Miłość zmienia wszystko - mike17
Proza » Miniatura » Miłość zmienia wszystko
A A A
Od autora: Miłość nie zawsze jest dobra, czasem jest zawodna i podła. W tej opowieści poznacie jej różne oblicza. I te czułe, i te, o których lepiej zapomnieć. Wszak miłość boli. ale potrafi utulić i dać ukojenie :) Zapraszam do lektury i refleksji :)

Dokąd idę, dokąd zmierzam? Nie wiem. Nie wiem tak samo dziś, jak nie wiedziałem wczoraj.
I choćbym myślał do jutra, które będzie za tysiąc lat, nie wymyślę nic.
Jestem człowiekiem, który przeszedł daleką drogę. Bardzo długą i krętą jak górska serpentyna, i równie niebezpieczną. I tak jak ona, zazwyczaj prowadzącą w dół.
 
Podszedł do okna i wyjrzał. Zaczynało padać. Jak na październik i tak było ciepło i znośnie.
Długo patrzył na pojedyncze kropelki deszczu na jasnym, aluminiowym parapecie. Na setki małych kropelek, które przypominały setki jego dni, jego nocy, które przychodziły jak jesienne padanie i znikały gdzieś, w innym, niewidzialnym wymiarze, do którego odchodzą wszystkie te minione dni i noce, których już nie ma - wyczerpany, prześniony czas.
I przez chwilę liczył mokre punkciki na szarym parapecie, jakby szukając tam jakiejś magicznej cyfry–odpowiedzi. Było ich coraz więcej i więcej. Otworzył barek i sięgnął po butelkę. Koniak złocistą barwą wypełnił kieliszek.
 
Rita stała tam i patrzyła. Rozumiała go. Wiedziała, że jest kobietą jego życia, za którą poszedłby w ogień. Nie powiedziała ani słowa. Nie dziś, nie teraz. Pewne sytuacje wymagają milczenia, wtopienia się w akcję, bez narzucania czegokolwiek.
Bo jedno słowo nieopatrznie rzucone może niebawem wrócić ciężkim kamieniem.
Wystarczyło kilka minut na wieczność, by przed laty zrozumieli, że są sobie pisani.
Że szczęście dzieje się „czasami” i oni te swoje mieli właśnie wtedy.
 
Kiedy tam, za oknem padał rzadki, jesienny deszcz, była z nim, z kieliszkiem koniaku i ze smutnymi, zgaszonymi oczami, osadzonymi w jakby skurczonej, odkształconej twarzy.
Bo kiedy kobieta naprawdę kocha mężczyznę i wie, że ten pije, zaczyna powoli kochać również jego picie, te kolejne butelki koniaku i wszystko, co się z nim wiąże, bo jest jej powietrzem, choć czasem nieco kwaśnym i nieprzyjemnym, jest częścią jej samej, bo zaczyna pewnego dnia rozumieć, że nikt na tym świecie nie pije dla przyjemności.
 
Mała, szara wieś, gdzieś w środku lasów i jezior.
Dużo błękitnej ciszy, przychylnego, zaprzyjaźnionego wiatru i setki wielkich, rozłożystych drzew, które lubiły podsłuchiwać ludzkie rozmowy. Nie trzeba być geniuszem, by wiedzieć, że słyszały już tak wiele różnych historii, że powinny uciekać na widok człowieka z odrazą i wstrętem, bo posiadły wiedzę, której niejeden człowiek nie chciałby mieć.
Pewnie były i przy tym. Miały przecież grubo ponad sto lat.
I nie o to chodzi, że takie stare, ale o to, że z góry lepiej wszystko widać, zwłaszcza rzeczy, które chciałoby się ukryć i zakopać głęboko w ziemi, gdzieś w leśnej otchłani, gdzie raz na rok zabłądzi jakiś przyjezdny, poszukujący zagubionej ścieżki, a może tylko spacerujący.
 
Nad małym mostem, łączącym dwa jeziora, stał biały dom z czerwoną dachówką, która nie jest już taka jak dawniej, ponieważ coraz więcej jej leży na ziemi, dookoła domu, i budynek pewnie nie jest już tym, czym był, kiedy okalające go, gęste sosny i świerki szeptały w dzień i w nocy, że nie ma lepszego i piękniejszego miejsca na świecie.
 
- Chciałam ci powiedzieć, że jestem szczęśliwa – powiedziała ciepło matka.
- Wiem, i cieszę się. Innym nie powiodło się aż tak jak nam – rzekł ojciec.
- Nigdy bym się z nimi nie zamieniła, na nic. I więcej mi nie potrzeba – dodała.
- Mnie też nie – przytaknął.
- I chcę, żeby tak już pozostało. Wszystko to takie czarowne, niepojęte.
- Tak. Żeby nic tego nie zakłóciło. Mamy tak dużo, że czasem sam w to nie wierzę.
- Ja też nie. Myślę niekiedy, że to sen, i że obudzę się któregoś dnia i to wszystko zniknie, i ty, i ten dom, i w ogóle, wiesz…
- Nie zniknie, nie bój się, to jest nasze życie, to się naprawdę dzieje, tu, na naszych oczach.
 
Podeszła do niego i oparła głowę o jego ramię. Było twarde i umięśnione, jak gruby konar drzewa. Nie mówiła nic przez dłuższą chwilę, on również, stali pod domem i patrzyli na jezioro. Daleko, pod trzciną, ktoś płynął łódką, płynnymi ruchami odpychając się od wody.
 
- A gdzie mały? – zapytał ojciec.
- Bawi się na pomoście – odpowiedziała matka. – Pewnie łowi ryby, albo szuka raków.
- Miał mi pomóc przy płocie – rzekł mężczyzna, zapalając papierosa.
- Zaraz go zawołam, jak chcesz – odparła kobieta, wstając z krzesła.
- Nie, teraz nie, może za pół godziny. Chcę jeszcze z tobą porozmawiać.
- Coś się stało? – spytała.
- Nie, nic, tylko muszę wieczorem być w mieście. Mam tam odebrać deski na te nowe schody, co to je będę robić nad jeziorem. Nie będziemy musieli już schodzić tą stromą skarpą i przewracać się po deszczu na śliskiej ziemi – odpowiedział.
 
Pod wesołym uśmiechem chłopca kryła się chęć poznania czegoś, czego jeszcze nie widział, a o czym marzył od jakiegoś czasu. Tym czymś było miasto. Bywał tam nie raz za dnia, ale nigdy wieczorem. Miał już dwanaście lat i jakoś nie nadarzyła się ku temu okazja.
Teraz, kiedy ojciec od jakiegoś czasu jeździł do tego miasta, zawsze jeździł sam, i zawsze było to po zmroku.
I nigdy nie zgodził się, by go wziąć ze sobą.
Mały wiedział, że tej nocy będzie chciał zobaczyć te wszystkie kolorowe światła i palące się bez przerwy neony sklepowe, o których słyszał od innych chłopców, którzy byli wieczorem w mieście. I kiedy postanowił, że po cichu wejdzie do samochodu i położy się na tyle, najpierw chciał ukryć się w bagażniku, nie wiedząc jeszcze, że go nie otworzy od wewnątrz.
Nie przeszkodziło mu to, by tam zajrzeć. W środku leżały świeże deski na schody, po które po zmroku wybierał się jego ojciec. Trochę go to zdziwiło, po co jechać po coś, co leżało w bagażniku? I tym bardziej zapragnął pojechać do tego miasta, by zobaczyć te wszystkie, niesamowite światła, i to, czy ojciec będzie odbierał jeszcze więcej desek, ponad to, co już miał. Chciał leżeć po cichu na tylnej kanapie i spełnić marzenie.
 
Nie chciał mówić matce o swym odkryciu, bo wtedy może w ogóle nie pojechaliby do miasta.
 
Wyruszyli tam wieczorem.
I gdy ojciec zatrzymał samochód pod dużym domem z wielkim ogródkiem i sadem, mały zdążył już zobaczyć światła palących się latarń i kilka neonów, podnosząc ostrożnie głowę, kiedy tak jechali ulicami jasnymi jak za dnia. Kiedy ojca przywitała w drzwiach młoda, piękna kobieta długim pocałunkiem w usta, rzucając mu się na szyję, tak jak to robi zazwyczaj matka, mały natychmiast zapomniał o wszystkich światłach tego miasta. Przez chwilę nie pamiętał nawet, że chciał je tak bardzo zobaczyć od wielu dni. Nie pamiętał już też ich blasku i koloru. Patrzył oniemiały na drzwi, które szybko zamknęły się za jego ojcem i tą młodą, piękną kobietą. Potem tylko dostrzegł jak w jednym z okien, w jakimś jasno oświetlonym pokoju mignęły mu jeszcze te dwie postacie, a potem musiał patrzeć na to jak długo całowali się, jakoś tak inaczej niż całują się rodzice, i ona wtedy nagle zasłoniła zasłony, ciemne, grube zasłony koloru brudno-rudego i jej cień zniknął w głębi domu. Ostrożnie podszedł do furtki i otworzył ją. Do drzwi wejściowych prowadził wąski, betonowy chodnik. Na palcach zbliżył się do nich i powoli zaczął przekręcać klamkę. Niestety były zamknięte.
 
Stojąc przez chwilę zastanawiał się nad tym, co ojciec tam robi, i mając swoje dwanaście lat i bystrą inteligencję chyba się domyślał. Chłopcy w jego wieku sporo już wiedzą. Koledzy zdążyli mu powiedzieć, skąd się biorą dzieci i czym kończy się spotkanie, na którym mężczyzna całuje się z kobietą.
 
- Kiedy znów przyjedziesz?
- Za dwa dni – rzekł ojciec. – Powiem jej, że potrzebuję więcej tych desek. Uwierzy.
- Naiwna i głupia – powiedziała kobieta. – Marnujesz się przy niej. Potrzebny ci ktoś taki jak ja. Dopiero wtedy naprawdę poczujesz się mężczyzną. Teraz tracisz tylko cenny czas.
- Masz rację – naiwna i głupia. Zawsze taka była. Nawet w łóżku jest do niczego – zakończył ojciec i pocałował ją, długo i namiętnie, jakby za chwilę miał się skończyć świat.
Potem mały usłyszał jego kroki na betonowym chodniku i dźwięk klucza w drzwiach samochodu. Kiedy już uruchomił silnik i miał odjeżdżać, kobieta stojąc najwyraźniej dalej przed swym domem krzyknęła do niego na odjezdne:
- Będę tęsknić!
- Ja też, kochanie! – rzucił ojciec pod nosem i zaczęli jechać do domu, wśród jasnych, kolorowych świateł miasta, tych które dla małego straciły blask na zawsze tej nocy. Leżał nieruchomo i myślał. Czuł, że ojciec jakoś inaczej pachnie, jakoś tak ostrzej i nie tak, jak kiedy nigdzie nie wyjeżdża. To był jakiś nowy zapach. Trochę dziwny…
Pogwizdywał sobie coś pod nosem, potem śpiewał jakąś piosenkę, jakby spotkało go jakieś wielkie, nieoczekiwane szczęście i teraz rozpiera go ono i każe z radości śpiewać.
 
Gdy wrócili do domu nad jeziorem, matka już spała.
Myślała, że chłopiec też dawno zasnął. Nie domyśliła się nawet, że nie było go przez ten cały czas w pokoju, że po cichu ukrył się w samochodzie i zamiast spełnić swe marzenie, utracił coś na zawsze – coś odeszło, coś, na co się tak bardzo czekało.
,,…znalazłem różę, a różą, którą znalazłem jesteś ty!” – śpiewał sobie dalej pod nosem ojciec, kiedy zamykał samochód i szedł do uśpionego, pogrążonego w letnich ciemnościach domu, mając pewność, że żona dawno już zasnęła, syn także, i że bez kłopotu będzie mógł się teraz wykąpać i położyć spać, a rano powiedzieć, jakie to piękne deski przywiózł w bagażniku.
I tak też pewnie zrobił. I kiedy to już powiedział, a było już dobrze po dziesiątej rano, matka spytała, czemu mały jeszcze nie wstaje, przecież jest lato, szkoda dnia. Ojciec przytaknął, że to rzeczywiście do niego niepodobne, i że pójdzie zobaczyć, dlaczego nie schodzi na śniadanie. Pogwizdując wesoło swoją nocną piosenkę, poszedł do jego pokoju i otworzył drzwi. Stanął jak wryty. Przez chwilę pomyślał, że coś mu się przywidziało.
 
Zrazu tak właśnie pomyślał. Ale niedługo. Spojrzał przypadkiem na szafkę nocną przy łóżku małego i zobaczył na niej kilka opakowań po lekarstwach – wszystkie były rzucone bezładnie i wszystkie były puste. Chłopiec leżał w łóżku jakby spał, mocno i twardo, głębokim, kamiennym snem. Nie dało się go obudzić.
 
Kiedy po tygodniu mały wrócił do domu nad jeziorem przywieziony przez matkę, ojciec nawet na niego nie spojrzał. Nie spojrzał także i później, kiedy przestał się do niego odzywać, myśląc pewnie, jak to bardzo go ten chłopak zawiódł, niewdzięczny mały głupiec. Jego głosu nie usłyszał już nikt. Chodził i żył jakby się nic nie stało, w międzyczasie zdążył skończyć płot i zrobić zejście nad wodę i opróżnić swój pełen desek bagażnik.
 
I gdy czuć było w powietrzu nadchodzącą jesień, pewnego dnia matka wzięła łódkę i wypłynęła na jezioro. Była bardzo spokojna i cicha, kiedy brała wiosła i szła z nimi na pomost. Nie obejrzała się ani razu, a w jej szklistym spojrzeniu nie było już życia.
I zabrakło go w niej również potem, kiedy nie wracała do domu przez kilka dni, i gdy jej martwe ciało wypłynęło gdzieś pod trzciną. Jeszcze później znaleziono łódkę, którą zniosło parę kilometrów dalej, pod daleki, wysoki brzeg, co był zarazem końcem przeklętego jeziora. Każdy wiedział, że nie umiała pływać, każdy wiedział, jak bardzo bała się wody…
 
I nagle zaczął słyszeć głos matki, jakby dochodzący z jeziorowych głębin, szepczący ledwie wyczuwalnie:,,Zabij go, zabij go.”
 
Mówiła do niego stamtąd, z tej mrocznej wodnej nieskończoności, która bez początku ni końca połknęła ją przed laty i wydarła z niej życie. Teraz wróciły słowa, wyraźne, choć ciche, pewne i zdecydowane. I szły jak sygnały wprost do jego uszu, wprost do jego umysłu. Tylko, kiedy siadał na tym pomoście, z którego niegdyś wypłynęła po śmierć…
Zatykał czasami uszy, by ich nie słyszeć, ale na nic się to zdało – były już w jego głowie, odbijając się od czaszki głuchym echem–pogłosem. Wracały, coraz głośniejsze, coraz silniej i mocniej wypowiadane, przechodząc nagle w krzyk, który rozrywał mózg na strzępy:,,Zabij go, zabij go”. Biegł wtedy przed siebie, na oślep i z wściekłością uderzał pięścią w drzewo, kalecząc się i krzycząc wśród leśnej głuszy.
 
I kiedy jakiś czas później ojciec sprowadził tamtą do domu i się z nią ożenił, przenosząc hałaśliwie przez próg, wśród salw jej pustego, piskliwego śmiechu, wybiła właściwa godzina. Choć jeszcze tego nie wiedzieli, nowożeńcy, którzy za patrona mieli przeklętego diabła.
Syn miał jak najszybciej opuścić dom, bo jego czas tu skończył się raz na zawsze.
Jako dorosły był w wieku, kiedy prawdziwy mężczyzna ma wyruszyć w świat w poszukiwaniu szczęścia – powiedział po latach milczenia ojciec. Na tym statku brakowało miejsca dla dwóch kapitanów. Pod tym dachem było za ciasno dla niego i tego chłopaka, który już dawno temu przestał być dla niego kimś bliskim. Nadszedł koniec. Ten czas był czasem niepewnego spojrzenia w przyszłość i pogrzebania tego, co było.
 
I ten chłopak to zrobił.
Kilka dni później.
 
I dobrze, że ten dom stał na uboczu, i że dzień był już krótki i ciemny jak to zwykle bywa pod koniec października. Padał wtedy zimny deszcz, na który i psa ciężko byłoby wygonić, co niechybnie sprawiało, że dojrzewa wtedy to, czego próżno byłoby szukać w letnich promieniach wesołego słońca…
Zamknął swoje drzwi i pożegnał się, jak czyni się to tylko raz w życiu lub nigdy.
Potem, kiedy z dubeltówki ojca zabijał śpiących nowożeńców, czuł spokój i ulgę, i nie miał złudzeń, że teraz będzie mógł stąd odejść i ruszyć ku nowym, nieznanym jeszcze szlakom, gdzie może odnajdzie utracony czas i swoje zmiażdżone, skradzione życie.
Martwe ciała ubrał i zawlókł do samochodu. Ucieszył się, że dziury po postrzale były w klatce piersiowej, i u niego, i u niej, a nie w czaszkach, to ułatwiło wiele, to sprawiło, że odetchnął i poczuł się dobrze. Po chwili usiadł przy biurku i napisał, charakterem pisma ojca, który był prosty i nieskomplikowany, kilka słów na kartce: ,,WYJEŻDŻAMY SIĘ ZABAWIĆ! NIE WIEMY, KIEDY WRÓCIMY.” – i po spakowaniu wszystkich swoich rzeczy i zamknięciu domu, wsadził ją w drzwi.
 
Potem wyjechał w deszcz tak, jak już później nigdy nie musiał.
Wioząc na tylnych siedzeniach oba trupy, skierował się ku miejscu, gdzie była wysoka skarpa, a w dole jezioro, otoczone przy brzegu drzewami o szerokich, twardych pniach, i zatrzymał na chwilę samochód, posadził ojca za kierownicą, jego nową żonę obok, otworzył bagażnik, ten sam bagażnik, który tak dobrze pamiętał i wyjął z niego bańkę z benzyną.
Polał nią małżonków, zapalił i zepchnął pojazd w dół, tak, aby przodem uderzył w drzewa. Płonący nowożeńcy, wyglądający w tamtej chwili jak żałosne, groteskowe clowny, wyruszyli w swą podróż poślubną, będąc już od dawna na tamtym, dopiero co odkrytym świecie, i kiedy uderzyli w jeden z grubych pni, nastąpiła głośna eksplozja i samochód zapalił się krwawymi, szalonymi płomieniami.
 
Po wielu latach, które strawił na czym się dało i co akurat było w zasięgu ręki, na przenoszeniu się z miejsca na miejsce, z kraju do kraju, został pisarzem. Odkrył w sobie talent, a może to jego odkryto jako nowe objawienie, nowe spojrzenie na stare, znane sprawy – pewnie i on próbował, i oni, którzy się na nim poznali, i spotkali się gdzieś w pół drogi i wtedy okrzyknięto go kimś, kto pisze jak od dawna nikt nie umiał.
Jak Alex, bo tak się nazwał. I jako Alexa znali go wszyscy.
Po jakimś czasie znany był już w Ameryce, Kanadzie i Japonii, jego ksiązki tłumaczono na kilkadziesiąt języków świata. Był autorem popularnym i rozpoznawalnym w każdym obcym kraju, gdzie czytano i uważnie śledzono, co dzieje się nowego w dziedzinie prozy.
 
W Europie był postacią kultową, nowym buntownikiem, który śmiało obnażał prawdę o człowieczym losie, kreował bohaterów pokłóconych ze światem, którzy idąc bezkompromisową drogą kontestacji podważali stare mity i utarte stereotypy, ukazując brud życia i brud ludzkich namiętności, a jednocześnie oczyszczającą siłę cierpienia i upadania jako elementu wzmacniającego pierwotne człowieczeństwo, moc charakteru i hart ducha.
Lubił tworzyć bohaterów silnych i mężnych, napotykających na swej drodze śmierć, miłość, nienawiść i przemoc, często błądzących, tylko po to, by móc się podnieść jeszcze silniejszymi i by nigdy nie ulec klęsce moralnej – upodleniu, które powstaje, kiedy nie podejmuje się walki o swoje niezbywalne prawa, o swoją godność, czy szczytne ideały.
 
Życie nauczyło go wiele, i jedną z najważniejszych rzeczy było noszenie maski.
Maski uśmiechniętego człowieka sukcesu, który jest twardy i żyje jak pisze i pisze jak żyje. Maski chroniącej jego powykręcany, poplątany wewnętrzny świat, jego nagą, użądloną duszę.
I nikt nigdy nie dowiedział się, że jest bardzo skryty i cierpi na chorobę dwubiegunową.
– To skutek śpiączki, tego trzydniowego bycia jedną nogą na tamtym świecie… – mawiał jego lekarz. – Wtedy wiele może się w głowie poprzestawiać.
I tak też było – wtedy, w tamtym prowincjonalnym szpitalu odbyły się jego powtórne narodziny, coś skończyło się na zawsze, coś innego zaczęło.
Nie było już dawnego Alexa.
Nikt nie wiedział, że od lat walczy sam ze sobą, z tym wszystkim, o czym pisze, tyle że z odwrotnym skutkiem – ta walka nigdy się nie skończy, a każdy nowy jej etap to nowa potrzeba samoobrony.
 
Pewnego dnia usłyszał ten szept.
 
Dochodził spod sufitu, dokładnie z rogu i wpadał do ucha pod kątem czterdziestu pięciu stopni, zawsze od strony prawej, zawsze ilekroć przypominał sobie ten wieczór w mieście kolorowych świateł. To szeptali oni. On i ona, na temat jego matki, jej naiwności i głupoty, na temat jej bezmyślnego, durnego samobójstwa. Szydzili i kpili. Mówili coraz szybciej i szybciej, aż do bełkotu, do aż potężnego, nieznośnego szumu. Zawsze wieczorem. Nigdy za dnia. Zawsze, kiedy czuł, że zalewa go ta znana od lat fala mrocznego smutku, braku wiary w siebie i w przyszłość, i kiedy poznawał smak samotności.
 
Wtedy pił na umór.
Całymi dniami, by poczuć znów ciszę w sobie.
Wychodził na bosaka, z przyklejonym do dolnej wargi niedopałkiem, jedynie w piżamie do pobliskiego sklepu monopolowego po kolejną butelkę koniaku i parę piw na popitkę.
Prosił Go o spokój duszy, ale On milczał.
 
Szepty wracały.
Były złe i szydercze, i tak jak zwykle zamieniały się w hałas. Nie znikały następnego dnia, gdy zapadała noc. Nie znikały przez wiele nocy. Stworzyły bezsenność. Wypluły potwora, który zjadł jego sny. Narodzony z szeptu dręczyciel-wróg snu utrwalił swoją obecność i wysysał życiodajne soki, nie bacząc na nic, jakby wyczuwając wrodzoną niemoc.
I pożerał je co noc, nienasycony i głodny.
 
Kiedy poznał Ritę, uświadomił sobie, że może ją kiedyś zostawić, bo czuł, że krąży w nim zatruta krew, i im bardziej będzie z tym walczyć, tym natrętniej będzie to wracać. Lecz on nie chciał w to wierzyć. W tę jedną rzecz. Nie chciał być taki jak ten stary kłamca i skurwysyn, wiedział, że to byłby dla niego koniec, spodlenie się do poziomu deski klozetowej.
Nigdy też nie znał takiej kobiety jak ta, wymarzonej, wyśnionej, ukochanej, akceptującej go takim, jakim był, i o nic niepytającej, jakby naprawdę uważała go za ideał.
 
I powiedział kiedyś Ricie, sącząc niespiesznie koniak, patrząc w piękne, piwne oczy, gładząc ją czule po twarzy, jakby chciał jej wyszeptać całą swoją miłość:
 
- Dziś coś ci dam.
- Co takiego? – spytała.
- Klucz do skrytki.
- To jakiś żart? Co ty knujesz?
- Jest tam, w dolnej szufladzie, w kopercie.
- Nic nie rozumiem. W kopercie?
- Tak. Może być ci potrzebny, ale nie musi.
- Nie bądź taki zagadkowy. O co chodzi z tym kluczem i tą skrytką?
- Wiesz, że cię kocham, prawda?
- Wiem.
- Wiesz, że mogę cię kiedyś zostawić?
- Choć to przykre, ale wiem…
- Chcę mieć coś na zawsze i nie stracić tego.
- Masz mnie.
- Chcę czegoś więcej – chcę pewności, że cię nie stracę.
- To zależy od ciebie. No, i ode mnie też.
- Wiesz, że czasami niewiele zależy ode mnie. Są chwile, kiedy nie jestem panem samego siebie. Zalewa mnie fala. I nie potrafię się spod niej wydostać. Muszę mieć tę pewność, Rita, muszę. Bez tego moja miłość nie ma sensu. Żadna miłość nie ma sensu bez tego typu pewności.
- Co sugerujesz?
- Mówię, że nie zostanę z tobą bez tej pewności, że cię nigdy nie stracę. Chociaż to chcę mieć do końca.
- Przecież wiesz, że tak będzie – ja to czuję, moją kobiecą intuicją, czuję, że mieliśmy być razem.
- Wierzę w twoje słowa, tak jak wierzę w twoje uczucie. Ale pomimo to mogę cię stracić.
- Jak?
- Mogę kiedyś, pewnego dnia poznać inną kobietę, odejść do niej. Mogę któregoś dnia popełnić ten błąd. Są chwile, kiedy zbyt szybko się decyduję.
- Do czego zmierzasz?
- W kopercie jest pistolet. Naładowany, wystarczy pociągnąć za spust.
- A więc co?
- To na wypadek, gdybym był tak podłym człowiekiem jak mój ojciec. Gdybym doznał zaćmienia umysłu i zapomniał o sobie. Jeśli on zwycięży we mnie, stracę szacunek do samego siebie. Nie chcę być samobójcą drugi raz. Może mi się znów nie udać. Wtedy nawet nie będę miał wystarczająco dużo siły, by ze sobą skończyć. Więc wtedy mnie zastrzel. Zrób to ty, jeśli mnie naprawdę kochasz.
- Przerażasz mnie.
- Nie, to ma sens. Głęboki. Dla mnie. Nie chcę być samobójcą – mówią, że wtedy będę musiał całą wieczność przeżywać ten sam ból, od którego chciałem uciec, tu na ziemi.
- Szalony!
- To tak jak uśpić ukochanego psa, bo tak się złożyło. Nie przestajesz go wtedy kochać. Dla mnie będzie to wówczas wybawienie od samego siebie, i kara…
- Nie chcę cię zastrzelić. Nie chcę nawet o tym rozmawiać.
- Jeśli jednak coś by się stało, nie pozwól, by on żył we mnie. Pociągając za spust, zabijesz go na zawsze, a mnie ocalisz.
- Nie jesteś szalony.
- Przechowasz tę kopertę?
- Przechowam.
 
Potem, gdy zapadła już noc, leżał i nie mógł zasnąć. Za oknem padał deszcz. Czuły, ciepły, inny. Jego monotonna muzyka nastrajała do rozmyślań. Niedługo miała nadejść kolejna zima, a kolorowa jesień odejść do tego niewidzialnego wymiaru, do którego odchodzą rzeczy niebyłe i przeżyte. Wiedział, że wie dużo, ale i bardzo mało. A może to dwie strony tego samego medalu? Patrzył na niekończące się ściany i sufity, na ciemność i czerń, odbywał znaną na pamięć podróż do krainy wymarłych snów i myślał, obserwując jej spokojny sen:,,Dokąd idę, dokąd zmierzam…Nie wiem. Nie wiem tak samo dziś, jak nie wiedziałem wczoraj. I choćbym myślał do jutra, które będzie za tysiąc lat, nie wymyślę nic.”
 
Ale to było dawno.
Bardzo dawno temu – pewnej jesieni.
Kiedy jeszcze nie miał dziewięćdziesięciu ośmiu lat, i kiedy Rita jeszcze żyła.

 
 
16 grudnia 2020

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 28.12.2020 11:38 · Czytań: 550 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 24
Komentarze
Madawydar dnia 28.12.2020 14:31
Przejmująca opowieść. Smutna, realna, prawdziwa historia, jakich zapewne wiele jest na tym łez padole. Psychologiczny, dobrze skonstruowany dramat. Z uznaniem pochylam się nad stylem i narracją.
Jednakże intryguje mnie nieco czysto kryminalny wątek. Naprawdę nikt się nie zainteresował tym, że ojciec i kochanka nigdy nie wrócili z zabawy? Nie szukała ich rodzina? Nikt nie widział wypadku? Nie słyszał eksplozji? Nikt nie widział wraka samochodu? Ludzkie zwłoki nigdy nie pala się do końca. ( z wyjątkiem procesu kremacji, gdzie panują zupełnie inne warunki spalania). Zawsze zostaje jakiś ślad: fragmenty kości, czaszki, uzębienia....No, a sami nowożeńcy...zapewne spali nago...i co? Tak nagich do samochodu? Kula z dubeltówki z bliskiej odległości robi taka ranę, że krew na pewno była w pościeli, w materacu, zostawiła ślad w łożu, a może nawet i w podłodze, bo pocisk z takiej broni i z takiej odległości przechodzi przez ciało na wylot.

Oj, wiele tych kryminalnych dociekań, ale całe szczęście to opowiadanie to nie rasowy kryminał. Chodzi w nim o coś zupełnie innego i pod tym względem jest znakomite.

Pozdrawiam

Mad
mike17 dnia 28.12.2020 14:45
Madawydarze bardzo mi miło, że ta miniatura przypadła Ci do gustu i że się w niej odnalazłeś :)
Na pewno masz świętą rację co do wątków kryminalnych, ale jak pewnie się domyślasz, nie o to tu zupełnie chodziło - chodziło mi o drogę życiową bohatera, jego wzloty i upadki.
Stąd poniechałem wątki kryminalne.

Chciałem napisać o kimś, kto przeszedł w życiu bardzo daleką drogę i w końcu mu się udało.
Tylko tyle i aż tyle.
Jazda na maniakalno-depresyjnej karuzeli jest naprawdę przykra...

I jak się okazało w wielu przypadkach w tej miniaturze miłość zmieniła wszystko.
A z niej nie wolno żartować.

Bardzo miło było mi Cię gościć i zapraszam przy kolejnej okazji :)

Pozdrawiam

M.
Marek Adam Grabowski dnia 28.12.2020 16:48
Niestety nie przypadło mi do gusty. Jakiś rozwlekłe i nie mogłem się na nim skupić.

Pozdrawiam!
mike17 dnia 28.12.2020 17:16
Obawiam się, że mylisz pojęcia - rozwlekłości i opowiadania, gdzie się po prostu bardzo dużo dzieje.
Tu z takim miałeś do czynienia.
A jeśli masz kłopoty z koncentracją, to czytaj sobie haiku.
Tam wysiłek umysłowy jest zbędny.

Ahoy!
Helena Dulska dnia 28.12.2020 17:56
Michale,
ta miniatura podobała mi się najbardziej ze wszystkich Twoich opowiadań, które przeczytałam do tej pory. Jest w niej sporo świetnych fragmentów:
Cytat:
Na setki ma­łych kro­pe­lek, które przy­po­mi­na­ły setki jego dni, jego nocy,

Cytat:
I przez chwi­lę li­czył mokre punk­ci­ki na sza­rym pa­ra­pe­cie, jakby szu­ka­jąc tam ja­kiejś ma­gicz­nej cyfry–od­po­wie­dzi

Cytat:
Dużo błę­kit­nej ciszy, przy­chyl­ne­go, za­przy­jaź­nio­ne­go wia­tru i setki wiel­kich, roz­ło­ży­stych drzew, które lu­bi­ły pod­słu­chi­wać ludz­kie roz­mo­wy.

Cytat:
Po­de­szła do niego i opar­ła głowę o jego ramię. Było twar­de i umię­śnio­ne, jak gruby konar drze­wa.

Bardzo udane zdania!

Mam jedno zastrzeżenie: w chorobie afektywnej dwubiegunowej chyba nie ma glosów. Są w schizofrenii.

Zauważyłam drobne potknięcia:
Cytat:
Bar­dzo długą i krętą jak gór­ska ser­pen­ty­na, i rów­nie nie­bez­piecz­ną. I tak jak ona, za­zwy­czaj pro­wa­dzą­cą w dół.
(serpentyny gorskie prowadzą w dól tylko wtedy gdy się zjeżdża - nie wjeżdża- czyli nie "zazwyczaj";)
Cytat:
które przy­cho­dzi­ły jak je­sien­ne pa­da­nie
- "padanie deszczu" brzmialoby precyzyjniej, bo nie wiadomo o jakie padanie chodzi
Cytat:
Czuł, że oj­ciec jakoś ina­czej pach­nie, jakoś tak ostrzej i nie tak, jak kiedy ni­g­dzie nie wy­jeż­dża. To był jakiś nowy za­pach.(...) Po­gwiz­dy­wał sobie coś pod nosem, potem śpie­wał jakąś pio­sen­kę, jakby spo­tka­ło go ja­kieś wiel­kie, nie­ocze­ki­wa­ne szczę­ście
(za dużo "jakoś" )

Bardzo udana miniaturka.
Pozdrawiam serdecznie,
Hela
mike17 dnia 28.12.2020 18:09
Dzięki, Helu, za tak ciepłe przyjęcie :)
Wiem, że zawsze jest coś do poprawki.
Zrobię to, bo warto - uważam ten utwór za jeden z moich ulubionych, a poza tym to tytułowy kawałek mojej przedostatniej książki :)

Chciałem tu bardzo wiele pokazać - całą drogę życiową człowieka, który miał problemy psychiczne, ale był zarazem prawdziwym człowiekiem z krwi i kości.
Przeżywającym intensywnie swoje życie.
Zawsze piszę o takich - nie interesują mnie miałkie typy.

Dlatego tym bardziej cieszę się, że tak wysoko oceniłaś moją próbę :)

Pozdrawiam Cię

Michał
Lilah dnia 28.12.2020 19:54
Mike, pamiętam tamtą, bardzo mi się podobała. Widzę, że ją rozbudowałeś , a i skomplikowałeś co nieco. Jest dobrze, ciekawie.

Pozdrawiam serdecznie :)
mike17 dnia 28.12.2020 21:50
Lilu, tak, trochę liftingu nie zaszkodzi :)
Zwłaszcza kiedy ma się sentyment do danego opowiadania.
Tu tak było.
Chciałem, by było jeszcze lepiej, a czy mi się udało, to już wy ocenicie.

Pozdrawiam Cię nocą :)
Kazjuno dnia 29.12.2020 08:25
Mike,
ogólnie mówiąc jak zwykle pofalowałem nurtem twojej opowieści. Potrafisz budować klimat, Powiedziałbym po poetycku. Zawsze, czytając Ciebie podziwiam twoją zdolność (skrótowego czasem) ale zawsze nasączonego dużą dramaturgią przekazu.
Coś mnie jednak uwierało, coś odbierało całości wiarygodność. Nie wiedziałem dlaczego, od pewnego momentu płynąłem dalej nurtem twojej narracji, ale już bardziej z rozpędu, bo czyta się Cebie z przyjemnością.
W czym sęk i zadra uświadomił mi Madawydar w komentarzu. Choć po twoim opisie zacierania śladów mordu na ojcu i nowej żonie, uderzyło mnie co innego.
Jak to? - pomyślałem. - Nie było żadnego śledztwa?
Nie wspomniałeś ani słowem o zacieraniu śladów po dwóch wystrzałach z dubeltówki, a przecież jakieś musiały pozostać.
Zgrzytnęło mi to, aczkolwiek popędziłem w czytaniu dalej. Też, jak zapewne Ty, nie wiedziałem o detalu, który wyjaśnił Mad: o niepełnym zwęglaniu się spalonych zwłok w samochodzie. Pomyślałem, że ten element śladu zabójstwa zatrą płomienie.
Ale już w głowie mi siedziało, co przedtem, co ze śladami krwi w łóżku? Musiało być jej niemało.
Napisałeś:
mike17 napisał:
Na pewno masz świętą rację co do wątków kryminalnych, ale jak pewnie się domyślasz, nie o to tu zupełnie chodziło - chodziło mi o drogę życiową bohatera, jego wzloty i upadki.

Jednak jak widzisz, dwóch komentatorów odczuło dyskomfort w trakcie czytania, więc tłumaczenie: "nie o to tu zupełnie chodziło" - jest dla mnie nierzetelnym wykrętem, jakby lekceważeniem inteligencji czytelników.
Nie wykluczam, że skoro opowiadanie zostało zepchnięte na dolną półkę, podobna refleksja mogła towarzyszyć oceniającym "Miłość zmienia wszystko" redaktorom PP.
Bowiem zabójstwo/zbrodnia doskonałe/a zdarza się bardzo rzadko, czasem odkrywane/a jest po latach.
A tu? Też niejeden weselnik mógł zwrócić uwagę na dziwne zachowanie głównego bohatera. A taki straszny samochodowy "wypadek", bada prokurator, chce wiedzieć, czy szczęśliwy nowożeniec był na bani, czy jego zwyczajem było zamiłowanie do wariackiej jazdy? Itd, itp.

Piszesz Mike o liftingu. Na twoim miejscu popracowałbym nad wspomnianym detalem.

Szkoda tej przejmująco podanej prozy...

Pozdrawiam, Kaz
EDyta To dnia 29.12.2020 11:37
Szybko i intensywnie, trzymasz czytelnika w stanie najeżenia od początku do końca. Gratulacje.

Miłego dnia, pozdrawiam.
wiosna dnia 29.12.2020 12:50
Mimo tego, że bohater zabił ojca i jego drugą żonę, ucieszyłam się, że uniknął kary i że spotkał kobietę swojego życia. Przeczytałam całość z zaciekawieniem.
Co do rad Mada i Kazjuno, warto byłoby uwzględnić je w tekście. Uważam, że każdy szczegół musi współgrać z resztą.
Pozdrawiam:)
mike17 dnia 29.12.2020 14:20
Kaziu, co do zbrodni i zacierania śladów, to się rozumie samo przez się, więc uznałem, że nie muszę rozwijać tego wątku pobocznego.
Nie chodziło mi o warstwę kryminalną jak już wcześniej pisałem i myślę, że opko nie straci, jeśli tego wątku nie rozwinę.
Oczywiście rozumiem Wasz niedosyt, ale to opowieść o człowieku, a nie o detalach jak to się prowadzi śledztwo, bo to pozostawiłem w domyśle dla Czytaczy.
Nie trzeba być geniuszem, by dojść do wniosku, że musiał zatrzeć wszelkie ślady, to oczywiste.
A skoro jest takie, to już o tym nie pisałem.
Co do półek, to poprzednio było na górnej, bez babrania się w kryminałach :)

Edytko, jego życie to jazda na maniakalno-depresyjnej karuzeli, więc stąd to tempo.
Cieszę się, że udało mi się Cię "najeżyć" :)
Poczytuję to za zaszczyt.

Wiosno to, że zastrzelił ojca i jego babkę uważam także za konieczne w kontekście samobójstwa matki.
Nie mogłem tego inaczej rozegrać - sprawiedliwość górą.

Odnośnie wątku kryminalnego już się wypowiedziałem.
Dodam jeszcze, że nie przeszkadzał on mojemu wydawcy, a przetrzepał mi książkę nieźle :)
Pierwotnie było ono na 50 000 znaków ze spacjami, teraz zmniejszyłem je do rozmiarów miniatury.

Na pewno jest coś w tym, co mówicie, ale ja już nie będę niczego zmieniał - tekst uważam za zamknięty.

Bardzo Wam wszystkim dziękuję za pochylenie się nad moją pracą i za sugestie.
Kłaniam się nisko :)

Pozdrawiam, sącząc zimnego browarka :)
Yaro dnia 29.12.2020 17:36 Ocena: Bardzo dobre
Fajnie się czyta ,miniatura wielowątkowa ,dużo się dzieje jednak muszę ją streścić w swoim stylu.

Tak Trzymaj Michał:) Pozdrawiam:)
mike17 dnia 29.12.2020 18:07
Jarku, dzięki za wizytę i zapewnienie, że napiszesz coś od siebie na podstawie mojej miniatury.
To zacne, chopie :)
Czekam więc na wiersz.
Cieszę się, że się odnalazłeś w tej opowieści.

Pozdro!
amaranta dnia 02.01.2021 19:36
Michale,
ładnie to napisałeś, z ciekawością przeczytałam. I bardzo dobrze, że nie nie rozwijałeś "kryminalnego" wątku - nie o to wszak chodziło.

Ale taka myśl
Cytat:

Bo kiedy ko­bie­ta na­praw­dę kocha męż­czy­znę i wie, że ten pije, za­czy­na po­wo­li ko­chać rów­nież jego picie, te ko­lej­ne bu­tel­ki ko­nia­ku i wszyst­ko, co się z nim wiąże, bo jest jej po­wie­trzem, choć cza­sem nieco kwa­śnym i nie­przy­jem­nym, jest czę­ścią jej samej, bo za­czy­na pew­ne­go dnia ro­zu­mieć, że nikt na tym świe­cie nie pije dla przy­jem­no­ści.


Nie jest to aż takie proste.
To są raczej marzenia mężczyzn, którzy chcieliby być tak kochani. Nawet jeśli są jej powietrzem to wraz z upływającym czasem coraz mniej jest w nim tlenu. Możesz mi wierzyć, wiem o czym mówię.
Ale to temat na inną rozmowę.

pozdrawiam serdecznie
mike17 dnia 02.01.2021 20:39
Amaranto, w zupełności się z Tobą zgadzam.
Z piciem bywa różnie i nie jest to takie proste, jak napisałem.
Wiem, że są kobiety, które akceptują picie mężczyzny, ale nie jest to droga w dobrym kierunku.
Wielu mężczyzn chciałoby, by ich nałóg był akceptowany.
By byli kupieni w całości.
Ale tak się chyba nie da.

Co do wątku kryminalnego, to już się wypowiedziałem.

Bardzo Ci dziękuję za wizytę i bycie w moim świecie :)
Bardzo wysoko sobie cenię Twoje zdanie.

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!
Jaga dnia 02.01.2021 22:16
Mike :)

To dar, aby opowiedzieć życie bohatera w krótkim opowiadaniu. W pewnej chwili wydawało mi się, że znam zakończenie, ale się myliłam. Uff ;) Jak w życiu. W pewnych momentach wydawało mi się, że to koniec, a Autor mnie zaskoczył i historia nabierała od nowa rozpędu;)

Jak sięgam pamięcią, zawsze piszesz o miłości i tym razem. W chorym umyśle Twojego głównego bohatera, w jego zranionej duszy zrodziło się uczucie, które przetrwało aż po grób. Czy ono go zmieniło? Uleczyło? Może tylko było balsamem na pustkę i poczucie straty. Nie wiem i nigdy się nie dowiem. Chyba, że zrobisz z tego powieść i dostanę więcej danych ;)
Przeczytam na pewno!:)

Bardzo urokliwe opisy np. drzew, które wiedzą wszystko...

Pozdrawiam ciepło,
Jaga N.
mike17 dnia 03.01.2021 11:39
Witaj, Jago w moich skromnych progach :)

Starałem się na małej przestrzeni słownej oddać jak najwięcej treści i uczuć.
Ukazać życie bohatera w różnych jego płaszczyznach.
Stworzyć obraz człowieka, który cierpi, a którego ratuje dozgonna miłość.
Tak, ona go uzdrowiła.
Zapomniał przykre dzieciństwo i młodość - wszedł w nowy etap życia.
Miłość zmienia wszystko - z ludzi nieszczęśliwych i często odradzamy się jak Feniks z popiołów.
I taka jest siła miłości, co na swoim przykładzie przeżył mój bohater.

Zależało mi na tym, by tekst był dynamiczny i wręcz sensacyjny.
Cieszę się, że się udało.

To piękne, że zwróciłaś uwagę na drzewa, niemego świadka tego, co się na tamtej wsi wydarzyło.

Bardzo zrobiłaś mi wielką niespodziankę pięknym komentem, Jago :)
Dla takich odbiorców warto pisać.
Człek czuje się wtedy totalnie spełniony.

Dziękuję bardzo, kłaniam się w pas!
Zapraszam znów za jakiś czas :)

Pozdrawiam niedzielnie!
Milena1 dnia 09.01.2021 12:59
Opowiadanie w twoim stylu Mike’u, jak zwykle bardzo przyjemnie się czytało. Przeczytałam również komentarze i moim zdaniem, dobrze, że nie poszedłeś w stronę szczegółów tuszowania zbrodni. Od tego mamy filmy typu Colombo czy książki Agathy Christie.
Natomiast cóż,uważam, że wymierzanie samemu kary, nie jest tak do końca chwalebne. Nic dziwnego, że nachodziły go koszmary. Czy dręczące sumienie może zagłuszyć miłość nawet największa? Tu miałabym wątpliwości. Nie zbuduje się swojego szczęścia na trupach.
A tak to trochę wyglada. Bohater uniknął kary, został znanym na cały świat pisarzem i spędził resztę długiego życia z ukochaną kobietą - swoją wielką miłością.
Coś mi tu nie pasuje. Miłość oczywiście zmienia wszystko, ale chyba trzeba się zastanowić czy ktoś zdolny do takiej zbrodni może prawdziwie nieegoistyczne kochać, no i czy należy mu się potem takie życie jak tu przedstawiłeś :)
Pozdrawiam
mike17 dnia 09.01.2021 14:29
Mileno, bardzo dziękuję za mądry i konstruktywny koment :)
A teraz odniosę się do Twoich doznań.
Otóż będę bronił mojego bohatera i to z wielu powodów.
Po pierwsze przez ojca-skurwiela matka popełniła samobójstwo, a nasz bohater usiłował iść w jej ślady. Świadczy to o wielkiej miłości, jaką czuł do matki.
Ojciec jawi się jako postać z gruntu zła, więc nic dziwnego, że syn wymierzył sprawiedliwość.
Od miłości do nienawiści jest tylko cienki włos...
Nie mógł spokojnie patrzeć na to, co ojciec wyprawiał z ze swoją nową żoną i w końcu coś musiało pęknąć.
I pękło.
Ojciec uniknąłby odpowiedzialności karnej za podżeganie do samobójstwa, więc syn musiał mu wymierzyć karę, co uważam za normalny odruch w takiej sytuacji.
Ojciec zbrukał godność matki i musiało być oko za oko.
Ja rozgrzeszam bohatera, bo miał prawo tak postąpić - w innym wypadku cierpiałby patrząc na nowe życie ojca.
Nie sądzę, by odczuwał jakiekolwiek wyrzuty sumienia - postąpił w swoim mniemaniu słusznie.
Poza tym ojciec zawsze okazywał mu chłód i nieczułość.
Przypuszczam, że nie zaznałby spokoju, gdyby nie zabił tych dwojga.

Jeśli zaś chodzi o jego zdolność do uczuć wyższych, to nie uległy one uszczerbkowi.
Wręcz przeciwnie - niezaspokojona miłość do matki musiała objawiać się bolesną tęsknotą za bliskością i posiadaniem kogoś, kto uleczyłby jego schorowaną duszę.
Ktoś, kto zabił, nie musi być pozbawiony ludzkich uczuć - przykładem mogą być hitlerowcy, którzy na co dzień mordowali ludzi, a w domu byli przykładnymi mężami i ojcami.
Mój bohater na szczęście nie był sadystą, tylko za dużo przeżył złego.
Ostatni dialog z Ritą mówi nam, do czego byłby zdolny, gdyby pewnego dnia objawiły się w nim cechy ojca - daje jej pistolet, by zdecydowała o jego losie.
To świadczy o wielkiej miłości i poświęceniu wszystkiego.
A weźmy jeszcze przykład mafiosów, którzy mają krew na rękach, ale kochają swoje żony.
Jakby w ich mózgach była przestrzeń na dobro.
I tak było z moim bohaterem - jego przestrzeń zagospodarowała Rita i dlatego miłość w tym przypadku zmieniła wszystko.

Czy należało mu się tyle szczęścia?
Myślę, że po tym przez co przeszedł stanowczo tak.
Los mu zrekompensował ból i cierpienie z przeszłości.
Uleczył duszę i serce, przegnał demony.

Pomyślmy, co by było, gdyby nie pomścił matki - jak mógłby z tym żyć?
W końcu próbował targnąć się na własne życie.
Już tu był początek jego nienawiści do ojca i jego lalki.

Dostał od losu więcej niż mógłby sobie wymarzyć - miłość.

Tak to wszystko widzę, Mileno :)

Raz jeszcze wielkie dzięki za wartościowy koment i wizytę :)

Pozdrawiam!
Milena1 dnia 15.01.2021 11:56
Widzę Mike’ u, że mogłaby się tutaj wywiązać długa dyskusja, na ten temat, ale to jest twoja wizja i oczywiście wszystko zależy od tego w jakich kategoriach będziemy ją traktować :)
Nie neguje, jak najbardziej są takie przypadki, jak słusznie zauważyłeś - hitlerowcy, czy mafiozi, prowadzili w domu normalne życie, bo w każdej istocie tli się jednak iskierka dobra. Oglądam właśnie serial. „Rodzina Soprano” i tam też to widać.
Twoje teksty zawsze dają do myślenia i nie są jednoznaczne z moralnego punktu widzenia, ale to oczywiście tylko na plus.
Pozdrawiam :)
mike17 dnia 15.01.2021 13:10
Bardzo się cieszę, Mileno, że się rozumiemy i w końcu doszliśmy do podobnych wniosków :)
Ja postać bohatera miałem od długiego czasu w głowie i był on tym, którego opisałem Ci w poprzednim komencie.
Zawsze wczuwam się w osobowość tego, o kim piszę, muszę ją widzieć jak na dłoni.
Masz rację - w każdym człowieku można odnaleźć pierwiastek dobra, tylko trzeba odpowiedniej sytuacji, aby to wyzwolić.

Dziękuję za miłe słowa - tak, staram się pobudzać czytaczy do refleksji dając niejednoznaczne moralnie historie, które można różnie odebrać.
Tu też tak było.
Bardzo się cieszę, że to dostrzegasz, to dla mnie bardzo ważne, budujące :)

Kolejny mądry koment z Twojej strony bardzo mnie ucieszył :)
Jestem Ci bardzo wdzięczny.

Pozdrawiam Cię naprawdę zimowo :)
Prostaczek dnia 15.01.2021 20:12
Nie oceniam. Napiszę tylko, że mi się podoba. Wciągające i intrygujące. Czyli ma to, czego się wymaga od opowiadania. Pozdrawiam.
mike17 dnia 16.01.2021 12:49
Cieszę się, Prostaczku, że się podobało i że odchodzisz kontent :)

Pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Dobra Cobra
07/12/2021 18:37
Jest dokładnie tak, jak piszesz. JOLA S. Dziękuję za… »
Kazjuno
07/12/2021 15:37
Zwroty akcji, niczym w wirującym kalejdoskopie. Niektóre… »
jelcz392
07/12/2021 14:09
Masz dużo racji, ale przyjąłem takie założenie, że… »
Nuria
07/12/2021 12:36
przyszycguzik Enooo, nigdzie nie powiedziałam, że się… »
przyszycguzik
07/12/2021 12:28
Gratuluję :) Przyjmuję do wiadomości, że się nie znam. »
JOLA S.
07/12/2021 11:39
Nie dajcie się zwieść, to wciąż opowieść o nas, ludziach, z… »
Nuria
07/12/2021 10:42
Nie wiem, nie jestem fanką memów i nie ma mnie na FB.… »
przyszycguzik
06/12/2021 21:57
Fajny rym - Górna Półka - Peruka. Obawiam się, że we… »
Dobra Cobra
06/12/2021 15:35
Kawałek życia kawałkiem życia, ale to przeszkadza Ci w… »
pociengiel
06/12/2021 11:31
Dzięki. »
Darcon
05/12/2021 20:20
A dziękuję, miałem to nagrane w formie słuchowiska, ale plik… »
AnDob
05/12/2021 20:09
Kochaj mnie dla pieniędzy... »
Opheliac
05/12/2021 17:24
Bardzo podoba mi się pierwsza strofa i klimat z winnicą.… »
Opheliac
05/12/2021 17:20
"Zwiewna przepustnica" trochę mnie przerosła,… »
Opheliac
05/12/2021 16:37
ZielonyKwiecie, Alosie - dziękuję za komentarze :) »
ShoutBox
  • Igga90
  • 07/12/2021 18:57
  • hejka
  • mike17
  • 07/12/2021 15:08
  • Jeszcze tydzień pozostał, by wziąć udział w MUZO WENACH 10, konkursie dla prozaików. Zapraszam do zabawy : [link]
  • ZielonyKwiat
  • 06/12/2021 20:51
  • Jak na razie jeszcze jestem "aktywna". Pusto.
  • mike17
  • 06/12/2021 17:52
  • Po prostu jadąc do domu na Święta : [link]
  • AntoniGrycuk
  • 06/12/2021 15:40
  • Zmarł wczoraj, genialny wokalista: [link] Odpoczywaj w pokoju ze swoją muzyką :(
  • ZielonyKwiat
  • 05/12/2021 15:29
  • Dziękuję za zaproszenie, ale chwilowo mam awersję do portali. Wolę jednak czasopisma i książki. W rzeczywistości czekam, aż admin zamknie mi konto, wiec jeszcze Wam odpisuję
  • Yaro
  • 05/12/2021 15:25
  • ZielonyKwiat zapraszam na inny portal na naszapoezja.pl lub na Truml.com. Cieszę się bardzo, że pojawiłaś się tutaj na portalu wniosłaś wiele świeżego powiewu. Pozdrawiam.
  • AntoniGrycuk
  • 05/12/2021 15:23
  • Mnie się też podobała, ale uważam, że można nad nią jeszcze popracować. Niektóre fragmenty były wyśmienite, a naprawdę słabych nie było. Było to, co u każdego zdolnego, wciąż uczącego się autora.
Ostatnio widziani
Gości online:29
Najnowszy:Igga90
Wspierają nas