Ostatnia droga Franciszka - msh
Proza » Długie Opowiadania » Ostatnia droga Franciszka
A A A
Od autora: Wiem, że ten tekst wygląda na mało prawdopodobny, ale historia jest prawdziwa. Po latach mogę opowiedzieć o tym prawie bez emocji i nawet z uśmiechem...

 

Kiedy umarł mój ojciec, miałem dwadzieścia trzy lata. Teoretycznie byłem już dojrzały, ale jak się okazało o kwestiach przyziemnych, jak zorganizowanie pogrzebu, stypy i tym podobnych spraw związanych ze śmiercią, miałem nijakie pojęcie. Mama była zdruzgotana, ja z siostrą zrozpaczeni, a problem nie znikał. Na szczęście rodzice mieli świetnych przyjaciół, a pan Waldek był z nich najbliższy i to on zajął się wszystkimi formalnościami. Pozostał jeszcze jeden problem: sprowadzenie taty do Elbląga.
Ojciec zmarł na czerniaka, który rozsiał się po całym organizmie, gdy tylko jego pierwotna postać została wycięta. Dzięki rodzinie Pawła, męża mojej siostry, udało się załatwić miejsce w szpitalu w Warszawie. Tam tato miał być operowany. Możesz się starać ile chcesz, ale życia, a właściwie śmierci jeśli tego nie chce, nie pokonasz. Tomografia wykazała liczne przerzuty i operacja okazała się niemożliwa. Kilkanaście dni po przyjęciu do warszawskiego szpitala tato zmarł.
Stoimy więc przed potężnym problemem: załatwienie takiej sprawy, czyli zgody na przewiezienie zwłok wymaga zebrania stosu papierków, na których różni ważni ludzie muszą złożyć swoje podpisy. To lata osiemdziesiąte, tuż po zakończeniu stanu wojennego i procedury są nadal skomplikowane, bo jak słyszymy od jednego z urzędników: „każde działanie może być próbą obalenia rządu”. Na pewno mój ojciec miał taki właśnie plan: umrzeć w Warszawie i jadąc na swój pogrzeb do Elbląga obalić rząd, myślę, ale oczywiście nie dzielę się swoimi rozważaniami z urzędnikiem.
Problem nie znika, aż do momentu, gdy w domu pojawia się wujek Leszek.
Leszek jest bratem mojej mamy. To najbardziej zaradny facet, jakiego znam, potrafi załatwić wszystko i wydobyć spod ziemi każdą pożądaną rzecz. Mieszka w Kwidzynie i tam też pracuje. Jest kierowcą w Polmo; to zakład, który kooperuje z fabryką fiata na Żeraniu, a także z Ursusem i produkuje dla nich podzespoły. Leszek ma rozliczne znajomości; jego garaż to istny sklep motoryzacyjny i o ile Polmozbyty, czyli sklepy z częściami do samochodów, świeciły pustkami, u mojego wujka można było zaopatrzyć się we wszystko, co było niezbędne do samochodu lub ciągnika, a nawet jeśli w danej chwili jakiejś części nie posiadał, przyjmował zamówienie i po kilku dniach uszczęśliwiał potrzebującego. Wszystko było do załatwienia, a jedynym kryterium stawała się cena. Leszek jeździł dużym fiatem 125, ale takim na włoskich częściach i mój ojciec okropnie mu tego samochodu zazdrościł.
Ale wróćmy do przyjazdu wujka. Już jest, już myśli i po chwili ma plan. Nie zdradza go, ale mówi, że zatelefonuje wieczorem. Zgodnie z obietnicą dzwoni: rano przyjedzie po mnie i we dwóch pojedziemy do Warszawy po tatę. O nic nie pytamy. Mama oddycha z ulgą i szykuje dla mnie kanapki, które na noc lądują w lodówce.
Jest czwarta rano, gdy wyruszamy z Elbląga. Na dworze chłodno, ale w szoferce stara miłe ciepełko. Wujek gada jak najęty i droga do Warszawy szybko mija. Dowiaduję się, że o przewozie „szwagra” służbowym samochodem wie dyrektor zakładu, ale oczywiście wszystko odbywa się nieoficjalnie, więc w razie kontroli wyprze się, że wyraził zgodę na taki numer.
Około godziny jedenastej lądujemy pod szpitalem. Wychodzimy razem. Szukamy ciotki Pawła, która pomogła umieścić ojca w szpitalu. Po chwili ją znajdujemy. Kieruje nas do prosektorium. Nie jestem w stanie tam wejść. Wujek deklaruje się, że dokona rozpoznania zwłok. Po chwili wraca. Idziemy na plac i podstawiamy samochód pod prosektorium. Otwiera pakę stara. Ku mojemu zdziwieniu  stoi tam trumna. Wujek reaguje chichotem i pyta, czy myślałem, że ojca przewieziemy w worku. Nie myślałem, nie odpowiadam. Absurdalność sytuacji wywołuje mój śmiech. Wnosimy trumnę do prosektorium. Stoję w oddali, ale widzę, jak ojca w niej układają. Ma na sobie ubranie, które przekazał Leszek. Chciałbym zapamiętać, jak tato wygląda, a jednocześnie zapomnieć, że widzę go w takim stanie. Wieko skrzyni zostaje zamknięte; wujek wciska zwitki pieniędzy pracownikom prosektorium, a ci pomagają nam wnieść trumnę do samochodu. Po chwili tato ląduje pomiędzy częściami do aut; klapa stara zamyka się z hukiem. Ruszamy dalej.
Po kilkudziesięciu minutach stajemy przed fabryką na Żeraniu. Tutaj wujka wszyscy znają; ja odnoszę wrażenie, że znają go wszyscy ci, którzy są mu potrzebni, by interes się kręcił. Stajemy przed szlabanem. Z drewnianej budki wychodzi strażnik. Uśmiecha się do Leszka i wita po przyjacielsku. Wujek podaje mu torbę z kabiny. Wartownik promienieje i szybko chowa ją do stróżówki. Po chwili pada decydujące pytanie: co wwozisz, Leszek?
Ile by toreb nie przeszło przez ręce wujka do rąk strażnika, nie zmieniłoby faktu, że ten starszy mężczyzna w czarnym płaszczu, ze starym karabinem na ramieniu ma prawo zadać to pytanie. Mało tego: ma prawo zajrzeć  na pakę samochodu i dokładnie sprawdzić, co będzie wwiezione na teren zakładu. Najważniejsza jest jednak kontrola powrotna, gdy padnie sakramentalne: co wywozisz, Leszek? To jest moment decydujący, bo wszystko, co zostało zapisane w dokumentach, musi zgadzać się z ilością towaru na samochodzie. Małe odstępstwo od tego i nikt nie zaryzykuje posady, by chronić interes kierowcy. Dlatego przy tym pierwszym pytaniu wartownik jest jeszcze uśmiechnięty, a jego karabin ciągle tkwi na swoim miejscu.
Wróćmy więc do pytania: co wwozisz, Leszek? A wujek niewzruszony odpowiada: szwagra, czym wywołuje szczerą reakcję strażnika: mężczyzna uderza dłońmi o uda i śmieje się na głos. Tymczasem Leszek podąża w stronę paki i otwiera ją na oścież. Na widok trumny śmiech strażnika zamiera. Przez ułamek sekundy przez twarz wujka przebiega uśmiech satysfakcji. Wartownik tego nie dostrzega. Widać, że jest roztrzęsiony. Niemym wzrokiem spogląda na Leszka. Ten wyciąga dokument ze szpitala, podaje zaskoczonemu mężczyźnie i wyjaśnia, że wiezie do domu szwagra, który zmarł w Warszawie. To jego syn, mówi, wskazując mnie ręką. Strażnik, nadal blady i roztrzęsiony, kiwa do mnie głową i szepce jakieś słowa, które odbieram jako wyrazy współczucia. Robię zbolałą minę i bezgłośnie dziękuję. Leszek zamyka pakę, a strażnik unosi szlaban. W jego oczach widzę i strach, i współczucie, ale również niemożność jasnego myślenia. To ostatnie bardzo przyda się wujkowi w drodze powrotnej.
W magazynie zdajemy towar zgodnie z dokumentami. Wujek dostaje również ładunek na drogę powrotną; wszystko kwituje podpisem. Magazynierzy go znają; jest sporo śmiechu i żartów. Znowu wujek wynosi jakieś torby z szoferki, które znikają w czeluściach magazynu. Oprócz zadeklarowanego towaru na pace lądują również paczki, które nie mają odzwierciedlenia w dokumentach. Wszystko dzieje się szybko i w zupełnej ciszy. Mam wrażenie, że słyszę, jakby ktoś otwierał trumnę, ale równie dobrze może mi się zdawać. Po chwili tylne drzwi samochodu zostają zamknięte i odjeżdżamy spod magazynu. Właśnie wyszło słońce, a my przejeżdżamy obok placu, który zastawiony jest dużymi i małymi fiatami. Szkoda, szwagier, że tego nie widzisz, mówi wujek i uśmiecha się do własnych myśli. Racja. Tato byłby szczęśliwy, widząc tyle ukochanych samochodów. Dojeżdżamy do szlabanu. Widzę, że twarz wujka stężała. Podaje dokumenty przez szybę i mówi cicho: szwagier. Otwiera drzwi szoferki, ale strażnik przytrzymuje je dłonią, stawia pieczątkę na dokumencie i macha nam ręką na pożegnanie. Wujek odmachuje i zapuszcza motor. Opuszczamy Żerań. Ulga, którą poczuł wujek, gdy minęliśmy bramy zakładu, jest nieomal namacalna.
Taka sama sytuacja powtarza się w Ursusie.
Wujek Leszek robi świetny interes na lewych częściach, moja mama jest szczęśliwa, że udało nam się sprowadzić ojca do domu, pogrzeb odbywa się zgodnie z wyznaczonym terminem. A my płaczemy.


Gdy teraz o tym myślę, uśmiecham się, że ta „ostatnia droga” taty wyglądała właśnie w taki sposób i że w ciągu jednego dnia zwiedził najważniejsze fabryki tamtych czasów, a nade wszystko zobaczył miejsce, w którym produkowano jego ukochane duże fiaty.
 

***

Tato nie znosił swojego imienia, wolał to drugie: Albin. Kilka dni temu moja córeczka urodziła synka i po pradziadku otrzymał imię Franek. Dlatego nie gniewaj się tato, że taki jest tytuł tej opowieści...

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
msh · dnia 12.11.2016 10:42 · Czytań: 770 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 11
Komentarze
Procesja dnia 12.11.2016 12:45
Niesamowite! Przeczytałam z ogromną ciekawością. Nie wiem, czy to zasługa tekstu, czy samej historii, która faktycznie jest bardzo osobliwa i charakterystyczna dla lat osiemdziesiątych. Pewnie pół na pół. Język jest dość prosty i bez ubarwień, brzmi jak zwykłe relacjonowanie zdarzeń, ale bardzo to tutaj pasuje. Uff, dobrze, że Franciszek (Albin) dotarł szczęśliwie na miejsce. W momencie
Cytat:
Wy­da­je mi się, że sły­szę, jakby ktoś otwie­rał trum­nę, ale rów­nie do­brze może mi się zda­wać.

już przemknęło mi przez myśl, że ktoś go wyjął lub podmienił na części do samochodu.
Pozdrawiam serdecznie i gratuluję dystansu do takich rodzinnych historii :)
viktoria12 dnia 12.11.2016 13:54
w ostatnią podróż zabrał ze sobą
,,kawałek nierdzewnej róży"
zakwitała czerwienią wśród
zwichrowanych wzgórz

gdy wiatr od morza
piaskiem prosto w oczy
w pompatycznych szaleństwach
ciskał za dnia

- na przekór -
delikatne płatki łagodziły obyczaje
by na swojej ziemi mógł spocząć
kiedy nadszedł czas...
msh dnia 12.11.2016 17:36
P, wrócę do starej wersji, bo Twój komentarz może być niezrozumiały. Ten tekst miał brzmieć jak reporterska relacja. Nie siliłem się na skomplikowane porównania, ani na nadmiar ozdobników. Miało być prosto, ale nie prostacko. Jeśli mi się udało, to tylko wypada się cieszyć. v12, ładny ten kawałek od Ciebie. dziękuję za przeczytanie i komenatrze. pozdrawaim serdecznie. msh
mike17 dnia 12.11.2016 18:04
Hej, Artur, witaj po miesiącach przerwy :)
Czytało się z przyjemnością, bo opowieść zaiste niezwykła.
Rzekłbym niewiarygodna, ale z wielkim urokiem.
A ja lubię, kiedy jest aura nie z tej ziemi.
Podróż niebywała, jakby zrodzona w umyśle fantasty.
Ale za komuny wszystko było możliwe.
Najdziwniejsze scenariusze, osobliwe i naszpikowane czarnym humorem.
Grunt, że podróż się udała i zakończyła tak jak trzeba.

Co do języka, to już jestem do niego przyzwyczajony, w sumie nie warto by było opowiadać tego inaczej, z barokowymi ozdobnikami.
To opowieść z życia wzięta, więc i życiowym językiem winna być opowiedziana.
A poza tym to relacja, czyż nie?

To jak opowiadać komuś o czymś z życia: zrobimy to po ludzku, najprościej.
Jak tu, u Ciebie, i o to chodzi, więcej nie trza :)

:yes:
msh dnia 12.11.2016 18:55
Michał, przerwa kilkumiesięczna, jak zauważyłeś, ale opowieść prawdziwa. Po latach mam do niej dystans i mogę opowiedzieć bezboleśnie. Wtedy nie myślałem o niczym innym tylko o tym, jak dowieźć tatę na czas do Elbląga. Sam nie wiem, czy bez wujka Leszka udałoby się to, czy też to my byliśmy "narzędziem" w jego rekach. Zresztą, czy to ważne? Tato "trafił" w terminie na swój pogrzeb, wujek zarobił, a moja mama, w tym nieszczęściu, była szczęśliwa. Zresztą: po co zaglądać do kieszeni, która jest dziurawa, jak mówi mój ulubiony C. Meranges. Dziękuję za przeczytanie i komentarze. pozdrawiam serdecznie. msh
Nalka31 dnia 12.11.2016 19:29
Do takich rodzinnych historii dystansu nabiera się zwykle po latach. Chociaż o odejściu najbliższych zawsze myśli się z odrobiną ucisku na serduchu. Najważniejsze, że odbył tę ostatnią drogę, aby rodzina mogła go mieć blisko siebie. Czasami nie warto nawet zastanawiać się, kto kim był i dlaczego w tej opowieści. Zwłaszcza po zakończeniu stanu wojennego. Też znam te realia, chociaż miałam ledwie kilkanaście lat. Jeśli wiedziałeś jak, to mogłeś załatwić wszystko. Czasem potrzebna była przykrywka.

Dobrze się czytało.

Pozdrawiam. :)
msh dnia 12.11.2016 20:17
N31, masz rację, trzeba "przerobić ten temat" w sobie, żeby móc o n tym pisać. Czasami trwa to kilka miesięcy, a czasami, jak u mnie, kilkanaście lat. Dzisiaj mogę o tym pisać i śmiać się z tego, ale też dopiero teraz dostrzegam absurdalność, a nawet dramatyzm, tej sytuacji. Dziękuje za przeczytanie i komentarz. pozdrawiam serdecznie. msh ps ile lat by nie minęło, to ten ucisk na serduchu nigdy nie zniknie.
Dobra Cobra dnia 12.11.2016 20:48
Dobra rodzinna historia. Wciąga.

Dziękuję za możliwość zajrzenia w Wasz rodzinny dramat. Po latach spisany z dystansem.


Pozdrawiam,

DoCo
msh dnia 13.11.2016 11:42
DC, cieszę się, że wciągnęła Cię moja historia. Dzisiaj faktycznie mam do niej dystans. Czasami nawet zastanawiam się, czy to się mogło kiedykolwiek wydarzyć...Miałbym wątpliwości, że takie historie się zdarzają, gdybym sam tego nie przeżył. Dziękuję za przeczytanie i komentarz. Pozdrawiam serdecznie. msh
Nathaniel Sathirian dnia 16.11.2016 15:15
Bardzo ciekawy tekst. Czytając fragment o bramie wjazdowej, myślałem, że wujek przemilczy fakt wiezienia trumny, strażnik nawet nie zajrzy na pakę, a w drodze powrotnej spotkacie innego, niezaznajomionego (albo nawet tego samego) i zacznie się problem. Całe szczęście tak się nie stało.
Pozdrawiam,
N.S.
msh dnia 17.11.2016 18:50
NS, wujek miał "łeb na karku" i wiedział, co robi od samego początku. Pomógł nam wtedy bardzo, a że przy tym "ukręcił" interes? Cóż, takie to były czasy. "bardzo ciekawy tekst" się cieszy. Dziękuję za przeczytanie i komentarz. Pozdrawiam serdecznie. msh
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Brytka
28/05/2022 02:22
Akurat mowa tu o chorych układach w korporacji. pozdrawiam… »
wolnyduch
27/05/2022 21:56
No to dobrze, że nie palisz, bo wydłużasz sobie dzięki temu… »
Florian Konrad
27/05/2022 21:02
A ja nie palę od 2008 :) Modami gardzę. Cytując klasykę:… »
wolnyduch
27/05/2022 19:17
Emocjonalne burze nam nie służą, ale ludzie wrażliwi są na… »
wolnyduch
27/05/2022 19:08
Dążenie do zapamiętania za wszelką cenę jest bez sensu, ale… »
wolnyduch
27/05/2022 18:41
Sądzę, że niejedna osoba się nad tym zastanawia. Nie wiem,… »
Yaro
27/05/2022 18:35
Dziękuję za komentarze :) Pozdrawiam Was serdecznie:) »
wolnyduch
27/05/2022 18:32
Msz, uszczypliwe półsłówka nie biorą się znikąd, no chyba,… »
wolnyduch
27/05/2022 18:18
Dobry wieczór D.U Dziękuję za czytanie, gratuluję, że… »
Zdzislaw
27/05/2022 14:40
Również pozdrawiam, Wolnyduchu :) »
d.urbanska
27/05/2022 12:40
Cudny wiersz. Malarski i emocjonalny. Bardzo mi się udał :)»
d.urbanska
27/05/2022 12:37
Wolnyduchu dziękuję za wizytę i ocenę. Też zastanawia mnie… »
Marian
27/05/2022 09:26
Tetu, bardzo dziękuję za odwiedziny i cieszę się, że tekst… »
Marian
27/05/2022 09:22
Wolnyduchu, dziękuję za wizytę i rzeczowy komentarz. »
wolnyduch
26/05/2022 21:04
Tak bywa, fajne. Pozdrawiam :) »
ShoutBox
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:45
  • Szanowna redakcjo! Na mój BLOG nikt nie może publikować. Jedynie komentować i wyrażać wszystko co wątrobie zalega. Zatem nie jestem [link]żeniem.
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:25
  • oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:20
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:18
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:15
  • Zabrakło znaków. Coś podobnego. A ja dopiero się rozkręcam. Zatem zapraszam wszystkich do mojego BLOGA, nieśmiałego. u mnie można o wszystkim, nie tylko o poezji. W ramach obowiązujących norm internet
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:08
  • Zapraszam na mojego nieśmiałego BLOGA. Wszystkich, nawet tych bez ślepej kiszki i z dwunastnicą zapasteryzowanymi metaforami. Co zrobić, trudno! Z żołądkiem zakwaszonym refluksem. RRRUU! Wszystko ule
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas