnik przyznaje,że doczytał tekst z uwagi na autorstwo. Sprawiłaś mi tym ogromną, ogromną radość. Dziękuję:)

Temat rzeczywiście makabryczny, ale psychopatie są naprawdę przerażające, to po prostu autentyczna atrofia uczuć i jakiejkolwiek empatii. Psychopaci niekoniecznie są mordercami, ale doskonale maskują swoją naturę, a gdy ich sprawki wychodzą na światło dzienne ludzie nie mogą pojąć, że ten miły, uczynny człowiek, zawsze grzeczny i sympatyczny zrobił coś, co napawa ich przerażeniem. Zastanawiam się, bo źródła o tym nie mówią, czy bohaterka wykorzystywała swoje zdolności manipulacyjne, kreując się na światową kobietę i czy rzeczywiście nie oszukiwała "odbiorców" tając z czego wykonuje kosmetyki. Podejrzewam, że tak, skoro prowadziła podwójne życie, zapewne na salonach była zwyczajną, uroczą damą.

Dzięki za wyłapanie błędu, już biegnę poprawić:)

Pozdrawiam serdecznie:)
mike17 dnia 07.06.2015 15:22 Ocena: Świetne!
Hej, Figielku, lepiej późno niż wcale, a więc melduję się u twych literackich wrót :)
No i widzę, że nie tylko ja lubię zgłębiać mroki ludzkiej psychiki, drążyć odchyły i patologie.
To bardzo wdzięczny materiał dla osoby piszącej, czego dowodem jest to opko.

Świetnie oddana aura Zła, jakże integralnej komponenty człowieczej natury, która często ma to do siebie, że pociąga ją czynienie Zła dla samego czynienia, kompletne wypranie z Dobra, zatracenie poczucia tego, co godne, a co plugawe.

Bo są ludzie, znałem takich, którzy po prostu rodzą się źli i łatwo jest przewiedzieć drogę ich życia - podobnie do twojej bohaterki ruszą do krainy mroku i zazwyczaj marnie skończą.

Nie mam oporów w czytaniu i pisaniu takich kawałków - uważam, że warto, bo zjawisko stare jak świat, a więc należy je obnażać.
Jak Ty, w tym brudnym, acz prawdziwym utworze.

Czytałem z prawdziwą przyjemnością.
Walory literacko-językowe na medal.

Jeśli już o patologii mowa, to serdecznie zapraszam do mojego opka "Bossanova na tyłek i flaszkę" - na faktach, ciężkie, ale wzięte z życia.

:)
Figiel dnia 07.06.2015 18:04
Oj, tam, od razu "wrót" :) Ale brzmi nieźle!
Widzisz, zło jako temat, to dla mnie trudne wyzwanie, żeby o nim pisać powinno się je rozumieć, inaczej tekst nie wydobędzie jego istoty. Tymczasem wiem, że prawdziwe zło istnieje, nawet umiem się z nim pogodzić, widzę jego obecność w przestrzeni,ba! nawet mogę wskazać przyczyny, ale nadal go nie rozumiem. Dlatego trudno mi o nim pisać, zarówno w warstwie emocjonalnej jak i technicznej. Dlatego też cenne jest dla mnie, że czytałeś tekst z przyjemnością i w warstwie literacko- językowej trzyma się przysłowiowej kupy.

Cytat:
Bo są ludzie, znałem takich, którzy po prostu rodzą się źli i łatwo jest przewiedzieć drogę ich życia

Dokładnie. Przerażający jest jednak nie fakt, że tacy są, ile to, że mijamy ich na ulicy i choćbyśmy patrzyli uważnie, niczego niepokojącego nie zauważymy.
Dzięki za ocenę:)
Pozdrawiam serdecznie:)
Vanillivi dnia 07.08.2015 07:54 Ocena: Świetne!
Figielko, czytałam to opowiadanie już dawno, teraz wracam i polecam. Zostawiam tu mój tekst ze strony głównej:

W tym miesiącu zapraszam na spacer uliczkami Barcelony roku 1912, w poszukiwaniu mroku, jaki spowija ludzką duszę. Ta historia zdarzyła się naprawdę, jej bohaterka Enriqueta Martí i Ripollés zdawała karmić się ciemnością. Autorka odkrywa dla nas jej losy, przekopując się przez stosy informacji o psychopatiach u seryjnych morderców i strony starych dzienników. Odnalezione tam historie przedstawia w sposób rzetelny i fascynujący. Barcelona przedstawiona przez Figiel ma klimat, jaki poczujemy, zagłębiając się w powieści Carloza Ruiza Zafona i Jaume Cabré.
Zurbanizowany dnia 07.08.2015 10:32
Witaj!

Przeczytałem opowiadanie i jestem pod wielkim wrażeniem. Świetny tekst! Skąd bierze się w człowieku zło, straszne przerażające myśli, złość, zawiść i wszystkie inne ciemne podniety, które niektórymi z nas władają niepodzielnie? Skąd w ludziach, na pozór dobrych i przyjaznych, tyle wrogości i agresji? Te pytania zadajemy sobie od wieków i jak do tej pory nikt sensownej odpowiedzi nie znalazł. Najgorsze w w tym wszystkim jest to, że na przestrzeni wszystkich lat świadomego istnienia człowieka, zawsze były okresy kiedy zło stawało się czymś powszechnym, i wręcz akceptowalnym i nie jest to domena tylko naszych, porąbanych czasów.

Mrok z opowiadania bije taki, że aż ciarki po grzbiecie przechodzą. Mimo iż narracja jest wręcz "sucha" i bez specjalnych emocji, wciąga, budząc ciekawość, co dalej. Łaskocze mroczne cechy świadomości, które mimo, że wiemy albo przypuszczamy, co się stanie, każe nam czytać dalej…

Dobrze, że oparłaś opowiadanie na faktach, pozwala to czytelnikowi na chwilę refleksji, że w istocie takie potwory istniały i istnieją na prawdę. Chodzą wśród nas i czasem się do nas uśmiechają. Pamiętajmy o tym…

Pozdrawiam serdecznie. :)
faith dnia 16.08.2015 20:05 Ocena: Świetne!
Przeczytałam z wielkim zaciekawieniem, mimo że tekst nie należy do krótkich. Świetnie wprowadzasz w klimat. Obrazy są bardzo realne, szczególnie zapamiętam opis odrapanej kamienicy i zapachy, które się tam roztaczały. Kiedy czytałam o głównej bohaterce od razu na myśl nasunęła mi się postać z książki "Na wschód od edenu" Steinbecka - Kathy. Ona również nosiła w sobie jakby samo zło, nomen omen, prowadziła również własny burdel. Jednak bohaterka Twojego opowiadania jest tym bardziej przerażająca, ponieważ żyła naprawdę.

Pozdrawiam poruszona...
Quentin dnia 30.08.2015 21:56 Ocena: Świetne!
Budzą się demony

Nie polecić takiego tekstu to grzech. Znakomita historia. Jako czytelnik jestem w stu procentach kontent. Jest wszystko, czego potrzeba. I warstwa fabularna z tragedią, i sensacja, kryminał i język piękny, co wzbogaca całość.

Bardzo mocna historia, a cofnięcie się do dawnych czasów to mądry zabieg. Z opowieści aż kipi ten niezdrowy, ponury i potworny klimat. Gdyby "uwspółcześnić" historię, pewnie efekt nie byłby tak dobry. Jasne, że dziś dzieją się równie okropne rzeczy, ale sceneria dziewiętnastowiecznej Barcelony potęguje ponury klimat.

Czytając tej okropnej kobiecie przypomniałem sobie o bohaterce "Na wschód od Edenu" Steinbecka. Nie chodzi o uczynki, zaś o obecność zła w życiu człowieka. Wspominasz o tym w przedmowie.

Świetnie stworzona historia. Czapki z głów, dear Figiel

Pozdrawiam
Quentin
Niczyja dnia 28.01.2018 12:37 Ocena: Świetne!
Świetny tekst, Figiel, mój pierwszy Twój.

W ten strasznie pochmurny i smutny dzień długo szukałam czegoś ciekawego i mój wybór nieprzypadkowo padł na Twoje dzieło-arcydzieło. Cieszę się, że na nie trafiłam, bo dzień od razu stał się jaśniejszy. Uff... tyle jako wstęp. A teraz do sedna.

Skojarzenie i atmosfera natychmiast nasuwają mój ulubiony "Cień wiatru". Czyta się zachłannie, jak głodny spragniony strawy lub napoju. Pięknie piszesz, nawet o strasznościach i obrzydliwościach ludzkiej natury.
Potrzebowałam Ciebie dziś, dałaś mi to czego szukałam.
Dziękuję za te mroczne chwile, które zadziwiająco przywróciły mi jasność dnia.

Na pewno do Ciebie wrócę.

Pozdrawiam,
Niczyja
Figiel dnia 28.01.2018 17:55
Niczyja, to smutny tekst, z reguły staram się unikać mroku w swoich opowiadaniach, ale tę historie po prostu musiałam opisać. Niewyobrażalne zło, jak widać, jest udziałem nie tylko współczesności.
Cieszę się, że trafiłaś na to, czego dziś własnie szukałaś, cieszę się też, że jestem tego udziałem. Dziękuję za miłe słowa, bardzo mnie podbudowały, a chyba tego mi właśnie teraz trzeba, zatem tekst nas zbliżył.
Pozdrawiam serdecznie :)
Vanillivi,, Zurbanizowany, Faith i Ouentinie - dziękuję, choć po długim czasie, niemniej serdecznie, za obecność pod tekstem i słowa, które zachęcają do dalszej pracy. Wszystkie są dla mnie inspiracją.
Pozdrawiam Was wszystkich z całego serca:)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
skroplami
28/05/2022 17:50
Treść rozmów naprawdę rzeczywista, idealnie rzeczywista :).… »
skroplami
28/05/2022 17:04
Dobre, całkiem dobre. Ale do połowy lepsze jak dalej.… »
Florian Konrad
28/05/2022 16:21
Oj tam, dwie pierwsze powieści poszły z dymem, przyznaję.… »
wolnyduch
28/05/2022 16:20
No to zmienię na brzeg, choć na ogół nie jestem taka… »
wolnyduch
28/05/2022 16:18
Rozumiem, no ale jest ta telepatyczna i duchowa więź, bo… »
wolnyduch
28/05/2022 16:14
Re: D.U Ok, rozumiem, pozdrawiam serdecznie i życzę… »
Kobra
28/05/2022 16:11
...brzeg może być. Jest super. Ja myślałam po potoku, rzece… »
wolnyduch
28/05/2022 16:06
Zmieniłam na wers po wyjściu na brzeg, ale skoro piszesz, że… »
Kobra
28/05/2022 15:59
Coś mi się widzi, że zmiana "wody" na coś innego… »
wolnyduch
28/05/2022 15:46
Witaj Koberko No co ja zrobię, że ja kocham rym...:) No… »
Kobra
28/05/2022 14:48
Wody/tetrapody - zamierzony rym? I może trochę pozmieniać te… »
d.urbanska
28/05/2022 14:42
WD - to nie przejęzyczenie, lecz ludowa forma: udałaś mi się… »
czarnanna
28/05/2022 13:50
Wolny duchu, serdecznie dziękuję za podzielenie się odbiorem… »
wolnyduch
28/05/2022 12:12
Rozumiem, no cóż metafory zawsze są cenne, ale co do układów… »
wolnyduch
28/05/2022 12:08
Czegóż się nie robi w imię przyjaźni/miłości, nawet picie… »
ShoutBox
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:45
  • Szanowna redakcjo! Na mój BLOG nikt nie może publikować. Jedynie komentować i wyrażać wszystko co wątrobie zalega. Zatem nie jestem [link]żeniem.
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:25
  • oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:20
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:18
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:15
  • Zabrakło znaków. Coś podobnego. A ja dopiero się rozkręcam. Zatem zapraszam wszystkich do mojego BLOGA, nieśmiałego. u mnie można o wszystkim, nie tylko o poezji. W ramach obowiązujących norm internet
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:08
  • Zapraszam na mojego nieśmiałego BLOGA. Wszystkich, nawet tych bez ślepej kiszki i z dwunastnicą zapasteryzowanymi metaforami. Co zrobić, trudno! Z żołądkiem zakwaszonym refluksem. RRRUU! Wszystko ule
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
Ostatnio widziani
Gości online:24
Najnowszy:Urok osobisty
Wspierają nas