A kiedy cię tracę - mike17
Proza » Miniatura » A kiedy cię tracę
A A A
Od autora: Jaka jest siła ludzkiej przyjaźni? Czym może być jeśli trwała od dzieciństwa przez całe lata? Czy śmierć jest w stanie położyć jej kres? Nie. I o tym ta opowieść.

 

                                                      A KIEDY CIĘ TRACĘ
 
 
                                                                                                                  
 
Znaliśmy się od dzieciństwa, kiedy to mieliśmy po sześć lat.
Bawiliśmy się u ciebie na podłodze plastikowymi żołnierzykami, tocząc zawzięte bitwy, my, generałowie swoich małych armii.
Na podwórku ścigaliśmy się na rowerach, zawsze grając fair play.
Nasi ojcowie przyjaźnili się, stąd i nasza znajomość, która miała przetrwać całe dziesięciolecia, kiedy to los splatał drogi i sprawiał, że byliśmy bardzo blisko siebie.
Spędzałeś zawsze miesiąc u nas na działce, gdzie w pięknej scenerii łowiliśmy ryby, chodziliśmy na grzyby i na jagody, my dwaj, przyjaciele od pierwszego wejrzenia.
Biliśmy rekordy, kto ile przepłynie lub wytrzyma pod wodą.
Chodziliśmy też piechotą nad rzekę, głodni wrażeń z łowienia rzadkich gatunków ryb.
Potem, zmęczeni, ale szczęśliwi wracaliśmy trzy kilometry do domu, nie bacząc, że już się zmierzchało i nasi rodzice mogli się poważnie o nas martwić.
Ale nigdy nie było niczego, co by nam stanęło na drodze, zawsze wszystko razem robiliśmy, udawało się i potem pozostawała satysfakcja z koszyka jagód czy wielkich okazów okoni.
 
Johnny, pamiętasz?
 
Będąc już w liceum zorganizowaliśmy ognisko we wsi, gdzie mam działkę i doszło do bójki z miejscowymi, którym nie podobali się kolesie z dużego miasta, co oznaczało niewątpliwie łomot.
To oni go dostali, bo ty już wtedy uprawiałeś kulturystykę i byłeś kawał byka.
Do dziś zastanawiam się, czemu nie odpuścili, widząc rozmiary twoich mięśni.
Do rana śpiewaliśmy przy gitarze, nie martwiąc się o to, co przyniesie kolejny dzień.
A przynosił same szczęśliwe chwile, bo to one są ponoć w życiu najważniejsze, nie niepokojeni niczym spędzaliśmy kolejne wakacje, a później kolejne i tak dalej.
 
Po maturze postanowiłeś wstąpić do armii.
Dostałeś przydział do komandosów.
Z naszych rozmów wnioskowałem, że spełnił się twój sen, jako że zawsze chciałeś być żołnierzem i nosić mundur, a biorąc pod uwagę twoje warunki fizyczne musiałeś trafić do elity.
Miałeś już mniej czasu dla mnie, choć spotykaliśmy się dość regularnie.
Zacząłeś także pisać do czasopisma wojskowego artykuły o tematyce wojennej.
Na moich oczach rozkwitałeś i widziałem, jak strasznie chciało ci się żyć.
Bo tak jest, gdy nasze marzenia się spełniają, nam rosną skrzydła i mamy trzy metry wzrostu.
 
Niemal równocześnie kupiliśmy sobie nasze pierwsze samochody – były to Fordy Mustangi rocznik 1964, z winylowym dachem, szerokimi oponami, 271 końmi mechanicznymi, lśniącymi chromowanymi felgami, radiem i klimatyzacją.
Jazda takim autem to była czysta frajda, by nie mówić, rozkosz.
Gdy miałeś czas wieczorem, urządzaliśmy sobie małe wyścigi, gdzieś, na bocznych drogach, by nas gliny nie zatrzymały, i to było to, co nas wtedy rajcowało i dawało wiatru w żagle.
 
Potem zniknąłeś na jakiś czas, bowiem podpisałeś kontrakt na misję zagraniczną.
Pisaliśmy do siebie listy, ty przysyłałeś mi pocztówki z miejsc, w których stacjonowałeś.
Brakowało mi naszych męskich rozmów, i tego wszystkiego, co się wiąże z przyjaźnią.
Nie raz łapałem się na myśli, czy może coś ci się stało, może najechaliście na minę.
Johnny, jakże drżałem wtedy o ciebie, jakbym był twoim ojcem.
Lecz ty byłeś w czepku urodzony – z każdej misji wracałeś cały i zdrowy.
Kule i bomby omijały cię szerokim łukiem, czyżbyś miał monopol na nietykalność?
Niewątpliwie los ci sprzyjał, tam, w dalekim kraju, na innym kontynencie.
.I zawsze z każdej wyprawy przywoziłeś mi jakiś prezent.
Najdziwniejszym był czarny skorpion w słoiku…
Zawsze podziwiałem cię za tę cechę charakteru – pamięć o najbliższych.
Rodzice także otrzymywali podarunki, i cieszyli się jak dzieci.
Twoje serce było ogromne i wciąż biło dla innych – nawet kosztem siebie chciałeś uszczęśliwiać ludzkość, a ona wdzięczna, dziękowała ci w dwójnasób.
Dopiero po latach miałem się dowiedzieć, do czego byłeś zdolny.
Ale musiało upłynąć sporo wody w rzece Missisipi, abym poznać całą prawdę o tobie.
 
Kiedyś wybraliśmy się na ryby i wtedy miała miejsce ta rozmowa.
Byłeś wtedy u mnie na działce.
 
- Johnny, dlaczego nie wiedzie się nam z dziewczynami?
- Może za mało mamy czasu, by im poświęcić.
- Albo za mało się staramy?
- Przecież niczego nam nie brak. Uważam nas za przystojniaków.
- To jakaś klątwa.
- Uważam, że każdy ma kogoś na świecie, na kogo musi, wcześniej czy później, trafić. Tak się rodzą miłości. Pewnie i z nami tak będzie. Wierzę w to całym sercem.
- Ty w wojsku masz wyjątkowo mało czasu na podryw.
- Zgadza się. Ledwo starcza mi na spotkania z tobą i rodzicami.
- A jakie są twoje marzenia?
- Chciałbym założyć rodzinę, mieć stadko dzieci i wyrozumiałą dla mojej pracy żonę.
- Z tym może być problem…
- Wiem, nie każda chce żyć pod presją.
- Ale wielu żołnierzy ma szczęśliwą rodzinę i jakoś to ze sobą godzą.
- Też bym tak chciał, ale tak jak mówiłem wcześniej, czas pokaże.
- Johnny, w miasteczku jest dziś potańcówka, może podskoczymy tam zobaczyć, co i jak?
- To świetny pomysł.
- To taka mała zapyziała dyskoteka „Bimbo”, kto wie, co się wydarzy?
- Tylko muszę się przebrać, bo jak wparuję w mundurze, to wszyscy uciekną.
- Czasem w najmniej oczekiwanym momencie…
- Właśnie i tego się trzymajmy.
- Kto prowadzi?
- Ten, kto mniej wypije – zaśmiałem się.
- Nie boisz się glin? Toć to kryminał – rzekłeś poważnie.
- Jak się bawić, to się bawić.  
- No skoro tak mówisz.
- Tobie jako żołnierzowi mogą naskoczyć, ale ja? Ja jestem cywilem i podpadam pod paragrafy.
- Pieprzyć to! Decyzja zapadła.
- Jasne. Idę się przebrać.
- A ja wykąpać.               
- Ale tylko piwo, ok.? Nie lecimy na twardo.
 
- Dobrze. Choć i piwem można się ostro urżnąć.
 
Po godzinie odpaliłem Mustanga i ruszyliśmy w drogę.
W radio wesoło śpiewał Johnny Cash o miłości po czasu kres, co pozytywnie wpływało na nasze morale, jako że nie mieliśmy zamiaru zmarnować tej nocy.
Jeszcze w domu wypiliśmy po piwie, tak pod humor.
Przyjechałeś do mnie tylko na dwa dni, więc tym bardziej zależało nam na czasie.
Gdy byliśmy już w miasteczku, usłyszeliśmy głośną muzykę i mnóstwo młodych ludzi wałęsających się po trotuarze.
Zaparkowaliśmy przed dyskoteką i nieśpiesznie weszliśmy do środka.
Zamówiliśmy po piwie i obserwowaliśmy parkiet, na którym tańczyło wiele par.
Jako że nie chciało nam się stać jak kołki w płocie, usiedliśmy przy jednej z ław, które ciągnęły się wzdłuż jednej ze ścian dyskoteki.
 
- Muszę skoczyć do kibelka – powiedziałem.
- Mus to mus – odparłeś rezolutnie.
 
Johnny, pamiętasz?
 
Nie było mnie raptem parę minut, a już wiele się zmieniło.
Przy naszej ławie, obok ciebie siedziały dwie młode dziewczyny.
Ten widok mnie nie tyle ucieszył, co zdziwił.
Przez chwilę przystanąłem, by się im przyjrzeć – były niczego sobie, jedna była blondynką, a ta czarna miała bardzo duży biust i ładny uśmiech, i to ona rzuciła mi się w oko od razu.
 
Były trzeźwe w przeciwieństwie do nas.
Ale trzymaliśmy jakoś fason, choć w sumie wcale nie musieliśmy, bo to one poprosiły cię o ogień i zapytały, czy mogą się przysiąść.
Rozmowa bardzo się kleiła, więc wszystko było pod kontrolą.
Dużo nam o sobie opowiadały: pracowały w pizzerii i chciały wyrwać się do dużego miasta.
Tu każdy każdego znał i obrabiał mu tyłek.
Takie miejscowości to mordownie i nic dziwnego, że chciały dać stąd dyla.
 
Przetańczyliśmy całą noc.  
Odkryliśmy w sobie duszę tancerzy.
Czas stanął w miejscu, i było tylko „tu i teraz”.                  
Nie było wczoraj i nie było jutra, była chwila zaklęta w dobrej zabawie.
Były momenty, kiedy przypominałem sobie nasz niefart w miłości – teraz wszystko zdawało się odmieniać i los, ten cwany gracz, podawał nam najwyraźniej rękę.
Czułem od tej dziewczyny dobre fluidy i szczerą chęć zbliżenia się do mnie.
To się czuje intuicyjnie, a ja miałem zawsze bardzo dobrze rozwiniętą intuicję.
 
Cycatka natychmiast przylgnęła do mnie, a blondynka do ciebie.
Wirowaliśmy w tańcu, choć w głowie się nieźle kręciło po tylu wypitych piwach.
Ale młodość ma swoje prawa i siłę – wciąż byliśmy w pionie i dziewczyny nawet nie poczuły, jak byliśmy napruci.
 
- Może coś zjemy? Ja stawiam – spytałem.
- Fajnie – odparły.
- To chodźmy do baru.
 
Mieli tu dobre befsztyki, więc zamówiłem cztery z frytkami i surówką.
Po chwili już jedliśmy, przez moment nie rozmawiając.
 
Nagle Donna, ta „moja” zapytała:
 
- Spotkamy się znowu?
- Johnny jest jeszcze jeden dzień, ale ja cały miesiąc – odpowiedziałem.
- To super. Chętnie się z tobą umówię. Przez cały miesiąc.
- A my, Johnny, wymienimy się telefonami – powiedziała blondynka.
- I o to chodzi – spointowałem.
 
To ja prowadziłem do domu – byłem tak nawalony jak stodoła.
Ponieważ dziewczyny mieszkały po drodze, zabrały się z nami.
Siedziałeś z tyłu i trzymałeś mi głowę w pionie, bym jako tako widział teren.
Przed nami policja drogowa zatrzymała faceta.
Co by było, gdyby go nie było przed nami?
Aż boję się dziś pomyśleć, odkąd już nie jeżdżę po pijaku.
Ta noc była ostatnią, kiedy to zrobiłem.
Potem już zadziałało trzeźwe myślenie.                 
 
Wysadziliśmy je pod domem i jeszcze przez chwilę rozmawiałem  z Donną.
Umówiliśmy się na następny dzień – miałem po nią przyjechać.
Jeszcze do mnie nie docierało, że coś się między nami rodziło.
Takich chwil się nie wyłapuje, jest już tylko stan po nich, fakt dokonany.
I gdy następnego dnia obudziłem się, już wiedziałem, że coś się wydarzyło.
Coś, czego nijak nie mogłem się spodziewać, a co weszło w moje puste życie.
 
Skąd mogłem wtedy wiedzieć, że dziewczyna, którą poznałem na dyskotece, i spędziłem namiętny wrzesień, zostanie za dwa lata moją żoną?
Nigdy nie wierzyłem w przypadek w życiu, a w Przeznaczenie.
Co komu pisane, to dostanie, i nigdzie od tego nie ucieknie.
 
Skąd mogłem wówczas wiedzieć, że stworzymy udane małżeństwo i doczekamy się dwójki dzieci?
Nie wiedziałem nic, nawet nie mogłem się domyślać, bo niby jak?
 
Gdy minęło lato, dziewczyny zaczęły regularnie do nas przyjeżdżać – blondynka do ciebie, a Donna do mnie, i cenne chwile spędzaliśmy na snuciu wspólnych planów, niekończących się spacerach i oglądaniu telewizji.
To był piękny czas, przepełniony romantyzmem i marzeniami, w których widzieliśmy się jako zwycięzcy świata, ci, którym się naprawdę powiodło i zyskali najważniejszą rzecz – miłość.
 
Johnny, pamiętasz?
 
Johnny, zakochałeś się na śmierć i nie widziałeś świata poza nią.
Po pól roku odwiedzin oświadczyłeś się i zostałeś przyjęty.
Pamiętam, jak się cieszyłeś, cieszyłeś jak dziecko.
Odnalazłeś swoją szczęśliwą przystań, swój raj na ziemi.
Karta się odwróciła – jednak dziewczyny nas kochały.
Trzeba było tylko być w dobrym miejscu i w dobrym czasie.
I chwycić swoją złotą szanse w dłoń, pewnie i stanowczo.
 
- A jednak nie jesteśmy takimi cieniasami, Mike – krzyknąłeś wesoło.
- A nie mówiłem, że istnieje tylko Przeznaczenie.
- To biedna dziewczyna, ale dobra.
- Liczy się tylko serce. Tylko nim patrz na świat.
- Właśnie. Ona daje mi coś, czego nie umiem zdefiniować.
- I nie szukaj odpowiedzi, popłyń po prostu na tej fali.
- Za pół roku żenimy się. To już przyklepane. Rozmawiałem z rodzicami, są zachwyceni.
- Ja, jak wiesz, żenię się za dwa miesiące, więc zaglądaj do skrzynki pocztowej, bo będzie tam nasze ślubne zaproszenie - uśmiechnąłem się.
 
Wesele odbyło się jak należy.
Goście bawili się przednio, a i my byliśmy wniebowzięci, że tak to wszystko się potoczyło.
Jestem pewien, że zapamiętam ten wieczór na całe życie, bo mieliśmy dobry zespół, doskonałe jedzenie, piękny wystrój sali i w ogóle niczego nie było nam brak.
Na twarzach przybyłych widać było radość z dobrej zabawy.
A my, wpatrzeni w siebie, nie widzieliśmy otaczającego nas świata.
Wśród gości byłeś oczywiście ty ze swoją blondynką.
Wirowaliście w tańcu całą noc, szczęśliwi, że nam się powiodło.
Przyjmując koperty od zaproszonych, zapamiętałem tę najgrubszą – była od ciebie.
A Donna i ja?
Przecież mogliśmy rozejść się po tamtej dyskotece i więcej nie spotkać.
Coś mogło nie zaskoczyć, a jednak…
A wy?
Stworzyliście najdłuższy pocałunek tego wesela.
Wszyscy wiedzieli, że jesteście sobie pisani i że połączy was ślubna obrączka.
 
Johnny, byłeś instruktorem skoków spadochronowych.           
W stosunkowo młodym wieku miałeś już stopień pułkownika i twoja jednostka kochała cię jak ojca, jak kogoś, kto jest opiekunem i dba o swoich chłopców jak o własnych.
Wyjeżdżałeś często w różne miejsca kraju, by szkolić żołnierzy wojsko powietrzno-desantowych.
Był taki dzień, który nie powinien się nigdy wydarzyć, ale los chciał inaczej.
Uświadomiło mi to potworną siłę Przeznaczenia, tego, ze w jego rękach jesteś jak suche liście na jesiennym wietrze, jak marny pył, który poleci tam, gdzie powieje.
Że powinniśmy dziękować Bogu za każdy przeżyty w zdrowiu i szczęściu moment.
Bo nic nie jest nam dane na bank.
Czasem los potrafi okrutnie zakpić i wypiąć się tyłkiem do nas i opętańczo zaśmiać się.
I niczego nie da się już odkręcić…
 
6 grudnia 1965 roku wraz z trzema osobami wracałeś ze szkolenia skoków.
Byliście w szampańskich humorach, bo wszystko udało się i poszło po myśli.
W radio Johnny Cash śpiewał o duchach jeźdźców na niebie.
Rozszalała się paskudna burza śnieżna i nic nie było widać na drodze.
Mordercza biel zalała świat i uniemożliwiła rozsądne myślenie.
Samochód jechał po śniegu, co sprawiało, że nie miał przyczepności.
Kierował niejaki Jimmy, ty siedziałeś na siedzeniu dla pasażera.
Nagle samochód wpadł w poślizg i z wielkim impetem uderzył w drzewo.
Uderzył tą stroną, po której siedziałeś.
Tego dnia ty jako jedyny zginąłeś w tym wypadku.
Nikomu poza tobą włos z głowy nie spadł…                                
 
Na pogrzebie pojawiły się dziesiątki osób na wózkach inwalidzkich.
Początkowo nie wiedziałem, o co chodzi, ale ktoś mi powiedział, że ty i chłopcy z twojej jednostki opiekowaliście się ludźmi niepełnosprawnymi, robiąc im zakupy, wykupując leki w aptece, wyprowadzając na spacery i darząc ich czysto ludzką życzliwością.
Wielu z zebranych płakało, bo coś się nagle skończyło, podle i beznadziejnie…
Ich opiekun odszedł i już nigdy nie wróci, zabrała go mętna fala śmierci.
 
Mój drogi, nie zatańczę już na twoim weselu.
Moje taneczne buty będą już dla kogoś innego.
Nigdy nie pojedziemy na moją działkę.
Nie wypłyniemy łódką na ryby.
Nie napijemy się z naszymi dziewczynami piwa.
Pozostanie tylko jedno wielkie „nigdy”.
W pamięci przechowam cię na wieki.
Bo nikt mi ciebie nie zastąpi.
Tych przygód, tych rozmów aż po świt, tej męskiej miłości, bracie.
Na myśl o tobie boli mnie serce, a świat oddala się jak uciekający pociąg.
Wszystko jakby było zaledwie wczoraj…
Jakby to, co sobie dawaliśmy, trwało i było w nas nieskończenie.
 
Często z Donną odwiedzamy twój grób, zbieramy liście, pastujemy nagrobek.
Zatapiamy się w zadumie – czemu tak łatwo odszedłeś?
Kładziemy świeże kwiaty, modlimy się i odchodzimy nieco lżejsi.
Za każdy razem czuję, jakbyś nas widział z góry i uśmiechał się, mówiąc:”Jest mi tu dobrze, nie martwcie się o mnie. Lepiej nie mogłem trafić. W domu Pana jest mieszkań wiele.”
 
A ja wiem, że kiedyś znów przyjdzie się nam spotkać, w innym świecie, w innych okolicznościach.
 
Na błoniach zaświatów.
 
 
Cykl: Był taki dzień
 
 
25 stycznia 2023
 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 03.03.2023 16:48 · Czytań: 544 · Średnia ocena: 4,78 · Komentarzy: 19
Komentarze
wolnyduch dnia 03.03.2023 21:24 Ocena: Świetne!
Pięknie opowiedziana historia przyjaźni, szkoda, że tak się ona skończyła, że została przerwana przez śmierć przyjaciela, czasem mam wrażenie, że często odchodzą zbyt wcześnie ludzie wrażlwi,
ludzie empatyczni, takim jawi się Johny, piszesz bardzo sugestywnie Mike/Michale,
tak z serca, że namacalnie wyczuwa się tę mocną więź przyjaźni, która tak brutalnie została przerwana.

Przeczytałam z przyjemnością.
Pozdrawiam Cię serdecznie
Grażyna :)
Yaro dnia 03.03.2023 22:33 Ocena: Świetne!
Dobra robota Michał :) Kawał ciekawego opowiadania po części wiem jak jest wojskach powietrzno-desantowych
bo sam byłem żołnierzem zawodowym w stopniu sierżanta i wykonywałem skoki ze spadochronem :)

Faktem jest , że na dziewczyny nie było czasu ale wszystko się ułożyło i jest dobrze :)

fajnie się czytało.

Pozdrawiam :)
mike17 dnia 04.03.2023 14:26
Cieszę się, że moja miniatura przypadła Wam do gustu :)

Grażynko
, bardzo mi miło, że napisałaś te piękne słowa pod moim kawałkiem.
Raduje się moje serce niezmiernie :)
Zwłaszcza że miałem sporą przerwę w pisaniu.
Sprawiłaś mi wielką przyjemność :)

Jarku, wierny Czytelniku moich tforów, każda Twoja wizyta upewnia mnie w przekonaniu, że zawsze szedłem w dobrym kierunku.
Bo skoro ma się tak wiernego odbiorcę, to coś jest na rzeczy :)
Wracaj jak najczęściej i pisz swoje wersje, jeśli oczywiście Cię zainspiruję.

Bardzo Wam dziękuję i ślę serdeczne pozdruffki :)
BeNeK dnia 04.03.2023 16:57 Ocena: Świetne!
Mike, czytam Cię, odkąd założyłem konto na tym portalu (a będzie to już 9 lat) i zawsze ceniłem Twoje pióro, a także twoje uwagi :) czytając początkowo twój tekst i czując już, że jest to poniekąd streszczenie życia ujęte na kilku linijkach tekstu, podszedłem do całości bardzo sceptycznie. Uważałem, że opowieść o całej historii przyjaźni, która trwa 10 - 15 minut w zależności od szybkości czytania, będzie zbyt płytka, miałka i obarczona jakimś banałem.

Przeczytałem jednak do końca.

I pozytywnie się zaskoczyłem. Mimo formy, która nie przemawia do mnie, udało Ci się kupić moją uwagę i zaangażowanie emocjonalne. Przebiegliśmy wręcz po życiu Johnnego, łapiąc jedynie pojedyncze obrazy, które utkwiły w głowie podmiotu opowiadającego historię. Nie było tu czasu na opisywanie pogody, nastroju, skomplikowanych stanów emocjonalnych. Czysty opis obrazka, kilka myśli i lecimy dalej. Często jest to zarzut, ale nie w tym przypadku, bo ja twoje opowiadanie odczytuje jako przeglądanie fotografii, które przywołują określone wspomnienia, a że minęło już sporo czasu, to w pamięci pozostały tylko te najsilniejsze bodźce, a nie to, czy trawa mieniła się wtedy bladopomarańczowymi promieniami zachodzącego słońca ;) i pod tym względem kupuje całość. Nie ma zbędnego "pieprzenia", ale jednocześnie na tyle dałeś czytelnikowi czasu, aby mógł się zaangażować emocjonalnie, żeby zrozumiał dlaczego dla narratora Johnny był taki ważny.

Jest to bardzo udany obraz dorastania bez zdradzania jakichkolwiek szczegółów dotyczących głównego bohatera tekstu. Bo mimo, że cały czas mowa jest o Johnnym, to dla mnie Mike jest tu postacią pierwszoplanową, bo to jego poznawałem patrząc jego oczami na przyjaciela.

Wróciłem na portal bo dość długiej przerwie i cieszę się, bo od razu mogłem przeczytać coś od Ciebie :) a to jest zawsze dobrze zagospodarowany czas :)

Pozdrawiam :yes:
mike17 dnia 04.03.2023 18:39
Cieszę się, Benku, że się odnalazłeś w mojej miniaturze:)

Napisałeś mi to, co chciałem przeczytać, bo ten utwór kosztował mnie wiele, bo poniekąd jest na faktach, tak, część z tego, co tu opisałem, wydarzyło się naprawdę.
Jeśli zaangażowałeś się emocjonalnie i jakoś trafiłem do Ciebie, tom kontent :)
To było pisanie slajdami, bez zbędnych dupereli i opisów przyrody.
Czysty przekaz, relacja.
A w tym może tkwić szczera prawda o bohaterach.
O to mi chodziło, nie bawiłem cię w analizy psychologiczne, a w akcję.
Stąd może pewien niedosyt kreacji charakterologicznych, ale jak już rzekłem, nie o to mi chodziło.
Chciałem opowiedzieć tę historię najprościej jak to możliwe, z dozą nuty poetyckiej.

Kopę lat, Benku, miło, że wpadłeś i poczytałeś :)

Pozdro :)
Madawydar dnia 06.03.2023 12:28 Ocena: Świetne!
To jest opowiadanie. Ty nazwałeś to nawet miniaturką. Tutaj nie ma miejsca na "duperele", bo to nie powieść. Tu są same konkrety, same ważne epizody, istotne szczegóły. Rzeczywiście opowiadanie przypomina wieloskładnikową pigułkę ( a właściwie pigułę) dostarczającą czytelnikowi komplementarny obraz życia dwóch facetów.
W tym opowiadaniu od samego początku czułem narastające napięcie. Byłem pewien, że "coś" się wydarzy. Może nawet gdzieś w podświadomości czułem śmierć. Nie wiedziałem tylko czyją? To znaczy z całą pewnością nie Mike, bo jako trup nie mógłby napisać opowiadania.
Smutne opowiadanie, ale to jest smutek, który wzrusza i który delikatnie szarpie strunami empatii czytelnika i wydobywa z jego duszy pełną gamę najszczerszych uczuć i sympatii dla bohaterów.

Przeczytałem z przyjemnością

Mad
Kemilk dnia 06.03.2023 20:09 Ocena: Świetne!
Jako, że tu już jestem i miałem przyjemność przeczytać Twój utwór, to daję znać że byłem.
Pięknie pisałeś i wciąż piszesz o miłości, czy też przyjaźni.
Pozdrawiam
mike17 dnia 06.03.2023 20:40
Mad i Kemilku, cóż mogę rzec?
Bardzo nisko się kłaniam i dziękuję za wizytę i tak trafną garść refleksji :)

Za każdym razem, gdy się Wam podoba, ja rosnę.
Bo cieszę się, że się podobało i że odnaleźliście się w tej miniaturze.
Zawsze staram się być empatyczny i tak postrzegać świat.
Sercem.
I jeśli Wy macie tak samo, tom kontent.

Pozdrawiam nocnie i dziękuję za miłe komenty :)
Lilah dnia 13.03.2023 21:15
Z przyjemnością powitałam Twoją kolejną piękną historię, Mike.
Wybacz, że tak późno, ale siła wyższa...
Jeszcze tu wrócę.
Serdeczności. :) Lila
mike17 dnia 14.03.2023 13:20
Bardzo dziękuję, Lilu, za literacki nalot i zapraszam, kiedy dusza zapragnie :)
Do poczytania :)

Pozdrawiam warszawską wiosną!
Lilah dnia 29.03.2023 20:25
Wróciłam i przeczytałam sobie jeszcze raz tę piękną opowieść o przyjaźni.

Przy okazji wpadły mi w oko dwie rzeczy:

- I chwycić swoją złotą szanse w dłoń, pewnie i stanowczo. - uciekło "ę" w słowię "szansę",
- Wśród gości byłeś oczywiście ty ze swoją blondynką. - czy nie trzeba wydzielić przecinkami "oczywiście"?

Sorry, jeśli namieszałam.
Pozdrawiam :)
valeria dnia 29.03.2023 23:25 Ocena: Świetne!
Zwracasz się ładnie opowiadając i przypominając przyjacielowi. Masz swoich wielbicieli :)
mike17 dnia 30.03.2023 15:27
Masz rację, Lilu, naniosę sugerowane poprawki i dziękuję za bystre oko :)
Z rozpędu czasem coś pominę :)

Valerio, witaj w świecie moich opowieści, zapraszam częściej, kiedy tylko zechcesz.
Dziękuję za komentarz i najwyższą notę :)

Pozdrawiam Was serdecznie!
Afrodyta dnia 13.04.2023 19:38 Ocena: Bardzo dobre
Jest w Twojej opowieści coś, co nie pozostawia czytelnika obojętnym. Najprawdopodobniej chodzi tu o to, że sposób przedstawienia jest szczery, bezpretensjonalny i dzięki temu wzbudza pozytywne emocje u odbiorcy, w każdym razie u mnie. Moją uwagę zwróciło to, w jaki sposób narrator i główny bohater jednocześnie radzi sobie z głębokim poczuciem straty. Wraca do wspomnień, dzięki czemu kolejny raz doświadcza obecności przyjaciela. Przeżycia towarzyszące mu w tej retrospekcji stają się jego sposobem na to, by nie tylko pomóc sobie, ale także zaznaczyć jaką wartością pozostanie dla niego relacja przyjaźni oraz człowiek, z którym ta przyjaźń go łączyła. Ponadto tekst pokazuje też, że człowiek do końca pozostaje tajemnicą. Czasem w chwilach tak dramatycznych dowiadujemy się o nim rzeczy, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Poza tym utwór przypomina, że przyjaźń to mocna więź, warto ją pielęgnować, w czasach, gdzie świat wirtualny jest wszechobecny, takie przypomnienie jest cenne. Pozdrawiam.
mike17 dnia 14.04.2023 15:08
Piękny mi napisałaś komentarz, Afrodyto :)
Od takich słów aż rośnie serce i chce się dalej pisać o niezwykłych losach zwykłych ludzi.
Twoje przemyślenia idealnie oddają mój zamysł twórczy.
Ich mądrość w pełni odzwierciedla całą duchowość mojego bohatera, jego stosunek do przyjaźni jako wartości obok miłości najwyższej.
Cieszę się, że utrafiłem w Twoje gusta.
Dla mnie człowieka piszącego to bardzo ważne i cenne.
Zwłaszcza że utwór trafił w punkt.

Jestem Ci bardzo wdzięczny za wizytę, ocenę i garść mądrych przemyśleń :)
Zapraszam częściej :)

Pozdrawiam warszawskim słońcem!
Quentin dnia 15.04.2023 00:42 Ocena: Bardzo dobre
Męska przyjaźń

Niektórzy twierdzą, że to najwyższa forma zażyłości pomiędzy ludźmi. Ja uważa inaczej, ale każdy ma swoje zdanie, które, rzecz jasna, wynika z różnych rzeczy.

Tak czy inaczej cenię męską przyjaźń jako wartość i jako wdzięczny temat do gloryfikowania w twórczości. To prawdziwe szczęście mieć w życiu kogoś, kto zawsze stanie po twojej stronie, z kim doświadczenia takie jak pokrewieństwo dusz nie są obce.

A śmierć... no cóż. Śmierć to śmierć. Jakby nie było koniec wszystkiego, choć oczywiście przyjaźń jest nieśmiertelna. W twoim utworze na pewno.

Dobra historia. W twoim stylu (a jakże). Widzę też trochę Hłaskę, choć u ciebie wypada to jednak bardziej optymistycznie niż np. we "Wszyscy byli odwróceni".

Miło było zajrzeć.

P. S. Co cię tak zafascynowało w instagramie? :-)

Pozdro
Q
mike17 dnia 15.04.2023 15:48
Cieszę się, Kamilu, że Ci się podobało, choć jest tu spora doza smutku, ale i nadziei, że prawdziwa przyjaźń nigdy się nie kończy, nie zakończy jej także śmierć.

Wiele z tego, co opisałem, wydarzyło się naprawdę, nie mnie, ale bliskim mi osobom.

I ja odwiedzam grób Johnny'ego, choć nie byłem z nim aż tak blisko jak główny bohater.

Prawdziwa męska przyjaźń i miłość kobiety i mężczyzny to dwie najpiękniejsze rzeczy w życiu.
Bez nich byłoby drogą donikąd...

Jeśli chodzi o Instagram, to odkryłem w sobie pasję fotograficzną :)
To świetny sposób na ukazanie świata własnymi oczami.
Ja fotografuję wszystko, co uznam za godne uwagi - szczególnie przyrodę, ale też moją ogromną kolekcję filmów DVD i płyt CD.
Tam też można nawiązać wiele ciekawych znajomości.

Dziękuję Ci za czytanko i pozdro ślę :)
Mareczek dnia 19.04.2023 18:50 Ocena: Świetne!
Piękne opowiadanie.Masz świetne pióro, Mike17. I własny, niepowtarzalny styl, który bardzo mi odpowiada.A Twoje wiersze są pełne ciepła,wzruszają prostotą.Pozdrawiam serdecznie.
mike17 dnia 19.04.2023 21:27
Mareczku, cóż mógłbym rzec, jak to że kłaniam się w pas :)
Bardzo mi miło, że mnie doceniłeś.
Bardzo.
Poza tym niezmiernie się cieszę, że podobają Ci się moje wiersze - poetą bywam z doskoku :)
Pozdrawiam wesoło!
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Kazjuno
19/06/2024 06:45
Tym razem, Ivonno, gwałtowny zwrot akcji. Zaczynasz inny… »
Kazjuno
19/06/2024 06:12
Ciekawy Januszu rozdział. Powiedziałbym odkrywczy, bo nigdy… »
Kazjuno
17/06/2024 21:42
Odpisuję, miła Ivonno, z opóźnieniem. Byłem parę godzin out.… »
mike17
17/06/2024 16:56
Uroczy szorcik, magiczny i jednocześnie pełen realiów, które… »
ivonna
17/06/2024 14:08
Kaziu, żadnych przeprosin! Ja tylko tu siebie… »
ivonna
17/06/2024 13:59
Halo halo :) Nie wprowadziłeś mnie w czytelniczy dyskomfort.… »
Pulsar
17/06/2024 12:38
Trudno odnieść się do treści i ocenić. Brakuje puenty,… »
pociengiel
17/06/2024 09:04
Przeczytał się ten wiersz. Nie tyle wizja, co relacja.… »
Kazjuno
17/06/2024 06:37
Ivonno Serdeczne dzięki za ciekawy i cenny komentarz.… »
Kazjuno
17/06/2024 04:52
Ivonno, to ja powinienem przeprosić za próbę wykorzystywania… »
ivonna
16/06/2024 22:35
Poczytałam sobie Kaziu, Rozumiem, że to część większej… »
ivonna
16/06/2024 20:12
Hejka! Właśnie mam na liście do poczytania Z Warszawy do… »
valeria
16/06/2024 20:11
Takie to są bzdurki, nie ma jak normalne życie, wakacje na… »
mike17
16/06/2024 17:15
Na pewno weźmie Cię ns spacer, zwłaszcza że pachniesz… »
Kazjuno
16/06/2024 07:08
Czytałaś Ivonno "Przyjazd kumple"? Przyznam się,… »
ShoutBox
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:22
  • a komentarzy ni chu, chu. "Czego oczy nie widzą, sercu nie żal"... Niby tak, lecz ja komentarze sobie cenię. Nierzadko lepiej niż kawa rano podnoszą ciśnienie.
  • Jacek Londyn
  • 12/06/2024 14:19
  • "Ostatnio widzianych" spory tłum,
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 21:10
  • "Po co tu jesteśmy, skoro ciągle się boimy?"- to taka "terapia", dla duszy i ciała, ekshibicjonizm w innym wymiarze. Skoro już tu jesteś, zrzuć ostatni listek! Bądź wreszcie wolny
  • Zbigniew Szczypek
  • 31/05/2024 19:34
  • Gramofonie - dołącz do nas z komentarzami, a na pewno będzie się działo więcej i lepiej, bo kto, jak nie Ty, swoją siłą głosu dotrze do najdalszych zakątków "galaktyk" ;-}
  • Wiktor Orzel
  • 31/05/2024 10:32
  • Dzieje się to, co zwykle. Ktoś wrzuca tekst, inni go komentują i tak się toczy tutaj życie ;)
  • Gramofon
  • 30/05/2024 11:13
  • dzieje się tu coś?
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 21:38
  • Najgorsze co może być, jeśli chodzi o komentarze, jeśli zostają tylko grupy tzw. "wzajemnej adoracji", z komentarzami schematycznymi i w zasadzie nic nie wnoszącymi do twórczości. Nie chciałbym tego.
  • Zbigniew Szczypek
  • 15/05/2024 20:30
  • Kaziu, my to wiemy, że to czasem działa na zasadzie "łańcuszka szczęścia" ale denerwuje, gdy ktoś go "przerywa", w tedy wraca cisza i "bezkomentarz" opanowuje znowu kolejną falą
  • Kazjuno
  • 15/05/2024 14:01
  • Piszcie, publikujcie i twórzcie komentarze!
Ostatnio widziani
Gości online:0
Najnowszy:Usunięty