Cały mój zgiełk cz.6 - jelcz392
Proza » Obyczajowe » Cały mój zgiełk cz.6
A A A

Natarczywy dzwonek wygonił mnie z ubikacji, gdzie jak co rano przebywałem na dziesięciominutowym posiedzeniu. To mógł być tylko Mariusz. No i nie myliłem się.

- Kurwa, nawet nie dasz się chuju wysrać! – przywitałem go mile, bo dziś miała być klasówka z matmy, a mój poziom wiedzy oceniałem na zero.

- To sraj, kutasku, szybciej, bo mi tez się chce! – Mariusz przestępował z nogi na nogę.

- To leć, bo w gacie narobisz. Ja już w zasadzie skończyłem.

Mariusz wparował do kibla. Głośnym wystrzałem i westchnieniem ulgi dał znać, że lżej mu się zrobiło na duszy.

- Ziba, która godzina?

- Za piętnaście siódma.

- Umiesz coś z matmy?

- A ty? – popatrzyłem na Mariusza, który w odpowiedzi prychnął, jakby moje pytanie należało do śmiesznych.

- Acha, znaczy się umiesz tyle, co i ja – stwierdziłem.

- Kurwa, uczyłem się wczoraj, ale tego za chuja nie da się nauczyć.

- Doszedłem do podobnego wniosku.

- Idziemy na labę?

- A zwolnienie?

- Mam tam coś w domu. Moczą się w słoiku z acetonem. Coś tam zawsze wybierzemy.

- To co, jedziemy do ciebie?

- Dawaj!

Nie widziałem ku temu żadnych przeciwwskazań. O wiele lepiej było dostać z tej klasówki zero i pisać ją w innym terminie, niż oberwać lagę i potem ją poprawiać. Poza tym zawsze istniała szansa, że Staszka w końcu zapomni o tym zerze, bo nie będzie mogła wyrobić się z materiałem.

- Pokaż te zwolnienia – powiedziałem do Mariusza, gdy znaleźliśmy się u niego w domu.

Mariusz wyciągnął zza fotela słoik wypełniony w całości acetonem, w którym moczyły się stare zwolnienia lekarskie. Aceton rozpuszczał wkład długopisu pozostawiając jednocześnie w stanie nietkniętym pieczątki. Wybrał dwa najlepiej wywabione i rozłożył je na stole, żeby wyschły.

- Będziesz pisał?- zapytał.

- Co, boisz się?

- Nie, ale zaraz mi się, kurwa, ręka trzęsie.

- Bo cię sumienie gryzie, wstrętny kujonie. Od kiedy ci to napisać? Trzeba by tak zrobić, żeby się Błona potem nie przypierdoliła. I tak są trochę pomięte.

- Napisz mi od wczoraj do piątku.

- A, bo ciebie przecież wczoraj nie było! – doznałem nagłego olśnienia. – Gdzieś to znowu łaził?

- Bo to było tak. Szedłem do przystanku, tu pod wielką cipę i spotkałem Agniesię. No i Agniesia miała dobry humor i nie doszła do szkoły.

- Kurwa, nic z tego nie rozumiem. Wyowijałeś to wszystko tak dokładnie, że nikt się nie połapie, o co biega. Acha, czyli wczoraj oboje byliście na labie?

- Tak i trzeba mi zwolnienie od wczoraj.

- Dobra. A ja napiszę sobie od dziś do piątku.

- Ale w czwartek przydałoby się iść do budy.

- Po co?

- Na sprawdzian z propy.

- O kurde, rzeczywiście! To nic, w czwartek są luźne lekcje, to możemy iść.

Wypisanie zwolnień zajęło mi nie więcej jak pięć minut.

- A jak tam te moje pytania?- zagadnął Mariusz.

- Wiedziałem, że o to zapytasz. Jutro idę do Teresy, to może coś mi podyktuje. Weź pod uwagę, że ona nie zawsze ma humor.

- Dlaczego?

- A ja wiem? Zaczyna mnie to już trochę wkurwiać. Jednego dnia pierdoli za uszami, ile tracę niczym się nie interesując i nie chodząc na różne imprezy kulturalne, a drugiego dnia to do rany ją przyłóż. Zdecydowałaby się w końcu na coś. Ale czuję, że nic z tego jednak nie będzie. Ona na przykład nie czuje woli bożej.

- Nie chce wyjść za mąż?

- Tak mi powiedziała. Dzieci też nie lubi, bo się drą, bo to, bo siamto, bo owamto. W ogóle wyliczyła mi całe dziesięć przykazań, ile to kłopotów jest z małym dzieckiem. A tak na marginesie, to czasem mam taka ochotę ją wyruchać, że bajka. W sobotę, na kursie, tak mnie darło worem, że nie wiem co.

- A coś tego… no…

- Co?

- No czy lubi ten sport?

- A cholera wie. Wprawdzie nie zabierałem się za nią, ale wątpię, czy dałaby się pomacać. No, pocałować to jeszcze, jak jest w dobrym humorze, ale coś więcej? A ty z Agnieszką nic tam, nie tego?...

- Na razie nie. Agniesia mówi, że jeszcze ma czas, a jak mi się nie podoba, to żebym poszukał sobie kogoś innego, na przykład Baśki Chcicy. Wiesz, to ta co była u mnie na imprezie.

- Taka ta szczerbata, co potem poszła z Jackiem Kokoszką do pokoju Wiolki?

- No, ta sama

- A weź przestań z taką dziwką. To już Baśka Samara była lepsza.

- A wiesz, gdzie ona teraz sprzedaje?

- Gdzie?

- W tym pawilonie na Podwisłoczu, w sklepie spożywczym. Spotkałem ją kiedyś na dworcu. Tak zaczęła mnie zagadywać, czy nie poszedłbym na dyskotekę do Świlczy, czy może mam kogoś?

- A ty co?

- Ja na to, że nie, że nie mogę, bo mam dziewczynę. A ona, że szkoda. Ale wiesz, poszedłbym tylko że Agniesia byłaby potem na mnie zła.

- Ja też tak przypuszczam.

- Ale nie mów o tym Agnieszce.

- Co się boisz, nie powiem. Mówiłem ci, że idę z Teresą do teatru?

- Na co?

- Na „Imieniny we Lwowie”. Wiesz, to nie jest istotne, jaka to sztuka, ważne jest, że idę do teatru. Trzeba się odchamić raz na jakiś czas tym bardziej, że to Teresa funduje, a dokładnie funduje jej szkoła. W sumie za frajer. Ale tak między nami, to już trochę grosza w nią zainwestowałem.

- Jak długo wy się już znacie?

- No, trzeci miesiąc. Niby niedługo, ale tyle się już przez ten czas wydarzyło… Acha, Wiśnia coś mówił, żeby po maturze pojechać na Solinę na łódki. Pojechałbyś?

- A ty?

- No pewnie! Nawet Teresa ma ochotę jechać. Ale uprzedziłem ją, że będziemy spali w jednym namiocie. A ona na to, że dobrze, ale nic z tych rzeczy. Strzeliła mi krótki wykład umoralniający i tyle.

- A ty co na to?

- A co miałem mówić? Obiecałem, że jej nie tknę. Zresztą jak nie chce, to niech się kołkiem zatka. Pojechałbyś z Agnieszką. Wiesz, jak będzie ekstra? Byłeś przecież w zeszłym roku, co pierwszą noc spaliśmy  w namiocie bez materacy, a na drugą noc położyliśmy kapoki?

- Wtedy jeszcze Piechota spał z nami. A co do wyjazdu, to jeszcze zobaczę.

*****

Mój romans z Teresą był jak huśtawka na wietrze; jeśli nie dmuchało, to wszystko było w najlepszym porządku, ale gdy tylko pojawiał się halny, to Teresa robiła wszystko, aby mnie zniechęcić do siebie. Na szczęście te dobre dni rekompensowały mi chwile jej złego nastroju.

Któregoś dnia przegrywaliśmy piosenki u niej w pokoju. Było tylko jedno gniazdko dwuwejściowe, a Teresa nie miała rozdzielacza i nie było gdzie podłączyć nocnej lampki. Nie chcieliśmy świecić górnej lampy więc Teresa zapaliła świeczki. Wytworzył się taki wspaniały, romantyczny nastrój jak jeszcze nigdy dotąd. Dotykałem jej włosów, jej dłoni, a ona sprawiała wrażenie nieśmiałej dziewczynki zaskoczonej nową, nieznaną jej sytuacją. W jej duszy, tak dla mnie niezrozumiałej, tak żądnej dynamiki i zmian tkwiła chyba jeszcze odrobina romantyzmu, bo nawet nie broniła mi dostępu do swych ust, które całowałem drżąc z podniecenia. Było wtedy tak cudownie, że z wielką niechęcią wracałem do domu przeżywając na nowo to, co mnie spotkało.

Miałem nadzieję, że wyjazd na Solinę zmieni coś na lepsze w naszych stosunkach. Byłem zakochany w Teresie, choć może nie aż tak na zabój. Nie mówiłem jej o tym, bo skończyłoby się na tym, że zaczęła by mnie namawiać do zmiany obiektu moich zainteresowań. Z pewnością coś wyczuwała, ale nie potrafiła zdobyć się na to, by powiedzieć mi „żegnaj”. Lubiła mnie jako kolegę, znajomego, ale nic poza tym. Potrzebowała mężczyzny, a nie takiego jak ja, młodego, głupiego i niedoświadczonego. Pewnie dlatego też nie chciała  angażować  w tę znajomość swoich uczuć choć miewała chwile uległości, kiedy dawała ponieść się nastrojowi. Szybko jednak powracała do rzeczywistości i burzyła tę romantyczną otoczkę, jaką niekiedy udawało mi się stworzyć. Nie pasowaliśmy zbytnio do siebie, wiedziałem o tym doskonale, ale potrzebowałem dziewczyny, by wyładować swą młodzieńczą energię, która mnie roznosiła. Może też dlatego tak kurczowo jej się trzymałem? Przecież ona też musiała mieć swoje potrzeby, które musiała jakoś zaspokajać. Nigdy mi na to nie pozwoliła, ale ja byłem cierpliwy.

Jakby na osłodę, Kasia zaczęła okazywać mi w swych listach coraz większe względy, a nawet uczucia. Używała już takich słów jak np. kochanie. Czułem, że jest we mnie zabujana i sprawiało mi to satysfakcję, bo nigdy jeszcze żadna dziewczyna nie kochała się we mnie. Gdyby nie szkolne obowiązki to z miejsca pojechałbym do tego Barcina, spotkał się z nią i wybadał, jak wysoko stoją moje akcje. Niestety, na to musiałem poczekać do wakacji.

*****

Egzaminy końcowe okazały się być cyrkiem w cyrku. Cztery wałki stopniowe, które wykonałem na szlifierce, w ogóle nie trzymały wymiarów i w mojej ocenie należało od razu oddać je na złom. Jednak otrzymałem za nie czwórkę, co w zupełności mnie zadowoliło, gdyż nigdy nie miałem tak wielkich ambicji jak Mariusz i starałem się realnie oceniać swoje zdolności i możliwości. Osobiście za te wałki nie dałbym sobie nawet dwói, ale to już inna sprawa.

Część teoretyczna polegała na wcześniejszym przygotowaniu ściągawek na podane z parodniowym wyprzedzeniem pytania. Potem cała rzecz sprowadzała się do odszukania właściwego zestawu i przepisania go na kartkę formatu A-3. Sztuka ta udała się wszystkim znakomicie, bowiem wszyscy odpisywali. Jaki był więc sens przeprowadzania takiego egzaminu? Przecież cała dyrekcja i komisja egzaminacyjna doskonale wiedziała, że jest to tylko formalność.

Umówiłem się z Teresą, że zdanie egzaminu oblejemy szampanem, toteż w ostatni piątek kwietnia zjawiłem się na Daliowej z szampanem i pepsi, za którym Teresa przepadała. Z początku było ok., ale później, gdy otworzyłem szampana, Teresę znowu wzięło na wynurzenia. Nie wiem, czy to na skutek alkoholu czy też może za sprawą comiesięcznej kobiecej przypadłości? Podobno bolał ją brzuch, więc to całkiem możliwe. Mówiła, że nie chce być ciągle oparciem dla kogoś, że ona też chce na kogoś liczyć w życiu, czyli nic nowego się nie dowiedziałem. Mogłem jedynie utwierdzić się w przekonaniu, że we mnie tego oparcia raczej nie znajdzie. Ja sam potrzebowałem jeszcze opieki, wsparcia, kogoś, kto by mnie przytulił, wysłuchał. W zamian oferowałem to samo, ale na pewno nie na takim poziomie, jakiego oczekiwała Teresa. Po tym monologu straciła do reszty humor, tak jakby moja obecność uświadomiła jej, że ma już dwadzieścia sześć lat i coraz lepsze widoki na staropanieństwo. Coś chyba musiało być w tym żarcie, że WSP to wytwórnia starych panien. Na dobranoc nie dała się pocałować i niechętnie umówiła się na następny raz, co nie nastroiło mnie zbyt optymistycznie do świata.

***** 

Do matury przystąpili wszyscy. Bałem się cholernie, szczególnie matmy, choć nie było tego tak po mnie widać. Na polski szedłem przygotowany na temat o wojnie. Inne zagadnienia znałem mniej dobrze i liczyłem jedynie na szczęście, które tym razem uśmiechnęło się do mnie. Siedziałem w pierwszej ławce, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Chyba jako jedyny nie miałem ani pół ściągi. Liczyłem -  tak jak na próbnej maturze, gdzie również wybrałem temat o wojnie – na mój umysł twórczy. Pisałem od razu na czysto, nie spiesząc się, a i tak dzieło o objętości siedmiu stron papieru kancelaryjnego oddałem przed czasem.

Za to na matmie byłem w lekkiej panice. Nie wiedziałem, za co się zabrać. Porozpoczynałem wszystkie pięć zadań, ale żadnego nie potrafiłem dokończyć. Liczyłem jedynie na ściągi i znów się nie zawiodłem. Kryśka, Błona i  Magierska same roznosiły ściągawki co słabszym uczniom. Ja byłem uważany za mądrzejszego, więc nic mi nie podrzuciły. Ale od czego koledzy? Dostałem zadania od Wiśni, ale kto był autorem? Nieważne, były dobrze rozwiązane. To potrafiłem już stwierdzić samodzielnie analizując je. Szkoda tylko, że nie byłem w stanie sam doprowadzić do rozwiązania.

*****

Piękna, majowa pogoda nastrajała optymistycznie do życia tym bardziej, że egzaminy pisemne miałem już z głowy. Nawet Teresa była ostatnio w dobrym humorze. Może to za sprawą róż, które kupowałem jej od pewnego czasu? Wiedziałem, że bardzo lubi róże, a ja z kolei lubiłem sprawiać jej przyjemność.

W niedzielę spotkaliśmy się na mieście. Wyszedłem wcześniej z przyjęcia komunijnego mojej kuzynki. Teresa miała na sobie nowy, czarny, skórzany płaszcz, w którym świetnie wyglądała. Mieliśmy iść gdzieś do kawiarni, ale pomyślałem, że skoro ojciec siedzi jeszcze u wujka, to możemy pojechać do mnie. Tak też zrobiliśmy. Teresa była u mnie po raz pierwszy, toteż zachwycała się tym wszystkim, co dla mnie stanowiło coś najzwyklejszego pod słońcem. Otworzyła na oścież okno, by móc podziwiać rozłożysty kasztanowiec rosnący prawie pod moim blokiem. Notabene ten kasztan mnie również się podobał. Stanowił bowiem miłe urozmaicenie szarego, podwórkowego krajobrazu. Zachwycała się moją paprotką, niezwykle bujną, o delikatnych, drobnych listkach, podobała się jej moja lampka – nastrojówka, którą ojciec zrobił z pomarańczowej butelki po szamponie. Oglądając mój księgozbiór utknęła przy Kajkach i Kokoszach. Międzyczasie wrócił ojciec. Dokonałem prezentacji. On i tak nie znał całej prawdy o Teresie. Nie widziałem powodu dla którego miałbym mu wspominać ile ma lat i czym się zajmuje. Żył w przeświadczeniu, że spotykam się z dziewczyną, która mieszka w szeregów ce razem z rodzicami. Gdybym mu powiedział, jak rzeczywiście sprawy stoją, to o ile go znam, zacząłby zaraz narzekać i przeżywać w co ja się pakuję, żebym zmądrzał, dał sobie spokój itd. A tak wilk był syty i owca cała. Potem poszliśmy do kościoła na dwudziestą, a następnie pojechaliśmy na Zimowita. Nie poszliśmy jednak prosto na Daliową, tylko łaziliśmy po osiedlu, jak to mieliśmy niekiedy w zwyczaju czynić. Całkiem dobrze nam się rozmawiało i aż żal się było rozstawać. Na dobranoc wycałowałem Teresę za wszystkie czasy. O dziwo, nie stawiała oporu. Pomyślałem, ze kobieta jednak zmienna jest. I to bardzo.

*****

Egzamin ustny z wybranego przedmiotu kończył egzaminy maturalne. Wybrałem niemiecki, język który trochę znałem, ale nie na tyle, by pójść na egzamin bez ściąg. Poza tym liczyłem trochę na moją szczęśliwą gwiazdę, dzięki której dostałem piątkę z polskiego i minus cztery z ustnego oraz trzy z matmy z pisemnego. Nie wiem dlaczego tylko trzy, skoro wszystko dobrze odpisałem, ale to już była tajemnica Staszki, a ja nie miałem zamiaru przeprowadzać dochodzenia. Dobrze wiedziałem, że gdyby nie pomoc to nawet tej trói bym nie dostał. Za to z Niemca otrzymałem pięć, ale nic dziwnego, skoro tylko dwie osoby w komisji znały niemiecki. Mariusz nie miał jakoś szczęścia z tym ruskim. Dostał trzy, mimo tak dobrze przygotowanych tekstów. Zjadły go chyba nerwy. 

Jeszcze w tym samym dniu, parę godzin po zakończeniu egzaminów, wyjeżdżaliśmy do Soliny. Każdy miał jechać ze swoją dziewczyną, wszyscy się zarzekali, że tak zrobią, a tylko trzech przyjechało z kobietami: ja, Dupiec i Bzyk. Brakowało kilku osób, między innymi Mariusza, który wynalazł jakąś wymówkę, zupełnie nie trafiającą do mojego przekonania. Może nie odpowiadało mu towarzystwo kolegów, którzy zawsze uważali go za kujona i przez zazdrość robili mu głupie kawały i nie szczędzili durnych uwag? A może po prostu wolał spędzić ten czas tylko z Agnieszką? Kto wie, czy będąc na jego miejscu, nie postąpiłbym tak samo? 

Na dworcu PKS w Rzeszowie zjawiłem się obładowany niczym wielbłąd; plecak ze stelażem i trzyosobowy namiot z przedsionkiem pożyczony od kuzyna mówiły same za siebie. Sam namiot ważył ze trzydzieści kilogramów i po niedługim czasie serdecznie przeklinałem dzień, w którym wpadłem na pomysł, by go pożyczyć od Sławka. To był typowy namiot do wożenia samochodem.

Teresa miała początkowo nie jechać, bo kilka dni wcześniej posprzeczaliśmy się trochę i koniec był już bardzo bliski. Stało się to zresztą z mojej winy, ale jakoś udało mi się ją przekonać, żeby nie zmieniała swych planów pod wpływem paru słów wypowiedzianych bez zastanowienia. Przyszła prawie na styk z wypchanym, małym plecakiem. Dobrze, że jechało nas kilkoro, bo nasza dwójka miałaby problem z zapakowaniem się do autobusu.

Dzień chylił się już powoli ku zachodowi, gdy wylądowaliśmy w obozowisku, do którego można było dotrzeć praktycznie tylko łódką. Teoretycznie można było też dojść lądem, ale nikt jeszcze nie próbował tego sposobu. Było to świetne miejsce na odpoczynek, daleko od ludzi, a jednocześnie blisko, bo znajdowało się prawie, że naprzeciwko ośrodka wypoczynkowego „Jawor”.

Rozstawienie namiotu zajęło mi dobre pół godziny. Nic dziwnego, skoro nigdy jeszcze nie rozstawiałem takiego bydlaka. Inni dawno siedzieli już przy ognisku, podczas gdy my dopiero wprowadzaliśmy się do naszego domku. Ale jak by nie patrzył, nasz namiot był najokazalszy i królował zdecydowanie nad innymi. Ku mojemu zdziwieniu i trochę rozczarowaniu, towarzystwo jakoś nie przejawiało ochoty do picia, jakby oszczędzając siły na potem. W rezultacie przy ognisku pozostałem ja z Teresą, Mirek, Siu Kolasa i Wiśnia. Nie chciało nam się spać, więc Mirek przyniósł bimberek, po którym Teresa nieco się rozruszała. Potem ja i Siu przynieśliśmy po winie i atmosfera stała się bardziej serdeczna i luźniejsza. Do tego stopnia luźniejsza, że gdzieś o wpół do drugiej w nocy wzięliśmy łódkę, wypłynęliśmy na środek zalewu i do trzeciej nad ranem śpiewaliśmy piosenki. Dopiero blady świt zagonił nas do brzegu.

Teresa, tak jak zapowiedziała, nie pozwoliła się nawet dotknąć. Zaryła się w swoim śpiworze i to dokładnie, bo razem z głową. Swoją drogą trzeba przyznać, że upałów nie było. Spałem w pełnym rynsztunku i wcale się nie zgrzałem. Ponadto bolały mnie trochę kości, bo miałem dziurawy materac i przez noc uszło z niego powietrze.

Następnego dnia było Boże Ciało. Rano pływaliśmy trochę na żaglówkach, bo przecież w końcu po to przyjechaliśmy. Teresa była wniebowzięta i zachwycona, ale tym razem i ja podzielałem jej entuzjazm. Też odczuwałem wielką frajdę z pływania na omedze, chociaż byłem jedynie pasażerem dopuszczanym czasem do steru czy trzymania żagli. Wieczorem popłynęliśmy do Polańczyka kupić coś do ogniska. Niestety, wszystko było zamknięte i jedynie w milicyjnym „Jaworze” Siu z Teresą kupili cztery wina. Potem poszliśmy do kościoła na dziewiętnastą, a po mszy wracaliśmy żółwim tempem, bo nie było wiatru. To był dzień zabawy. Ognisko rozpoczęliśmy winem. Potem pojawiła się zbożowa i biała wytrawna. Wszystkim humory się poprawiły. Balowaliśmy do białego rana. Teresa bawiła się głównie z grupą śpiewającą, a ja z pijącą, co nie znaczy, że stroniła od alkoholu. Na zakończenie musiałem iść na stronę „porozmawiać trochę z niedźwiedziem”.

Wstaliśmy dość późno, co było rzeczą zrozumiałą. Dopiero gdzieś przed jedenastą wypłynęliśmy do Wołkowyi na zakupy. Droga była długa, ale za to bardzo malownicza. W sklepie nie było niczego oprócz wina. Dostawa alkoholu była w soboty, a to był dopiero piątek. Cóż, kupiliśmy wino, jakieś ciastka (chleb był czerstwy) i popłynęliśmy do Soliny z zamiarem zjedzenia obiadu w „Kaskadzie”. Mieliśmy niestety pecha, bo restauracja była w całości zarezerwowana dla uczestników wyścigu kolarskiego o memoriał Skopenki. Musieliśmy więc zadowolić się zapiekankami. Rozdaliśmy też parę autografów dzieciom, które wzięły nas za kolarzy, z racji naszego sportowego ubioru. W drodze powrotnej nie było ani krzty wiatru i wlekliśmy się jak za pogrzebem popijając z nudów wino. Nabraliśmy trochę humoru, ale zanim minęliśmy Jawor, alkohol zdążył z nas wyparować. Towarzystwo przy ognisku było bardzo smutne i nad wyraz trzeźwe, toteż poszliśmy wcześniej spać.

W sobotę Misiek musiał jechać już do domu. Odwieźliśmy go łódką razem z Teresą i Siem. W Solinie kupiliśmy chleb, cebulę i ogórka. Trochę zjedliśmy na łódce, a resztę zostawiliśmy dla głodomorów, którzy zostali w obozie. Po drodze złapał nas deszcz, na środku zalewu i musieliśmy schronić się pod takim gumowanym płaszczem.

Zauważyłem, że Teresa i Siu przypadli sobie do gustu. Byli sobą zachwyceni, widziałem to po nich. Dyskutowali zawzięcie o Poświatowskiej i innych poetach, o których nawet nie miałem pojęcia, bo poezja nigdy mnie nie pociągała. Siu zawsze robił wrażenie nawiedzonego i bujającego w obłokach, ale Teresa? Mało znałem ją od tej strony. Teresa sterowała łódką dlatego też płynęliśmy najdłuższą drogą. Noc zastała nas na wodzie, mniej więcej na wysokości naszego obozowiska. Szukaliśmy na lądzie ogniska, żeby mieć jakiś punkt orientacyjny, gdy nagle zza zakrętu wyskoczył na pełnych obrotach statek wycieczkowy, tzw. „świnia”. Płynął prosto na nas! Wpadliśmy w panikę. Chwyciliśmy za pagaje, by zejść z kursu, ale „świnia” najwyraźniej pruła w środek naszej burty! Dopiero Siu zorientował się w sytuacji i odbił sterem w lewo. Minęliśmy się w odległości może 10-15 metrów. Ta przygoda odbiła się nieco na Teresie, bo w nocy śniło się jej, że płynie po morzu łódką i coś się do niej zbliża. Zaczęła wtedy krzyczeć przez sen „wiosłuj, wiosłuj!”. A ja, na wpół we śnie, poradziłem jej, żeby się uspokoiła, bo jest w namiocie, a nie na łódce. 

W niedzielę wyjeżdżaliśmy z Teresą. Musiała być w poniedziałek w pracy. Siu do końca nie mógł się zdecydować czy ma zostać, czy jechać z nami? Zmieniał co chwilę zdanie. Wreszcie powiedział, że jedzie i zwinął już nawet materac, ale wtedy Wiśnia wziął go na stronę i coś mu tam tłumaczył, w efekcie czego Siu został. Ta jego rozterka i niezdecydowanie spowodowane było zapewne moją obecnością. Widać było, że lubi Teresę i że znaleźli ze sobą wspólny język i że najnormalniej zauroczyli się sobą nawzajem. Wszyscy uważali nas jednak za parę i nie orientowali się, że nic mnie właściwie z Teresą nie łączy i że jest mi to w gruncie rzeczy obojętne, czy ktoś będzie się z nią spotykał czy nie. Wiśnia powiedział mu chyba, żeby nie mieszał się między wódkę a zakąskę i chłopak odpuścił sobie, ale jak się później okazało, nie na długo.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
jelcz392 · dnia 16.12.2021 20:02 · Czytań: 150 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
wolnyduch
14/08/2022 22:59
Wiersz pełen emocji i bardzo gorzki w wymowie, ten los… »
wolnyduch
14/08/2022 22:53
Ciekawy wiersz przywodzący tytułem hiszpańskiego… »
wolnyduch
14/08/2022 22:42
Witaj Akacjowa Bardzo ciekawa ek fraza, trudna do… »
wolnyduch
14/08/2022 22:11
Ciekawy obrazek turystycznego miejsca, opisany w… »
wolnyduch
14/08/2022 21:58
Witaj Berele Mój wiersz jest moim odczuciem, uważam, iż… »
Marek Adam Grabowski
14/08/2022 14:11
Już czytałem u konkurencji. Pozdrawiam »
Marek Adam Grabowski
14/08/2022 14:10
Już czytałem u konkurencji. Pozdrawiam »
Berele
14/08/2022 13:54
Wiersz sprzyja ekofanatykom, którzy potrafią uprzykrzyć los… »
Berele
14/08/2022 13:46
Ustawka, los gołodupny, baranie skóry piękne! Wiersz mi się… »
Berele
14/08/2022 13:35
Przy każdym twoim wierszu liczę na wielkiego kopa w dupę,… »
wolnyduch
14/08/2022 13:30
Nie jestem przekonana czy to jest haiku, a co do neologizmu,… »
wolnyduch
14/08/2022 13:26
Tak, Agnieszko, też uważam, że dobrze, gdy chce się chcieć,… »
wolnyduch
14/08/2022 13:23
Cieszy mnie, iż mój odczyt jest prawidłowy. Miłego… »
AnDob
14/08/2022 11:37
Czuję, że poezja pisana odręcznie dużo lepiej trzyma się… »
pociengiel
14/08/2022 10:46
Masz chyba najlepszy okres. Znowu poemat, powiem hipermarket… »
ShoutBox
  • akacjowa agnes
  • 14/08/2022 20:07
  • Wiedziałam, że na coś się przydam i bez moich życzeń, mogłoby być dużo gorzej ;)
  • Dobra Cobra
  • 14/08/2022 09:59
  • Dzięki Twemu życzeniu miałam naprawdę dobrą noc. A i długi weekend też niczego sobie ;) Pozdrawiam
  • akacjowa agnes
  • 13/08/2022 21:54
  • Dobrej nocy, portalowcy :) Miłego długiego weekendu
  • Darcon
  • 14/07/2022 20:17
  • Mało osób ma czas na "betowanie", ale możesz przysłać mi na priv opowiadanie, które skasowałaś. Sprawdzę, zasugeruję i uzasadnię półkę, tylko nie od razu. Dwa w jednym, coś jak szampon. ;)
  • Wiktor Orzel
  • 12/07/2022 08:09
  • Nie czytamy wszystkich komentarzy, bo nie mamy na to czasu. Twój akurat mi się rzucił w oczy, to nic osobistego. ;)
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty
Wspierają nas