Forte - jeden
Proza » Miniatura » Forte
A A A

- Fiodor, musimy już jechać, to nasz pociąg.
Wtedy zauważyłem ją po raz pierwszy, jej poruszające się rytmicznie stopy, kostki jakby wyrzeźbione przez jakiegoś mistrza. Świetne czarne buty, pewnie włoskie. Nie ośmieliłem się odezwać, gdy mi ją przedstawiono, nie mogłem rozmawiać. To coś co nie pozwalało mi oddychać w jej obecności, a ona siedziała na przeciwko mnie i paliła, popiół narastał na papierosie a w każdej źrenicy odbijała się migocąca zapałka. Wzruszenie, podczas nocnej jazdy pociągiem do Lukki. Właśnie teraz gdy wracam swoją zwodniczą pamięcią do tamtej nocy, do tej sceny i kobiety to przypominam sobie głównie cztery kolory: biały - jak jej skóra, czerwony jak szminka, niebieski jak oczy, i jeszcze inny biały - jak sznur pereł na jej szyi.

*


- Pani Zofia jest doktorem muzyki, gra na fortepianie. Jej mąż jest profesorem w tej samej dziedzinie. Jeżeli będziesz chciał, może cię czegoś nauczyć. Wiem, wiem, zawsze się opierasz, ale ja uważam, że masz talent, masz dopiero dziewiętnaście lat. Nie mówię, że masz zostać Aleksandrowem, tak od razu, ale... Fiodor, ja naprawdę myślę, że masz to coś.

 

 *

Chociaż wtedy nie miałem jeszcze nigdy sherry w ustach, to pamiętam, że tamto słońce miało taki właśnie kolor. Blade i apatyczne, idealna pogoda na spacery i na zobaczenie po raz dziesiąty krzywej wieży. Wykręciłem się jakąś wymówką, ona wtedy też została w domu. Po raz pierwszy usłyszałem ją jak gra na fortepianie piętro wyżej, w pustym pokoju. Musiałem wejść na górę, ten dźwięk mnie hipnotyzował, znałem to doskonale, jedno z preludiów Chopina, którego nigdy do końca nie mogłem opanować. Szedłem cicho, coraz ciszej, nie mogłem jej spłoszyć, tęskniłem, by tutaj też pełno było włochatych dywanów jak w Warszawskim domu. Te cholerne niedyskretne stopy, zawsze człowieka wydadzą. Muzyka szemrała, prześlizgiwała się łagodnie, niemrawo a potem pochłaniała mnie gwałtownie, wplątując mnie w gorączkę. Miała na sobie szlafrok do kostek, które cały czas robiły na mnie to oszałamiające wrażenie, z czegoś lnianego, marszczony w talii, chociaż to odkryłem dopiero gdy wstała. Zwiewny, jej figurę było widać bardzo wyraźnie, albo teraz wydaje mi się, że tak ją widziałem. Naga jak posąg, grecki posąg wyłowiony z Adriatyku. Ładnie pachniała, wyczułem to, chociaż stałem przy drzwiach a fortepian ustawiony był w głębi pokoju. Wyglądała wyraźnie, nie chorowicie, jej wymówka żeby nie iść na spacer też musiała być jednym wielkim blefem.
- Podoba ci się?

- Tak, gra pani przepięknie. 

- Spróbuj, usiądź. Dobrze, ale lżej naciskaj na pedał. Unieść nogę to za mało. Trwanie nuty nie zawsze zgadza się z zapisem, powinieneś to wiedzieć, ani zapis z jej trwaniem. Wyczuwasz obojętność czy jest to ci całkiem obojętne? Musisz zwrócić więcej uwagi na palce, na ich ustawienie. To pomaga przy interpretacji. Chopin był twardzielem, nie śmiej się, naprawdę. Dumny, sarkastyczny, gwałtowny i udręczony, bardzo męski. Nie był sentymentalny, nie był czułostkowy. Między uczuciem - tym prawdziwym, a sentymentalizmem jest prawdziwa przepaść. Musisz być surowy, jasny, spokojny, tak, musisz cały czas być spokojny. Teraz dobrze, cierpi ale tego nie okazuje. Potem ulga, krótka. Nie wiesz czy strzał czy może ratunek. Ważne, że przerwa w cierpieniu. Ale potem już wiesz, że męka jest taka sama, jeżeli nie większa. Cały czas musisz być opanowany, musisz być chropawy, bez bycia dzieckiem. Jak miłość, jak żmudne pokonywanie oporu. Ten Polak, mój rodak, nigdy jeszcze nie spotkałam Rosjanina, który potrafiłby dobrze grać Chopina, technicznie - często. Ale nie mają tego czegoś, zawsze to musi być Polak albo Japończyk. Nawet mój mąż nie radzi sobie z nim, zawsze go kaleczy chociaż technicznie niewielu jest lepszych.

 

*


- Po śmierci mistrzów gra ich muzyka, ludzie teraz słuchają tylko jazzu i rocku. Nie to co Shubert, on zawsze mi towarzyszy - ośmieliłem się powiedzieć.


- Grasz Shuberta? On wie, że traci głowę, cierpi, ma kiłę, kilaki na całym ciele, wie, że niedługo będzie jego koniec, katastrofa, zatracenie a mimo to komponuje dalej. Uwierz mi, że mogę mówić o zmierzchu duszy. Wygląda na to, że twoi rodzice i mój mąż przyszli, dobranoc Fiodor.


- Dobranoc, dziękuję pani za lekcję.

Tamtej nocy siedziałem na łóżku bez ruchu, tak jak się siedzi gdy się na coś czeka, to przeklęte wrażenie, na granicy sekund. To nagłe seksualne pożądanie, eksplodowało wtedy we śnie, mimowolnie, nieznośnie, tak bardzo trudno się od niego uwolnić. Tak trudno, że przebudziło mnie w nocy, miałem mokre bokserki i cały czas byłem twardy. Wyszedłem do łazienki i zobaczyłem jej cień, potem księżyc we włosach, coś musiało ją wybudzić, mignęła mi jak kocica, wyobrażam sobie, że była poetycznie zdziwiona. Chociaż wtedy nie dojrzałem jej twarzy.

 *

- Psy szczekają, targają łańcuchami lecz ludzie już śpią, cisza wszędzie. Słyszysz to? U Beethovena lepiej zmylić nutę niż interpretację. Graj dokładnie frazy, struktura jest najważniejsza. Zacznij od początku strony, postaraj się nie zniszczyć tej sonaty. Nie wynurzaj nut drugoplanowych, bezbarwnie, to jest bezbarwne jak tłusta szyba.

- Przepraszam, że pani to widziała.

- Za co przepraszasz?

- Za to co w nocy, przy łazience.

- Dlaczego? Przepraszasz, ale nie wiesz za co? Czemu taka cisza? Wybacz, ale koniec lekcji na dzisiaj. Muszę odpocząć.

*


Następnego dnia mąż Zofii miał dać koncert u pewnego znanego rosyjskiego dyplomaty. Wiedziałem, że jej tam nie będzie, znalazła kolejną wymówkę, miała ćwiczyć Mendelsona na koncert w Warszawie.
Uciekłem w połowie koncertu, mówiąc, że idę do Alberta. Musiałem ją zobaczyć, choćby posłuchać z ukrycia jak gra. I oto miałem ją przed sobą, w nocy, na sofie, pijącą herbatę, jedzącą oliwki i prosciutto, pijącą wino. Wypicie wina, wypalenie papierosa, nowy akapit.
- Mówiła pani o zmierzchu duszy, czemu tak pani czuje? Czemu jest pani tak podobna do Shuberta?


- Nie zrozumiesz tego, jesteś za młody, po za tym jesteś Rosjaninem, musisz wierzyć w to wszystko.

- W co wszystko?

- W to, że wy jesteście ratunkiem dla nas Polaków.

- Pani nie wierzy?

- Teraz już nie, nie wiem, chyba nigdy nie wierzyłam - i wtedy pokazała mi bliznę, której wcześniej nie widziałem, na karku, w kształcie okręgu, może bardziej elipsy - wszystko tak szybko odchodzi w przeszłość. Nikt nie ocalał, Niemcy wymazali moje miejsca z mapy, kupa gruzów. Spalone ciała, ścięte głowy, połamane kości, zawsze worki mięsa. Pięć lat po wojnie, byłeś jeszcze dzieckiem, nic nie wiesz. Moi rodzice byli muzykami, przed śmiercią nucili a potem głośno śpiewali, poprosili żebym im zagrała gdy mieli zostać rozstrzelani. Do tej pory nie wiem jak zdołałam to zrobić pewnie chcieli się znieczulić choć trochę, zamroczyć na chwilę ciało. A czasem wystarczy żeby ucho było czymś zajęte, choćby muzyką. To już minęło, wojna minęła, już dobrze. A potem przyszliście wy, tak, wiem, to niesprawiedliwe w stosunku do ciebie, ale jestem już trochę pijana i smutna, muszę to powiedzieć. Wskazali bronią na mnie, kazali nam wyjść, mnie i mojej siostrze na zewnątrz, z pociągu. Zostałyśmy zgwałcone przez sześciu żołnierzy. Lęk wzmaga pociąg seksualny, a oni się bali. Jeśli jedna jednostka nie zdążyła, tyłowe nadrabiały zaległości. Nie uchowała się żadna, ani moja dziesięcioletnia siostrzenica, ani moja babcia. Najważniejsze, że kobiety są kobiety - podsłuchałam kiedyś jednego z żołnierzy. Od ośmiu do osiemdziesięciu lat. Równocześnie babka, matka, wnuczka. Prosiłyśmy o przerwanie tej gehenny, to wszystko działo się gdy wracałyśmy z Niemiec. Zapadła noc, polowali na nas wszędzie, odgryzali kawałki mięsa. Jeden z nich - tu znów wskazała swój kark - zrobił mi to. Wiesz, skóra nie stawia oporu, rany potem blizny, wszystko ją może zranić, nawet milimetrowa drzazga a co dopiero ząb, paznokieć. W jakimś sensie jestem w stanie ich - was zrozumieć, spuszczeni ze smyczy, pewnie myśleli, że jadą na śmierć a tu nagle wolność, zegarki, domy, kobiety, kobiety i kobiety - i mówiła dalej, jakby półsłówkami, a jednak rozumiałem to wszystko aż za dobrze. Jej język musiał nie znać słów w całości, musiały wtedy nie istnieć - jedynie moja siostra czasem do mnie jeszcze mówi, rozpoznaję jej śmiech w nocy, bez wahania, to on mnie wczoraj obudził gdy widziałam cię w przedpokoju - dostrzegłem, że niebieski kolor jej oczu stawał się coraz bardziej intensywny - Wiem, dla was, dla nowego porządku, komunizm jest wybawieniem. Bo skoro już nie bombardują, to tak jakby nie bombardowali wcale. Fakt, wiele jest zniszczenia, ale to przeszłość, my was wybawiliśmy, daliśmy wam wolność, a teraz milcz i się uratuj, gęba na kłódkę. Nie teraz, nie zawracajcie nam głowy, musimy postawić ten kraj od nowa, od nowa musimy nauczyć się oddychać, być, żyć, ustawiać nowe olbrzymie place budowy, największe w Europie, całe ręce roboty. Mamy tyle rzeczy do zrobienia, a wy nam ciągle przeszkadzacie tymi swoimi pretensjami.

- Co się stało z pani siostrą?

- Nie ma jej i już nie wróci. Cały czas upiera się żeby być zmarłą i tylko czasem wraca jakimś ukłuciem w przeponie. Mój szwagier zginął dzień wcześniej, pamiętam ten ryk żony która traci męża. A potem widzi jego ciało w trumnie, chodziła wokół niej i krzyczała. Na drugi dzień niewielkie podwórze, placyk, piekące wrześniowe słońce, jakieś okrzyki, moja siostra półnago przytrzymywana na środku, pamięć wyciera te obrazy, chociaż wnikają we mnie jak nowotwór, mężczyźni którzy prowadzą osła, który ma pokryć... na to jest przygotowane, ale nie klacz. Rozrywka, taka była ich rozrywka. - To była trucizna, została we mnie w środku, nie mogłem uwierzyć, że moi rodacy zrobili coś takiego siostrze Zofii. Ale nie można się pozbyć czegoś co wniknie raz. Wiedziałem, że to musi wybuchnąć. Coś zewnętrznego, powoli jak przez dziurkę w uchu wniknęło we mnie, coś czego nigdy wcześniej nie znałem. - Każdy wtedy był gotów do rozrywki, do gwałtów, a potem do ciszy, nikt nie zwracał uwagi, nie słyszał krzyku mojej siostry. A pierścionki musiałam sama ściągać, jej pięć pierścionków, one nigdy same nie spadają.

- A pani mąż? Jak go pani poznała?

- To on nas uratował, to znaczy mnie. Mojej siostry nie dało się uratować, popełniła samobójstwo kilka dni później. Wybacz, nie chcę dokładnie opowiadać. Uratował mnie, wielki pianista. Ja się nigdy sobie nie podobałam. Mówiłam sobie, że mam za szerokie biodra i ramiona. Za mocne ręce, za długie palce. Że mam za długą szyję jak u ptaka. No i prawie nie miałam biustu. Dzięki niemu stałam się idealna, to jemu wszystko zawdzięczam.


Trzy albo cztery razy mogło mi pęknąć serce a nie pękło, gdy opowiadała. Głucha cisza zaczęła zaciskać mi wargi. A ona siedziała zamyślona, jakby sparaliżowana swoją własną opowieścią.

- Poćwiczymy? - Zwilżyła sobie usta samymi wargami, jedna o drugą i upiła większy łyk z kieliszka.

Chciałem tego, chciałem znów z nią grać, wypełnić swoje ucho muzyką, nie tymi truciznami.

- Mendelson, tak, więc od początku. Zapominasz o dynamice. Co tu jest napisane? Piano, pianissimo, a potem forte, forte. Od szeptu do krzyku. On był brzydki, a pan jest ładny. Tak, zdecydowanie, Mendelson był tak bardzo brzydki.

 

Reszta działa się szybko, niemal niezauważalnie i natychmiast stała się przeszłością. Gdy grałem nagle położyła się na kanapie, a ja musiałem do niej dołączyć. Skóra do skóry, piekący każdy centymetr kwadratowy, nogi - moje owłosione, jej bardzo gładkie. Znów nie mogłem nie myśleć o greckich rzeźbach. Czułem, że zasypia, była w spódniczce, odwróciła się do mnie tyłem tak, że widziałem jej pośladki, miała skromne majtki. Mój penis sterczał, pokusa zbyt mocna, krew pulsuje, jej oddech nie taki śpiący, mój zatrzymany jak u wisielca, tak niewiele centymetrów, minimalne przemieszczenie, ześlizgnięcie, dotknięcie. Oparłem się o jej pośladki, jędrność ciała, teraz już nie pośladki a trochę niżej, do innej jędrności, do wilgoci, do odgłosu rozdzieranego jedwabiu, do skóry która nie stawia oporu, która pozwala sobie na języki, wzgórki i przesmyki. Ten przesmyk, byłem w nim teraz. Nie poruszyła się, nie uczestniczyła, tylko jej kark w ciemności z blizną od zębów jakiegoś potwora, mojego rodaka, mój głębszy oddech, wspólny napór, mocny uścisk, inny oddech, centymetry do tyłu, zakończenie. Powiedziałem dobranoc, pożegnaliśmy się, ale nie w myślach.

 

Kolejnego dnia zobaczyłem ją dopiero wieczorem, wróciła do domu, nie zdejmując płaszcza. Gdy byliśmy sami zauważyłem, że ma fioletowe oko, żałobne, mieszane kolory - pewnie skutek dokładnego makijażu.
- Co się stało? Powiedz mi.
- To nic, upadłam gdy biegałam, wczoraj padało i poślizgnęłam się, nic poważnego.

Pokusa, chęć wymierzenia kary, obrzydzenie po tym co wczoraj powiedziała i co dzisiaj zobaczyłem. Tyle niespodziewanych słów. Między wydarzeniem a eksplozją, jest oczekiwanie, zawsze, choćby minimalne. Ja też musiałem poczekać na swój moment. Zofia wyjechała do Polski żegnając się chłodno, a może to tylko wrażenie, bo nie byliśmy wtedy sami. Ojciec, matka i profesor byli na jednej z codziennych włoskich zabaw. Wiedziałem gdzie w domu jest broń. Nie mogłem znieść tego co opowiedziała mi Zofia, tej trucizny która wlewała się w moje uszy jakby to był parzący wosk. Oczekiwanie, a potem ręka i palec, ześlizgiwanie się, tylko przesunąć dłoń po zamku, ruch jednym palcem, nie mogłem znieść swojej rosyjskości, i spust, kulka w łeb, raz - dwa. Wtedy liczyła się tylko Zofia. Zrobiłem tak: matka i ojciec podjechali pod dom, odbezpieczyłem i gdy weszli, byłem pewien, że strzelę, jedna, druga sekunda i w głowę, w miejsce poniżej ucha, pewnie krew i kawałki kości, i rozkawałkowany mózg. Zawahałem się krótką chwilę i schowałem pistolet do kieszeni. Nie, nie będę zabijał własnych rodziców, co mi strzeliło do głowy, a byłem tak blisko. Odpuściłem to, ale stwierdziłem, że muszę zrobić coś z profesorem, byłem pewien, że uderzył Zofię. Wiedziałem gdzie jest impreza, podszedłem pod Hotel La Spezia. Wziąłem ze sobą młotek i scyzoryk, nie wyjmowałem pistoletu, zawsze się może przydać.
Miałem kominiarkę, mówiłem do jego karku, czułem zapach potu i jakichś drogich perfum, mówiłem, że mam pistolet, żeby nie zbaczał z drogi którą mu wyznaczyłem, musiał czuć dotyk kolby na kręgosłupie. Uderzyłem go nią w głowę. Widział przed sobą krew, czuł pewnie jej smak w ustach, coś rzężącego wydarło mu się z piersi, potem coś w krtani. Upadł w krzaki, a potem zacząłem uderzać z całych sił w jego dłonie, palce jak klawisze fortepianu, trzask kości, okaleczałem je coraz bardziej, cięcia scyzorykiem, to cud, że się nie wybudził, chociaż wiem, że stracił przytomność a nie życie. Tak, to prawda, Zofia miała rację, skóra zawsze się rozrywa, bez oporu, rozdzierany jedwab. To dobrze - pomyślałem, o jednego kaleczącego Chopina pianistę mniej.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
jeden · dnia 20.03.2018 20:02 · Czytań: 254 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 6
Komentarze
Darcon dnia 20.03.2018 21:05
Tak, Jedynko, obyczajówka o zabarwieniu erotycznym to na pewno Twoja dobra strona. Każda historia jest wiarygodna, prawdziwa, a to wcale nie jest proste, gdy gra się na czułych strunach sentymentu, romantyzmu, euforii, czy bardziej dramatycznych uczuciach. Zapewne zebrałbyś tomik bardzo zacnych opowiadań, spójnych tematycznie i uczuciowych... Gdybyś tylko popracował dłużej nad każdym tekstem, wyszlifował.
Brakuje kilkudziesięciu przecinków, dywizy, literówek chyba nie widziałem. Wrzuć powyższą treść na stronie pisownia.org, jeśli sam nie potrafisz wszystkiego wyłapać. Mam nadzieję, że to nie z lenistwa. :)
Pozdrawiam.
jeden dnia 21.03.2018 20:30
Darcon
Dzięki za miłe słowo.
Tak, cóż, mam problem z tym oszlifowaniem. Czasem to robię, ale zwykle po jakimś czasie. Mam nadzieję, że starczy mi samozaparcia, by kiedyś to zrobić z każdym tekstem.

Pozdrawiam
Kazjuno dnia 22.03.2018 13:17
Mocne, Forte, zawarłeś tu emocje. Lecz czytało się trudno. Czy pomoże lepsza interpunkcja? Na pewno nie zaszkodzi. Tu widzę potrzebę lepszego montażu. Jaśniejszego, bardziej komunikatywnego dozowania akapitów i dialogów. Gubiłem się czy mówi Zofia, czy młody muzyk, napaleniec.
Zdaj sobie sprawę, że piszesz dla kogoś. Czytelnik chce rozumieć co do niego mówisz. Nie piszesz wyłącznie dla siebie.
Potencjał jest, temat jak marzenie, tylko zgadzam się z Darconem. Tekst należy jeszcze dopracować.
Pozdrawiam, Kj
jeden dnia 23.03.2018 17:20
Kazjuno
Dzięki za wysiłek skomentowania, miłe słowo i za wypunktowanie tego co nie gra.
Pozdrawiam
skroplami dnia 25.03.2018 15:30 Ocena: Świetne!
Cytat:
Ten Polak, mój rodak, nigdy jesz­cze nie spo­tka­łam Ro­sja­ni­na, który po­tra­fił­by do­brze grać Cho­pi­na, tech­nicz­nie - czę­sto.
- tu brak dopowiedzenia. "Ten Polak, mój rodak..." - pytanie - co ten Polak? "zawisa" w powietrzu. Bo c.d. to odniesienie do tego jak jest odczuwany i "wygrywany" przez pianistów z innych krain.
W następnej rozmowie, przy następnej nauce, chociaż słowa w zdaniu na temat Beethovena porozrywane
Cytat:
Nie wy­nu­rzaj nut dru­go­pla­no­wych, bez­barw­nie, to jest bez­barw­ne jak tłu­sta szyba.
, bardzo dobrze jednak oddają realną rozmowę :) w której często jedno słowo pomiędzy innymi, podkreśla całą sytuację. Tutaj np. słowo "bezbarwnie" odnoszące się do sposobu grania w danej chwili, przez Fiodora.
Uwaga do czasu: opisujesz przeżycia bohaterki z okresu wojny i łączysz z Rosją, nie z ZSRR. Widać przy opisie jednej z sytuacji, gdy mąż bohaterki musi wyjść by dać koncert u jakiegoś rosyjskiego oligarchy. Rosyjscy oligarchowie to dzień dzisiejszy, może ciut wczorajszy. Bohater ma lat dziewiętnaście, kochał się z kobietą lat siedemdziesiąt, osiemdziesiąt? Z opisu wynika że jest, ona może być, w granicach lat od 30 do 50. To, czas zestawiający przeszłość do teraźniejszości w utworze, odrobinę "zgrzyta".

Ale :). To mało lub wcale ważne, bo :).
Przy pierwszym czytaniu jak przy wódce, mocne, gryzie, rozlewa się gorąco wewnątrz obrazami "na pierwszy rzut oka". Przy drugim czytaniu to spirytus, zatyka aż łzy w oczach, pali i kręci w duszy jak w głowie.
Całość oddana przez jej słowa i jego wrażenia, w jego wspomnieniach o niej i co "z nią" i przez nią, przedstawiana nam. Idealnie, właśnie przez nie dopowiedzenia, odrobinę pomieszania, przeskoki odnoszące się tylko do tego co wspólne pomiędzy nimi, jej wspomnień i jego ich odbioru. I bliskości, chwilowej a jak warkocz w jego życie z jej życiem w chwili splecionej, tej intymnej też. Piękne, tragiczne, historyczne, życiowe, prawdą w serce kłujące, "zatykające jak zwykle" u "jeden". Gratulacje to mało, znów.
Mogę tylko ocenić, nadal będzie mało.
Autorze, potrafisz, powalić czytelnika na kolana.
jeden dnia 26.03.2018 21:29
skroplami
skroplami napisał:
z okresu wojny i łączysz z Rosją, nie z ZSRR

No cóż, Zofia mogłaby mówić: wy - Sowieci. Według mnie nie ma to większego znaczenia gdy mówimy o narodowości sensu stricto.
skroplami napisał:
Rosyjscy oligarchowie to dzień dzisiejszy, może ciut wczorajszy.

Zgadzam się, oligarchowie w Rosji zaczęli wyrastać w latach osiemdziesiątych. Akcja toczy się w latach pięćdziesiątych. Dzięki za uwagę, słowo oligarcha do zamiany.

Dzięki za miłe słowo i wysiłek skomentowania.
Pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
skroplami
28/05/2022 17:50
Treść rozmów naprawdę rzeczywista, idealnie rzeczywista :).… »
skroplami
28/05/2022 17:04
Dobre, całkiem dobre. Ale do połowy lepsze jak dalej.… »
Florian Konrad
28/05/2022 16:21
Oj tam, dwie pierwsze powieści poszły z dymem, przyznaję.… »
wolnyduch
28/05/2022 16:20
No to zmienię na brzeg, choć na ogół nie jestem taka… »
wolnyduch
28/05/2022 16:18
Rozumiem, no ale jest ta telepatyczna i duchowa więź, bo… »
wolnyduch
28/05/2022 16:14
Re: D.U Ok, rozumiem, pozdrawiam serdecznie i życzę… »
Kobra
28/05/2022 16:11
...brzeg może być. Jest super. Ja myślałam po potoku, rzece… »
wolnyduch
28/05/2022 16:06
Zmieniłam na wers po wyjściu na brzeg, ale skoro piszesz, że… »
Kobra
28/05/2022 15:59
Coś mi się widzi, że zmiana "wody" na coś innego… »
wolnyduch
28/05/2022 15:46
Witaj Koberko No co ja zrobię, że ja kocham rym...:) No… »
Kobra
28/05/2022 14:48
Wody/tetrapody - zamierzony rym? I może trochę pozmieniać te… »
d.urbanska
28/05/2022 14:42
WD - to nie przejęzyczenie, lecz ludowa forma: udałaś mi się… »
czarnanna
28/05/2022 13:50
Wolny duchu, serdecznie dziękuję za podzielenie się odbiorem… »
wolnyduch
28/05/2022 12:12
Rozumiem, no cóż metafory zawsze są cenne, ale co do układów… »
wolnyduch
28/05/2022 12:08
Czegóż się nie robi w imię przyjaźni/miłości, nawet picie… »
ShoutBox
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:45
  • Szanowna redakcjo! Na mój BLOG nikt nie może publikować. Jedynie komentować i wyrażać wszystko co wątrobie zalega. Zatem nie jestem [link]żeniem.
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:25
  • oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:20
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:18
  • Oto adres:
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:15
  • Zabrakło znaków. Coś podobnego. A ja dopiero się rozkręcam. Zatem zapraszam wszystkich do mojego BLOGA, nieśmiałego. u mnie można o wszystkim, nie tylko o poezji. W ramach obowiązujących norm internet
  • Pulsar
  • 20/05/2022 20:08
  • Zapraszam na mojego nieśmiałego BLOGA. Wszystkich, nawet tych bez ślepej kiszki i z dwunastnicą zapasteryzowanymi metaforami. Co zrobić, trudno! Z żołądkiem zakwaszonym refluksem. RRRUU! Wszystko ule
  • Yaro
  • 16/05/2022 19:07
  • To fajnie:)
  • mike17
  • 16/05/2022 17:17
  • Opróżniłem pocztę Jarku :)
  • mike17
  • 16/05/2022 14:29
  • Jarku, nie zapomniałem o Tobie :)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas